Porozmawiajmy! Albo jak rozmawiać o książkach


Wiecie co, tak się czasem zastanawiam nad problemem, który przewija się od czasu do czasu a to przez różne wpisy na blogach, a to w rozmowach ze znajomymi, a to nawet w tak zwanej debacie publicznej – jak właściwie rozmawiać o książkach? I nie: mówić. Nie chodzi mi o to, żeby o nich opowiadać. Ale właśnie: jak rozmawiać, jak prowadzić dialog?


Bo widzicie, wydaje mi się, że to jest chyba dość duża bolączka, z którą można się spotkać prawie wszędzie: jak można rozmawiać o książce? Jak znaleźć kogoś, kto z nami porozmawia? Czemu nie mamy z kim o książkach rozmawiać? Odpowiedź najprostsza oczywiście brzmi: zależy (moja ulubiona odpowiedź) od tego, o jakich książkach, gdzie i z kim. Ale oprócz tego dość prostego stwierdzenia mam wrażenie, że można wyodrębnić kilka ogólnych zasad, wokół których rozmowy o książkach krążą. No to przyjrzyjmy się temu bliżej, co Wy na to? 
 
 
Wpisowi patronują urocze i gadatliwe małpki pigmejki. Zdj. Malene Thyssen: źródło.
 
 
Po pierwsze zatem: możemy rozmawiać o książce, którą właśnie przeczytaliśmy, z innymi, którzy ją też właśnie przeczytali. To jest chyba taka podstawowa opcja, o której myślimy, kiedy zastanawiamy się nad zjawiskiem „rozmawiania o książkach”. W ten sposób można najłatwiej porównać swoje wrażenia, podzielić się zachwytem czy posarkać (jest takie słowo?) na irytujące wątki i rozwiązania fabularne. Tyle, że jest to sytuacja trochę idealna i nie zawsze osiągalna. Do zrobienia w przypadku czytania lektury szkolnej na określony termin, spotkania w dyskusyjnym klubie książki albo po prostu umówienia się na rozmowę o książce. Albo w przypadku czytania książki wspólnie z kimś/zaraz po tym, jak ten ktoś ją przeczytał/namówienie kogoś, żeby przeczytał coś, co właśnie skończyliśmy. To wszystko się zdarza, ba, nawet często – zastanawiam się jednak, czy jest możliwe do osiągnięcia w większej grupie.

To znaczy – na pewno w przypadku nowości: nie raz i nie dwa można wziąć udział w pasjonującej dyskusji o czymś, co właśnie trafiło do księgarń i „wszyscy to czytają”. I zapewne w przypadku książek dobrze znanych (dużo łatwiej podyskutować w ten sposób o „Lalce” albo „Harrym Potterze”). Ale i tu można natrafić na problem: bo wydaje nam się, że całkiem nieźle pamiętamy, jak to z bohaterami było, a w trakcie rozmowy okazuje się, że o jakimś wątku zupełnie zapomnieliśmy (a akurat na niego zszedł nasz dialog) albo po argumentacji rozmówcy widzimy, że nasz dzisiejszy odbiór książki mógłby być zupełnie inny. 
 
 
Zdj. Don Faulkner: źródło.
 
 
Po drugie: możemy rozmawiać na podstawie tego, co o książce wiemy. Zanim zaczniemy się oburzać – mam wrażenie, że i takie rozmowy do czegoś mogą prowadzić. Oczywiście jeśli nie kończą się na wykrzyknikach w rodzaju „słyszałem, że okropne, nie zamierzam czytać”. Nie twierdzę, że nie przeczytawszy książki, zabierzemy głos w takiej rozmowie, przedstawiając swoje szczegółowe argumenty (aczkolwiek istnieje książka „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało”, nie jest jednak zbiorem rad, co robić w takiej sytuacji, a raczej refleksją nad rozmawianiem o książkach właśnie, w nieco szerszym kontekście). Ale możemy zadawać ciekawe pytania – nie wiem, jak Wy, ale osobiście lubię zadawać pytania, bo jestem ciekawa odpowiedzi. A są takie książki, co do których – no, może nie zarzekam się, że przenigdy nie sięgnę, ale istnieje prawdopodobieństwo, że z jakiegoś powodu nie chcę ich czytać, a w każdym razie nie teraz. I wtedy rozmowa z kimś, kto czytał i może mi odpowiedzieć na kilka pytań, jest rozmową naprawdę fascynującą. Pisałam zresztą kiedyś, że kwestia, kiedy książka jest przeczytana to sprawa wcale nie taka prosta jak się wydaje.

