Lemat-o #8: Macho w krainie łagodności albo o "Powrocie z gwiazd" S. Lema


„Powrót z gwiazd” jest książką jednocześnie świetną i absolutnie okropną. Przeczytałam ją z jednej strony zafascynowana (hura, wróciła rzeczywistość z „Obłoku Magellana”!) i przerażona (ale to tam naprawdę tak jest? Zerknij no, Domowniku mój, czy może coś sobie wymyśliłam?). Zakasawszy rękawy, siadam zatem, żeby podzielić się z Wami wrażeniami.

Nie powiem, opłaca się czytać Lema po kolei – chociażby po to, żeby widzieć, w jaki sposób rozwija on wątki, które konstruuje i które wbrew pozorom wcale nie znikają po jednej książce. „Powrót z gwiazd” to właściwie historia tego, co stałoby się z ludźmi żeglującymi przez przestrzeń ku „Obłokowi Magellana”, gdyby w końcu wrócili na Ziemię i gdyby – ostatnie sceny „Obłoku...” okazały się mrzonką, przywidzeniem i zmyśleniem (co jest, moim zdaniem, jednym z całkiem poważnych wyjść interpretacyjnych). Powraca nam zatem pierwszoosobowy narrator, bohater męski, który po stu dwudziestu siedmiu latach lotu kosmicznego wraca na Ziemię. On się ledwie zestarzał – Ziemia zupełnie zaś zmieniła swoje oblicze. To w gruncie rzeczy obca planeta (w pewnej chwili pomyślałam: eee, aż tak poważnie zmienić się nie mogła, ale potem pomyślałam, że w sumie gdyby tak człowieka z epoki wojen napoleońskich rzucić w rok 2015, nieźle by się zdziwił – a kto wie, przecież w przyszłości zmiany mogą następować szybciej niż obecnie). Punkt wyjścia wydaje mi się bardzo zbliżony do czasu „Obłoku...”, ale nie pod wszystkimi względami: Hal Bregg, główny bohater „Powrotu...” ma za sobą wykształcenie częściowo podobne do bohatera „Obłoku...” (choć nie jest lekarzem, ale dwa fakultety ma, w tym z kosmodromii) i kilka podobnie sielskich wspomnień z dzieciństwa. Rzeczywistość społeczna, z której ruszył ku gwiazdom, jest jednak bardziej podobna do naszej – poszerzonej właśnie o te możliwości podróży kosmicznych i rozwój nauki.

 To nie oko Saurona, to miejsce, w które lecą bohaterowie, żeby z niego wrócić. Źródło.



Hal jednak wraca na Ziemię, jako się rzekło, i to wraca z ogromnym PTSD (czyli zespołem stresu pourazowego – wiem, że skrótowiec jest angielski, ale pozwólcie mi go dla wygody używać, bo w takiej formie się go nauczyłam i w takiej zwykle o nim mówię). To ciekawe, bo sam PTSD został zdiagnozowany w latach 80., powieść Lema jest z lat 60., a opisuje idealny wręcz, modelowy przykład człowieka dotkniętego PTSD. Przy czym jasne – to, że coś zostało zdiagnozowane później, nie znaczy, że tego wcześniej nie było, bo było. Lem przenosi jednak to, co znamy na przykład z doświadczeń żołnierzy na materię losów w kosmos i daje nam straumatyzowanego astronautę. I powiem Wam teraz krótko: fragmenty dotyczące zmagania się Bregga z jego PTSD są doskonałe. I wgląd w jego duszę, i dłuższe rozważania:

Byłem wariatem, szaleńcem, kiedy walczyłem o udział w ekspedycji, kiedy dawałem robić z siebie worek tryskający krwią w grawitorach, po co mi to było, dlaczego, dlaczego nie wiedziałem, że trzeba być zwykłym, najzwyklejszym człowiekiem, że inaczej nie można, nie warto żyć.
[cytuję z wydania Interartu z 1994, z okropną okładką, tak na marginesie, s. 170]

I próba przekonania się, czy się aby na pewno wróciło, i rozmowy z przyjacielem, i wspomnienia, słowem: świetne studium.

