Jak minął sierpień albo podsumowanie miesiąca



W sierpniu byłam autorką bloga bardzo książkowego, bo tak się jakoś złożyło, że udało mi się przeczytać całą masę książek, a wszystko dzięki temu, że wpadłam w lemowy ciąg. W każdym razie: jeśli czujecie, że mogliście coś przegapić albo macie ochotę zobaczyć, co się tu działo, wchodźcie śmiało.


Co się czytało najchętniej


(1) Gdyby Rej pisał Folwark zwierzęcy... Albo co by było gdyby. Obiecałam kiedyś drugą część i napisałam: jeśli chcecie się przekonać, jak mogłyby wyglądać dzieła literackie napisane przez innych pisarzy, to macie okazję. Tym razem wpis dostał formę nieco inną: nie rozbieram każdego utworu z dwóch stron, ale sugeruję się Waszymi propozycjami pod poprzednim postem z tej serii, kuję określenie „literatura hipotetyczna” (tak, przywiązałam się do niego) i zastanawiam się, co autor książki podobnej do oryginału wyciągnąłby z takiej przeróbki.

(2) Co to jest „zła książka” albo o trudach definiowania. Wszyscy czasami odczuwamy pociąg do przeczytania czegoś nie za dobrego i to jest rzecz najzwyczajniejsza w świecie; w no, dobrze – nie wiem, czy wszyscy, mnie czasem kusi. Problem w tym, że pojęcie „zła książka” jest bardzo pojemne i tak naprawdę bardzo trudne do zastosowania tam, gdzie o książce decydują inne jej cechy niż po prostu kiepski warsztat autora. Nie jest to wpis, w którym daję zupełnie prostą odpowiedź, co uważam za „złą książkę”, ale podaję kilka wyjść, przez które sama definiuję. 

(3) Porozmawiajmy! Albo jak rozmawiać o książkach. Okazuje się, że nie tylko mnie się wydaje, że rozmawianie o książkach to coś, co może nam sprawiać kłopoty. Czasami się boimy, że możemy powiedzieć coś głupiego, czasami wstydzimy się odezwać, a jeszcze kiedy indziej siedzimy cicho, bo wydaje nam się, że nie mamy nic do powiedzenia. A tymczasem okazuje się, że o książkach warto rozmawiać chociażby po to, żeby móc sobie pozwolić na luksus zmiany opinii, wymyślenie kolejnego argumentu na poparcie naszej tezy albo po prostu, żeby podzielić się zachwytami – bądź ich brakiem.

Czego się raczej nie czytało

(1) Jak uniknąć bycia wystraszonym albo garść rad poprzeczytaniu „Opowieści starego antykwariusza” M. R. Jamesa. No dobrze, to mój ulubiony wpis z tego miesiąca, przyznaję. Wpadłam w pisarstwo Jamesa po uszy, zachwyciłam się i chociaż się boję – bo jasne, że się boję! – to czytam dalej. W tym wpisie, tak bardziej żartobliwie, zebrałam swoje obserwacje po tomiku opowiadań z serii „Stanisław Lem poleca” (widzicie sami, prozy Jamesa jak ulał pasują mi na to lato!), czyli tropy i motywy, które pisarz wykorzystuje, żeby nas – czasami naprawdę nieźle! – postraszyć. Jeśli zatem nurtuje Was taka kwestia jak to, czy obracać się kiedykolwiek tyłem do drzwi albo sadzić sobie w ogrodzie drzewa, to koniecznie zajrzyjcie.
(2) Życie i literatura albo poeta prawdę ci powie (o kotach). Sprawdza się powiedzenie, że nikt nie czyta wpisów o poezji. Żartuję oczywiście – zwłaszcza że poezja, którą się w tej notce zajęłam, została beze mnie bezwstydnie wykorzystana, żeby zilustrować prawidła życia z kotem oraz to, w jaki bezecny sposób wykorzystują koty poeci kierujący swoje wiersze do dzieci. I tak, znalazło się tu miejsce dla okrutnego Jachowicza. 


 Uroczę zwierzę sierpnia, miesiąca upalnego, to tutaj niedźwiedź polarny. Źródło.



O czym rozmawialiśmy, czyli sierpniowe dyskusje


Wbrew opinii, że w sierpniu wszyscy siedzieli nad morzem lub w górach i nie mieli siły i czasu rozmawiać, jakoś udało nam się podyskutować na różne tematy. Przyznałam się Wam, że boję się czytać horrorów, dzięki czemu dostałam całą masę polecanek książkowych, które nie powinny mnie wystraszyć.