Po trzecie: możemy rozmawiać o książce, którą pamiętamy. Zasadniczo tutaj natykamy się na problem, o którym pisałam wyżej, ale to jest mimo wszystko pewien grunt wspólny, żeby rozmowę chociaż zacząć. I jasne, czasami pamiętamy książkę lepiej, czasami gorzej, czasem przypomni nam się coś w trakcie rozmowy, czasem podzielimy się generalnymi odczuciami i jakimś jednym motywem, który zapadł nam w pamięć – ale kto wie, czy taka rozmowa nie natchnie nas do tego, by drugi raz sięgnąć po tę książkę, a może inaczej na nią spojrzeć. Albo wprost przeciwnie: upewnimy się, że ta akurat lektura spokojnie może sobie leżeć w naszej pamięci i nie mamy szczególnej ochoty sobie jej powtarzać. Z takich rozmów o odczuciach ogólnych po kiedyś czytanej książce też można wyciągnąć ciekawe rzeczy: bo po pierwsze, dotykamy wtedy kwestii odbioru – nawet takiego przysłoniętego mgłą zapadania w niepamięć, a po drugie można się zastanowić, co i czemu z tej książki potykało nam w pamięciach, i czemu to samo, albo zupełnie odwrotnie: dokładnie co innego (i czy aby na pewno czytaliśmy tę samą książkę – to znaczy fizycznie tę samą, ale, jak się okazuje, w rezultacie o czym innym).
 
 
Źródło.
 
 
Problemy, które tu tkwią, są różnej natury. Bo możemy się wstydzić, że nie pamiętamy (bądź z jakiegoś innego powodu – a niesłusznie!) albo że po prostu ograniczylibyśmy naszą reakcję do „Super! Nie znam, ale muszę przeczytać!” (sama bardzo często wznoszę takie okrzyki, przy okazji pozwalają mi często odnieść się w pamięci do tego momentu i zanotować, co też mi się tak w czyjejś opowieści podobało), albo może nas dotknąć jeszcze inny problem, który teraz nie przychodzi mi na myśl (jeśli macie pomysł – nie wahajcie się ujawnić!).

Rozmowy o książkach, moim zdaniem, powinny nie tylko służyć pochwaleniem się wiedzą (co jest, oczywiście, przyjemne i wartościowe), ale i do tego, by móc o coś zapytać, wyciągnąć na światło dzienne jakieś niezrozumiałe fragmenty, zobaczyć, jak inni widzą coś, co przecież też czytaliśmy, ale wydawało nam się zupełnie inne. To znaczy powinny być właśnie rozmowami, a nie monologami jednej strony. W tym widzę potencjał blogów o książkach: w tym, że komentarze często płynnie uzupełniają wpis, że może się tam toczyć właśnie ta rozmowa, obierająca – a czasem nawet nie – za jakiś punkt wyjścia notkę. Łapię się na tym, że kiedy słucham w radiu czy w telewizji rozmów o książkach, czekam, aż pojawi się do nich właśnie jakiś komentarz. Bo często to są monologi z przytakiwaniem bądź wtrącaniem innych mądrych zdań. Mało mówimy o tym, co się nam podobało jako odbiorcom, na poziomie emocjonalnym. Boimy się ugrzęznąć tylko na tym (jedna z rzeczy, na które się często natykam, to narzekanie, że czytelnik nie umie wyjść poza „podobało/nie podobało mi się”) albo zostać odsądzonymi jako tacy, którzy „się nie znają”.
 
 
Zdj. Karra Rothery: źródło.
 
 

A żeby rozmawiać o książkach niekoniecznie trzeba mieć dyplom ze Znania Się Na Książkach. Wydaje mi się, że na warsztat czytelniczy (czy talent czytelniczy, że się powołam na ten cudny fragment z Lema) składa się cała masa różnych rzeczy. Nasze oczytanie, edukacja szkolna – na pewno. Ale też spostrzegawczość, pewna wrażliwość, sposób odczytywania świata i tak dalej (czyli: cała masa różnych rzeczy). Nie ma sensu wstydzić się zabierać głosu w rozmowie o książce, bo boimy się, że powiemy coś „niemądrego” albo że tak naprawdę to nic nie mamy do powiedzenia, a nasze zdanie jest mało ważne. Przede wszystkim: nie powinnyśmy się bać. A jak już się odważymy, to może się okazać, że dowiemy się całej masy fascynujących rzeczy, a nasza lista książek – jak to ma w zwyczaju – poszerzy się o kolejne pozycje, czego się wcale nie spodziewaliśmy (albo czyjaś lista – za naszą niecną sprawą).