Ale niestety i stety: „Powrót...” nie jest tylko o tym. Mamy nową rzeczywistość, do której nasz astronauta wraca. Nie jest już tak cukierkowo jak w „Obłoku Magellana”: Lem wyrzuca z fabuły komunizm jako remedium na zjednoczony świat – zamiast tego ludzie są szczepieni przeciwko przemocy, czyli dokonuje się na nich w dzieciństwie zabiegu betryzacji. Na czym od do końca polega, nie wiadomo: analizy naukowe, które poznaje Bregg, są różne, ale ich sednem jest to, że osoba niebetryzowana nie zrozumie tej betryzowanej nigdy. A przynajmniej nie zrozumie tego, co dzieje się u takiej osoby na myśl o przemocy: może to poczucie obrzydzenia, może strach, kto wie. Raczej nie, jak zgadzają się cytowani specjaliści, po prostu wdrukowana reakcja na bodziec na zasadzie psa Pawłowa połączona z uczuciem wstrętu. Trudno powiedzieć. Lem stosuje tu świetną strategię: niby Bregg dokształca się na temat życia na Ziemi, sam go próbuje, ale szanse na to, że w pełni je zrozumie, są nikłe. Innymi słowy: będzie wiedział, o co chodzi, ale to wiedza jedynie teoretyczna. W teorii zaś autor stara się nam oczyma narratora pokazać, jak straszna jest betryzacja, bo pozbawia ludzi chęci do ryzyka, wielkich pasji i namiętności – na przykład chęci lotu w Kosmos, bo można.

Zamiast tego dostajemy plemię ludzi obliczających i kalkulujących, co się opłaca, co warto,a czego nie warto. Takich, którzy by chcieli, żebym im się żyło godnie i wygodnie. I w środku tego – jojczącego narratora, że to straszne, że ludzie tacy miękcy się zrobili i chcą mieć ciszę i spokój, a nawet jak się rozwodzą, to robią to w sposób cywilizowany. No i powiem Wam, że się tym ludziom nie dziwię. Natomiast narrator usiłuje nas non stop przekonać, że to okropny, okropny świat. Nie cieniuje. Ale tam, złożyłabym to na kark PTSD, bo przecież bohater usiłuje odreagować, a tu nie ma jak – wszyscy mu mówią, żeby był spokojny, to mu przejdzie. Niestety to tak nie działa. I niestety – nie da się tego złożyć wyłącznie na karb PTSD. Przejdźmy zatem do tego, co czyni „Powrót z gwiazd” książką okropną. Bo pozwólcie, że teraz lwią część dalszej części wrażeń zajmie to, co mi się nie podobało.

 A to Arktur, który dostarczył Breggowi absolutnie koszmarnych wspomnień (a jak dobrze
opisanych!). Źródło.



Otóż na samym początku dowiadujemy się, że lot, z którego wraca Bregg, był lotem wyłącznie męskiej załogi. Czemu? Bo z ciążami mogły być kłopoty (pamiętamy scenę z „Obłoku...”, narrator pamięcią genetyczną też do niej sięga – kłopoty były), ale przede wszystkim: ludzie epoki Bregga są ostrożniejsi, nie chcą wystawiać ewentualnych urodzonych na długotrwałą samotność w puszce sunącej przez ciemność (ci z „Obłoku...” nie mieli z tym aż takich problemów – chociaż pewne mieli; uwagi tam zawarte w tym temacie wydają mi się nadal dużo ciekawsze niż to wyłączenie kobiet z wyprawy w „Powrocie...” – ale po kolei) oraz, uwaga, żeby lecieć trzeba mieć odpowiednie wykształcenie właściwie nie do zdobycia przed trzydziestką, no a w tym czasie, mówi nam Bregg, kobiety mają dzieci. Widzicie, widocznie te kobiety mają te dzieci jakoś na własną rękę czy coś. Tu brwi mi ze zdziwienia podjechały do góry po raz pierwszy.

