Książka czy film albo Cezary Baryka (nie)żyje



Książka czy film? To takie zdanie, na które łatwo nam wpaść tu i ówdzie. Tymczasem wydaje mi się, i to z wiekiem coraz mocniej mi się wydaje, że to jest pytanie zawierające w sobie zupełnie fałszywą przesłankę. Chodzi przecież o dwa zupełnie – zazwyczaj – inne sposoby opowiadania historii. Co z nim zatem zrobić?


Jeśli rozmawiacie z ludźmi, czego trudno uniknąć, na pewno odbyliście nie raz w swoim życiu konwersację tego rodzaju. Podczas gdy, podobnie jak w przypadku nieśmiertelnego (od jakiegoś czasu) sporu książka czy e-książka pytanie „książka czy film” nie ma tak naprawdę głębszego sensu. To znaczy inaczej: może mieć, jeśli to dla nas pewien fundament, na którym budujemy wszystko inne. W innym wypadku prowadzi do niezamierzonej konfuzji, kłótni ze znajomymi i nieznajomymi i zamknięcia się na inne rodzaje opowiadania.

Bo czym właściwie jest i książka, i film? To rodzaje narracji, czy – używając ładniejszego słowa – opowieści. W jednym i w drugim mamy z grubsza to samo: bohaterów, akcję, fabułę, miejsce dziania się i tak dalej. Sęk w tym, że sposób, w jaki to wszystko jest nam przekazywane, jest inny. Może nie zupełnie i absolutnie odmienny, bo w niektórych swoich elementach może korzystać z podobnych zabiegów (o czym dalej), ale jednak inny. W związku z tym w momencie, kiedy pojawia się takie pytanie, trudno na nie odpowiedzieć: bo tak naprawdę to nie jest pytanie, które nawołuje do dyskusji (a przynajmniej tak mi się wydaje), ale do wyrażenia opinii, często mającej podkreślić coś znajdującego się poza tym pytaniem (preferencje odpowiadającego – to najprostszy przykład i jasne, przecież i o to nam chodzi, kiedy rozmawiamy, ale chciałabym ten problem jednak wyciągnąć z tego worka i rozłożyć na tle nieco szerszym).

Więc jak to właściwie jest? O co mi chodzi? Wydaje mi się, że zamiast pytania „książka czy film” można się zastanowić nad tym, czemu w ogóle stawiamy te dwie rzeczy w opozycji do siebie? Skoro i jedno, i drugie opowiada historię... Aaa, może dlatego właśnie? Że jeśli mamy książkę, a potem na ekranie pomykają nam bohaterowie o zbliżonych personaliach, przeżywający mniej więcej te same przygody i padający ofiarami tych samych losów, to może mamy do czynienia z czymś jako tako tożsamym? Nie wydaje mi się, a przynajmniej nie do końca. Po pierwsze, przełożenie fabuły książki w skali 1:1 na film nie jest do końca możliwe – i nie chodzi mi o to, że hobbici mogą przecież spotkać Toma Bombadila, a raczej o to, że książkę poprzedza jakiś obraz, który nosimy w głowie. Stąd od czasu do czasu twórcom filmu uda się w ten nasz obraz utrafić, a czasami zupełnie się z nim rozminąć. 
 
 
 W ramach ilustracji dzisiaj problemy moli książkowych z tumblra
Problems of a book nerd. W temacie. Nie ze wszystkimi problemami się utożsamiam,
ale można na tym blogu spędzić duuużo czasu. A dzisiaj takie problemy,
które ilustrują właśnie kwestie "film czy książka" (czasem wąsko, czasem szeroko).


Ale to wiemy. No to dlaczego się nie da? Czekajcie, najpierw będzie truizm, potem zrobi się ciekawiej: nie da się właśnie dlatego, że film i książka nieco inaczej przynoszą nam tę opowieść. Książka operuje słowami – i na bazie tych słów dostajemy obrazy, które kreujemy sobie sami albo w oparciu o różne „pomoce wizualne” (tak, chodzi mi o ilustracje). Film ma do dyspozycji nieco jednak inne środki: obraz przede wszystkim, jasne, ale do tego dochodzą specyfiki w rodzaju kadrowania (jaki kadr i co ma nam powiedzieć), montaż, dźwięk i tym podobne. I tutaj: stop. Bo nie jest zupełnie tak, że w książce nie możemy mówić o kadrach czy montażu. Jasne, nie spotkamy się z tym w żadnym (zakładam) podręczniku literaturoznawstwa (moim zdaniem: jeszcze i na razie), ale na pewno łapaliście się nie raz za głowę, czytając, jaka to jest „filmowa książka”. Właśnie dlatego, że możemy mieć do czynienia z czymś w rodzaju „książkowego montażu” albo obrazów pisanych w sposób bardzo filmowy (co znaczy, że można w książce kadrować poszczególne sceny, pisząc je z dowolnych perspektyw – i nie, nie chodzi mi o POV, ale właśnie o to, czy z dołu, czy z daleka, czy przez szybę i tak dalej).

