Jak ojczyzna wzywa albo o pisarzach i patriotyzmie


Ach, długie weekendy, jakże przyjemnie mieć święta, które układają się w takie konfiguracje (to znaczy jeśli podobnie jak ja mieliście wolny piątek, żeby nie być poszkodowanym przez sobotę). Siedziałam sobie zatem i planowałam wpisy, kiedy przyszło mi na myśl, że 15 sierpnia to niezła okazja, żeby poddać namysłowi wszystkich pisarzy-patriotów, a czasami pisarzy-patriotów-w-sposób-przewrotny. A zatem: do dzieła! Jakże ojczyzna wzywa literatów?

Można mieszkać na zamku. Także zaczynamy od razu z grubej rury, kiedy to pisarz wprowadza się, powiedzmy, do centrum zarządzania. Bo mowa oczywiście nie o jakimś tam zamku, który kupił za pieniądze ze sprzedaży i z chwały swej, ale o Zamku Królewskim, gdzie się mu daje odpowiednie pokoje nieopodal prezydenta, żeby mógł pisać i obserwować z samego środka politycznego dziania się. Oczywiście to jest przykład zaczerpnięty z życiorysu Stefana Żeromskiego (kogo nie fascynowało, że wylądował w końcu na zamku?). Ale można też ugryźć zagadnienie od drugiej strony, bo mamy przecież kilku poetów, którzy na zamku – także królewskim, choć w innym mieście – znaleźli się z honorami co prawda, ale już pośmiertnie. Niemniej i Juliusz Słowacki, i Adam Mickiewicz, jakby nie patrzeć, na zamku spoczywają.

Można dostać dworek od państwa. Jak się okazuje, przy odpowiedniej randze zasług i przy dobrej organizacji ze strony społeczeństwa pisarz może w nagrodę za budowanie patriotyzmu we współobywatelach odebrać zapłatę całkiem materialną i przy okazji zapewnić sobie spokojnie (w miarę) miejsce do pracy. Tak właśnie Henryk Sienkiewicz otrzymał Oblęgorek, tak Maria Konopnicka dostała dworek w Żarnowcu. Przy okazji można więc wydedukować, że na początku XX wieku na ziemiach polskich naprawdę opłacało się parać pisarskim rzemiosłem, jeśli się oczywiście pisało przystępnie i co najważniejsze na tematy zaprzątające głowy innym – przy czym żadne tam, panie, dekadencje i inne ostre modernizmy.


Długo się zastanawiałam, jakie by tu wybrać ilustracje i stanęło na kwiatach ziemniaków. Bo ziemniaki są pożyteczne, pięknie kwitną, a do tego kojarzą się z polską kuchnią. Źródło.


Można pisać o Polsce. Tyle że będąc Polakiem nie budzimy wtedy specjalnego zainteresowania, za to ludzie zajmujący się pisaniem o Polsce, a nie będący Polakami, stanowią już pewien rarytas i budzą uczucia od „to podejrzane, co tu jest takiego interesującego” po „kurczę, wreszcie nas docenili”. Jako pierwszy przykład nasuwa się Norman Davies – historyk, z jego historią Polski w „Bożym Igrzysku”, ale i ogólnym zainteresowaniem tą tematyką. Ale jeśli myślicie, że to rzecz nowa, takie zainteresowanie naszym krajem, to nadmienię jeszcze o Duńczyku Georgu Brandesie, który już w 1888 roku napisał książkę „Polska”, gdzie zresztą dowodził, że Adam Mickiewicz wielkim poetą romantycznym jest i to większym niż wszyscy inni razem wzięci. Już wtedy budziło to reakcje „a co on z tego ma”, „jakiś dziwny”, ale też i „zna się, nie ma co”, „nareszcie ktoś”. Także pewne reakcje są uniwersalne w czasie.

Można pisać na tematy patriotyczne.Można to robić lejąc miód ku pokrzepieniu serc, można też pisać obrazoburczo i szargać świętości – w obu przypadkach da się wylądować na liście lektur. Bo w obu tak naprawdę obraca się wokół tego samego, tyle że na inne sposoby: można zatem narodowość konstruować i budować wokół niej pewien mur uczuć pozytywnych, zachęcając do współuczestnictwa w tym jako pewnym misterium, a można mówić, że pff, co to za misterium, w centrum nic nie ma, a nawet jak jest, to nic w tym szczególnego albo powinno być coś zdecydowanie innego. Obydwa przypadki są skrajne – a między nimi cała rozpiętość postaw, zachowań i sposobów opisu, powtarzająca się w każdej epoce, z tym że raz śmielej, a raz bardziej nieśmiało.
 
