Lemat-o #15: Późny debiut albo o "Szpitalu Przemienienia" S. Lema


Od razu powiem, żeby nie było nieporozumień: czuję się rozczarowana, a nawet trochę zła. Uf, powiedziałam to, zatem przejdźmy dalej. "Szpital Przemienienia" to właściwie pierwsza powieść Lema, ale wydana dość późno, bo autor miał kłopoty z wydaniem jej jako samodzielnej powieści i tak jak chciał. I teraz tak: brałam poprawkę na to, że to tak naprawdę debiut -- jako debiut uważam tę książkę za naprawdę dobrą. Tyle że spodziewałam się czegoś więcej -- sama jestem sobie winna. Tekst poniżej usiany jest spojlerami, czego po tym wstępie już się zapewne spodziewaliście. Także znowu: analiza raczej niż recenzja.

Na początek może jeszcze krótko, o co w ogóle w powieści chodzi: jest późna zima 1940 roku, kampanię wrześniową wszyscy mają jeszcze świeżo w pamięci. Stefan Trzyniecki, lekarz tuż po studiach, po pogrzebie wuja spotyka kolegę z uczelni. Staszek, bo tak się zwie ów kolega, proponuje Stefanowi wolne miejsce w sanatorium nieopodal, gdzie sam pracuje. Przybytek ten jest w istocie szpitalem psychiatrycznym, położonym malowniczo niedaleko miasteczka. Stefan, który nie ma większego pomysłu na życie, a skuszony dodatkowo tym, że szpital leży niejako poza czasem, więc problemów z okupacyjną rzeczywistością właściwie tam nie ma, przyjmuje ofertę, chociaż psychiatrą nigdy być nie chciał. W ten sposób budzi się do nowej rzeczywistości: pełnej ekscentrycznych lekarzy, pacjentów i utrzymanków szpitala, którzy chronią się nam przed światem na zewnątrz, wcale nie bardziej zdrowym niż obłąkana rzeczywistość sanatorium.

To może teraz o tym, co jest w tej książce takiego, że przeczytałam ją błyskawicznie: przy czym, no właśnie, to że coś się szybko czyta nie znaczy, że od razu nas to zachwyca, prawda? "Szpital..." jest przede wszystkim książką na bardzo trudny temat. I wiedziałam o tym, i byłam ciekawa, jak pójdzie Lemowi z prozą tak zwaną "realistyczną" (w cudzysłowie, bo realizmu prozom Lema w ogóle odmówić nie można), zwłaszcza że "Wysoki Zamek" przyjęłam bardziej niż entuzjastycznie. Także, jak wspominałam: brałam poprawkę na to, że to pierwsza duża powieść, próba rozliczenia się z wojną, z własną przeszłością poniekąd też, a do tego powieść, której przez siedem lat nie chciano wydać w takim kształcie, w jakim autor to sobie wymyślił. Kazano mu zmieniać rozłożenia akcentów, dopisywać dalsze części i tego typu podobne rzeczy (na które w przedmowie do mojego wydania -- tego z "Głów wawelskich" z Czytelnika, z roku 1975 -- Lem strasznie narzeka). I brałam na to wszystko różne poprawki, w tę i wewtę, a jednak się rozczarowałam. Bo to nie jest tak, że "Szpital..." jest, na ten przykład, rozwlekły. Nie jest. Mamy co prawda sceny rozbijające ogólną narrację i nie wnoszące wiele do całości (sprawa partyzantów, sceny z ojcem, tło rodzinne), ale mamy też coś, co niezaprzeczalnie Lemowi wyszło: klimat, trochę prowincjonalnego freak show, trochę fantasmagorii witkacowsko-schulzowskich, trochę odludzia, gdzie niby nic się nie dzieje, a jednak dzieje się to, co najważniejsze. Lem nie wdaje się w długie opisy: to są trzy, cztery kreski i mamy ogólny obraz. Pacjenci szpitala to są postaci poskładane tak samo: z kilku rys, które mają dać nam portret. Lekarze -- podobnie, każdy ma swoją idee fixe (może oprócz jednej jedynej lekarki, o której zaraz). Do tego dochodzi samo umiejscowienie czasu: zaczynamy roztopami po zimie czterdziestego roku i idziemy dalej, przez lato i jesień aż do likwidacji szpitala.