No dobrze, zakrzykniecie, Pyzo, jest piątek, a ty najpierw mówisz, że nie ma co porównywać, a potem, że przecież środki mogą być podobne. Aha, ja na to, właśnie, właśnie, ładnie, nieprawdaż? Bo widzicie, wydaje mi się, że mimo tego, że środki mogą być podobne, nie znaczy to jeszcze, że w tej najprostszej, fundamentalnej powiedzielibyśmy, warstwie, film i książka mają ze sobą więcej wspólnego niż nie. Bo jak dotąd poruszyłam dwa problemy: sens pytania „film czy książka” i kwestię środków, jakimi operuje jedno i drugie. Odpowiedź na problem pierwszy została mniej więcej dana: wydaje mi się, że takie pytanie nie ma do końca na celu odpowiedzi na nie, jeśli jest tak zadane, a jedynie ma pokazać pewien zestaw naszych (ogólnych) preferencji. Możemy je uszczegółowić – „czy ten film czy książka” i odpowiedzieć, że wolimy Żeromskiego, albo dobrze, że Bajon utłukł Barykę, bo ten bohater zawsze nas denerwował (mnie było szkoda, bo to jedna z ciekawszych postaci u Żeromskiego). Możemy też zastanowić się nad tym, co sprawia, że film jest lepszy niż książka albo że książka jest lepsza od filmu i to nieuchronnie sprowadzi nas na drogę rozważań, które już się wyżej przewinęły: a mianowicie, czemu tak jest.

Jedna sprawa, że film nie jest prostym przepisaniem książki na ekran, tak samo jak książki powstałe na bazie filmów nie są po prostu zapisem dialogów z dorzuconymi opisami tego, jak wyglądali aktorzy i scenografia. Weźmy kilka przykładów, żeby było nam prościej zobaczyć, jak to wszystko może działać. Zostańmy przy „Przedwiośniu” Żeromskiego/Bajona, dorzućmy „Obsługiwałem angielskiego króla” Hrabala/Menzla i na przykład „Dolinę pszczół” Körnera/Vláčila, a zagryziemy „Piekłem pocztowym” Pratchetta/Jonesa
 
 
 

Najpierw będzie przykład dość długi, ale chyba nieźle oddający, o co chodzi. Ten bowiem pierwszy przykład dobrze pokazuje, że to, co zadziałało w książce, nie musi działać w filmie. Bajon rozpisuje historię Baryki teoretycznie na tych samych punktach węzłowych, co Żeromski: rewolucja komunistyczna – wojna 1920 roku – początek niepodległej Polski – niezadowolenie społeczne i wybuch. Tyle że rozkłada inaczej niż Żeromski akcenty. Obydwaj poświęcają sporo czasu rozdziałom rewolucyjnym (to tam zaczyna się formować Baryka, który wyląduje w marszu na Belweder), wojna 1920 to i u jednego, i u drugiego migawki (Żeromskiego interesuje bardziej to, czemu Cezary na nią poszedł i to, co ona z nim – w połączeniu z przeżyciami w Baku – zrobiła, Bajon wykorzystuje te sceny głównie do zawiązania się znajomości Cezarego i Hipolita, żeby przejść do tego, co zdarzy się później w Nawłoci), początki Polski to albo nieustające dyskusje z Gajowcem pod portretem Abramowskiego (Żeromski), albo próba przedstawienia tego, jak się to, co stare mierzy z tym, co nowe, z romansem w tle (Bajon – film bardziej eksponuje te wątki romansowe, podczas gdy w książce Baryka jest co prawda zafascynowany możliwościami, pozostaje jednak w pewnym odcięciu od wszystkich trzech kobiet, i bardziej go zajmują te wspomniane dyskusje, romansuje zaś niejako „z boku”, co Bajon ubiera w takie pojedyncze sceny: Baryka filmowy dużo bardziej przejmuje się urokami kobiet, dużo mniej dyskutuje, ale to są rzeczy, które widzimy zasadniczo w sekwencjach scen, nie długich ekspozycjach). No i mamy jeszcze końcówkę, ten Żeromskiego „Wiatr od wschodu”, który w książce Baryka spędza na rozmowach i zebraniach, żeby trochę celowo, a trochę przypadkiem iść na Belweder i zginąć – nam z oczu. Tymczasem w filmie ogólne rozczarowanie i zbiegi okoliczności pchają go na ten Belweder – gdzie ginie całkiem dosłownie. I teraz albo możemy się oburzyć (przy czym nie uważam „Przedwiośnia” za filmowe arcydzieło, na wiele rzeczy się w nim oburzać można i z niesmakiem odwracać, ale teraz eksperymentujemy, więc o co innego nam jednak chodzi), albo pomyśleć, czemu tak? Dla Żeromskiego decyzja o wysłaniu Baryki pod Belweder jest wypadkową wszystkiego, przez co go przeprowadził: myślał zresztą, oszczędzając bohatera, że napisze ciąg dalszy, ale go ostatecznie nie napisał, bo nie zdążył. Belweder to dla Baryki sprawdzian i moment przemiany – tyle że nie zobaczymy już jej rezultatu. U Bajona odwrotnie – bo w wyniku wszystkiego, co wcześniej, dostajemy Barykę rozedrganego i nie wiedzącego, o co chodzi, więc zaplątany w marsz ginie, bo ktoś zginąć musi. Reżyser inaczej niż pisarz ustawia perspektywę i do innego zakończenia dąży, bo inne chce mieć wymiary symboliczne (inna sprawa, czy dobrze to wychodzi).
 
