Lemat-o #14: Manicheizm Kosmosu albo o „Głosie Pana” S. Lema


Muszę przyznać, że początkowo „Głos Pana” mnie zdenerwował, głównie dlatego, że przez początek brnie się opornie za sprawą narzekającego na wszystko narratora. W końcu jednak narrator, wybitny matematyk Piotr E. Hogarth, przestaje narzekać – ale wtedy właśnie zaczynają się schody.

O czym to w teorii jest? W skrócie: o tym, że po dokonaniu przełomowego odkrycia w astronomii naukowcy odkrywają dziwne promieniowanie, które może, choć nie musi, być strumieniem wiadomości od jakiejś innej, kosmicznej cywilizacji. Początkowo jednak z rozszyfrowania tego potencjalnego „listu” nic nie wychodzi, pada on łupem różnej maści szarlatanów i wielbicieli teorii spiskowych. W końcu do całego projektu zapala się rząd Stanów Zjednoczonych – kompletuje załogę niesamowitych naukowców i umieszcza ich w dawnej bazie jądrowej na środku pustyni, gdzie mają pracować nad złamaniem potencjanego kodu tej hipotetycznej wiadomości od Obcych.
A jako ilustracje -- idealnie wpisujące się w klimat zdjęcia z czasu trwania Project Manhattan. Źródło.

A o czym to jest w praktyce? Dostajemy do rąk pamiętnikarsko-dygresyjną pracę matematyka, który należał do czołowych naukowców w projekcie, któremu – na poły serio, na poły ironicznie – nadano kryptonim „Głos Pana”. „Pan” oznacza tu jednocześnie ewentualnie bóstwo, jak i władze amerykańskie, czuwające nad tym, by wyniki projektu były jak najbardziej materialne i przełożyły się na zwycięstwo USA w zimnej wojnie. Bo choć Lem umieszcza akcję w połowie lat 90., to jest to świat nadal trwający w klinczu: dwa wielkie mocarstwa wzajemnie się szachują, żadne nie może wygrać i generalnie w układzie tym panuje impas. Czuć tutaj to, co w „Pamiętniku znalezionym w wannie”: taka historia po prostu nie może się skończyć, bo nie ma żadnego dobrego wyjścia – oprócz całkowitej zagłady wszystkiego.

To jest dość ponura przyszłość, jak mam być szczera. Lem definitywnie (w tym sensie, że dotąd robił to pomału, tu: ostro się odcina) żegna się tutaj z jakąkolwiek możliwością utopii – i to dokładnie tą, którą nakreślił w „Obłoku Magellana”  (i która tak mi się, mimo wszystko, w swojej poetyczności podobała). Pisze:

Lecz cywilizacja, która by dotarła do stanu takiego zrównania i tym samym stała się homogeniczna, jest czymś dla nas całkowicie nieznanym. Byłaby to taka cywilizacja, która zdołała już zaspokoić elementarne biologiczne potrzeby wszystkich swoich członków […]. Jednakowoż wiemy teraz na pewno, że gdy po planetach będą się przechadzali pierwsi wysłannicy Ziemi, inni jej synowie nie o wyprawach takich będą marzyć, lecz o kawałku chleba.
[cytuję z wydania Wydawnictwa Literackiego z 2002 roku, s. 207]

To jest świat poskładany z nierówności. To jest też świat, w którym są bomby atomowe, a nie ma atomowych stosów (czyli paliwa, które napędza wszystkie statki kosmiczne w dotychczasowych powieściach Lema). Nie ma żadnego całościowego rysu, ale z półsłówek wplatanych tu i ówdzie wiemy, że nie do końca chcielibyśmy się w nim znaleźć – a równocześnie trochę się w nim znaleźliśmy: w świecie nierówności, z szalonym postępem technicznym z jednej, i epidemiami głodu z drugiej strony.

Ale Hogarth skupia się na czym innym – Lem wkłada mu w usta uwagi natury ogólnej, ubarwiając je językiem miejscami mocno hermetycznym (ale nie ma się czym przejmować, bo w istocie stanowi to, jak wszystko inne, sztafaż dla teorii ukrywanej pod spodem – więc, co już przy kilku innych prozach Lema wydawało mi się możliwością, teraz przybrało na sile, nie zniechęcajcie się w razie czego zbyt naukowym językiem), a przede wszystkim porusza swoje ulubione tematy teologiczne. Czym bowiem jest ów sygnał? Przesłaniem od Istot, którym zależy na nas? A może wiadomością o sile rażenia zagłady atomowej? Igraszką losu? Czy w ogóle to jest jakiś komunikat? Czy są jakieś świadome Istoty, które chcą się z nami skontaktować? 
Źródło.
 