Ale nie ostatni. Lem te kobiety z wyprawy Bregga i spółki usuwa nie bez powodu – lipne wyjaśnienia odstawmy na bok, nie o nie chodzi. Tych kobiet być tam nie może, bo jedną z osi „Powrotu...” są kłopoty Bregga z kobietami z nowej epoki, do której powrócił. Ziemia to dla niego obca planeta, a ludzie – a kobiety zwłaszcza – jak osobny gatunek. I tu zaczyna się całe zawirowanie. Bo nie dość, że najpierw bohater otrzymuje osobliwy wykład od lekarza:

Ponieważ nie można zdobyć miłości ani kobiet za... pieniądze. […] Dawniej pociągał kobietę sukces. Mężczyzna imponował jej wysokością zarobków, kwalifikacjami zawodowymi, pozycją społeczną. W społeczeństwie egalitarnym to niemożliwe.
[s. 84]

To jeszcze potem zaczynają się lepsze schody. No, ale zatrzymajmy się na tym wykładzie. Bo co z niego wynika? Że to samo postawienie w społeczeństwie kobiet i mężczyzn powoduje, że... mężczyźni znajdą się na straconej pozycji, bo nie będą mogli kobietom imponować. Westchnę sobie tylko cicho. W każdym razie – nie bez kozery Lem ciągle podkreśla, że Bregg jest wyższy i silniejszy od wszystkich ludzi, a męskość z niego bucha i promieniuje każdym porem skóry. W dodatku narrator sam siebie określa jako „dzikusa” – i nie chodzi tylko o to, że nie do końca łapie, o co chodzi w tej nowej cywilizacji, ale ma też podkreślać te przedziwne walory Bregga-Prawdziwego-Mężczyzny. Nawet psycholożka z ośrodka adaptacyjnego musi posłużyć tu do podkreślenia muskulatury Bregga – kiedy chce mu poprawić „za bardzo wypchane” ubranie i przekonuje się, że och, to przecież niesamowita klata naszego astronauty.

To społeczeństwo, w którym kobiet nie pociągają już pieniądze i sukces (swoją drogą straszna to wizja, że niby w czasach, z których Bregg wylatywał, miało to być uniwersalną metodą zdobycia kobiety), jest też nastawione na zgodę i obopólną przyjemność. Dlatego średnio mi szło oburzanie się na nie razem z jednym z przyjaciół bohatera:

Żebyś się pogodził z każdą przykrością, jeśli cię ktoś nie rozumie albo nie chce być dla ciebie dobry – kobieta, uważasz – to jest twoja wina, a nie jej.
[s. 181]

Ale że co niby mam wywnioskować z tego cytatu? Bo jego konsekwencje mi się wcale a wcale nie podobają. Aż dochodzimy do zupełnie, wybaczcie mój klatchiański, krypnego motywu Wielkiej Miłości. Otóż – tak, zdradzam i spojleruję, uwaga – Bregg w pewnym momencie wynajmuje połowę willi nad oceanem. W drugiej połówce mieszka młode małżeństwo – ale że bohater od razu zakochuje się w wyglądającej „staromodnie” żonie z owej pary, to nie dba zupełnie o to, że jest ona czyjąś żoną, że być może się go boi i że może nie ma ochoty na Wielką Miłość. Ale co tam, wszak Bregg wie dobrze, co jest dla niej najlepsze:

Powinienem wziąć cię, tak jak mówiłem, i wyjechać gdzieś – i nie wiem, skąd mam tę pewność. Może tylko z mojej bezdennej głupoty. Ale wydaje mi się, że byłoby ci ze mną w końcu dobrze.
[s. 223]

Dalej przyzna się, że co prawda do niczego zmuszać jej nie chce, bo nie chce też takiego wymuszonego związku, ostatecznie jednak ten tor swoich rozważań poniekąd porzuca. A do tego okazuje się, że nasz wielki męski bohater to niemalże książę z bajki dla Eri, owej żony, żyjącej w świecie, gdzie mężczyźni mają „niemal kobiece usta” (tak, to z książki):

– Pan jest zupełnie, zupełnie jak...
– Jak co!!?
– Jak w bajce. Nie wiedziałam, że można... takim... być... i gdyby nie to, że... pan wie... myślałabym, że mi się to śni...
[s. 213]

Ponieważ nie ma to jak nieznajomy, który włazi za tobą do sypialni, gładzi cię po ciemku po twarzy i każe spokojnie sobie zasnąć, grozi, że zabije siebie albo twojego męża, powoduje wypadek samochodowy, w którym mogłaś zginąć (gdyby nie osiągnięcia nauki tego mli-mli społeczeństwa, co to woli zapobiegać wypadkom niż latać w Kosmos), no ale jest wysoki, wysportowany i z cudowną muskulaturą. Nieprawdaż.