No dobrze, tak naprawdę to raczej zachwyty wyjdą przy narzekaniu. Chodźcie, pokażę Wam, co mnie tak w "Szpitalu..." zgnębiło. Bo strasznie jestem zezłoszczona na to, że Lem poskładał narrację z łatwych do przewidzenia efektów. Sami zobaczcie: sytuacja wyjściowa jest taka, że mamy naszego Stefana, trochę nadwrażliwca, niezręcznego społecznie, ale z pretensjami do filozofowania na ważkie tematy, trzymanego przy ziemi przez konwencje: rodzinną, społeczną, narodową. I ten Stefan, chcąc nie chcąc, wsiąka w dziwne towarzystwo szpitala. Gdzie powiedzieć za Carrollem, że wszyscy są szaleni -- co zresztą jedna z pacjentek powie otwartym tekstem -- to mało. Oprócz Stefana mamy zatem dobrotliwego adiunkta-dyrektora, zwanego trochę prześmiewczo, a trochę pieszczotliwie Pajpakiem. Dyrektor jest do rany przyłóż, on jako jedyny ma pod koniec pewność, że szpitala należy bronić, ale co się dzieje w trakcie fabuły? Pajączkowski, bo takie ma nazwisko, nie reaguje na to, że pacjenci bywają źle traktowani -- okej, to forma, do której ci lekarze przywykli, raziła mnie strasznie, ale spodziewałam się jej -- ale już to, że w ogóle nie interesuje się nieetycznymi (to małe słowo) eksperymentami na ludziach, które prowadzi chirurg Kauters? Przy czym Pajączkowski to jest jedyny póki co naukowiec u Lema, który zostaje schwytany w sieci hierarchii akademickiej i nie umie z nich się wyplątać póki sytuacja nie zrobi się zaiste graniczna. To on drży przed profesorem, teoretycznie wielkim człowiekiem, który okazuje się być tym najmocniej złamanym, kiedy pozbawi się go uniwersyteckiego zaplecza, z którego zostaną mu tylko tytuły, w szpitalu na końcu świata brzmiące raczej śmiesznie niż poważnie. Dobrze, ale uznajmy, że to jest ta typowa droga: od kogoś, z kogo wszyscy się podśmiewają, choć ma on złote serce, do niespodziewanego bohatera.

Weźmy zatem wspomnianego Kautersa. Ekscentryk, który kolekcjonuje książki oprawione w ludzką skórę i trzymający na szafie to, co wyciął z pacjentów -- co w nich, w świetle dalszych wydarzeń, wyhodował, zwlekając z udzieleniem pomocy. Który zwleka z operacją jednego z pacjentów, któremu można by pomóc, który chce doprowadzić go do zezwierzęcenia, by dopiero potem go zoperować, roszcząc sobie prawo do bycia bogiem, który sprowadzi pacjenta znowu tam, gdzie się jest człowiekiem. Tyle że to są podrygi, które się nie udają, niezależnie od tego, czy eschatologia w "Szpitalu..." istnieje, czy nie istnieje. Na razie nadal myślicie, że psioczę bez sensu. Też bym tak myślała, ale końcówka powieści sprawiła, że przewróciłam oczyma: oczywiście, że ten właśnie zły bohater, potwór w ludzkiej skórze, antypatyczny typ okazuje się -- volksdeutschem. No bo jakże inaczej. Podobnie jest z trzymanym w szpitalu poetą, takim dalekim krewnym Przybyszewskiego, o nazwisku Sekułowski. Siedzi, pisze, rozprawia, jak to moralności nie ma, człowiek to zwierzę, elegancja i nonszalancja. I oczywiście co się okazuje na końcu? Że w obliczu zagrożenia to on okazuje się tym małym człowiekiem, a całe jego teoretyzowanie gdzieś znika. Przy czym to samo zakończenie jego wątku mnie tak rozdrażniło, bo przez całą narrację Lem to tak naprawdę zręcznie sygnalizuje, poświęcając wywodom Sekułowskiego coraz mniej miejsca, każąc Stefanowi wychodzić w trakcie i tak dalej. Tylko czemu to zakończenie tak schematycznie rozegrane?