 
 

Weźmy teraz „Obsługiwałem angielskiego króla” z powodów innych: to pierwsza ekranizacja prozy Hrabala, którą zrobił Jiří Menzel, przy której pisarz nie był obecny i nie współpracował. W dodatku na czystą wizję reżyserską nakłada się tutaj cała sieć problemów producencko-scenariuszowo-finansowych i wychodzi film, co do którego większość jest zgodna, że nie bardzo w ogóle odpowiada książkowemu oryginałowi – i uwaga: nie pod względem tego, co się dzieje (jak w „Przedwiośniu”), ale ogólnego „ducha”. I teraz: jaki jest tu problem? Wydaje mi się, że przede wszystkim to ciekawy przykład pewnego utrwalonego schematu z drobnymi modyfikacjami: Menzel wyreżyserował kilka „Hrabali” i chciał zasadniczo zrobić kolejnego, problem w tym, że „Obsługiwałem...” jest książką zupełnie inną niż opowiadania Hrabala w ogóle. Napisana w błyskawicznym tempie, niemal na jednym oddechu (co widać), bez przemontowania (co Hrabal uwielbiał robić: ciął swoje dzieła i składał, aż uzyskał formę, która go jako tako zadowalała) jest ta powieść takim zapisem historii bez tak naprawdę satysfakcjonującej klamry. Menzel na tę klamrę wybiera motyw zesłania bohatera na pogranicze (w skrócie: czeski odpowiednik Ziem Zachodnich) i kręci coś w rodzaju artdecowskiej historii Czech z perspektywy sympatycznego urwisa. Inaczej dobiera środki, chociaż chce opowiedzieć serio mniej więcej tę samą historię i okazuje się, że to się nie udaje.

Dolina pszczół” to jeszcze inna historia. Nie wiem, czy słyszeliście w ogóle o tym filmie: to czeski film o Krzyżakach (tak, tak) jednego z moich ulubionych autorów. Körner bowiem był zarówno pisarzem, jak i scenarzystą (czasem mi się wydaje, że może nawet bardziej scenarzystą), i sam przenosił swoje książki „na płótno” albo odwrotnie: z ekranu na papier. Co czasami widać: zwłaszcza tam, gdzie sceny przeskakują w dość szybkim tempie, rwą się, obrazy przechodzą jedne w drugie. Opisy u Körnera wahają się od sugestii czegoś, co być może tam było, do rozbudowanych didaskaliów. Współpracując z Vláčilem (reżyserem), Körner wypracował oszczędny, ale sugestywny język, który bardzo podobnie wypada w filmie i w książce: bo oba dzieła są kreślone za pomocą podobnych metod. Co nie oznacza, że mamy do czynienia z tym samym – Körner wie bowiem, gdzie trzeba postawić akcent, żeby dobrze się film oglądało, a gdzie powinno się przycisnąć bohaterów w książce, żeby czytanie szło płynnie. Serio, filmy ten dwójki twórców w połączeniu z książkami dają w ogóle fascynujący obraz takiej pracy: bo wyraźnie widać, co się zmienia i jak ewoluuje język (filmowy i powieściowy), żeby opowiedzieć sedno historii. Sedno, bo w detalach, ba – czasami w wymowie! – całość może się różnić.