Dobiło mnie jeszcze i to, że profesor Jarzębski w posłowiu jakoś tak przejął ten dyskurs, pisząc, że:

Więc może ta miękka, kobieca rzeczywistość z powieści Lema jest złem koniecznym, ceną za okiełznanie demonów, które dążą w człowieku do rozsadzenia całego świata?
[posłowie, s. 296]

Bo jak nie latamy w Kosmos, nie wywołujemy wojen i nie boksujemy się zawodowo, to rzeczywistość jest miękka, a jak miękka, to kobieca. Bo kobiety, co wiemy z „Powrotu...” marzą tylko o strasznych, acz umięśnionych kochankach (swoją drogą jeden bohater mówi drugiemu, że za dnia kobiety nie uwiedzie, ale nocą jak jej pokaże to i owo w sypialni, to ho, ho!) i nie umieją sklecić całego zdania (czego macie przykład w dialogu wyżej – Eri albo mówi w ten sposób, albo milczy; narrator co prawda twierdzi, że rozmawiają po nocach, ale mamy długie wypowiedzi Bregga, a Eri albo zostaje streszczona albo ma do wygłoszenia dwa-trzy zdania, głównie pytania).

 I jeszcze jedna wizja tego, jak wygląda miejsce, gdzie leciała wyprawa Bregga. Źródło.



Reasumując: jestem okropnie zła, co też się w „Powrocie...” dzieje, jeśli chodzi o postępowanie bohatera względem kobiet i to, że ocena moralna tego postępowania jest co najmniej dwuznaczna. Czy to świadoma decyzja autora, czy raczej „tak wyszło” przy okazji poruszania innych tematów? Tematów poruszonych zresztą świetnie i które czytało mi się z ogromną przyjemnością. Ale była to, no właśnie, przyjemność przerywana zgrzytaniem zębami przy scenach, które opisałam wyżej. I nie, nie wydaje mi się, że to kwestia epoki, w której pisał Lem: bo czy rzeczona „schadzka kochanków” kiedykolwiek mogła wyglądać romantycznie? Nie wydaje mi się.

W każdym razie: „Powrót z gwiazd” jest powieścią bardzo dobrą. I bardzo przerażającą, niekoniecznie chyba zgodnie z odautorską intencją.





Oczywiście o nim z ogromną radością porozmawiam, ba, z wielką chęcią wymienię się wrażeniami z lektury! No i jeśli macie ochotę polemizować – nie wahajcie się.

_________________________
A jutro będzie co nieco o planach, na podstawie ostatnich lektur zresztą.

Weź dokładkę!

20 komentarze

  1. O, kurczaki, czytać po kolei? A ja już przeczytałam "Solaris" - łał i "Niezwyciężonego" - też wspaniały. Tak, czy siak warto czytać Lema. Zawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj znajdziesz założenia całego mojego czytania Lema (później je jeszcze modyfikowałam, co zresztą widać po tym, jak rozrosła się lista :)). Nie wszystkie powieści zachwycają mnie po równo (co widać po spisanych wrażeniach zresztą), ale samo doświadczenie poznawania pisarstwa Lema jest bardzo zacne.

      Usuń
  2. Cytat ze strony 223 dla mnie jednoznacznie identyfikowałby osobę wypowiadającą jako czarny charakter.Brzmi strasznie. W ogóle cała "kwestia kobieca", z tego co piszesz, brzmi okropnie. Jakie to straszne, nie ma jak imponować kobietom materialnie, trzeba się postarać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie problem z tym cytatem jest taki, że on brzmi równie przerażająco w kontekście, jak i poza nim. Taka kwestia szalonego sekciarza usiłującego przekonać dziewczynę, że wie, co dla niej najlepsze. Poza tym, no właśnie, świat, w którym wszyscy mają równe prawa -- a związki zawiera się i rozwiązuje na zasadzie dobrowolności, bohaterów sprzed 127 lat uwiera. Muszę przyznać, że drążyłam, czemu i odpowiedź brzmi zdaje się, że dlatego, że nie ma miejsca na porywy namiętności. Ale za takie porywy, jak te Bregga, to ja dziękuję.