 
Źródło.
 
Można walczyć za kraj. Czasami pisarze nie mieli wyboru, bo pochodzili z roczników poborowych, a akurat nad Europą przetaczała się wielka wojna – wielu z nich zresztą później do tych przeżyć wojennych nawiązywało w swojej twórczości. Czasami zaś do walki szli na ochotnika, mamy przecież całą baterię pisarzy-powstańców, którzy albo powstanie przeżyli (Bolesław Prus, którego powstanie styczniowe skierowało na drogę zupełnie innego patriotyzmu) albo, niestety, nie (chyba najczęściej tu padającym przykładem byłby powstaniec warszawski, Krzysztof Kamil Baczyński). A czasami sytuacja była na tyle trudna, że pisarz niejako naturalnie był naraz pisarzem i żołnierzem, jak choćby w przypadku wojny 1920 roku (tu można wymienić Kazimierza Wierzyńskiego, ale zapewne nie on jeden może się w tej grupie znaleźć).

Można trafić do drugiego obiegu. To jest sytuacja szalenie ciekawa, bo następująca w momencie, kiedy patriotyzm zaczyna się oddzielać od oficjalnych uroczystości państwowych między rokiem 1945 a 1989. Część pisarzy zatem nie może albo nie chce publikować w obiegu pierwszym i ląduje w tym drugim, nieoficjalnym. Może się tak dziać dlatego, że w ogóle są pisarzami nie przystającymi do oficjalnej doktryny politycznej (przykład Witolda Gombrowicza, który swoją drogą chyba do żadnej by nie pasował), w jakiś sposób się jej narazili bezpośrednią działalnością (Czesław Miłosz) albo zbierali sobie przez działalność opozycyjną (na przykład Stanisław Barańczak). 
 
 
Źródło.
 
Można dostać honorowe obywatelstwo. I chodzi mi tu raczej o klucze do bram miasta niż o bycie „honorowym Polakiem” (bo coś takiego chyba nie istnieje?). Najczęściej dostaje się je wówczas, kiedy jest się pisarzem z danego miasta pochodzącym – i nawet niekoniecznie zdaje się trzeba o tym mieście pisać, choć zapewne jest to mile widziane. Przykładem i pochodzenia, i pisania, jest na przykład Günter Grass. Ale zdarza się, że pisarz osiedla się w jakimś mieście, wcale z niego nie pochodząc, i dostaje te symboliczne klucze do bram, jak choćby w Krakowie Czesław Miłosz.

Można udać się na emigrację. Nieco bardziej radykalne wyjście niż trafienie do drugiego obiegu (w którym zresztą za przykłady służyli też pisarze – późniejsi emigranci bądź emigranci), ale czasami pisarz nie ma wyjścia. Czy to dlatego, że ma inną wizję polskości, czy dlatego, że w ogóle jakąś wizję polskości ma (przypadek wielu XIX-wiecznych pisarzy-emigrantów). Zresztą, jako że z oddalenia czasami widać więcej, to na emigracji powstało wiele przenikliwych dzieł, a czasami przy okazji taki pisarz stawał się rozpoznawalną polską marką za granicą, nawet jeśli nie specjalnie było mu z tym po drodze. Na emigracji tworzyli przecież chociażby Sławomir Mrożek (który zmieniał kilka razy kraj zamieszkania, ale chyba najbardziej kojarzy się z Meksykiem), Gustaw Herling Grudziński (Włochy), Konstanty Jeleński (kojarzący się z Francją), Józef Czapski (również Francja) czy Andrzej Bobkowski (zmarł w Gwatemali). 
 
 
Źródło.
 
Można dostać się do sejmu. Czasami pisarz widocznie odczuwa potrzebę posiadania, przynajmniej nominalnie, nieco większej sprawczości w sprawach publicznych i tak ląduje w sejmowych ławach albo i w innych tego typu oficjalnych urzędach. Do powojennego sejmu należała Zofia Nałkowska, bardzo zresztą aktywna działaczka polityczna (a że sejm ten okazał się nie być tym, co obiecywał, to już inna sprawa). Przez jakiś czas marszałkiem-seniorem peerelowskiego sejmu był sam Jarosław Iwaszkiewicz (który, co ciekawe, w latach międzywojennych pracował jako sekretarz marszałka ówczesnego sejmu, Macieja Rataja). A taki na przykład Juliusz Kaden-Bandrowski (skądinąd również mogący się znaleźć w kategorii pisarze-żołnierze) był warszawskim radnym.