I na koniec jeszcze krótko (coraz krótsze przykłady, wiem) o „Piekle pocztowym”. To film telewizyjny, kręcony z mniejszym rozmachem i przy pomocy dyskowych cosplayowców nawet. Ale ja nie o tym chciałam pisać – a o tym, że kiedy po raz pierwszy czytałam „Piekło pocztowe” przez całą lekturę prześladowała mnie myśl, jak filmowo napisana jest ta książka – Pratchett podaje nam tam na tacy wiele gotowych ujęć. Bo zwróćcie uwagę, jak to jest pisane: ujęciami właśnie, z odpowiednim przekadrowaniem, przy czym nie mam tu na myśli, że dostajemy gotowy scenariusz. Bynajmniej. To jest książka filmowa w najlepszy możliwy sposób: wkłada nam do głowy obrazy "jak z filmu", na podobnej zasadzie, jak czasami kadr z komiksu staje się podpowiedzią, jak coś dokładnie pokazać na ekranie (choć komiksy to sprawa osobna, ale rozumiecie, o co mi chodzi), a przy tym nie są to rzeczy do idealnego odtworzenia na ekranie. Stąd w samym filmie twórcy wycinają pewne wątki: żeby zmieścić się w wyznaczonych ramach (powiedzmy sobie otwarcie: nie ma kota) i żeby uspójnić historię, która w książce uspójniania jest także, acz z nieco większym rozmachem. W końcu wchodzimy tam do świata, który funkcjonuje już od lat, w filmie trzeba to jednak przełożyć tak, by widz nie poczuł się zagubiony, a odczuł klimat.
 
 
 Także, jak widzicie, wpis jest w zasadzie o czym innym.
 

I jak się tak zastanawiam, to wychodzi mi, że ten „klimat”, „atmosfera” czy „nastrój” – to jest dopiero rzecz trudna do oddania (niezależnie, czy kręcimy ekranizację, czy piszemy powieść na bazie filmu). Dlaczego? Chyba dlatego, że składa się na nią i nasze odczucie, i seria zabiegów czy to filmowców, czy pisarzy, a że mają do dyspozycji podobne, choć w żadnym wypadku nie jednakowe, środki, to może z tym być różnie (przy czym twórcom filmu może chodzić o zupełnie inny "nastrój"; w końcu to też inni czytelnicy). I to niezależnie od tego, czy sam pisarz macza palce w filmie, czy od tego, jak bardzo „filmowym” materiałem jest książka, czy dokładności reżyserskiej wizji i przemyśleniu akcentów, czy z innych powodów, o których tu już pisać chwilowo nie będę, bo notka coś się podejrzanie rozrasta.

Także, reasumując: nie lubię pytania „książka czy film”, bo według mnie ono zasadniczo wcale nie służy poznaniu odpowiedzi albo strasznie spłaszcza problem. A co Wy o tym sądzicie?

Weź dokładkę!

15 komentarze

  1. Pytanie "Książka czy film" służy zasadniczo do odsiewania snobów i nudziarzy- jak ktoś odpowie "książka" bez zawahalnia- strzelać bez ostrzeżenia :P (Widzisz, co te fejsbukowe grupy książkowe robią z człowieka?). Jako, że uważam iż najsłuszniejszą formą adaptacji jest musical oficjalnie łamię prawa fizyki i przeskakują miarę hipsterstwa.

    (Chowa "Nie Płakałam Po Karusku", wdziewa "Dobrze, że wycięli Bombadila" i czapkę "Nie dbam o polityczne podteksty w "Wicked".)

    Miałam chyba mniej niż 10 lat, kiedy wracając z jakiegoś seansu marudziłam, że film nie był jak książka- moja lekko wkurzona opiekunka powiedziała, że jak chcę idealnie wiernej ekranizacji to niech zacznę nakręcać kamerą strony.
    Genralnie uwielbiam przenikanie się kultury- fakt, że na podstawie książki powstają filmy, sztuki i musicale powinien cieszyć, prawda? Te wszystkie opozycje strasznie mnie denerwują.
    Ale z drugiej- podobno każdy wydawca marzy by odkryć noblistę albo książkę, która stanie się podstawą wysokobudżetowej adaptacji. I ten pęd do ekranizacji widać w książkach, zwłaszcza młodzieżowych. Pratchett to małe piwo w porównaniu do choćby Igrzysk Śmierci- to przecież scenariusz z doklejonymi opisami. Trochę mnie to martwi, na szczęście nie wszyscy autorzy mu ulegają.

