Lemat-o #7: Gombrowicz, Schulz i Kafka w jednym stali domku albo o "Pamiętniku znalezionym w wannie" S. Lema


Nadeszła ta chwila, w której muszę wyznać, że zupełnie mnie jakaś powieść Lema nie wzięła. I to nie dlatego, że jej "nie zrozumiałam" czy że nie odpowiadała mi tematyka. Po prostu nie do końca biorą mnie tego typu eksperymenty literackie. Chwytam sens, nie do końca widzę potrzebę pisania dwustu stron w tym stylu. Chyba za stara na to jestem. Ale po kolei.


O czym to jest? Jeśli miałabym być zupełnie szczera, to o wszystkim. Serio – to jest jedna z tych powieści, które wypełniają ideę bycia powieścią uniwersalną. Mamy zatem metaforę na metaforze – odesłanie do idei wszechogarniającej Kafkowskiej instytucji, mamy upupiającą ideę jak z Gombrowicza, w której nikt się nie orientuje, chociaż oczywiście wszyscy udają doskonale poinformowanych, mamy wreszcie iście Schulzowskie stosunki międzyludzkie, z których nic nie wynika, a równocześnie, no właśnie, wynika wszystko. Bohater błądzi po Gmachu, spotyka coraz dziwniejsze indywidua z wielkiej wojskowej machiny, niby ma Misję, ale nie wie, jaką; trudno mu się też dowiedzieć od kogokolwiek, o co chodzi – bo Gmach działa jak Życie, może i znajdziecie kogoś, kto Wam powie, o co chodzi w życiu, ale szczerze mówiąc najczęściej okaże się on hohsztaplerem. Zasadniczo zatem z naszym bohaterem łatwo się utożsamić, tyle że... No właśnie, tyle że mnie na przykład to, co się w powieści działo, drażniło.


 Tym razem zamiast kosmicznych widoków -- widoki na stare wanny w przyrodzie. Źródło.


Zacząć w ogóle można od tego, czy to powieść. Czy może jednak traktat o Życiu za powieść przebrany. A może w ogóle rozprawa filozoficzna. Może gruba satyra? Ta wersja podobałaby mi się najbardziej, doprawiona szczyptą traktatowości. To bowiem, na co Lem wskazuje, może tyczyć się nie tylko tego, na czym polega Misja/Życie bohatera, ale też na takim ujściu, w którym zaklinowały się dwie wielkie heglowskie antynomie i teraz tam tkwią, i – jak mawiała moja Babcia – i kuniec. Bo dałoby się czytać "Pamiętnik..." jako takie pokazanie, że Zimna Wojna, rozpięta między dwoma obozami, które ad infinitum mogą się prześcigać w coraz nowocześniejszych broniach i przeciąganiu ludzi na swoją stronę w tę i we wtę, ma wielkie prawdopodobieństwo nigdy się nie skończyć. Ale to tylko jedna z możliwych dróg. No to w takim razie po kiego się czepiam i mówię, że mi się nie podoba, skoro jest takie mnóstwo interpretacji?

Bo, nie wiem jak Wy, ale mnie towarzyszy zwykle wtedy takie poczucie, że kurczę, jak coś jest do wszystkiego, to wcale nie jest tak dobrze. Ale to jest mniejszy z moich problemów. Ten większy dotyczy tego, że Lem korzysta chętnie i często ze stylów innych pisarzy. Co samo w sobie jest niczym złym: ba, on to robi naprawdę po mistrzowsku (na przykład bal szpiegów-akademików jest napisany zupełnym Gombrowiczem, a równocześnie ten styl Lema znany chociażby z "Dzienników gwiazdowych" się klarownie spod spodu przebija). Tyle że tak naprawdę korzysta z tego, żeby powiedzieć coś, co już wcześniej zostało powiedziane. Bo wielki Gmach to trochę Kafka, trochę Borges, te pojedynki na miny to właśnie Gombrowicz, całe wielkie fragmenty pisania przywodzą na myśl Schulza. Po dwudziestu-trzydziestu stronach doskonale wiemy, o co chodzi – niczego ponadto się już nie dowiemy – i teraz pozostaje nam kilka wyjść.




