Długi weekend z książką albo o ograniczeniach natury


Wiecie co, miałam co prawda nieco inny zamysł na wpis, ale przesiedziawszy większą część wolnego z nosem w książce w bardzo różnych układach pomyślałam, że może podzielę się z Wami garścią przemyśleń. Bo może a nuż macie ochotę też o czymś takim porozmawiać albo coś doradzicie. Bo nie wiem, jak Wy, ale u mnie w pewnym momencie przesyt czytania manifestuje się na wielu płaszczyznach na raz.


I nie mogę powiedzieć, że nagle zaczynam odczuwać książkowstręt jako taki. Bynajmniej. Przy zachowaniu pewnej higieny czytelniczej udaje mi się od jakiegoś czasu unikać nieprzyjemności związanych z "nie mogę już czytać, weźcie to ode mnie". Natomiast, niestety, choć duch wprawdzie ochoczy -- coś dawno tego cytatu nie używałam -- to ciało jednak mdłe. Bo i tak się człowiek przekłada, i tak, i na spacer pójdzie, i w grę planszową zagra, a jednak potem chodzi taki biedny, połamany, migrena krok w krok za nim, i nie pomaga ani odrywanie wzroku od książki, żeby spojrzeć na coś zielonego, ani krótkie przechadzki, ani toczenie poważnych rozmów o życiu (albo zupełnie niepoważnych rozmów o życiu) -- do książki wrócić nie można, bo zaraz odzywa się ból głowy/kręgosłupa/oczu/czegokolwiek innego, co akurat jest w pobliżu i jakoś zaangażowane. Przemyśliwuję od dłuższego czasu, czy to tylko taka moja uroda, czy może jednak jest coś na rzeczy? No bo spróbuję to jakoś uporządkować. Kiedy mam problem z czytaniem -- choć czytać chcę, ale nie bardzo mogę?


Niech nam dzisiaj przyświecają wygodne i sympatyczne miejsca do czytania. To akurat "Przytulny kącik" Carla Larssona.

Zbyt długie czytanie w ogóle: to jest zasada numer jeden. Ciągle oczywiście ją łamię, bo jakże to, mam wolny weekend, książek kilka przed sobą, strasznie jestem ciekawa, co w nich będzie dalej, nkt niczego ode mnie nie chce, więc mam nie czytać? W dodatku nie kroi się nic poważniejszego do zrobienia, więc nic, tylko dwa dni siedzieć i czytać. Ale niestety, siedzenie i czytanie, stanie i czytanie, czy leżenie i czytanie z niewielkimi przerwami dość szybko odbija się na tym, że i tak muszę przerwać, bo zaraz mój organizm mnie informuje, że ej, dziewczyno, przeholowałaś. Widocznie jedni mają określoną odporność na alkohol, a ja na czytanie cięgiem.

Zbyt długie czytanie w jednej pozycji: to jest oczywista oczywistość i zapewne każdemu z nas się zdarzyło, że tak się zaczytał wygięty w pętelkę, że rodzina rozprostowywała go trzy dni. W każdym razie po tym, jak z mego życia zniknął mój ukochany fotel, na którym dało się czytać w pionie, poziomie i w poprzek, nie znalazłam miejsca, w którym dałoby się czytać, zmieniając pozycje, i chronić jednocześnie kręgosłup. Ale to jest najmniejszy problem, bo można też zmieniać miejsca i niczym słonecznik szukać tego, w którym jest najjaśniej bądź -- wieczorem -- gdzie stoi najlepsza lampka. Niemniej czasami człowiek się zapamięta i potem musi się odgiąć, bo inaczej z lektury nici.


Źródło.

Zbyt długie czytanie tej samej książki: to punkt obwarowany kilkoma zastrzeżeniami, bo oczywiście są książki, od których wcale się odrywać nie chcemy, ale co, jeśli czekamy, aż fabuła się w końcu rozkręci, a tu nic? Albo mamy wrażenie, że już-już blisko do jakiegoś przełamania w akcji, a tymczasem autor serwuje nam trzystronicowy monolog? Muszę powiedzieć, że zdarza mi się czasem odłożyć na chwilę czytaną właśnie książkę i sięgnąć po coś krótkiego dla odpoczynku. Chyba, że wiem, że jeśli odejdę na chwilę, to już do książki nie wrócę. I kiedy tak już ją z jakiegoś powodu doczytam, a zakończenie jednak mnie rozczaruje -- cóż, wtedy z takiego czytania bywa, że też wychodzę fizycznie osłabiona.