Także przyznam się: uwielbiam rozmawiać o książkach. Nic na to nie poradzę. Ba, nawet nie czuję potrzeby. Dlatego zawsze się cieszę, jak jest po temu okazja – i dlatego zawsze z chęcią rozmawiam (ale to już wiecie).

Weź dokładkę!

23 komentarze

  1. A wiesz, właśnie ostatnio zastanawiałam się nad tym pośrednio - bo patrzyłam na to, jakie blogi książkowe czytam, śledzę, obserwuję i Twój jest na pierwszym miejscu z takiego prostego powodu, ważniejszego nawet niż to, że posty są codziennie - odpowiadasz na wszystkie komentarze, przez co jest szansa na dyskusję czy choćby krótką wymianę zdań. A czasem, na niektórych blogach, naprodukuję się radośnie o książce, naprodukuję, przeleję na ekran myśl dłuższą niż sama recenzja, a tu guzik, brak odzewu i tak ze wszystkimi komentarzami (bo może mój był za długi, też jest taka opcja ;)). Więc na pytanie "jak rozmawiać" odpowiadam "po pierwsze, w ogóle rozmawiać" :)

    Chyba największym problemem przy rozmowie o książce jest jej nieznajomość ;) Zazwyczaj nie komentuję recenzji książek, których nie czytałam, chociaż aż mnie korci by się wtrącić. Ale wtedy przypominam sobie koleżankę z polonistyki, która włączała się do wszystkich dyskusji na zasadzie "nie czytałam Ziemi Obiecanej, ale mój dziadek też miał sklep" i jakoś milknę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). To znaczy mnie się wydaje, że to kwestia podejścia do komentarzy i samych komentarzy -- bo czasami zostawia się takie na zasadzie "byłam, przeczytałam, u mnie to wygląda tak" i autor wpisu nie czuje, że może tam coś dodać. To znaczy ja z tych, co niemal zawsze czują, że coś dodać mogą i sama też najbardziej lubię w komentarzach to, że się w nich rozmawia, ale obracając rzecz jak kostkę Rubika zauważam, że można mieć i inne podejście. Co nie zmienia faktu, że uwielbiam odpowiadać na komentarze i za ich pomocą rozmawiać :). I to niekoniecznie tutaj u siebie, ale w ogóle :).

      To prawda i prawda :). Bo czasami przecież taki post nas natchnie właśnie do wypowiedzi w stylu tej o sklepie -- a czasami dyskusja pod notką może tylko częściowo dotyczyć jej tematu, co wcale nie zmienia faktu, że może być i ciekawa, i -- jak to ładnie mówią Czesi -- přínosná, czyli dająca różnorakie korzyści. Myślę, że to kwestia tego, czy akurat najdzie nas na to, żeby rozmawiać tylko o tej jednej konkretnej książce (wtedy często bez znajomości lektury trudno coś dopowiedzieć), czy szerzej o pewnym zjawisku czy o typie książek, których akurat ta jest jakimś przykładem.

      Z tym że to też może prowadzić do takich "wynaturzeń" -- chociaż chyba nie w dyskusjach pisanych, raczej mówionych, że jedna osoba monopolizuje dyskusję, skupiając ją zupełnie na czymś innym, przekierowując ją nie do końca tam, gdzie inni mogą za nią podążyć. Nie wiem, czy to jest jasne, co napisałam: to znaczy z takiej rozmowy może płynąć jakaś korzyść, chodzi raczej o jej poprowadzenie, czy o ogólny wydźwięk (to znaczy, korzystając z Twojego przykładu: już nie chodzi o dziadka i jego sklep, ale o _mojego_ dziadka i jego sklep ;)).

      Usuń
    2. "Přínosná" - jakie piękne słowo! Zamierzam pożyczyć i używać na co dzień :)

      I też najbardziej lubię, gdy pod recenzją rozwinie się dyskusja na zupełnie inny temat, nawet luźno związany z książką ;) Dlatego najbardziej lubię takie recenzje, które nie tylko sucho informują o czym książka jest i podobałosię/niepodobałosię, ale też zwracają uwagę na takie rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka. Albo umieszczają ją w jakimś szerszym kontekście.

      Usuń
    3. Bierz i używaj, mnie często brakuje dobrego słowa i wtedy go używam, bo dokładnie oddaje to, o co chodzi, prawda? :)

      Tak, to zresztą myślę jest pomysł na pisanie o książkach, które nie do końca jakoś zachwyciły albo urzekły czytelników, przez co gdzieś tam niby funkcjonują, ale raczej z boku albo, co gorsza, w historii literatury ;) -- a tam się często kryją niesamowite rzeczy. Nie wspominając o tym, że to jest też ciekawy sposób na pisanie o książkach bardzo dobrze znanych, żeby poruszyć temat od nieco innej strony :).