    Jeśli natomiast chodzi o dwa media dobrym przykładem są książkowe adaptacje filmów, zwłaszcza z Gwiezdnych Wojen. Stara Trylogia i "Atak Klonów" mały książki napisane trochę na odczepnego. Mroczne Widmo czyta się całkiem fajnie, aczkolwiek autor nie umiał uciec od filmu co widać w finale- film przeskakuje między bitwą i pojedynkiem i takoż czyni autor, przez co narracja jest strasznie posiekana. Ale z drugiej strony jest też więcej motywacji bohaterów, ich przemyśleń, coś czego w filmie się nie pokaże. Natomiast "Zemsta Sithów" nie tylko ładnie opisała wydarzenia ekranowe, ale też rozbudowała wątki na które zwyczajnie brakło czasu- choćby to jak pod wpływem wojny zmieniała się polityka i jaką rolę odgrywała Padme.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że ja w musicalach orientuję się słabo? To znaczy znam takie zupełne podstawy, ale z chęcią dowiedziałabym się czegoś więcej -- masz jakąś listę top musicali-adaptacji książek, które koniecznie trzeba zobaczyć?

      Ale do adremu: zgadzam się, co zresztą widać po wpisie ;), że nie ma sensu ustawiać opozycji film-książka, choćby z tego względu, że to się może dopełniać, uzupełniać albo przeczyć sobie na wiele przyjemnych całkiem i różnorodnych sposobów. Na pewno denerwować może to, że jakaś historia postrzegana jest jednostronnie -- ale nie zawsze chodzi przecież o to, że "książka była lepsza". Tudzież "inna". Czasami to działa w drugą stronę (choć, niewątpliwie, rzadziej, ale się zdarza).

      Mówisz, że "Igrzyska Śmierci"? Bo mnie się wydaje, że to jest właśnie dość mało filmowa książka, jeśli chodzi o sposób napisania: pierwszoplanowa narracja, gdzie bohaterka, zwłaszcza od drugiej części, mdleje i większości rzeczy nie widzi, ten dziwny sposób narracji, pewne niekonsekwencje w prowadzeniu -- wszystko razem sprawia, że z radością śledzę filmy, żeby właśnie zobaczyć, jak twórcy z tego wybrną ;).

      Usuń
    2. Ja też jestem zaledwie amatorem :)
      Myślę, że warto zobaczyć na pewno Les Miserable, Wicked i Notre-Dame de Paris. Te przedarły się do publicznej świadomości, ale jednocześnie istnieją razem z książką.
      Ragtime, Chicago, King and I i Upiór z Opery przyćmiły oryginały do tego stopnia, że mało kto o książkach pamięta.
      Jest też całkiem spora grupa adaptacji książek skierowana do fanów oryginału- Matilda, (I wogóle chyba wszystkie książki Dahla, Czarnoksiężnik z Krainy Oz (4 czy pięć wersji), Tajemnica Edwina Droonta, Tajemniczy Ogród, Mary Poppins, Two Cities (dwa) Anne of Green Gables, Jane Eyre, Olivier! (wymieniam tu tylko te popularne, z ktróych dość łatwo znaleźć nagrania) i nasze rodzime Lalka i Chłopi- co prawda były wystawiane dość oszczędnie, ale piosenki mają świetne. Płytę z Lalki widziałam ostatnio w Empiku za grosze.

      Usuń
    3. "Lalkę" widziałam, słucham tych piosenek namiętnie (choć "Trzy kwadranse" są okropnie kiczowate i od lat wymyślamy z Domownikiem kolejne rymy do niej ;)) i darzę ogromną estymą (chyba nawet kiedyś gdzieś o tym pisałam na blogu). "Chłopów" nie widziałam, też to robili w Gdyni? Bo od nich teraz najbardziej czekam na "Wiedźmina" ;). Dzięki -- nie wiedziałam, że była "Anne..." i "Jane..." w wersji musicalowej (muszę znaleźć!), bo o części z wymienionych przez Ciebie przynajmniej słyszałam, czyli zupełnie źle ze mną nie jest ;).