Życzę Wam udanego weekendu, a jeśli wpadliście jeszcze na jakieś przykłady ojczyźnianego zaangażowania pisarzy – piszcie jak w dym, rzecz jasna.

_______________________________

Jutro zaś, tak przy niedzieli, będzie mniej angażująco (ale nie obiecuję, jak wiadomo zaangażowanie rzecz niepewna).

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Czytam o polskich pisarzach i patriotyzmie leżąc na greckiej plaży i nasuwa mi się taka refleksja, że my tych naszych pisarzy specjalnie nie szanujemy. Owszem, niektórzy leżą na Wawelu, niektórzy mają swoje ulice i skwery, należą do kanonu lektur, ale nikt specjalnie nie zastanawia się nad tym, w jakich czasach pisali, czy czynili to z narażeniem życia lub własnej wolności, czy bronili tym samym polskości. Wydaje nam się chyba, że samo pisanie nic nie znaczy. Jak ktoś pisał podczas Powstania to skąd miał czas? Jak ktoś pisał na emigracji to mógł sobie gadać o trudach tułaczki skoro uciekł z kraju. Jak ktoś pisze o Polsce nie bądąc Polakiem to co on w ogóle może wiedzieć. Pomijam już, że pisanie jako zajęcie zawodowe traktowane jest jako zajęcie dla leniów - piszą jak jest w Polsce nie przepracowawszy uczciwie ani jednego dnia.

    Na Krecie, wyspie oddalonej znacznie od serca kraju, wszyscy są zaś dumni. Dumni z bycia Grekami, dumni z bycia Kreteńczekami. Dumni z pisarzy, na czele z Nikosem Kazantzakisem, którego dom jest obowiązkowym punktem wycieczek. Ba, nawet plaża na której kręcono ostatnią scenę "Greka Zorby" jest licznie odwiedzana.

    U nas to raczej by nie przeszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że to jest kwestia tego, że czasami wąsko patrzy się na dane zjawisko: na taki patriotyzm właśnie na przykład, a już na jego manifestacje w literaturze zwłaszcza. Trochę serio, a trochę nie, zebrałam te przykłady, bo one nieźle pokazują, w jaki sposób wszystko zależy od epoki, w jakiej pisarz tworzył i od realiów politycznych, w jakich tworzył, bo nie sądzę, żeby dzisiaj ktoś został obdarowany dworkiem czy wprowadził się do pokoju w Pałacu Namiestnikowskim, raczej dostanie to honorowe obywatelstwo miasta.

      Ale inna sprawa, to to, o czym piszesz, czyli próba odkrycia, co tak właściwie stoi za jakimś literackim czynem w tym rodzaju. To znaczy mnie się wydaje, że to kwestia spojrzenia: czy patrzymy od tego nadawcy-pisarza, czy od strony odbiorców-czytelników: tu znowu się pojawia kwestia tego, czy można oddzielić pisarza i jego pisanie, bo na przykład Mickiewicz przesiedział powstanie w Wielkopolsce, ale to raczej nie osłabiało wydźwięku jego poezji u współczesnych.

      No i tak się jeszcze zastanawiam: serio nie jesteśmy dumni? Trochę chyba jednak jesteśmy, wyłączam skrajności, ale te groby na Wawelu się ogląda, serca przeróżnych pisarzy pochowane w kościołach, po muzeach się chadza, publiczne czytania organizuje... Może to kwestia skali? To znaczy kraj nieco większy, więc te różne akcje i obiekty są porozrzucane na większej przestrzeni, czasami skupione wokół większych miast, a te małe miejsca są raczej nie celebrowane? A może to odwyk po tej literaturze, która miała pełnić określoną funkcję, od tego pisania ku pokrzepieniu i do zagrzewania właśnie?

      Usuń
    2. Mnie też się wydaje, że nie jest tak źle. Imionami pisarzy nazywane są ulice, szkoły, w ich domach też urządzane są muzea - zwłaszcza w małych miasteczkach dba się bardzo o to, by nazwa miasta była łączona z nazwiskiem pisarza. A z "Grekiem Zorbą" to jeszcze trochę inna sprawa, wydaje mi się - powieści (i wspomnianej plaży) pomogła ekranizacja.