Pierwsze, to oczywiście uznać, że na Ważne Tematy książek nigdy nie za wiele. Tu się nasz tok rozumowania kończy: aprobujemy, pochwalamy, rozczytujemy się szukając kolejnej metafory na metaforze i smakowitej, celnej sceny. Drugie to z kolei odrzucenie książki, myśląc, że "eee, to już było" i uznanie, że eksperyment eksperymentem, ale życie jest krótkie, a Gombrowicza to już żeśmy czytali. Trzecie to zachwycenie się duchem, niekoniecznie zaś literą. Czwarte – odwrotnie. Piąte: możemy ostrożnie docenić, jako i ja doceniam, ale z drugiej strony waham się, co z tym "Pamiętnikiem..." zrobić. Bo nie wiem, czy to jest Wielkie Dzieło (chociaż mnie w posłowiu tradycyjnie profesor Jarzębski upewnia, że jest). Jest to dla mnie rodzaj takiej książki napisanej dlatego, że a) można, b) się umie, c) żeby zobaczyć, co będzie. Nie wątpię, że można się zachwycić. Ale chyba to nie jest do końca wyjście dla mnie.

To, co mnie za to zauroczyło, to wstęp. Bo "Pamiętnik..." ma być takim tekstem po zamierzchłej cywilizacji, co się ostał i został znaleziony w dziwnych okolicznościach. W świecie, gdzie papier zniknął, wytłuczony zarazą gdzieś z Urana, pisany w ten sposób tekst to rarytas. I kiedy myślimy sobie na wstępie, że o rety, świat, który nagle został pozbawiony papieru – książek, dokumentów, dowodów osobistych, przepisów po stryjence – toż to katastrofa! A potem im dłużej czytamy zapiski bohatera, tym bardziej myślimy sobie, że dla tego świata zagłada papieru była w gruncie rzeczy błogosławieństwem. Z tym że – znowu – odzywa się ta wieloznaczność "Pamiętnika...". Bo czy czasem ten właśnie tekst to nie jakaś powieść, którą uczeni za tysiąc lat uznali za tekst non-fiction, czyjś dziennik? Możliwe.




I jeszcze na koniec jedna rzecz. Profesor wskazuje, że bohater siedzi ciągle w tej łazience gmachowej, bo to jedyne miejsce, które pozwala mu odetchnąć od kotłowaniny sensów, coś przemyśleć, w ogóle poczuć się jako tako sobą i pójść spać. A przy okazji jest to łazienka jak łazienka: higieniczna, obskurna, zimna. Ale mnie się z tym skojarzyło zupełnie co innego niż ta opozycja zimna łazienka-przytulny kącik. Otóż w dawnych czasach mych podstawówkowych poszła fama, że najskuteczniej uczy się i myśli w małych pomieszczeniach. A że w większości mieliśmy małe łazienki właśnie, to tam się zamykaliśmy, czytaliśmy i uczyliśmy do klasówek. Także w ogóle mnie wybór bohatera nie zdziwił. To naturalne, że najlepiej myśli się właśnie w łazience.




O rozszyfrowywaniu pokładów sensu i w ogóle o "Pamiętniku..." z najwyższą radością pogadam, jak zawsze, także nie krępujcie się i piszcie, co sądzicie.

___________________________

A jutro będzie wpis, a jakże, tylko przyznam szczerze, że notatnik leży w drugim pokoju, a mnie dopadło nagłe lenistwo. Także załóżmy, że niespodzianka.

Weź dokładkę!

10 komentarze

  1. Bardzo lubię ten cykl :). Za Lemem nie przepadam, ale bardzo ciekawie o nim piszesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to czytać :D. Mnie, jak wiesz, strasznie zniechęcił na lata Pirx -- myślę, że trzeba znaleźć takiego swojego Lema, może to to?

      Usuń
  2. Lema to jeden z moich ulubionych pisarzy, ale tej powieści jeszcze nie przeczytałam. Następną pozycję z Twojej listy znam i zrecenzowałam u siebie, więc jestem bardzo ciekawa Twojej opinii. Bardzo podoba mi się ta akcja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, zajrzę na pewno, jak już napiszę swoje wrażenia, żeby się nie sugerować :). "Pamiętnik..." to akurat ten Lem, który mi nie podszedł, ale ogółem powoli Lem staje się i jednym z moich ulubionych pisarzy. A na pewno najlepiej znanych ;). No, ale to jeszcze nawet nie półmetek akcji ;).