      Usuń
    2. Świat w którym Heathcliff i Katarzyna czy Romeo i Julia mogliby dożyć w zadowoleniu późnej starości jest zaiste okropnym miejscem.

      Usuń
    3. Prawda? Myślę sobie, że można by ewentualnie argumentować w ten sposób, że osiągnięto taki stan nie kompromisem, ale sztuczną poprawą ludzkiej natury -- tyle że opanowanie chorób w rodzaju ospy też osiągnięto w ten sposób, więc trudno tę linię utrzymać. No wzdycham ciężko nad tym "Powrotem...", bo sam temat jest rewelacyjny, nie wiem, po co ten przerażający wątek miłosny i jego pochodne.

      Usuń
  3. Złamałem się i przeczytałem. No i okazało się, że potwierdziłaś moją opinię o "Powrocie...", którą zresztą wplotłem w komentarz do któregoś wczesnego lemat-owego wpisu. Co wcale nie znaczy, że się z tego cieszę, bo wolałbym się mylić. Tyle tylko, że byłem pewien, że Twoje zdanie będzie właśnie takie a nie inne.
    "A nie mówiłem..." jest tym razem przykre.
    Przy okazji - powieść dobra, a Twoja diagnoza PTSD jest moim zdaniem perfekcyjnie celna.
    ...ale najlepsze przed Tobą i to na wyciągnięcie ręki i oczu (patrząc na plan lektur) ;-)

    Hmmm... do września już nie będę podglądał, chyba ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A już myślałam, że ktoś się ze mną nie zgodzi ;). Ale nie, serio: pamiętam, jak przy okazji "Astronautów" rozmawialiśmy o przykładaniu dzisiejszej miary do książek innej epoki -- ale przy czytaniu "Powrotu..." chodziła mi po głowie cały czas ta sama myśl: że coś tam dramatycznie nie wyszło, że to, co robi Bregg i jak się zachowuje i w latach 60. musiało budzić niepokój, że to jest ten rodzaj "romantycznej miłości", która jest potwornie toksyczna i czasem przypadkiem wyłazi autorom najróżniejszych książek; ale pal licho, że on się tak zachowuje, gorzej, że to w żaden sposób nie zostaje sproblematyzowane.

      Strasznie się już na tę jesień cieszę, tak swoją drogą :).

      Usuń
  4. Trudno się nie zgodzić, że Lem spisał się kiepsko (pod wieloma względami) w kwestii kontaktów bohatera z kobietami i portretami tych kobiet w ogóle. Mimo wszystko, książka bardzo mi się podobała. Wizja społeczeństwa wypranego z emocji trochę mnie zmroziła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, bo to jest taka książka: czyta się ją świetnie, tylko że momentami okropnie zgrzyta. No i cały czas nie jestem przekonana, że to jest społeczeństwo aemocjonalne -- bo tak twierdzi Bregg, on jest narratorem i jego oczyma je obserwujemy. Mnie się ono zdało raczej stonowane w emocjach.

      Usuń
    2. Gdyby to było jedynie "stonowanie" to elity (przykład aktorki spotkanej przez Bregga) nie wydawałyby majątku na używki (neutralizatory), żeby tylko coś poczuć. Oczywiście, może to być tylko fanaberia bogatych i sławnych. Być może ta kobieta, niezmodyfikowana, byłaby fanką skoków ekstremalnych. Uważam jednak, że problem jest większy.

      Usuń
    3. Dobry trop -- tyle tylko, że dla mnie scena z Aen Aenis to było raczej odwrócenie takiego schematu, w którym aktor/aktorka zażywa narkotyki, żeby lepiej się bawić; nie, żeby coś poczuć w ogóle (bo przecież oni czują -- boją się na przykład, płaczą, śmieją się, czują ekscytację), ale właśnie "podkręcić" doznania.