Oczywiście niedługo potem przeczytałam Jamesa i wpadłam jak śliwka w kompot w ten styl pisania – a są to klasyki grozy, więc jestem okropnie gołosłowna – ale przyznać zawsze się warto. Podzieliliście się ze mną także swoimi typami spośród sześciu literatur językowych, z którymi planuję bliższą znajomość, przez co wiem, gdzie kierować swoje kroki (szczególnie popularna okazała się literatura japońska).

Zastanawialiśmy się wspólnie, dlaczego nie kończymy książek i jakie mogą być po temu powody. Okazuje się, zgodnie zresztą z przewidywaniami, że ludzkość nie dzieli się jednak na kompulsywnych doczytywaczy i tych, którzy tracą zainteresowanie książką po dziesięciu stronach, ale że jest dużo różnych powodów, dla których książki możemy nie dokończyć – co wcale nie oznacza, że permanentnie.

Podzieliłam się z Wami zjadliwą opinią o książce, która spowodowała u mnie całodniowe narzekanie spod znaku „ale dlaczego, dlaczego?!”, czyli o „Dworku Longbourn” Jo Baker, a pod wpisem wybuchła dyskusja o dziełach Jane Austen – dyskusja, w której nie uczestniczyłam do końca aktywnie, ale którą czytałam z ogromną radością (bo to zawsze miłe, jak się da pretekst do takiej rozmowy), jako że nie jestem najlepiej obeznaną z dziełami Austen osobą. Rzecz do naprawienia na przyszłość, z całą pewnością. 

Podzieliliśmy się też wzajem opowieściami o swoich zakładkach, jako że pokazałam Wam kilka moich ulubionych bądź takich, z którymi wiąże się jakaś historia. W dyskusji padł doskonały pomysł, że przecież można mieć jedną zakładkę do jednej książki, co z kolei sprawia, że a) zakładek nigdy nie mamy za dużo, b) nie gubią się gdziekolwiek bądź. A poza tym to wpis, który mogłabym nazwać również „Wyznania nawróconej zakładkoholiczki” – no, może do „holiczki” mi jeszcze trochę brakuje, ale zaczęłam zwracać uwagę czym zakładam książki (i tak, czasami nadal czymkolwiek, co jest pod ręką i się nadaje).




No dobrze, a co właściwie przeczytałam?


To był miesiąc, który upłynął mi zdecydowanie pod znakiem Lema, ale udało mi się dokonać kilku wypadów poza wyznaczone sobie ramy (tak wyszło). A zatem: 

- pisałam o rozczarowaniu literackim, które wszelako przyniosło mi nowy nieznany literacki ląd do zbadania, czyli powieści izraelskiego pisarza Meira Shaleva „Moja babcia z Rosji i jej odkurzacz z Ameryki”.

- trochę się rozczarowałam zabawą formą w przydługiej moim zdaniem satyrze-traktacie o tym, jak wygląda państwo totalitarne i jak zagubiony w nim człowiek w „Pamiętniku znalezionym w wannie” Stanisława Lema.

- wkurzyłam się na wątek „miłosny” w „Powrocie z gwiazd” Lema, która to powieść mimo wszystko podobała mi się pod tym względem, że powraca w niej – acz zmodyfikowana – wizja przyszłości z „Obłoku Magellana”, a dodatkowo doskonale zostaje w niej opisany syndrom stresu pourazowego. Gdyby jeszcze autor nas nie przekonywał, że stalking i porwanie to niezbędne elementy Wielkiej Miłości, polecałabym, a tak powiem krótko: można.

- nareszcie zapoznałam się z arcydziełem, czyli przeczytałam lemowską „Solaris”. Bardzo to jest dobra rzecz o pamięci i o tym, jak może (i nie może) wyglądać kontakt z obcą cywilizacją. Powieść nastrojowa, trochę straszna, trochę melancholijna, przesycona niemożliwością. Bardzo dobra, aczkolwiek nie ustrzegła się kilku dłużyzn – a wiem już, że Lem umiał montować powieści i bez tego.