      Usuń
    4. Jeszcze "Jekyll i Hyde!!!" I jeszcze dorzucę francuskie "Przeminęło z wiatrem", moje guilty pleasure ;) Jak nie mam nastroju, to sobie zapuszczam "Lache" i od razu nogi rwą się do tańca ;) Ja w ogóle mam słabość do tych monumentalnych francuskich musicali, którym towarzyszą kiczowate teledyski, w których na wabia główne role grają przystojni piosenkarze bez mimiki (Matt Pokora w Robin Hoodzie i ten pisk fanek, kiedy pokazuje się bez koszulki) lub z mimiką (Garou w Notre Dame de Paris), w których na jednej połowie sceny śpiewają, a na drugiej tańczą akrobaci zupełnie bez związku z fabułą. Marzy mi się wycieczka do Paryża do Palais ;)

      Z "Lalki" lubię "Nożykiem tniesz wiklinę", zobaczyć stepującego Wokulskiego to spełnione marzenie polonisty.

      I dopiero teraz się zorientowałam, że przed "Wiedźminem" w Gdyni będzie jeszcze "Zły". JADĘ!

      Usuń
    5. Uuu, Garou w "Notre Dame de Paris" to i ja znam, i lubię, i przyznaję, że zawsze mam ciarki na "Belle", co ja zrobię ;). Chyba mamy podobne zapatrywania na tego rodzaju wystawienia :). Jeśli chodzi o "Lalkę" -- tak, "Nożykiem..." jest piękne :D! Sama bardzo lubię jeszcze "Serwis i srebra" (że można zaśpiewać coś takiego w taki sposób, a z takim tekstem: "nie zysk istotą jest handlu, lecz ciągły obrót gotówki"? Ha!), "Paris, Paris" i "Wokulski to wariat". Nie słyszałam, że będzie "Zły"! Bo "Wiedźmin" ma być chyba dopiero na otwarcie następnego sezonu (tyle jeszcze trzeba czekać!).

      Usuń
  2. Ale to pytanie: "książka czy film" ma być natury ogólnej? Bo w takim ujęciu to przyznam się, że nigdy nie zdarzyło mi się dyskutować - jak słusznie zauważyłaś, stawianie tych dwóch środków przekazu w opozycji jest bezsensowne. (Podobnie nie wiem, dlaczego miałabym się opowiadać albo za książką papierową, albo za e-bookiem, skoro korzystanie z obu ma wiele zalet i świetnie się uzupełnia). Ale jeśli rozpatrujemy konkretne pary książkowo-filmowe, to oczywiście możemy mieć swoje preferencje i oceny, i argumenty na ich poparcie. Z tym że tu problem się komplikuje, bo przecież dobry film oparty na książce (czyli taki, który usatysfakcjonuje widza nieznającego literackiego pierwowzoru) nie musi być jej dobrą ekranizacją (w sensie oddania ducha i wymowy książki).

    Osobiście bardzo lubię adaptacje filmowe, dobry film zazwyczaj działa na mnie w ten sposób, że mam ochotę sięgnąć po książkę, na której jest oparty. Ten sam efekt mają też często złe filmy inspirowane książkami ;) Ot, np. niedawno obejrzałam "Z dala od zgiełku" i przyznam się, że nieco się wynudziłam, co tylko nieznacznie zrekompensowały mi piękne kadry i śliczne sukienki Carey Mulligan (film jest ładny, ale to w zasadzie wszystko). Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę Batszeba Everdene była taką idiotką, a Tomas Hardy napisał książkę tak banalną, w której mechanika wydarzeń nieodparcie nasuwa mi skojarzenia z wenezuelska telenowelą - postaram się wkrótce sprawdzić.

    Odchodząc od tematu: nie jestem purystką językową, która kazałaby się kotu herbacić ;) (bardzo ładna ta fraszka, a nie znałam wcześniej :)), ale po co pisać POV, skoro można napisać "punkt widzenia bohatera"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, zgadzam się, że to oczywiste, że mamy swoje preferencje, jeśli chodzi o konkrety. Przy czym czasami możemy lubić jedno i drugie, w sensie i film, i książkę, i to czasami z dwóch różnych powodów.

      No i też sięgam po książkę zachęcona przez film -- najczęściej właśnie po to, żeby zobaczyć "jak to jest zrobione" (chyba że bardzo mi zależy na tym, żeby mnie historia zaskoczyła, wtedy zwykle najpierw czytam książkę, ale to nie jest wyłączna zasada, od której nie robię odstępstw ;)). "Z dala od zgiełku" zupełnie nie znam: film mnie jakoś ominął, a do książki też nie zajrzałam póki co, w ogóle Hardy jest na mojej liście "do nadrobienia" ;). Tak się teraz zastanawiam, do jakiej książki zajrzałam po filmie i mam nawet kilka przykładów, może zrobię z tego wpis :D.