      Usuń
    4. No poprę Pyzę (wiem, miałem nie zaglądać więcej ;-) ) Betryzacja usuwała skłonność do agresji, zadawania bólu, zabijania, ranienia itp. Cała reszta emocji, czyli nie tak mało, pozostała. Oni byli aemocjonalni właśnie z punktu widzenia Bregga! Tu widzę pewne niekonsekwencje, bo Olaf dał po dziobie facetowi, który się z niego naśmiewał. Czy złośliwość jest zachowaniem agresywnym? Czy na przykład ciekawość świata i chęć eksploracji wynika z agresji? Myślę, że Lem pojechał niestety starym, wytartym (i niezbyt prawdziwym) schematem męskie-żeńskie. To uproszczenie, bo wyeliminowanie zachowań agresywnych nie czyni społeczeństwa kobiecym, tylko innym...
      Co ciekawe, popęd seksualny został nienaruszony. Oczywiście sado-maso odpada, ale to znowu nie taka wielka strata ;-) Seks za obopólną zgodą, a taki tylko był możliwy, jest chyba czymś pozytywnym, prawda? Więc aspekt równościowy istnieje. Kobieta, która nie chce seksu daje facetowi do wypicia bryt (chyba nie pokręciłem nazwy), facet pije i już - to jest norma kulturowa. Tylko Hal łamie wszelkie normy kulturowe tamtego społeczeństwa, on się ni cholery nie przystosował, chociaż twierdzi, że jest inaczej, bo miłość do Eri, bla, bla, bla... To jest sztuczne. Zresztą, tak naprawdę, miał małe szanse się przystosować. Nie był betryzowany, nie rozumiał tamtych ludzi, tamtego społeczeństwa. A oni nie rozumieli jego motywacji, bali się go trochę a priori. Do tego różnił się wyglądem (ta muskulatura). Wygląd to też norma kulturowa i kwestia mody.
      Za to trzeba przyznać Lemowi, że technologicznie się spisał. Na przykład książki w kryształach!!! Do czytania i słuchania. Prorok jakiś czy co :-)

      Usuń
    5. O, o, bardzo dobrze to ująłeś: właśnie przez to ostre zarysowanie męskie=silne, zdolne do działania, inspirujące a żeńskie=słabe, spokojne, zadowalające się błahostkami, przyziemne "Powrót z gwiazd" stoi w tym dziwacznym rozkroku. Bo przecież Lem nawet nie kryje tego dualizmu za bardzo: albo powtarza, że Bregg jest wielki i umięśniony (serio, można by zrobić z tego drinking game ;)), albo że mijający go mężczyźni mieli kobiece takie jakieś usta, byli znudzeni, nie umieli utrzymać przy sobie kobiety (toż on męża Eri w ogóle ignoruje w tym układzie!), czy wręcz wprost, że "nie ma już takich mężczyzn (w domyśle: jak Bregg)".

      Co do seksu: dokładnie. Stąd też moje rozumowanie powyżej a propos motywacji Aen do zażycia tego "neutralizatora". Więcej nawet: seks i prokreacja są poniekąd rozłączone, skoro trzeba mieć specjalne pozwolenie na dziecko, udowodniwszy swoją odpowiedzialność. Przy czym sam bryt, w moim odczytaniu, to nie tylko gwarancja, że nic się nie stanie wbrew woli kobiety (przy czym znowu -- czy mogłoby, skoro oni są tacy antyprzemocowi? Coś tu chyba jednak nie gra -- muszą być zdolni do czegoś nie do końca dobrego, skoro bryt istnieje?), ale też właśnie taka kulturowa forma okazywania niechęci do zachowań pewnego typu.

      Natomiast Bregg nie przystosowuje się też dlatego, że uważa całość za bzdurę. Co prawda to i owo mu się podoba, kiwa z uznaniem głową nad osiągnięciami nauki, ale generalnie jest bardzo centryczny (nie wiem, jak to ująć: dawnocentryczny?), idealizuje mocno przeszłość, z której pochodzi. Ale nieprzystosowania Bregga się nie czepiam do końca, bo to moim zdaniem jedna z tych rzeczy, które składają się tu na traumę.

      Optony! :D (Swoją drogą, są już w "Obłoku...", więc kurczę super wcześnie) To jak już pisałam u @Niebieskiego Stoliczka: trzeba by zacząć tę nazwę jakoś promować ;).