- ubawiłam się setnie na „Bajkach robotów” Lema, które tak się złożyło opisałam w comiesięcznym cyklu o baśniach, bo idealnie się wszystko na to złożyło. A że nie wszystkie bajki mają bawić, to było tam i nieco poważniejszych elementów, dla równowagi. A przy okazji zapoznałam się z dwójką genialnych konstruktorów, Trurlem i Klapaucjuszem, którzy w „Bajkach...” mają trzy doskonałe opowiadania całe dla siebie.

- „Niezwyciężony” Lema, przeczytany w tak bliskiej odległości czasowej po „Solaris”, stracił w moich oczach dużo, ale nie zmienia to faktu, że to jest powieść bardzo solidna i dużo bardziej „spaceoperowa” niż kameralny dramat, jakim jest „Solaris”. Myślę, że nie ma tu może tego „błysku”, który jest w „Solaris”, ale serio – warto przeczytać. Plus główny bohater ma na imię Rohan, co spowodowało, że przez cały czas widziałam księcia Eomera w skafandrze kosmicznym. Ot, taki miły dodatek.

- w „Cyberiadzie” Trurl i Klapaucjusz najpierw dostają zestaw opowiadań, w których widać ich możliwości i komiczne, i tragiczne, a potem zbiór rozrasta się o opowiadania późniejsze i już nie jest tak interesująco. To, co u Lema mnie jak na razie najbardziej zawodzi, to te prozy, w których połączenie traktatu i powieści wychodzi średnio i widać szwy. Plus w końcowych partiach „Cyberiady” wraca przydługa zabawa formą z „Pamiętnika znalezionego w wannie” i to raczej mnie też nie ucieszyło.

- Jak już pisałam wyżej, skusił mnie „Dworek Longbourn”, który miał być „Dumą i uprzedzeniem” z perspektywy służby, ale okazał się dość pasożytniczym retellingiem, z którego zło i mrok wylewają się garściami, wszystkim brzydko pachnie z ust, a pan Darcy okazuje się domowym tyranem. Czytałam z rosnącą fascynacją, jak można ze świetnego pomysłu i początkowych niezłych scen, a przy okazji – świetnie warsztatowo – napisać coś takiego. Nie brakuje niczego z listy tematów kontrowersyjnych. A miało być tak pięknie.

– Kolejny raz spotkałyśmy się z Tarniną na „Pikniku z klasyką”, tym razem rozmawiałyśmy o trzech wybranych dość przypadkowo opowiadaniach M. R. Jamesa. Tak, to Tarnina go dla mnie odkryła i należy się jej ode mnie kosz kwiatów. Generalnie znowu się zgadzamy i czekamy na chwilę, kiedy wybierzemy książkę, co do której będziemy miały rozbieżne opinie (więc możecie iść i się z nami nie zgodzić). A gdybyście chcieli się włączyć (zachęcamy niezmiennie!) to we wrześniu będziemy obgadywały „Zbrodnię Sylvestra Bonnard” Anatole'a France'a.

– Jak wspominałam, przeczytałam też cały zbiorek Jamesa w przekładzie i trochę przewrotnie napisałam o nim pewnej sierpniowej soboty.

– Nie sądziłam, że (o)powieść Lema o jego młodości we Lwowie jest aż taka zajmująca, a jest. "Wysoki Zamek" polecam wszystkim gorąco, bo można się pośmiać, zastanowić nad tym, że młodość w latach międzywojennych została nieodwracalnie w pamięci naznaczona przez to, co wydarzyło się później oraz posłuchać kokieteryjnej miejscami narracji Lema o samym sobie. I nie tylko.

- w końcu dotarłam też do „Głosu Pana”, powieści-traktatu w takim najlepszym gatunku, bo da się ją czytać i jako traktat (o tym, czy my coś w ogóle rozumiemy – to w skrócie) i jako powieść (ale trzeba przeboleć początkowe partie, gdzie narrator okropnie narzeka). Dobre to, choć nie zostanie moim ulubionym Lemem.

– idąc kolejnością wydań, a nie napisania, „Szpital Przemienienia”, pierwszą napisaną przez Lema powieść, przeczytałam dopiero teraz, ale chyba dobrze, bo oprócz kilku scen wbijających w fotel, głównie denerwowały mnie schematy, w które Lem poupychał bohaterów (a końcówka!). Dlatego jeśli chcecie przeczytać tekst, ostrzegam, że głównie się w nim złoszczę oraz zdradzam rozwiązania wątków, żeby je przeanalizować.