      Odpowiadając na odejście od tematu: właściwie to chyba dlatego, że często jak piszę nie mogę znaleźć sformułowania, o które mi chodzi. A tak, jak najbardziej POV to przecież punkt widzenia bohatera. Oczywiste, ale jakoś w momencie pisania wypadło mi z głowy :).

      Usuń
    2. @Tarnina - a ja to widzę dwojako. Z jednej strony dobra ekranizacja to rzeczywiście taka, po której odczuwasz głód sięgnięcia po książkę, żeby przeżyć to jeszcze raz, ale z drugiej - dobra ekranizacja to taki film, po którym nie widać, że jest ekranizacją, czyli np. rozumiemy wszystkie sceny i nie odczuwamy skrótów podczas oglądania :) Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego ;)

      Usuń
  3. A mnie się wydaje, że książkę można dość dokładnie porównywać z filmem - i to filmem niekoniecznie będącym jej ekranizacją. Po pierwsze, te dwa rodzaje sztuk bez przerwy od siebie pożyczają. Jak zauważyłaś, książka może być filmowa, ale przecież też film może być "literacki" (np. gdy dużą wagę przypisuje słowom lub nawiązaniom do literatury). Po drugie, wydaje mi się, że istnieją środki komunikacji wspólne książce i filmowi (np. symbol). Po trzecie, można chyba traktować film jako przekład książki na inny język i szukać w nim odpowiedników opisów, metafor, narratora i tak dalej.

    Co do ekranizacji, to staram się odróżniać ekranizację właściwą ("Pan Tadeusz") od adaptacji / interpretacji ("Przedwiośnie" właśnie z powodu dopowiedzianego zakończenia). To o tyle praktyczne, że pozwala chyba oceniać filmy trochę bardziej autonomicznie i trochę bardziej sprawiedliwie. Kiedy już uznam "Hobbita" za adaptację, to przestaję się wściekać na wycięte / dodane wątki, a zaczynam zastanawiać się nad wizją i intencjami reżysera. Wtedy pytanie "książka czy film?" zaczyna mieć sens, bo staje się pytaniem o to, która wersja historii podoba nam się bardziej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, ale zauważyłaś, że o ile "filmowa książka" to komplement, o tyle "literacki film" niekoniecznie? Zwłaszcza, że często może się ocierać o teatralność -- co czasem jest zaletą, ale częściej wskazuje się na to jako na wadę. Przy czym zastanawiam się, czy literackość filmu nie polega bardziej na przywiązaniu do tekstu niż na nawiązaniach.

      Prawda -- po raz drugi -- że można w ten sposób traktować film, tylko że to często może prowadzić właśnie do takiej sytuacji, że film staje się nie osobnym dziełem, ale powiązanym z tekstem wyjściowym, przez co wszystkie zarzuty w rodzaju "ale jak to wycięli? bez sensu!" nabierają całej mocy wszystkich odcieni ;). I to jest, moim zdaniem, sytuacja zubażająca film jako taki.

      Prawda -- po raz trzeci :) -- przy czym muszę powiedzieć, że ja bym jeszcze dorzuciła "luźną adaptację", tudzież "film na motywach"/"inspirowany" (i tu bym dodała "Hobbita" na przykład). I wtedy w ogóle ten problem "film czy książka" się nam inaczej oświetla, mam wrażenie -- bo pokazuje właśnie to, że oba dzieła są samodzielne i możliwe skreślanie jednego przez drugie to nieporozumienie :).

      Usuń
  4. Odnoszę wrażenie, że ten spór podyktowany jest wstydem niektórych osób do przyznania się, że nie samymi książkami świat żyje i do kina pójść czasem trzeba, i serial obejrzeć w telewizji. Jako wielka fanka srebrnego ekranu nawołuję - dajmy szanse adaptacjom filmowym, ale książki też czytajmy, po to one są. Tak samo jak filmy, do oglądania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może może to być element takiego książkowego snobizmu (pisałam kiedyś o czymś podobnym tutaj), ale to by było też poniekąd dziwne: bo ani kino, ani telewizja nie są już taką nowinką, żeby można było z prychnięciem mówić "e tam" ;). Myślę, że częściowo ludzie, którzy nie oglądają telewizji czy nie chodzą do kina, a czytają, mogą po prostu nie lubić pewnego sposobu opowiadania historii (i na odwrót) -- przecież też tak może być. Ale z główną linią Twojego rozumowania jak najbardziej się zgadzam: warto poznawać i książki, i filmy, i seriale :).