I to nawet nie są pytania pozbawione odpowiedzi. W „Głosie Pana” dostajemy całą masę hipotez – podobnie jak w „Solaris”, tyle że w tej wcześniejszej powieści jesteśmy świadkami zmierzchu całej gałęzi nauki, która te hipotezy wyprodukowała. W „Głosie...” zostajemy rzuceni w sam środek ich wymyślania – choć od początku jesteśmy poinformowani, z jakim rezultatem. Wypadkowa zatem pozostaje taka sama jak w „Solaris”, tak w „Głosie...”. I ostateczne rozwiązanie, ku któremu przychyla się Kelvin i ku któremu ciąży, na przekór faktom, Hogarth, jest bardzo podobne. Przy czym obaj są trochę w takim rozkroku między nadzieją i rezygnacją, której do nadziei jakoś przekornie blisko.

„Głos Pana” jest też namysłem nad kondycją nauki. Powracają ci uparci, samolubni naukowcy, których nie było coś widać od czasów „Astronautów”. Tacy, którzy jeśli coś odkryją, to muszą to zbadać bez względu na konsekwencje. „Głos Pana” jest też studium takiego projektu, który jest w teorii naukowy, a w praktyce – militarny. Bohaterowie często wspominają o projekcie Manhattan – zresztą siedzą w środku dawnego poligonu atomowego – i powieść jest tak naprawdę mocno osadzona w podobnych realiach (że wspomnę chociażby i to, że w "Głosie..." nie ma kobiet-naukowczyń, nie są nawet wspomniane, choć można założyć, że też pracują "w tle"), tyle że w ostatniej chwili przypadek (albo celowe działanie Istot) pomaga naukowcom wybrnąć ze śmiertelnego zaułka, w który się sami wpędzili. A przy okazji Hogarth wygłasza też kilka bon motów odnośnie literatury – i ma okazję skrytykować science fiction jako gatunek. Moim ulubionym jest chyba ten o:

Nie jestem w stanie pojąć, czemu na drogi publiczne nie wpuszcza się ludzi pozbawionych prawa jazdy, natomiast na półki księgarskie mogą się dostawać w dowolnej ilości książki osób pozbawionych przyzwoitości – że nawet nie wspomnę o wiedzy.
[s. 29]

Ale „Głos Pana” to jest cała kopalnia podobnych tematów.

I co z tego wynika? „Głos...” jest mroczną, ponurą powieścią, która dzieje się w jednym, klaustrofobicznym dość miejscu w krótkim czasie. Atmosfera jest ciężka i sugestywna (co Lem umie robić doskonale). Autor właściwie wykorzystuje bohaterów, żeby powkładać im w usta słowa traktatu kosmogoniczno-teologicznego: przy czym nadal da się książkę czytać jako powieść, co jest niemałym osiągnięciem. Nie powiem, żebym padła na kolana, ale to jest kawał dobrej prozy, która każe pomyśleć, a to zawsze jest w cenie. Przy czym nadal mam wrażenie, że niektóre wątki poginęły w drodze (Pan Much), a służyły tylko temu, żeby coś zasygnalizować, z grubsza nakreślić. W przeciwieństwie do „Śledztwa jednak te sygnały nie służą w istocie wiele większemu celowi niż ten z góry wpisany w fabułę. A przy okazji to chyba najlepsze jak dotąd u Lema studium „naukowości” i „nauki” jako takiej z całym spektrum jej działań – i choćby dlatego warto.
 

Weź dokładkę!

