Lemat-o#12: Gniew konstruktora opiewaj! Albo o "Cyberiadzie" S. Lema


Zresztą, jeśli chcesz wiedzieć, oprócz złota lubię narzekanie.
„Cyberiada”, s. 297


„Cyberiada” zostawiła mnie z mieszanymi odczuciami. Podejrzewam, że to też kwestia tego, że sam zbiór rozrastał się wraz z latami i wydanie, które przytaszczyłam z biblioteki miało zasadniczo trzy części: „Bajki robotów”, podróże Trurla i Klapaucjusza oraz siedem powiązanych ze sobą opowiadań o tych dwóch konstruktorach. O „Bajkach...” już pisałam, więc skupię się na Trurlu i Klapaucjuszu – i tu, muszę powiedzieć, część pierwsza jest świetna, co do drugiej zaś mam wątpliwości.

Może w takim razie najpierw dwa słowa o pierwszej części. Trurl i Klapaucjusz, dwójka konstruktorów, którzy już w zakończeniu „Bajek robotów” zyskali sobie moją sympatię, dostają zbiór nowych przygód. Latają więc po galaktykach far, far away za górami, za lasami i wykonują przeróżne zadania, stawiane przez paskudnych władców interesujących krain (serio, większość królów u Lema to okropne indywidua). Od czasu do czasu też Trurl stara się zagrać Klapaucjuszowi na nosie – Trurl to w tej dwójce mniej rozsądny i bardziej niecierpliwy – i konstruuje jakąś wspaniałą maszynę, która oczywiście okazuje się być nie do końca taka, jak konstruktor zakładał. Są tu jeszcze pomysły rodem z „Bajek robotów” (genialna wyprawa trzecia o smokach! Serio, jeśli macie przeczytać z tego zbioru jedną rzecz – przeczytajcie tę!). Podróże są zasadniczo spójne, jedna wynika z drugiej – Lem dużo gra tutaj z samym językiem, co nie powinno być zaskoczeniem po „Bajkach...”. Zaczynają się pojawiać tematy dotyczące rzeczywistości politycznej (bo niby czemu ta władza taka maniakalna?) i tego, co to właściwie znaczy, że cywilizacja jest wysoko rozwinięta.

Ano właśnie, i tutaj przejdę do części drugiej, czyli tych siedmiu opowiadań o Trurlu i Klapaucjuszu – również powiązanych, jedno wynika z drugiego – gdzie nie chodzi już o zabawę słowem i tematem, ale tak właściwie o stworzenie garści przypowiastek filozoficznych. I muszę powiedzieć, że do mnie to nie trafia – po pierwsze, nie przepadam za powiastkami filozoficznymi w ogóle, po drugie zaś mam wrażenie, że te akurat są strasznie oczywiste. To znaczy one niby są zakamuflowane, ale tak jedynie po wierzchu. Wraca styl, na który narzekałam przy „Pamiętniku znalezionym w wannie”, używany zresztą dokładnie tak samo, jak tam: do przedstawienia absolutnej i absurdalnej monarchii, która jest satyrą na komunizm. No, ale problem w tym, że od pierwszych zdań wiemy, na co się zanosi, a rozciąganie tego – znowu! – niewiele dodaje do tego, w czym już się zorientowaliśmy.

Zawsze jest dobra okazja, żeby rzucić okiem na kawałek własnej galaktyki. Źródło.


Mamy też ciągnący się przez kilka opowiadań wątek szczęścia: czy można osiągnąć szczęście absolutne tak, żeby wszyscy byli zadowoleni? Zarówno całkiem zgrabna „Altruizyna”, gdzie obok rozważań filozoficznych (i żeby było jasne: nie mam nic przeciwko filozoficznej rozprawie zakamuflowanej jako opowiadanie – mam problem z tym, że ona niewiele tak naprawdę wnosi do tego, co wynika z samych podstaw) znajdziemy po lemowsku absurdalną fabułę, jak i nieco cięższe „Kobyszczę” (za to z cudnym podśmiewywaniem się z prac Tadeusza Kotarbińskiego) traktują w zasadzie o tym samym. Podobnie jest z motywem tego, co to znaczy, że cywilizacja osiągnęła najwyższą fazę rozwoju – a już z „Dzienników gwiazdowych” wiemy przecież, że nic dobrego (motyw przepoczwarzeń cielesnych, jakie zastaje Tichy na jednej z odwiedzanych planet, pojawia się przez cały czas także w "Cyberiadzie"). Właśnie, „Cyberiada” w wielu miejscach stanowi przedłużenie i rozwinięcie wątków z „Dzienników...”. Mam jednak wrażenie, że nie do końca się to udało: te wątki są właściwie nie tyle rozwinięte, co rozciągnięte na większą ilość stron. A nawet mnie, która docenia lemowską zabawę słowem, używanie tych samych środków, tyle że z większą intensywnością, nużyło.

To za to, co w drugiej części „Cyberiady” mnie ujęło, to ostatnie opowiadanie, „Powtórka”. Gdzie Lem bawi się nie tylko językiem, ale i gatunkami literackimi, pozwalając swoim konstruktorom przy zmianach pewnych ustawień stwarzać na nowo w nowych warunkach ciągle tę samą historię. I chociaż zaczęłam się przy okazji zastanawiać, czy przypadkiem od czasu do czasu Lem nie naigrawa się z czytelników, dorzucając trudne słowo tylko po to, żeby brzmiało w sposób trudny (to znaczy: jasne, on to robił już wcześniej – sepulki! – ale tu zagrało to jednak inaczej, ten kontrast treści całkiem serio ze słowami oznaczającymi coś zupełnie innego niż w rzeczywistości trochę kazał mi się zasępić), to pojawiła się wyłożona w sposób prosty idea Kontaktu w lemowskich prozach:

Jeśli likwiduje się podobieństwo, niszczy się opokę porozumienia. Jeśli w niczym nie przypominamy naszych stworzonych, to nie możemy pojąć kto, jak, po co, ku czemu czyni – a przede wszystkim, dlaczego działa tak, a nie inaczej. Mowa też niczego nie wyjaśni, ponieważ zasadza się na podobieństwach, a tych tu nie ma.
[cytuję z wydania Wydawnictwa Literackiego z 2001 roku, s. 569]

No nie dogadamy się z nikim, kto się od nas za bardzo różni – albo żyje w bezprzestrzeni, albo nie ma ciała, albo jego czas jest zupełnie inny i tak dalej. Nie bardzo jest w ogóle o czym mówić, skoro język wyznacza granice naszego świata. Co zrobić, rojenia o porozumiewaniu się naelektryzowanymi taśmami są piękne, ale złudne.

Podsumowując: nie zrobiła na mnie „Cyberiada” ogromnego wrażenia. Pierwszą część każdemu mogę polecać w ciemno, natomiast druga jest za bardzo dzieleniem znanego nam już włosa na czworo. Mimo to Trurl i Klapaucjusz mają zagwarantowane miejsce w moim sercu – może Klapaucjusz nieco więcej.



Jak zwykle chętnie o odczuciach pocyberiadowych porozmawiam, wiecie.
________________________

A jutro będą obrazki.

Weź dokładkę!

0 komentarze