      Usuń
    6. Jest jeszcze jedna sprawa. Tak naprawdę, ani Hal, ani Olaf nie powinni znaleźć się "na ulicy". Wiem, nie byłoby powieści ;-) Ewidentny błąd służb medycznych. Lem jakoś to próbuje tłumaczyć nieprzygotowaniem ze względu na brak kontaktu z takimi przypadkami. Ale przecież każdy test psychologiczny powinien pokazać ich kompletną niekompatybilność ze społeczeństwem. To jest przecież, mówię o naszych dzielnych panach, szok kulturowy. Normy normami, a betryzacja betryzacją.
      No i wracamy do początku. Od napisania powieści minęło około pięćdziesięciu lat. Normy kulturowe (społeczne), w cywilizowanym świecie się pozmieniały - bez betryzacji. Za sprawę z Eri, Hala, w niektórych krajach, czekałoby oskarżenie o stalking, w najlepszym (dla niego) przypadku, kto wie czy nie o gwałt(?).
      Uproszczony obraz świata się kłania, bo agresja to nie tylko pobicie, zabicie czy co tam, ale też agresja słowna, czy stalking właśnie. A tamci ludzie byli kompletnie nieodporni na takie zachowania, z oczywistych względów.
      Logicznie rzecz biorąc to przygoda Bregga w nowym świecie powinna zakończyć się tragedią, a nie happy endem. I to wcale nie z jego winy, on miał małe szanse na asymilację.
      Małe OT. Przy okazji jak już obracamy się w takich równościowych klimatach to polecam Ci prozę Ursuli Le Guin, o ile nie czytałaś. Na początek "Ziemiomorze" (komplet, najlepiej omnibus). Przeczytasz, zrozumiesz o co mi chodzi :-)

      Usuń
    7. Przy czym punkt wyjścia jest taki, że Bregg i Olaf "uciekają" z Adaptu (czy wychodzą za poręczeniem, jako ludzie, którzy dowiedli, że są "moralni"), czyli ośrodka asymilacyjnego, właśnie po to, żeby się nie zasymilować -- wybieg dobry literacko, bo pozwala na opisanie historii oczyma ludzi, którzy dopiero poznają całe społeczeństwo. Które traktuje ich nie tak, jak sobie wyobrazili (zapomniano o nich -- to doskonały wątek), z czego też pośrednio wypływa ich agresja: po co mamy się nimi przejmować i ich regułami, skoro oni nie przejmują się naszymi (na przykład kult bohaterów, upraszczając, jest zerowy).

      Le Guin znam :), "Ziemiomorze" czytałam, w tym roku wróciłam sobie do Ekumeny, żeby kontynuować cykl (lata temu znalazłam w bibliotece "Świat Rocannona", z tym że w sumie kolejne tomy są luźno powiązane, więc można spokojnie czytać z przerwami). Kosmiczna etnografia Le Guin jest mi dość bliska, więc na pewno będę czytała ją dalej (o, tutaj pisałam na razie o wrażeniach z "Planety wygnania" :)).

      Usuń
    8. Nie będę zakładał nowego wątku, to dopowiem tutaj ;-)
      Pomimo pewnych braków,które sobie omówiliśmy, jedno trzeba Lemowi przyznać. Popisał się inteligencją. Nie wiem dlaczego, ale opowieści o kontaktach wewnątrz naszego gatunku i do tego ponad-czasem, pokazują często zadziwiając schemat. Cofamy się w czasie to jesteśmy oczywiście bardziej zaawansowani technologicznie i mądrzejsi(?), idziemy do przodu to jesteśmy zacofani i głupsi. Z naciskiem na technologię. Co jest bzdurą. "Cofnięty w czasie" samochodu, ani komputera nie zbuduje, bo niby jak? Broń palna? Nie sądzę, nie ten poziom metalurgii. Takie myślenie w stylu jestem inżynierem Smithem z "Tajemniczej wyspy"? Nooo,,,;-)
      Lem pamiętał, że zmiany (rozwój) technologiczne przenoszą się na zmiany kulturowe i tu jest wampir pogrzebany. Przeciętny człowiek naszych czasów nie jest bardziej inteligentny od, dajmy na to Archimedesa, a w starożytnej Grecji pogubiłby się kompletnie, nie mówiąc o prawdziwym szoku kulturowym spowodowanym fałszywymi informacjami jakie posiada o tamtych czasach. Potoczna wiedza o starożytności wyniesiona z mitów, hollywoodzkich filmów i ugrzecznionych przekazów w "szkolnej" historii jest przedziwnie nieprawdziwa ;-)
      A Hal i Olaf? To takie śpiące królewny. Bo to w bajce budząca się po stuletnim śnie królewna wraca do tego samego (kulturowo) świata, wokół co prawda inni ludzie, ale mentalnie i obyczajowo tacy sami. Nie da się, niestety... Postęp technologiczny wymusza zmiany obyczajowe i tyle. No i nie każdy musi wiedzieć "na jakiej zasadzie to działa", tylko umieć to używać :-)