13 komentarze

  1. Ha, to jedna z moich ulubionych książek Lema, bo kiedy czytałam ją po raz pierwszy w dość wczesnej młodości, uświadomiła mi, jak bardzo nasza cywilizacja, którą uważamy za tak rozwiniętą, może być bezradna i prymitywna wobec ewentualnych kontaktów z innymi mieszkańcami przestrzeni kosmicznej. Że tak naprawdę możemy nigdy nie odkryć sensu przekazu, tylko skrobać sobie tak po powierzchni... albo, co gorsza, wierzyć, że ta powierzchnia to przekaz właściwy. Albo w ogóle przekazu nie zauważyć... A w czasach, kiedy "Głos Pana" powstał, ta wiara we wszechmoc ludzkości była chyba dość powszechna, jak tak z tatą kiedyś o tym rozmawiałam. Te wszystkie sputniki, Gagariny i chwilę później Armstrongi działały na wyobraźnię, ta powieść była takim zimnym prysznicem. W sumie czas na powtórkę, bo ostatnie czytanie też jakieś 10 lat temu się odbyło...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie myśli zawsze nachodzą mnie, gdy czytam naukowe rubryki w gazetach - wyobrażamy sobie naukę jak w amerykańskich filmach, czekamy na jakieś przełomowe odkrycia wyglądające tak, że nagle jakiś okularnik wyjdzie i powie "oto potwierdzamy istnienie życia na innych planetach", podczas gdy rzeczywistość wygląda już nie tak spektakularnie i jest właśnie takim mozolnym "skrobaniem po powierzchni".

      Usuń
    2. @asaszan, bardzo Ci dziękuję za to zwrócenie uwagi na problem, który mi bezpośrednio umknął: bo o ile oczywiście kwestię Kontaktu widać wraz z kolejnymi prozami Lema bardzo dobrze, to znaczy -- jak ona w jeg pisarstwie ewoluuje -- to nie pomyślałam o tym, że to jest też bardzo pesymistyczna odpowiedź na optymizm nauki lat 60. Bo z jednej strony -- tak jak napisałam -- Lem żegna się tu z optymizmem próz poprzednich (jaki by on czasami nie był, ale te stosy atomowe, które umożliwiają tak wiele, tutaj nie są czymś, w co ktokolwiek inwestuje), w tym przecież właśnie w jakąś naukowo ogarnialną przyszłość.

      Czy może jeszcze inaczej: jest taka scena w "Głosie...", kiedy mówi się o tym, że coraz szybciej można podróżować dzięki nowym metodom, tyle że to tak naprawdę niewiele zmienia. Zachwycamy się tymi możliwościami -- i co? Do czego to w gruncie rzeczy prowadzi? Bardzo mi się podoba to naświetlenie problemu też właśnie od strony zderzenia go z jaką taką wiarą w "możemy, albo będziemy mogli, wszystko".

      @aHa, no tak, to prawda -- zresztą u Lema ta nauka nigdy nie jest taka spektakularna. Co prawda Kelvinowi w "Solaris" jeszcze udaje się dokonać odkrycia po zbadaniu próbki krwi, ale już wtedy powstaje pytanie -- co z tym zrobić? Czy to coś realnie daje, jakoś rozwiązuje sytuację? A w "Głosie Pana" to jest naprawdę świetnie pokazane: że do czegoś co prawda dojść można, ale po pierwsze inaczej, niż zakładaliśmy, po drugie, co z tym zrobić, po trzecie, czy serio do czegoś doszliśmy. Chociaż trochę mi szkoda wiekopomnych odkryć z "Obłoku Magellana" ;).

      Usuń
  2. Mnie się "Głos Pana" wpisywał w sf o nauce. Brzmi jak masło maślane, ale większość sf sztafażem stoi, a intryga to kryminał/romans/opowieść wojenna itp. A jak już się pojawia wątek "nauki", to najczęściej wygląda to niczym w opowiadaniu z "Cyberiady", gdzie maszyna miała zrobić naukę, a wyszedł tłum brodaczy w kitlach. Myślę, że to jednak jest bardzo trudny temat na fabułę; bo co niby?, bohater ma formułować hipotezy przez x stron, a w finale chwycić się za głowę z okrzykiem "Eureka!" i popędzić po grant? Z drugiej strony, tak już oddalając się nieco od Lema, ale za bardzo (patrz: "Eden" choćby) bardzo rzadko widać, że nauka to nie jest jakaś magma czy inny kocioł, z którego odławia się wybitne jednostki, a owe jednostki swym geniuszem posuwają fabułę do przodu. Że są jakieś różnice, jakiś (tu użyję słowa, którego nie znoszę, za co z góry przepraszam) dyskurs idei, nawet jeśli ów dyskurs polega na tym, że facet odkrywający na nowo twierdzenie Pitagorasa patrzy z góry na rzeźnika sekcjonującego króliki (patrz: LeGuin). Najczęściej autor li i jedynie jedzie na zgranym schemacie humaniści kontra ścisłowcy, co jest tak wytartym liczmanem, że można go użyć przy dowolnym doborze środowiska i bohaterów (zabiegowcy kontra zachowawczy w serialach medycznych, sztabowi kontra frontowcy w filmach wojennych, operzy kontra analitycy w sensacyjniakach itd).

