Lemat-o #11: Rohan na pustyni albo o "Niezwyciężonym" S. Lema


Przyszła pora, żeby powiedzieć: nie wszystkie powieści Lema zyskują, kiedy się je czyta jedna po drugiej. Mam wrażenie, że "Niezwyciężony" podobałby mi się znacznie bardziej, gdybym go przeczytała w oderwaniu od cyklu. Nie zrozumcie mnie źle: to nadal bardzo uczciwa sf, dobrze napisana i wciągająca, solidna taka. No właśnie, ale nie wprawiająca w zachwyt.

O czym to w ogóle jest? Załoga świetnie wyposażonego, niemal niezniszczalnego statku kosmicznego nazwanego "Niezwyciężony" ląduje na pustynnej planecie Regis III. Kilka lat temu bliźniaczy statek "Niezwyciężonego", "Kondor", przepadł tutaj bez wieści, astronauci mają więc sprawdzić, co się stało, że taki kolos z masą zabezpieczeń i broni zniknął. Dalej osiadają niewielkie, ale sugestywne spojlery, czujcie się ostrzeżeni. Ale tak poza tym nie wiem, czy mam aż tyle więcej do powiedzenia -- w tej sprawie też czujcie się ostrzeżeni.


Oczywiście, że towarzyszyć na będą widoki nowozelandzkiej Mount Sunday, czyli fragmenty filmowego Rohanu! Źródło.

Problem pierwszy: od razu wiadomo, że jak coś się nazywa "Niezwyciężony", to znaczy, że twórcy rzucają (wszech)światu niebezpieczne wyzwanie. I faktycznie, z "Niezwyciężonym" (statkiem) jest trochę jak z Titanikiem. To znaczy zawsze znajdzie się góra lodowa -- to porównanie zresztą jest całkiem zasadne, bo na Regisie III królują dziwne organizmy-nieorganizmy, właściwie nic obdarzonego świadomością, ba, nic żyjącego, a jednak -- jak ta góra właśnie -- zdolne pokazać ludziom, panom "Niezwyciężonego", że taka nazwa to trochę pobożne życzenie. No właśnie, ten ironiczny kontekst oczywiście jest ciekawy, ale dość oczywisty: tak samo jest z rozwiązaniem zagadki (bo dostajemy, niemal całe, rozwiązanie, co w świetle "Śledztwa" czy "Solaris", muszę powiedzieć, że nieco rozczarowuje -- łatwo też na nie wpaść samemu zanim zrobią to postaci).

Problem drugi: wraca trzecioosobowy narrator, żeby opowiedzieć nam całą historię z punktu widzenia nawigatora o wdzięcznym imieniu Rohan (przez co przez cały czas widziałam księcia Eomera w skafandrze kosmicznym, ale to uboczny skutek -- zastanawiam się za to, jaki cel przyświeca czasami Lemowi w nazywaniu postaci; już przy "Solaris" ten "Kris" -- a nie "Chris" -- mnie zastanawiał, teraz z kolei mamy Rohana). Rohan jest trochę istotnym członkiem załogi -- główny astrogator (tak, wraca moja ulubiona nomenklatura z "Obłoku Magellana"!) widzi w nim talent, a w pewnym momencie szansę na wyjście z całej sytuacji z twarzą, z drugiej strony nasz bohater to szarak w porównaniu z innymi. Ani nie ma wielkiej wiedzy, ani jakichś szalonych umiejętności, ani wysokiego statusu. Trochę przypadkiem i wbrew swojej woli zostaje bohaterem. Czy raczej "bohaterem", bo z tymi wielkimi czynami na Regis III jest sprawa dość skomplikowana.


Źródło.

Problem trzeci: bo Regis III to fascynujący przykład mocno nietypowej ewolucji. Lem daje nam świetny popis planetarnej archeologii (przy czytaniu o odkrywaniu losów planety można mieć ciarki w stereo) i super pomysł wyjściowy. Bo tym razem o Kontakcie z Obcym nie ma mowy -- chyba, że idzie o złowienie mieszkających w wodach tej pustynnej planety ryb -- nawet w formie tak szczątkowej, jak to miało miejsce w "Solaris". Kontakt nie jest możliwy, bo nie mamy do czynienia z Obcym, który działa świadomie, a ze zbieraniną instynktów. Które zresztą budzą w załodze "Niezwyciężonego" ich własny instynkt: przetrwania. Rohan wykazuje się pewnym zrozumieniem sytuacji i śledzi eskalację problemu -- i nadawanie podmiotowości tworom wyraźnie niepodmiotowym -- z coraz większym zdumieniem i przerażeniem. Po raz kolejny mamy zatem problem tego, kim jest Obcy -- i czy jest to ktoś, a nie coś, z czym/kim w ogóle Kontakt jest możliwy, po raz pierwszy jednak z kategoryczną odpowiedzią, że nie. Nie do końca jednak przekonującą (i to nie tylko mnie, ale i naukowców z "Niezwyciężonego").