      Usuń
    9. A właśnie, to w "Obłoku Magellana" jest taki piękny fragment, jak narrator pokazuje, że automaty dokonują przeróżnych naukowych obliczeń, a naukowcy przestali się zastanawiać, jak to działa, po prostu potrzebują wyników tych działań. Strasznie mnie to wtedy zafrapowało, bo jednak to podstawowe pytanie zostało zastąpione przez inne, a konstrukcja się nie zawaliła ;).

      Usuń
  5. [Musiałem wnieść poprawki redakcyjne. I tak pewnie coś mi umknęło]

    Hmmm... Czytałem "Powrót..." przeszło dwie dekady temu - stąd chyba brak wspomnień dotyczących jakiegoś szczególnie złego sposobu rozwiązania "kwestii kobiecej". Raczej zapamiętałem kwestię kontaktu. I to właśnie widać, jak się ona lemowsko rozwija, gdy największym wyzwaniem staje się kontakt z drugim człowiekiem. Bregg, wrócił na Ziemię, ale równie dobrze mógłby znaleźć się wśród obcych z "Edenu". Nie rozumie tego świata. Jest obcy. Wszystko co robi jest w jakiś sposób... nieludzkie. "Nieludzkie", ale patrząc z perspektywy ludzi, do których "wrócił".

    Z jego (naszej?) perspektywy oni są nieluddzcy. Kto z nas, czytających, nie pomyślał o betryzacji jako o rodzaju _okaleczenia_?

    No i właśnie. Druga rzecz, którą tam widzę. Społeczeństwo odarte z inicjatywy. Czy zdaliście sobie sprawę, że tam bunt i rewolucja są niemożliwe? Czy dostrzegliście, że to "szczęśliwe społeczeństwo" jest trochę jak te "szczęśliwe kury", które znoszą jaja dostarczane do marketów pod swoistą nazwą?

    "Kwestia kobieca", realność przedstawionych konstruktów psychologicznych mają znaczenie (według mnie) drugorzędne. Podobnie jak u Kafki, czy Gombrowicza. Chcecie wnikliwość analizy kobiecych dusz? Siostry Bronte zapraszają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekaj, ale to nie chodzi wcale o wnikliwość analizy kobiecych dusz, ale o to, że bohater zastraszający kobietę jest pokazany jako Ten Dobry i Męski w przeciwieństwie do tych, którzy starają się z kobietą dogadać w sprawie związku. Nie wspominając już o wszystkich tych kwestiach w stosunkach damsko-męskich, o których wspomniałam we wpisie (jak zdobyć kobietę, której sukces i pieniądze nie imponują, chociażby).

      I tak, jeśli chodzi o kwestie kontaktu zgadzam się jak najbardziej. Myślę, że dlatego też na wyprawie Bregga nie było kobiet: żeby to jeszcze pogłębić, że oni wracają do innego społeczeństwa i nie mogą się dogadać z własnym, teoretycznie, gatunkiem, a z płcią przeciwną to już w ogóle (co nie znaczy, że nadal to, o czym pisałam wyżej nie zgrzyta, bo zgrzyta bardzo). Natomiast co do tej inicjatywy -- nie jest to moim zdaniem takie proste. Po pierwsze, jak pisałam w odpowiedzi Niebieskiemu Stoliczkowi wyżej: my to wszystko widzimy oczyma Bregga. Ale co zrobić z tym, że nauka się rozwija? Że rozwija się właśnie po to, żeby ulepszać życie, czynić je bezpieczniejszym? To jest inicjatywa. Zracjonalizowana (po co latać do gwiazd -- choć i tu okazuje się, że można, jeśli się chce), ale jednak inicjatywa. Także to jest rewolucja -- przez cały czas -- ale rewolucja mająca zupełnie inny wygląd: bez przemocy, bez kłótni, bez krwi, ale zmieniająca świat nagłymi skokami: opanowanie grawitacji chociażby!

      Usuń