– i jeszcze na koniec miesiąca napisałam o całkiem przyjemnym kolejnym zbiorze opowiadań M. R. Jamesa, "Thin Ghost and Other", tym razem o takim, gdzie ważniejsze niż co, jest to jak się opowiada. Nie za bardzo strasznie, za to do analizy „klasowej” książka idealna.




Droga na pierogi czyli sierpniowe hasła



Małe ptaki polskie: wrażeń z lektury atlasu ornitologicznego jeszcze tu nie było, ale niczego nie wykluczam, mam kilka ulubionych. A z małych ptaków polskich będę nieoryginalna – lubię wróble.

w jaki sposób zamykać pierogi by się nie rozklejały: najlepiej skutecznie. Sama kultywuję prastarą słowiańską metodę warkoczową, polecam.

główny bohater baśni Andersena: zastanawiające, że ktoś szuka głównego bohatera wszystkich baśni, ale może coś w tym jest? Odpowiedziałabym, że melancholijny i zakłopotany sobą duński poeta.

Ciri twarz: przyznaję, w grze mało widać to jej poharatanie, o którym z wysoką częstotliwością przypominał Sapkowski, no ale to ponoć kwestia elfich czarów.

pierogi z pyzą: albo ktoś spragniony kulinarnych wrażeń (za dużo ciasta, moim zdaniem, na jeden kęs) albo chętny za zwiedzanie bloga, to zapraszam.

dlaczego Słowiańszczyzna nie nadaje się na: taki suspens, prawda? Po przejrzeniu wyników z google'a okazuje się, że w ogólnym mniemaniu Słowiańszczyzna nie nadaje się na nic. Przy czym ośmielam się nie zgodzić.

jak czytacie ciężkie książki: jak najwygodniej – przegląd sposobów w tej notce

straszne historie na Pomorzu: o, tych ci u nas dostatek – ale strasznie konwencjonalne, legendarne, a może historyczne, chyba że ktoś szukał czegoś w rodzaju kroniki kryminalnej (są w ogóle jakieś kryminały osadzone na Pomorzu?).

______________________________

Pytania, uwagi, wątpliwości, ogólna informacja zwrotna? Jak wiecie, zawsze wysłucham.











Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Miałaś widzę bardzo płodny miesiąc ;) Nie jestem na czasie z powodu wyjazdu wakacyjnego, ale zrobiłaś takie zgrabne podsumowanie, że postaram sie nadrobić Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie powiem, jakoś tak nie planowałam, że aż tyle przeczytam, ale wciągnęłam się w Lema, no i aura sprzyjała: po powrocie do domu popołudniami nie miałam już na nic siły, więc czytałam ;).

      Usuń
  2. A ja dzieki tobie zerknelam do ksiazek Jamesa i to taka autentyczna przyjemnosc jest. Ma sie poczucie siedzenia w wygodnym fotelu z kubkiem herbaty nawet jadac metrem - a dawka horroru akurat wystarczajaca zeby utrzymac w napieciu. W swoim czasie interesowalam sie powiescia gotycka z troche krytycznoliterackiego punktu widzenia i fajnie bylo widziec te wszystkie dobrze znane zabiegi fabularne wykonane klasycznie i w takim stylu :)

    Co to za metoda warkoczowa na pierogi? Brzmi super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, doskonale, im nas więcej, tym lepiej! W ogóle myślę, że James został ojcem powieści grozy przez to właśnie, że jest taki niewymuszony, jednocześnie straszy, ale i puszcza oko, nie ma też pretensji do tego, by być "przedumanym" (Lem ładnie to ujął, konfrontując go z Lovecraftem -- że bohaterowie tego drugiego tak się boją, że nie mogą nic dokładnego powiedzieć, trzęsą się ciągle od metafizycznej grozy, przez co albo trzęsiemy się z nimi i godzimy się na taki sposób pisania -- albo sięgamy po wyważonych, racjonalnych bohaterów Jamesa ;)).

      Tajemnicza metoda przekazywana z pokolenia na pokolenie ;). Nie, żartuję: po prostu zaplata się brzegi pieroga w warkocz (taki jednostronny, to znaczy wyciąga się ciasto dwoma palcami i obraca -- wychodzi wtedy coś podobnego do warkocza, a jeśli ciasto nie jest mocno naciągnięte, to nie ma prawa się nam tak sklejony pieróg rozpaść, więc nie dość, że wygląda malowniczo, to jeszcze wszystko zostaje w nim na swoim miejscu).

      Usuń