Problem czwarty: Lem daje też popis swoich możliwości, jeśli chodzi o opisy -- drobne znaki, które znajdują ludzie z "Niezwyciężonego" w szczątkach "Kondora" przerażają, bo są sugestywnie opisane, a nie dlatego, że same w sobie są straszne. Bardzo dobrze dobrane są tutaj właśnie takie błahostki. Niektóre sceny są rozpisane w sposób niezwykle filmowy, właśnie przez drobne detale, jak na przykład płaszcz astrogatora w jednej z bardziej nerwowych scen. Zresztą, nie wiem, czy pamiętacie, ale na początku, przy "Człowieku z Marsa", narzekałam, że Lem fatalnie wykańcza rozdziały. "Niezwyciężony" to jest maestria w budowaniu napięcia przez kończenie rozdziałów cliffhangerami, serio, trudno jest tę książkę odłożyć właśnie przez ten rodzaj chwytów.




Także, jak sami widzicie: jest solidnie, jest problematycznie, po prostu nie zachwycam się aż tak, jak w przypadku niektórych poprzednich kosmicznych fabuł Lema, bo "Niezwyciężony" jest jakby taką wariacją na temat, rodzajem filmowej etiudy -- pracą bardzo dobrą, ale nie porywającą. Mnie, w każdym razie. A w ogóle wiecie, że odłożywszy "Niezwyciężonego" na półkę znalazłam się już za połową mojej Lematowej listy?

___________________________

To jutro w takim razie ten wpis, co to go potrzebuję, żeby do niego czasem samą siebie odesłać.

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Z pewnością "Niezwyciężony" jest dla mnie słabszy od "Solaris", ale też byłam nim zachwycona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, dlatego napisałam, że to bliskie sąsiedztwo (powstają w podobnym czasie, a między wydaniem "Solaris" a "Niezwyciężonego" mijają trzy lata bodajże) "Niezwyciężonemu" szkodzi. Bo roztrząsa ten sam temat, ale nieco jednak mniej błyskotliwie. Pozycja solidna, ale bez "ach" ;).

      Usuń
  2. Mam "Niezwyciężonego" i "Solaris" w jednym wydaniu z '68 roku, kupiłem w bibliotece za 50 groszy... Tę drugą powieść czytałem, wrażenia jak najbardziej pozytywne, chwilami nawet zachwyt, ale że to był na wpół czytelniczy przymus, bo znajomość "Solarisa" była mi potrzebna na zajęcia, to z pewnością powtórzę bardziej świadomie. "Niezwyciężony" ciągle przede mną, ale na razie zbiera u moich znajomych same świetne rekomendacje. Tylko że jak zacznę czytać Lema, to pójdą w ruch kolejne i kolejne powieści, a tego się boję - żeby gdzieś nie przepaść na kilka miesięcy, kiedy będę potrzebny wśród żywych ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ coś Ty, ja przepadłam od czerwca, ale jakie to jest przepadnięcie cudowne! Polecam każdemu :).

      To ciekawe, że jest wydanie tych dwóch powieści razem, ale to trochę zgodnie z moją intuicją. To "Solaris" bowiem właśnie "Niezwyciężonego" przytłacza (trochę to jest rozumowanie na wyrost, ale podejrzewam, że gdybym najpierw poznała "Niezwyciężonego" zrobiłby on na mnie lepsze wrażenie). Myślę, że może to też kwestia czytania książki po książce, a przy dłuższym okresie czasu "Niezwyciężony" by zyskał? Nie wykluczam, także czytaj spokojnie, bo warto :).

      Usuń
    2. Będę czytał i pisał o wrażeniach :) Zapewne zrobię tak, jak mówisz, bezpieczniej - najpierw "Niezwyciężony", potem powtórka "Solarisa". A jeśli wsiąknę na dobre, pójdą w ruch kolejne powieści, tym razem już z zapasów bibliotecznych (choć na pewno nie dam rady zapełniać tak szybko Lemowskiej listy jak Ty, ale w moim wypadku z science fiction trzeba wolniej, rozważniej, żeby się nie przejadło :D).