      Usuń
  5. Faktycznie, książki kręcone ilustracyjnie to nudne wychodzą jak flaki. Na zasadzie: jest akapit o zbieraniu róż - to hajda zbliżenie na róże; jest napisane, że cioteczne-wujeczna kuzynka sprezentowała serwis z Ćmielowa - to dwie sceny o skorupach. Jasne, są ekranizacje wierne - ale jednak nie na kolanach.

    Nie mam też nic przeciwko robieniu ekranizacji "wbrew" - pod jednym warunkiem. To nadal ma być ekranizacja, a robienie sobie dobrze i naciąganie widza. Jeśli reżyser podmienia opowieść o młodym idealiście, który w celach politycznych urządza zamachy bombowe i zostaje sprzedany przez swojego przyjaciela chińskim komunistom - na opowieść o młodym idealiście, który handluje zabawkami i zostaje sprzedany przez swego przyjaciela, otumanianego przez makiawelicznych komunistów - to to jest chwyt na miarę PRLowkich jadłodajni, co wczorajszą pieczeń przerabiało a la carp specialite. Podobna rzecz nam chyba wypłynęła przy dyskusji o "Mansfield Park", gdzie reżyserka poszła na skróty i starczyło jej pary na krytykę społeczną, ale spod ostrza tej krytyki - jakże wygodnie - wyjęła główną bohaterka, której z kolei dosztukowała całkowicie współczesne cechy.

    Choć z drugiej strony - bywa jeszcze gorzej. Kiedy tytuł książki, to tylko haczyk na widza, a treść ma tyle wspólnego z oryginałem, co wieloryb z polatuchą. 99% ekranizacji Dicka tak grzeszy. Cholera mnie bierze, bo jak jeden czy drugi pan chce nakręcić widowiskowe sf z pościgami i happyendem, to proszę bardzo, kto bogatemu zabroni, ale podczepianie do tego nazwiska Dicka to już chamski marketing.

    I jeszcze jedno mi się nasunęło, na fali od dawna trwającej mody na uwspółcześnianie - czy są jakieś ekranizacje, które przenoszą fabułę wstecz? Nawet nie muszą być filmy, mogą być wystawienia sztuk czy oper - istnieje coś takiego czy nie? Bo skoro treść uniwersalna, to czemu nie, bo ja wiem..., "Romeo i Julia" za Echnatona albo "Duma i uprzedzenie" w Bizancjum?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie -- bo mimo pewnych zbliżonych możliwości, środki filmu nie zawsze nadają się do dokładnego przeniesienia książki na ekran. Niewolnicze trzymanie się pierwowzoru, choćby nie wiem, jak genialnego, wcale nie musi się w kinie sprawdzić.

      Inna sprawa, że -- tak jak piszesz -- całkowite odejście od pierwowzoru, a nadal trzymanie się linii "toż to ekranizacja!" wcale nie jest sposobem lepszym. W sensie: złoty środek to jednak złoty środek ;). W "Mansfield Park" (i piszę nadal tylko jako widzka, nie jako czytelniczka) -- wydaje mi się, że bohaterkę autorka wyjęła z całości właśnie po to, żeby mieć tego obserwatora, który zobaczy bestialstwa arystokracji. Co jest drogą na skróty -- bo widz już nie musi wysnuwać wniosków sam, zobaczy to za niego i wyartykułuje (niekoniecznie na głos, ale na przykład zachowaniem) bohaterka.

      Ha, dobre pytanie! Wydaje mi się, że akurat "Romeo i Julia", czy "Duma..." to są rzeczy oparte o dość uniwersalne schematy, więc trudno mówić, że zostałyby przeniesione w przeszłość -- na pewno da się odnaleźć podobne historie właśnie tam, ale... Ale ciekawe, czy coś takiego istnieje. I to nawet niekoniecznie ekranizacje, ale i retellingi w ogóle. Wydaje mi się, że mody na przenoszenie wstecz nie ma z tego względu, że taka ekranizacja/wystawienie teatralne może co najwyżej widza jeszcze mocniej wyobcować, podczas gdy uwspółcześnianie ma służyć przybliżeniu (przynajmniej teoretycznie).

      Usuń