    A tak na magnesie, bo przegapiłam notkę o "Edenie" i teraz nadrabiam - jak ci się retelling "Edenu" pióra Dukaja? Choć to może nie retelling, takie nawiązanie i polemika, acz z pewnymi elementami retellingu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bo to zdecydowanie jest science, a nie fiction (tak zresztą, bardzo trafnie, napisał Jarzębski -- z którym się zaczynam rozjeżdżać, ale tu się zgadzam w stu procentach). "Głos Pana" to jest w ogóle trochę testowanie pewnych możliwości, w tym sensie bardzo przypomina "Człowieka z Marsa" (chociaż kunszt, że tak powiem, nie ten i w ogóle dzierżmy proporcje): co, jeśli zamkniemy ludzi w takich a takich warunkach i damy im zagadkę? Co zrobią, jak się zachowają? Przy czym to się przekłada i na czytelników, mam wrażenie -- dajmy im traktat-powieść i zobaczmy, co z nim zrobią.

      Tak się dzisiaj cały dzień zastanawiałam, że źle ujęłam to o sztafażu, czy może nie do końca trafnie: bo chodziło mi o to, że "Głos..." -- jak i większość tego z Lema, co do tej pory przeczytałam -- obfituje w podbudowę naukową napisaną językiem stosunkowo trudnym, ale że w gruncie rzeczy nie trzeba się aż tak przejmować tym, że to jest tak napisane, bo o co chodzi da się wywnioskować, mam wrażenie, bez znajomości algebry Boole'a.

      No właśnie, naukowcy Lema -- może poza "Obłokiem Magellana" -- są pozbawieni tej eureki na końcu. Czasem do czegoś dochodzą, ale to jest raczej ciche eureka na własne potrzeby, jeśli w ogóle. Raczej zostaje im, paradoksalnie, wiara. Tak jest z Kelvinem, i tak jest z Hogarthem. A jeśli chodzi o ten konflikt humaniści/ścisłowcy, to przecież w "Głosie..." on jest (nie po raz pierwszy, bo mamy go już w "Astronautach", a potem w "Obłoku...") i kurczę, miejscami jednak jest on dość schematyczny (nie powiem, podśmiewywanie się z językoznawców strukturalistycznych jest w "Głosie..." zabawne, ale jednak). To znaczy, inaczej: zasadniczo humaniści w projekcie MAVO nie mają nic do roboty -- a jednak udaje im się zrobić najwięcej "naukowej roboty", bo robią ją jakby obok samego programu. I stąd wychodzą z kieszeniami raczej pełnymi.

      Czekaj, czekaj, a u którego Dukaja? Bo ja z Dukaja słabo jestem obczytana, więc jest duże prawdopodobieństwo, że nie wiem :).

      Usuń
    2. "Oko potwora" ze zbioru "Król bólu". Same dekoracje podnoszą wartość o dwie gwiazdki (mieszanie wystygłej kawy suwakiem logarytmicznym!).
      Przypomina się jeszcze jedna książka - "Robot" Snerga-Wiśniewskiego.Jest silny akcent na naukę (bohater dowiaduje się, że jest fizykiem i jak sam stwierdza, a w pewnym momencie to już sam nie wie, czy naprawdę nim jest, czy się nim staje), rzecz o kontakcie, a raczej o niemożności kontaktu i nawet jak końcowa 1/6 czy 1/5 to jest de facto literalny zapis "gadających głów" to mnie wciągnęło lepiej, niż Poirot objaśniający zagadkę morderstwa w Orient-Expressie.

      "Zasadniczo humaniści w projekcie MAVO nie mają nic do roboty -- a jednak udaje im się zrobić najwięcej "naukowej roboty", bo robią ją jakby obok samego programu. I stąd wychodzą z kieszeniami raczej pełnymi" - jakże to typowe dla humanistów! :)

      Usuń
    3. Będę się orientować w takim razie! Snerga-Wiśniewskiego nie znam w ogóle, mimo że kiedyś dostałam notatnik z okładką którejś jego książki (nie pomnę, której). Kolejna rzecz do nadrobienia w przyszłości.

      Prawda ;)? Ale też całkiem nieźle Lem tu wybrnął z tego stereotypu, w który się wcześniej zapędził, że ci humaniści tam nie bardzo mają co robić, bo żadnej wiadomości, którą można by tak czy siak analizować, nie odcyfrowano. No to poradził sobie z nimi inaczej ;).