      Usuń
  3. Twój tekst właściwie opisuje to, co ja mam z większością przeczytanych przeze mnie powieści Lema - to są powieści, które "doceniam" i zdaję sobie sprawę z ich wartości, ale które zarazem mnie jakoś męczą, momentami nudzą. A zarazem co jakiś czas po jakąś sięgam, żeby zobaczyć czy to aby nie kwestia tego, że trzeba do nich dojrzeć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, w moim przypadku "Pamiętnik..." to wyrwa w zachwytach jednak :). To znaczy z tych siedmiu (a na dzisiaj ośmiu) przeczytanych po kolei powieści Lema, dwie pierwsze mnie nie porwały, ale widać potem naprawdę duży skok warsztatowy -- "Obłok Magellana" jest naprawdę dobry i aż szkoda mi było go kończyć, Ijon Tichy w "Dziennikach..." mnie oczarował, choć nie bez pewnych "ale" (ale umówmy się, właściwie zawsze i do wszystkiego mam swoje "ale" ;)), "Eden" jest dobry bardzo, "Śledztwo" mnie trochę zmęczyło, ale to kwestia mojego stosunku do elementów horrorowych, bo dyskusja była po nim bardzo ciekawa, no a "Pamiętnik..." uznaję właśnie za taką próbę przeskoczenia pewnego stylu -- próbę mnie nie bawiącą, ale gdybym przeczytała go przed Kafką et consortes, to kto wie?

      Może to jest kwestia nie tyle dojrzenia do Lema, ile znalezienia tego, który do nas najbardziej przemawia? Nie będę się w sumie jeszcze wypowiadała całościowo, bo nie jestem nawet na półmetku tego, co zamierzam przeczytać, ale już pewne wzory w moim czytaniu Lema widzę, więc kto wie, może to jest sposób ;)?

      Usuń
    2. Myślę że masz rację - ja na razie najbardziej lubię Lema opowiadania, od powieści się odbijam. Ijona Tichy zapamiętałam jako strasznie wkurzającego, ale na pewno nie żałuję czytania tych powieści, bo bez nich nie zrozumiałabym połowy opowiadań s-f w "Nowej Fantastyce" ;)

      Usuń
    3. Bo Tichy -- bazuję na razie na "Dziennikach..." -- jest wkurzający, ale to jest wkurzanie na poziomie Doctora z "Doctora Who" (tak, będę się uparcie trzymała tego porównania ;), przy czym raczej do starych Doctorów). Czyli z jednej strony okropna postać, z drugiej jednak z pewnym elementem uwodzącym: straszny konfabulant, trochę tchórz, przekonany o własnej wartości, niekoniecznie zawsze z instynktem ratowania świata na pierwszym planie.

      A zdradzisz, które powieści czytałaś?

      Usuń
    4. Na pewno Dzienniki Gwiazdowe, Cyberiadę, Kongres futurologiczny, Bajki robotów, Wizję lokalną. Nie mam pewności co do niektórych, bo kilka książek tata streścił mi tak dokładnie, że mam wrażenie że też je czytałam :D Z dzieciństwa mam sentyment do pilota Pirxa i opowiadań, tylko jakie to mogły być opowiadania? Może to był tom Niezwyciężony? Aczkolwiek było to moje pierwsze zetknięcie z science-fiction i czytałam to z powagą, próbując zrozumieć wszystkie trudne słowa i by potem prowadzić poważne futurologiczne dyskusje z tatą - wielkim fanem Lema. I chyba właśnie dlatego ciągle koło tego Lema krążę, sięgam, zostawiam, wracam - bo ciągle wpada mi w oko któryś z licznych stojących u rodziców na półce tomów :)

      Usuń
    5. O, to na pewno jak się obczytam, będę mogła lepiej coś niecoś o tych powieściach powiedzieć, bo na razie z tego, co wymieniłaś znam tylko "Dzienniki..." :). Ale Twojej motywacji się nie dziwię, powiedziałabym nawet, że bardzo piękna jest :).

      Usuń