      Usuń
    3. Lem jest na tyle różnorodny, że trudno się nim przejeść :). I czytanie go po kolei jest szalenie korzystne -- póki co tylko w wypadku tych dwóch, "Solaris" i "Niezwyciężonego", się nie opłaciło do końca, ale poza tym czyta się w ten sposób świetnie, bo widać rozwój motywów i warsztatu pisarskiego :).

      Usuń
  3. Jest jedna rzecz, którą wspólną mają "Solaris" i "»Niezwyciężony«". Obcość.
    Na Solaris grupka spokojnych naukowców próbuje zrozumieć Ocean, a na Regis III załoga krążownika próbuje zrozumieć co się stało z ich poprzednikami. W obu przypadkach rzeczywistość przechodzi najśmielsze oczekiwania: Ocena jest całkowicie poza naszą strefą zrozumienia, zaś co do tego, co się na Regis III stało, pozostają jedynie domysły. O ile dobrze pamiętam, nie ma pewnego wyjaśnienia, pozostaje tylko hipoteza ewolucji maszyn, w której wygrał czarny rój.
    Zarówno z Ocenaem, jak i z czarnym rojem nie można nawiązać kontaktu. Ba, świetne jest zdanie w czasie narady, w którym przegląda się natura ludzka, niczym w zwierciadle:

    - (...) Bo skoro za przeciwników mamy twory martwej ewolucji zapewne apsychiczne, nie możemy rozważać problemu w kategoriach zemsty, czy odpłaty za "Kondora", za los jego załogi.

    Mścić się, jest rzeczą ludzką. Ale odbiorca zemsty, musi być świadomy. Nasze działania są skierowane na Obcego, który ma świadomość. Nie wiadomo, czy ma ją Ocean, a czarny rój nie ma prawie na pewno. Tę myśl świetnie rozwija P. Watts w "Ślepowidzeniu", zastanawiając się, jak ludzkość opanowała planetę Ziemia _pomimo_ posiadania świadomości. W ogóle "Ślpowidzenie" zdaje się być kontynuacją (intelektualnie) "»Niezwyciężonego«". Ale o tym już muszę napisać porządny post u siebie.

    Tymczasem wisienka na torcie, którą kiedyś usłyszałem od pewnego literaturoznawcy: zwróć uwagę, że w tytule występuje cudzysłów. Oczywiści, wszak nazwy okrętów, piszemy w cudzysłowach. Ale pomyśl, że ten cudzysłów nadać może kontekst ironicznego komentarza. Zwłaszcza w świetle ostatniego zdania:

    (...) szedł prosto na dwudzietopiętrowy statek, który stał w powodzi świateł, na tle blednącego nieba, tak majestatyczny w swym nieruchomym ogromie, ___ jakby naprawdę był niezwyciężony ___.

    (podkreślenie moje)

    Zupełnie na boku: nazwę "Invincible" ("Niezwyciężony") na przestrzeni prawie trzech wieków nosiło siedem brytyjskich, okrętów wojennych, dwa amerykańskie i cztery francuskie. To dość pospolita nazwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ ja się z tym wszystkim zgadzam, częściowo zresztą o tym pisałam. Tyle że mimo wszystko, czytane niemal po sobie, "Solaris" i "Niezwyciężony" wydają się bardzo zbliżone -- z tym, że "Solaris" zrealizowana jest z większą maestrią, a "Niezwyciężony" to bardzo solidna lieratura, ale -- tak swoją drogą -- ciut przykrótka, zatrzymująca się w pół słowa, jakby się autor chwilami przy niej zmęczył (bo nie chodzi mi o efekt celowego niedomówienia).

      W ogóle to, że Rohan zdaje się być jedynym, który widzi, że maszynom przypisuje się sprawczość całego zła, a zatem osobowość, jest wątkiem bodaj najciekawszym dla mnie w "Niezwyciężonym". Przy czym on też ma świadomość tego "niezwyciężenia", co jest właściwie jak Titanic (ta ironiczność zresztą nazwy statku jest straszliwie, moim zdaniem, dosłownie wyłożona w kilku co najmniej fragmentach -- a cudzysłów jeszcze to podkreśla; właśnie to mi zresztą w "Niezwyciężonym" przeszkadzało -- i to, że dość łatwo było wpaść na rozwiązanie zagadki, co się stało z ludźmi z "Kondora", i to właśnie, że ta ironia ma nas kłuć w oczy -- "Solaris" jest jednak subtelniejsza pod tym względem).