      Usuń
  3. Jest sobie taki pan, który nazywał się Erich von Daeniken, szwajcarski hotelarz, który z niesamowitą dezynwolturą uprawia wandalizm intelektualny (zacytowany przez Ciebie, ten o prawie do wydawania książek), którym z kolei karmi teorie o kosmitach nawiedzających Mateczkę Ziemię, jak mój sąsiad nawiedza ogródek. I był sobie taki pan, który nazywał się Carl Sagan, który dla odmiany był poważnym naukowcem, związanym z programem SETI i von Daenikena nie znosił. W efekcie, gdy jeden pisał książkę, drugi odpowiadał kontrpozycją, na co następny popełniał refutację do niej i tak się biznes wydawniczy kręcił. Ale prócz dobrej roboty naprawiania szkód po von Daenikenie, pan Sagan popełnił kilka powieści, w tym słynny „Kontakt”, sfilmowany w 1997 z J. Foster w roli głównej. I szkoda, że to zrobił.
    „Kontakt” opowiada o sygnale z kosmosu, który genialna pani matematyk odcyfrowuje, na jaj podstawie budują dziwne urządzenie, które – zgodnie z oczekiwaniami wszystkich – zabiera główną bohaterkę na spotkanie z Obcymi. Czy coś to Ci przypomina? Dokładnie.
    Dziadek Lem jest arcygeniuszem, a „Głos Pana” jest arcydziełem, które wyśmiało powieść Sagana jeszcze przed jej napisaniem. Gdyby Sagan raczył był ją przeczytać, nie trzeba byłoby mi pić po seansie filmu „Kontakt”. „Głos Pana” to kolejna opowieść, tym razem niemal otwarcie będąca esejem filozoficznym, wyjaśniająca przyczyny, dla których do żadnego Kontaktu dojść nie może. Bo nawet jeśli sygnał odbierzemy, to za solaryjski Ocean, nie zrozumiemy do czego miałby służyć. Co z nim zrobić. Piękna jest ta metafora taśmy perforowanej, którą Hogarth opowiada McMahonowi: taśma niesie kod maszynowy dla komputera, a my ją wciskamy w nasze pianole i dziwimy się dysonansom. Motyw „Władcy Much” nie tyle został porzucony, co pozostawiony w tym miejscu dokąd dobrnęli naukowcy. Niczym ślepcy nie wiedzą, czy dobrze odczytali przesłanie, do czego tego użyć, czy są na autostradzie, czy w ślepym zaułku. Rzecz jasna jeszcze znajdzie się kilku pragmatyków, którzy coś z tego zrobią dla przemysłu i swej kieszeni – to zjawisko tak dla ludzkości charakterystyczne piękne ujęli Strugaccy w „Pikniku na skraju drogi” opisując środowisko stalkerów.
    Niemożność kontaktu jeszcze raz pięknie, tym razem fabularnie, opisze Lem w „Fiasku”. Ale właśnie by „Fiasko” wybrzmiało, trzeba mieć całą podbudowę teoretyczną z „Głosu Pana”.
    Czy muszę jeszcze dodawać, że to moja ulubiona nie-do-końca-powieść S. Lema, czy już wylazło to z tekstu między wierszami? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, "Głos Pana" idzie nawet jeszcze dalej: on stawia pytanie, kto jest tym Obcym, czy przypadkiem sami sobie nie wysłaliśmy tego sygnału, czy to w ogóle jest sygnał, czy ten Obcy w ogóle gdzieś (albo kiedyś) tam jest. Plus, jakby się tak przyjrzeć historii kontaktu u Lema -- takiego, gdzie widzimy tego Obcego, to w gruncie rzeczy za dużo tego nie ma. Mamy Marsjanina w "Człowieku z Marsa", mamy dublety z "Edenu", no i oczywiście Ijon Tichy spotyka tego i owego, a i Ocean jest, ale tak naprawdę częściej do tej pory Lem sugeruje tego Obcego -- i ewoluuje od kogoś zgodnego z naszym wyobrażeniem, przez kogoś, z kim da się przynajmniej w szczątkowej formie porozumieć, po kogoś, kto jest nam bliski, ale obcy lub w ogóle trudno cokolwiek o nim powiedzieć.