      Chociaż nie powiem, w Lizbonie zauważyłam, że jako pamiątki sprzedaje się tłumaczone na różne języki książeczki z wierszami Fernanda Pessoi - świetny pomysł na promocję twórców, u nas jakoś nikt nie promuje w ten sposób Mickiewicza czy Słowackiego, czy Szymborskiej. Może warto? :)

      Usuń
    3. Hm, ale naprawdę się tak nie promuje? Bo przecież był na przykład cykl gadżetów z Szymborską (swoją drogą to też był temat, który wzbudził swego czasu sporo kontrowersji), a tak się zastanawiam, czy się u nas nie kupuje przekładów -- jakby trudno mi stwierdzić, bo nie jestem docelowym odbiorcą. Ale zgodzę się, że może franczyzy okołopisarskie nie są u nas popularne, jak na przykład kafkowskie w Pradze. Ale to też chyba kwestia tego, że większość tych pisarzy jest "ogólnopolska", a nie konkretnie miejska, tak sądzę.

      Usuń
  2. Jestem oburzona, jak w dzisiejszych czasach można napisać wpis skierowany do tak wąskiej grupy i mający tak niewielkie zastosowanie. Czy zdajesz sobie sprawę, że żeby zastosować te rady trzeba albo coś w życiu zrobić, albo mieć pomysł na pisanie? Co z pisarzami bez pomysłu? Nie podejrzewałam Ciebie o taką dyskryminację! Każdy wie, że obecnie bycie pisarzem patriotą jest trudne, ale nie niemożliwe.

    Nie od dziś wiadomo, że najlepiej jest wrzeszczeć doniośle JAKIM TO SIĘ JEST PATRIOTĄ!
    Mów jak to bardzo cierpi się i cierpiało się za pisanie prawdy o ojczyźnie, jak bardzo było się prześladowanym za PRL i jak to strasznie żyje się prawdziwym patriotom. Problem zaczyna się, kiedy wytkną ci, że za tego wstrętnego PRL byłeś wydawany w stutysięcznych nakładach, publikowałeś w czasopismach jak najbardziej oficjalnych, a wyjazdy za granicę to nie była ucieczka czy zarobek, ale porostu zwiedzanie. Opublikuj książkę w której tłumaczysz jak to straszliwie przechytrzałeś cenzurę, jak to straszliwie cierpiałeś kupując ukradkiem mięso w sklepie dla partyjnych, tudzież krzycz, że uwiera cię nowa rzeczywistość w której nikt nie szanuje Tradycyjnych Wartości.

    A co, jeśli nawet data urodzenia świadczy przeciwko tobie? Wówczas pisz jak to dręczyli cię straszni stalinowscy nauczyciele w późnych latach '80. W każdej napisanej książce fantasy obowiązkowo opluwaj Unię, feministki i nowoczesne wartości, jakiekolwiek by nie były.
    ----
    Tak, Łysiak zrobił mi krzywdę i go nie lubię- dziecięciem prawie byłam, kiedy kolega mamy, wielki bibliofil pożyczył mi parę jego książek, żebym poznała "prawdziwy patriotyzm". Dostałam lekkiego dysonansu i niewinnie spytałam się, skąd ten pan, tak bardzo był prześladowany, miał pieniądze na długie wyprawy do Włoch i Francji i czemu jego książki wyglądają normalnie, a nie jak drugoobiegowe broszury. Dowiedziałam się, że jestem mniej inteligentna niż uważał i nie dostanę więcej książek :P
    A Pilipiuk jest zwyczajnie śmieszny w swoim kreowaniu się na ofiarę systemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, kurczę, zapomniałam o tym sposobie: można oznajmiać głośno, że się pisze patriotyczne. Swoją drogą to jest ciekawe, bo mam wrażenie, że jeśli się to mówi w sposób przekonujący (działa zresztą i odwrotnie: można mówić, że ktoś nie pisze patriotycznie) to zadziała i okaże się, że już nie tylko sam pisarz wierzy, ale że to się jakoś stało i fruwa po rzeczywistości.

      A tak na marginesie: mnie się wydaje, że to kwestia szukania pewnych przeżyć bardzo mocno zakorzenionych w naszej literaturze w ogóle -- to znaczy dobrze jest mieć za sobą jakieś prześladowanie, dobrze jest być Ostoją i Stać Na Straży, bo wtedy się jest bliżej klasyków. Przy czym się nie zauważa wtedy właśnie tego, że jest cała masa klasyków, którzy się od tak postawionych pozycji patriotycznych odcinali i to nie scyzorykiem, a niezłym majchrem (przychodzi mi do głowy ciągle ten Prus, bo to dobry przykład, ale na pewno jest takich więcej -- powiedziałabym, że miejscami też Żeromski, ale on miał ciągoty do dodawania później jednak wstawek w rodzaju "Bóg, Honor, Ojczyzna"). Przy czym mam też wrażenie, że kontekst jest tu szalenie istotny.