      To jest niezły trop: że w sumie ciągle są jakieś statki, które mają być niepokonane, nawet jeśli są teoretycznie wcale nie wojenne, a wojenne niejako przy okazji, jak tytułowy u Lema.

      Usuń
    2. Jakoś tak zawsze jest, że "Solaris" zestawiają z "»Niezwyciężonym«". Bo pisane po sobie. Bo WL wydało je w jednym tomiku, bo. I ludzie dziwują się, że to takie inne. I jedni mówią, że "Solaris" jest nudne i przegadane, a drudzy, że "»Niezwyciężony«" jest prostą rozrywką przy głębi Oceanu. To zestawienie, ten kontrast, nie służy tym powieściom, tak sobie teraz myślę. Bo bez tła "Solaris", za to zestawiony z ówczesną literaturą, okazuje się "»Niezwyciężony«" powieścią hard-SF tak dalece wyprzedzającą wszytko co wokół pisano, że wydaje się Lem być prorokiem, lub najmniej Teslą tej gałęzi literatury. Tymczasem czytelnik wyrwany z leżaka, gdzie pociągając drinka podziwia z Kelvinem zachód słońca w Oceanie i leniwie debatuje o mimoidach i traumach swoich martwych ex, teraz ląduje w środku epickiej bitwy między krążownikiem a rojem czarnej sadzy, pyta Rohana, a po trosze Autora: "Co tu się u cholery wyprawia?". Kwestia kontrastu. Tak sądzę.

      Usuń
    3. Właśnie. Wiesz, że P. K. Dick (wielka postać fantastyki) pisał do FBI donosy, że S. Lem nie istnieje a jego dzieła są pracą zespołową agentów KGB, które mają za zadanie zdyskredytować amerykańską literaturę fantastyczną, gdyż niemożliwe jest pisanie powieści tak różnorodnych utrzymując taką głębię i poziom mistrzostwa literackiego?
      Ale sam Dick był nieco... nietypowy. I dlatego kilka jego powieści (z kilku... set?) stanowią kanon fantastyki ("Czy androidy marzą o elektrycznych owcach" sfilmowane jako "Blade runner", "Człowiek z Wysokiego Zamku", "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha", "Ubik" a przed wszystkim "VALIS" i "Boża inwazja".)

      Usuń
    4. Dokładnie! Ale zastanawiam się: bo jednak Lem sam poruszył bardzo podobny temat w dwóch różnych wersjach, tyle że raz wyszło bardziej widowiskowo (choć paradoksalnie mniej się dzieje), a raz -- solidnie (naużywam tego słowa, ale kiedy to naprawdę jest solidna powieść!), ale bez fajerwerków (chociaż są wybuchy i wystrzały).

      A historię znam! Nawet ją dzisiaj rano opowiadałam :D. Swoją drogą, to Dick podobno pisał to w trakcie ostrego załamania nerwowego bądź epizodu psychotycznego, więc w gruncie rzeczy to dość przykra historia. A sam Lem Dicka cenił, skoro "Ubik" (jeśli się nie mylę) wylądował w serii -- niestety, szybko skasowanej -- "Stanisław Lem poleca".

      Usuń
    5. "Swoją drogą, to Dick podobno pisał to w trakcie ostrego załamania nerwowego bądź epizodu psychotycznego (...)".
      Dzień jak co dzień.

      I żeby nie było: jestem szczerze oddanym fanem Dicka i uważam go za Dostojewskiego literatury fantastycznej.

      Usuń
    6. A propos. Czytałaś "Ubika"? Warto.

      Usuń
    7. Jeszcze nie, ale mam w planach :). "Ubik" został mi kiedyś streszczony bardzo dokładnie i wtedy się zawahałam, czy to jest książka, przez którą przebrnę, ale właśnie ostatnio chodzi mi po głowie, żeby spróbować (nie bez związku ze "Stanisław Lem poleca" ;)).

      Usuń
  4. "A w ogóle wiecie, że odłożywszy "Niezwyciężonego" na półkę znalazłam się już za połową mojej Lematowej listy?"

    Ale... ulżyło Ci? Czy martwisz się, że już z górki i zaraz się turnus skończy? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę jedno, a trochę drugie ;). To znaczy z jednej strony super, bo zawsze miło jest skończyć coś, co się sobie postanowiło, a z drugiej Lema się czyta mi bardzo dobrze. Więc było to przemyślne, żeby zrobić listę dość reprezentacyjną, ale nie zawierającą wszystkiego ;). Będzie jeszcze potem do czego zaglądać :).

      Usuń