      I wiara Hogartha w Obcych oparła się na założeniu, że skoro nic tak naprawdę nie da się zrobić z Żabim Skrzekiem i Panem Much, to znaczy, że są przewidujący. To jest zresztą ciekawe, bo moim zdaniem większość tych traktatów u Lema to są rozmyślania teologiczne, czy natury teologicznej bardziej niż jakiekolwiek inne (a przynajmniej ja to tak odbieram). I stąd wydaje mi się, że wątek Pana Much jakoś siadł w pewnym momencie -- bo konstrukcyjnie był potrzebny, chociażby do tego traktatu, gdzie istotną składową, nad którą myślimy, jest zło -- ale fabularnie jakoś przepadł.

      Wylazło, wylazło ;). "Fiasko" jeszcze przede mną, ale już zacieram ręce (zresztą, bądźmy szczerzy, na mało co nie zacieram, większość rzeczy mi się bardzo podoba ;)). I dzięki za tę informację o Saganie -- nie wiedziałam o tej książkowej polemice, bo samego Danikena znam, jako że moja szkolna biblioteka swego czasu obfitowała w Danikeny, rozchwytywane bardzo, do tego stopnia, że żadnej jego książki nigdy nie przeczytałam ;).

      Usuń
  4. Jeśli chodzi o Twoje tezy zawarte w pierwszym akapicie: zgadzam się do końca.
    Co do teologicznej natury rozmyślań Lema - nie do końca. Ale muszę przemyśleć to trochę. Zasadniczo jako "teologiczne" określałbym myśli skierowane ku poznaniu Boga, lub boga/bogów. Lema jednak postrzegam jako twórcę "humanistycznego", stawiającego postulat "homo homini alienus est" (trawestując Rzymian).

    Aż się sobie dziwię, że pisząc notkę o języku (http://marginopis.blogspot.com/2012/10/opetani-jezykiem.html) nie napisałem o "Głosie Pana". Specjalnie wklejam link, by nie bruździć Ci w komentarzach moimi poglądami, które są nader mętne i mało kogo interesują :-) Ale właśnie tak to widzę: Awerrores do Arystotelesa miał nieskończenie bliżej, niż ludzie do hipotetycznych Obcych. Awerroes pytał o znaczenie słów w traktacie, Lem pyta, czy zrozumiemy czym traktat jest i co się z nim powinno zrobić. Bo może potraktujemy go jako wsad do zupy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, chodzi mi raczej o "teologiczne" w znaczeniu szerszym jednak niż nastawione na Boga bądź bóstwa -- o rozważania dotyczące natury tego, czy jest coś więcej, czy nie ma, czym to coś więcej jest, jaka jest w tym wszystkim rola człowieka (jeśli w ogóle) i tak lubiane przez Lema rozważania na temat natury zła (i dobra czasem też).

      Ba, powiedziałabym nawet, że Lem idzie jeszcze dalej: czy w ogóle mamy do czynienia z traktatem. W sensie: to pytanie w "Głosie Pana" w ogóle podkopuje samą strukturę, bo do końca pozostaje wątpliwość, czy my aby na pewno mamy do czynienia z przesłaniem (i końcowe rozważania Hogartha właściwie nie dają odpowiedzi). I a propos tego, co piszesz (w poście): Lem właściwie nieustająco roztrząsa ten problem języka jako pewnej granicy (już w "Edenie" mamy to -- w scenie humorystycznej, ale jak dobrze sumującej doświadczenia bohaterów -- kiedy nasi astronauci ku zgrozie Doktora nazywają Edeńczyków dubeltami, na co Doktor mówi, że to mało akuratne, ale na pewno się przyjmie, bo chwytliwe). I tu, w "Głosie..." też tak trochę jest: zwłaszcza z Panem Much i siłą oddziaływania tej nazwy (jak pisze Hogarth we wstępie: czasem branej na poważnie) i z Żabim Skrzekiem. Bo to już nawet w pewnym momencie nie chodzi o te substancje, ale właśnie o to, że daliśmy im nazwy, a więc coś znaczą.

      Usuń
    2. A propos mojego posta: za całą moją fascynacją zjawiskiem nie-porozumienia stoją na podobieństwo Biblii dwie książki: "Głos Pana" Lema i "Dociekania filozoficzne" Wittgensteina. Czyli cały czas rozkmina jak to się dzieje, że cokolwiek rozumiemy i czy na pewno coś rozumiemy, czy tylko oglądamy się w lustrze.

      Usuń
    3. W ogóle Wittgenstein (ten z "Traktatu...") się u Lema plącze wszędzie (przecież nawet sepulkowe rozważania Tichego to już jest trochę to właśnie, mam wrażenie).

      Usuń