      Usuń
    2. Jak to mówią za Oceanem- "Fake it, till you make it". Skoro ludziom nie włącza się zmysł krytyczny przy czytaniu Michalak to czemu mają nie wierzyć, kiedy ktoś pisze o swoich cierpieniach używając tylu mądrych słów?

      Zresztą, o czym ja piszę, niedawno na grupie facebookowej próbowano mnie przekonać, że niewolnictwo było pożyteczne jako przykład podając relację angielskiej lady, która odwiedzając przyjaciółkę na Południu pisała, że ci Murzyni tacy wdzięczni za opiekę i nawet zapytała się pokojówki, czy pani dobrze ją traktuje, a tamta potwierdziła z uśmiechem.

      Nie tylko u nas i nie tylko z chęci "zbliżenia się do klasyków" pisarze lubią odwoływać się do rzekomych lub rzeczywistych cierpień- co w końcu bardziej podnosi wiarygodność niż to, że ONI próbują nas uciszyć?

      Usuń
    3. Och, to jest argument z Mitchell, przez całe "Przeminęło z wiatrem" się przewija non-stop, co wywoływało u mnie zgrzytanie zębami i ciągłe okrzyki niedowierzania (serio byłam pewna, że to zostanie jakoś skomentowane, ale narrator mnie zawiódł).

      No ale zobacz, to są argumenty przeflancowane z gruntu teorii spiskowych, a jednak trzymają się mocno.

      Usuń
    4. Mitchell to chyba temat na osobny wpis.
      Kiedy pisała książkę w latach '30 ciągle żywy był mit "Sprawy Południa" i oficjalne teorie głoszące, że Murzyni są jak dzieci i trzeba im twardej, ojcowskiej ręki. Tudzież, że przecież niewolnicy byli kosztowni, a przecież nikt nie zepsuje drogiego nabytku. (A ilu znacie ludzi psujących sprzęt z głupoty czy złośliwości? A ilu katujących zwierzęta, bo "trzeba je złamać"? A przecież nie boimy się, że koń zamorduje nas w nocy, co było bardzo realnym strachem odnośnie niewolników).
      Sami Południowcy widzieli się jako kochanych opiekunów, co czasem z bólem serca muszą ukarać tych niewdzięczników- i Mitchell ładnie to opisała. A przecież każdy utożsamia się z księżniczką o wąskiej talii, nie z jej służącą.

      Usuń
    5. Trochę o tym pisałam przy okazji "Przeminęło z wiatrem", ale im więcej czasu mija od tej lektury, tym bardziej się nad nią zastanawiam. Bo raz, to to wszystko, co napisałaś, a dwa -- że Mitchell korzysta dość dowolnie ze wspomnień swojej rodziny i rodzin znajomych, przedstawiając jako uciśnioną grupę południowców po przegranej wojnie, a ludzi z północy jako naiwnych i wychowanych na "Chacie wuja Toma", która jawi się tam jako wybór bzdur -- ze wszystkimi argumentami od "nikt nie psuje narzędzi" (snuje się tutaj ten Arystoteles, a mógłby jednak nie) po "są jak dzieci", przez "my przecież o nich dbamy", "sami zginą" i tak dalej. To jest próba wytłumaczenia tych szczątków, które zostały po tamtym Południu, ale jednocześnie powieść, która ma być romantyczna i porywająca, a w takiej strony tła są opisane jednak w sposób nie sproblematyzowany.

      Usuń
    6. Mitchell była reporterem, więc dobrze wiedziała o czym i jak pisać, żeby wywołać konkretną reakcję.
      A wiesz z czym mi się to kojarzy? Z tak chętnie drukowanymi u nas wspomnieniami szlachty- jak to pięknie kiedyś było, delikatne kobiety, piękne dworki i pola obrabiane przez krasnoludki.

      Usuń
    7. To prawda, że chłopi w tych wspomnieniach pojawiają się bardzo w tle, a i to głównie jako obiekty, którym dało się wyświadczyć łaskę (na przykład pozwalając im się uczyć u panny ze dworu). Ale tutaj to jest produkt epoki (zastanawiam się za to, czy są takie wydane później z jakimś krytycznym komentarzem, na przykład pamiętnikarza/pamiętnikarki albo osoby, która je opracowywała?), a u Mitchell raczej bym powiedziała mocne zakorzenienie w myśleniu "widzę ten wycinek i jego opiszę" (chociaż może być tak jak mówisz: że to jest obliczone na ten efekt, więc nie tyle "widzę", co "pokażę").

      Usuń