[1] 

Mamy w "Szpitalu..." jedną lekarkę. Lekarka ma dwie cechy: jest piękna i jest niedostępna. Interesuje ją nauka i to w sposób dość bezduszny, bo raczej w teorii niż w praktyce porywa ją ta medycyna. W Nosilewskiej podkochuje się, bez skutku, kolega Stefana. O samej kobiecie właściwie nic nie wiemy, nie dostaje ona samodzielnych scen, nie dostaje krótkiego, charakterystycznego rysu. A na koniec pada w objęcia Stefana, ku jego zdziwieniu, że przecież on nic o niej nie wie. Dziwny to jest zabieg: wprowadzić do narracji kobietę, tylko po to, żeby na koniec została kochanką głównego bohatera -- w dość, powiedziałabym, pretensjonalny sposób, bo motyw stodoły, w której po likwidacji muszą się zatrzymać Stefan i -- nieznana ani jemu, ani nam z imienia! -- Nosilewska zostaje nieograny (przy czym jest trochę maryjny, ale po wierzchu, powiedziałabym -- ale jeśli go bronić, to w ten sposób dałoby się). Jest raczej elementem scenografii, który miał potencjał, ale ten potencjał pozostał nierozwinięty. Dobrze, to tyle jeśli chodzi o prowadzenie bohaterów -- jest czym się cieszyć, jest czym się denerwować, z przewagą, w moim przypadku, tego drugiego.

Wspominałam o wątkach, które znikają. Ano właśnie. Rodzina Stefana pojawia się w tle, które ma być barwne, ale dość szybko blaknie. Bohater udaje się niedaleko do końca powieści do ojca, z ich spotkania nic jednak nie wynika. Jest to scena istotna dla samego Stefana -- Lem ma okazję go jeszcze przed końcem dookreślić -- ale sprawia wrażenie dodanej nieco na siłę. Bo oto w drodze powrotnej Trzyniecki spotyka partyzanta. I ten wątek partyzantów jest dość... specyficzny. Stefan jak gdyby przypadkiem i bez sensu spotyka się z elektrykami ze stacji transformatorowej (czy małej elektrowni -- nie wiem do końca, jak nazwać to miejsce), którzy okazują się działać w ruchu oporu. Bohater roi zatem, że powinien im jakoś pomóc, nie wie jednak jak, więc hamletyzuje, przy czym jego rozważania są typowymi rozważaniami młodego inteligenta w tego rodzaju fabule: "ach, siać, orać!", "ach, robotnik, bez robotnika świat by stanął!" i tak dalej. W rezultacie niespecjalnie wpływa to jakoś na bohatera czy na rozwój fabuły, czy po prostu jest dobre samo w sobie. Poza jedną rzeczą, którą doceniam: fragmentem opowieści jednego z elektryków o kryzie lat 30. Naprawdę dobra rzecz. I jeszcze jedno: ta charakterystyka robotnika w czasie rozmowy z lekarzem. Lem świetnie tu gra na kontrastach, a monolog Wocha, czyli owego elektryka, skomponowany jest po mistrzowsku (już wiadomo, skąd te doskonałe dialogi potem się biorą -- bo ani w "Człowieku z Marsa", ani w "Astronautach" ich nie ma i mamy taki dość nagły skok formy, ale tu, w "Szpitalu..." widać tego początki).