Zbyt długie czytanie o określonej porze: to akurat zazwyczaj nie mój problem, bo jak już kiedyś wspominałam nie zdarza mi się zasypiać z książką, ale po zasięgnięciu języka i wieloletnich obserwacjach postanowiłam dorzucić tutaj ten punkt, bo przecież zdarza się, że jeśli czytamy wieczorem, to z naszego czytania cięgiem budzimy się rankiem i nie do końca wiemy, co właściwie czytaliśmy. Albo wręcz odwrotnie -- mamy chwilę czasu, czytamy rano, a to zmienia się w południe, potem w popołudnie, a my mieliśmy zupełnie inne plany i tak co prawda możemy być zadowoleni, że się naczytaliśmy, ale te inne plany wzięły nam w łeb, więc możemy się z tego powodu denerwować.

Zbyt długie czytanie na wyścigi: wyścigi z samym sobą na zasadzie "jak to, nie przeczytam dzisiaj?", "jeszcze tylko sto stron i skończę!", "a może uda mi się przeczytać dzisiaj dwie książki?". To nie jest najlepsze podejście i muszę się pochwalić, że od dłuższego czasy udaje mi się go unikać, ale to nie znaczy, że nie mam za sobą i takiego doświadczenia. Wtedy włącza się w głowie nie do końca przyjemne wrażenie, bo jednak takie czytanie może nie dość, że spowodować wszystko, co powyżej, to jeszcze wylądujemy z moralnym kacem w rodzaju "i na co mi to było?", "ale jak właściwie się to stało, że bohater wylądował tu i tam?" i serii innych pytań.


Źródło.

Czy Wy macie podobne doświadczenia ze zbyt długim czytaniem? A może macie sprawdzone sposoby, jak sobie radzić z takimi stanami -- w trakcie i po?

________________________
A jutro będzie o czymś, o czym już było, ale inaczej.

Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. To czytanie w jednej pozycji, kiedy człowiek próbuje potem wstać i nie może bo nogi zdrętwiały, kręgosłup się zasupłał :p. Od kiedy mam koty jest znacznie lepiej, wymuszają zmianę pozycji i wstawanie od lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój kot jest z tych nietypowych chyba -- jak zasiądzie przy mnie, to sama sobie myślę "poszedł byś już, bo bym się przesiadła", a on nic ;). Wytrzymały!

      Usuń
  2. Ja akurat odpoczywam od czytania od kilku dni. Przesyt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co mogę powiedzieć -- bywa i tak :). Chociaż w tym roku staram się codziennie czytać przynajmniej chwilę przed snem, zauważyłam, że w moim przypadku to ma dobry efekt. Ale rozumiem odpoczywanie :).

      Usuń
  3. Wiem, że Ty piszesz o nieco innym problemie (natury fizycznej bardziej), ale ja przy okazji trochę się wyżalę. Miałam taki jeden problem/kryzys... Ostatnio zdarzyło się chyba kilkanaście lat temu (!), bym miała... dość czytania (a wtedy i pozycja nie pomaga, i przekonywanie siebie samymi literackimi słodkościami, i pozwalanie sobie na czytanie w czasie, gdy czytać się nie powinno, i namawianie się na jakieś tytuły i tworzenie klimatu), i ostatnio. Teraz sobie pomyślałam, czy mogło mieć to związek z tym, o czym piszesz, ale chyba to było to po prostu jakieś przejedzenie.

    A czytanie jednej książki (i tylko jednej książki) naraz, zawsze mnie trochę gniecie i męczy - bynajmniej nie fizycznie. Czytając ją, myślę wciąż o tych wszystkich, które leżą obok i wciąż czekają. I myślę, co by się nie stało, by je trochę napocząć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taka mocna wersja dołka czytelniczego, znam też z autopsji -- a jak nie pomaga to wszystko, o czym piszesz, to chyba po prostu trzeba odpocząć. Mnie pomaga przerzucenie się wtedy na inny rodzaj historii (zwykle wtedy więcej oglądam) albo po prostu naprawdę oddech od historii w ogóle :). Ale może faktycznie to jakaś podświadoma reakcja na niezbyt dobre fizyczne relacje z książką? W sensie, że na przykład czytało się jakoś niewygodnie i organizm teraz sam się wzdraga przed powrotem do czytania? Bo mnie się wydaje, że coś takiego jest jak najbardziej możliwe.

      Ha, nie, mnie zwykle pasjonuje czytanie jednej książki i nie mam wyrzutów sumienia -- a jak mam, to je tłumię, żeby nie popaść z takiego powodu w nerwicę -- raczej pojawia mi się coś takiego wtedy, kiedy jakaś książka mnie męczy, ciągnie się niemiłosiernie i wiem, że jak nie przeczytam czegoś w międzyczasie, to się tylko zdenerwuję. Chyba, że -- no właśnie -- że wiem, że jeśli odejdę na krok, to już nie skończę, a skończyć bym z jakiegoś powodu chciała ;). Ale jak widzę dołek czytelniczy na horyzoncie, to wędruję na chwilę gdzie indziej, coby nie wpaść na czas dłuższy ;).

      Usuń