Właśnie, bo przy tym wszystkim są w "Szpitalu..." sceny wbijające w fotel: miniportrety niektórych pacjentów, pokaz Marglewskiego, który chce udowodnić swoją tezę, a okazuje się, że wychodzi mu zupełnie co innego, szarpanina Stefana z księdzem. Tyle że przy tym wszystkim "Szpital..." jest taką prozą rozedrganą, obiecującą nieco więcej, niż daje w istocie, brakuje mu uporządkowania i przede wszystkim: aż chciałoby się mniej schematycznych rozwiązań w przypadku postaci. Nie jest jednak tak, że "Szpital..." zostaje zupełnie z boku dalszych rozważań Lema, bynajmniej. Mamy tu znowu myśl o naturze człowieczeństwa -- co stanowi o tym, że jesteśmy ludźmi, a ten problem w "Szpitalu..." jest nawet bardziej palący niż gdzie indziej właśnie przez to, że jesteśmy w szpitalu i widzimy te nieudolne próby psychiatrów w leczeniu pacjentów, gdzie nawet "ozdrowieńcy" są zdrowi i zdolni do funkcjonowania w społeczeństwie jedynie pozornie. Nie wspominając już o tym, że wątek tego, kto jest szalony i co jest szalone -- a co nie -- Lem prowadzi subtelnie i udanie. Może więc to, jak toczą się losy postaci jest po prostu jeszcze nie do końca udanym mariażem traktatu i powieści? Bo wspominałam, że "Głos Pana" na przykład da się czytać i jako jedno, i jako drugie. W przypadku "Szpitala..." szwy są jednak zbyt widoczne. Przy czym kurczę, jak na debiut, doskonała rzecz. Ale czytana po prozach późniejszych, zawodzi właśnie tymi schematami przede wszystkim.

[1] Gdzie dzieje się akcja, do końca nie wiemy. Teoretycznie gdzieś nieopodal Kielc, ale jakby się tak przypatrzeć, to stawiałabym na zamaskowane okolice Lwowa, bo i realia jakieś nieco inne. Zdjęcie starej sali operacyjnej stąd.

Dobrze, a powiedzcie mi, czytał ktoś z Was może cały "Czas nieutracony"? Warto się tam zapuszczać? I wiecie, że opiniami o "Szpitalu Przemienienia" się z radością wymienię i zarówno o zachwytach, jak i rozczarowaniach porozmawiam z chęcią.

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Wrócę tu najwcześniej jutro, żeby spokojnie przemyśleć Twoje wrażenia! Ja "Szpital" czytałam we wrześniu i wciąż jest we mnie żywy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z radością! Bo chociaż ogólnego zdania nie zmieniłam, to zasadniczo mam wrażenie, że nieco łagodniej teraz podchodzę do tej powieści (bardzo jestem ciekawa filmu, bo tam trochę to, co mi przeszkadzało, zdaje się zniknęło, ale boję się go z drugiej strony obejrzeć, zwłaszcza przez wzgląd na wiadomy wątek).

      Usuń
  2. Przeczytałam i mam bardzo podobne zdanie do Twojego. Mam wrażenie chaosu i niewykorzystanego potencjału. Z drugiej strony książka jest debiutem i staram się o tym pamiętać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie "Szpital...", choć Lem zaczął ją pisać jako swoją pierwszą powieść, był już kolejnym dziełem prozatorskim autora, bo wcześniej ukazał się już jednak "Człowiek z Marsa" (więc ja też pamiętam o tym, że to wczesna rzecz, ale jednak już coś wcześniej się ukazało i można po tym wnioskować o formie i warsztacie pisarza w tym okresie). Chaosu może aż tak bardzo nie, ale faktycznie jeśli chodzi o niewykorzystany potencjał, to mogę się zgodzić -- myślę, że swoje zrobiły tu jednak zabiegi cenzury.

      Usuń