      Usuń
  2. Uwielbiam o książkach dyskutować z moim tatą, choć teraz rzadko to robimy - kiedyś poddawał mi książki do czytania, dzisiaj mój gust poszedł w nieco innym kierunku. Aczkolwiek mimo że nie wdajemy się w dysputy co do treści, to często dyskutujemy o danym autorze, nurcie, czasach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo to też jest przecież szalenie ciekawe: rozmawiać o tym, co nie dotyczy samej fabuły, ale wszystkiego dookoła! Nie dość, że można się wielu rzeczy dowiedzieć, to ładnie buduje to takie międzyczytelnicze więzi. I tak sobie myślę, że w związku z tym można rozmawiać z ludźmi, którzy mają gust zupełnie inny od naszego :).

      Usuń
  3. Jaki cudowny temat! Tylko wiesz, twój tekst zakłada, że ludzie w ogóle chcą o książkach rozmawiać. Tymczasem ostatnio dowiedziałam się - od osób bardzo oczytanych! - że rozmowa o książkach "nie jest rzeczą naturalną". Zastanawiam się, z czego może wynikać takie przekonanie. Boimy się wyjść na intelektualistów (a jeśli tak - to dlaczego)? Boimy się mówić o wrażeniach z lektury, bo uwierzyliśmy, że o książkach wolno dyskutować tylko Bardzo Mądrym Ludziom? Boimy się, że to, co nam się w książce podobało, zbyt dużo powie o nas samych?

    Dodałabym jeszcze jeden sposób rozmowy o książce, mianowicie: rozmowy dookolnej. To znaczy ktoś, kto książkę przeczytał, wyciąga z niej jakiś problem, a potem rozmawia się o tym problemie - w życiu i w literaturze. Sposób o tyle fajny, że ośmiela tych, co na książkach - w ich przekonaniu - się nie znają i pozwala połączyć w jedno różne doświadczenia i wiedzę z różnych dziedzin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, założyłam sobie, optymistycznie :), że tak właśnie jest -- ale zastanawiam się też nad potencjalnymi przyczynami tego właśnie, że można nie rozmawiać (znowu optymistycznie dość założyłam, że to są rzeczy płynące na przykład z nieśmiałości -- tego "wstydu, że powiem coś głupiego"). To jest szalenie ciekawe, co mówisz -- bo mnie się rozmawianie o książkach właśnie wydaje dość naturalne i kiedy wyczerpuje się jakiś wątek w rozmowie w ogóle, to od książek właśnie można się odbić, nawet niekoniecznie ku rozmawianiu o książkach, ale w ogóle.

      Mnie się wydaje, że raz, że "intelektualista" to słowo, które straciło swoją aurę (pozytywną, a w każdym razie jednoznacznie pozytywną). Nie do końca zgadzam się z tym obiegowym stwierdzeniem, że "inteligencji" jako warstwy społecznej już nie ma -- ale na pewno trudno dzisiaj wyznaczyć tu jakieś ramy. I w związku z tym ten "inteligent" albo siedzi w oparach stereotypu, albo zbacza gdzieś ku "snobowi", albo nie jest "fajny" (wybacz tę dużą ilość cudzysłowów, ale chodzi mi o takie ogólne typy idealne kryjące się za tymi słowami). Może gdzieś za tym siedzi też "kujon" czy "nerd"? Nie wiem. A jak Ty sądzisz?

      Właśnie, bo chyba istnieje też strach przed tym, że powiemy, że podobało nam się to i to, i ktoś nam powie "e, mało ambitne", "e, to dla dziesięciolatka", "e, poczytaj Miłosza". Tak jakby gust literacki miał wyłącznie jeden kierunek i to wybierany celowo. I to może dotyczyć wątku, może pisarza, może jakiejś konkretnej książki -- podczas gdy, myślę sobie, da się coś powiedzieć o książce, którą uważamy za "złą", a równocześnie nie obrazić czytelnika. Trochę złudne przekonanie, ale chyba realizowalne.

      Tak, tak! To jest coś, co bardzo mi się podoba. Tutaj widzę jeden problem: narażenie się na zarzut "spojlerowania" (często absurdalny, ale ja nie o tym). Bo to się wiąże właśnie z pokazaniem jakiegoś wycinka lektury, gdzie czają się frapujące rzeczy -- ale nie zawsze z tym takim chronologicznym podejściem do lektury jako ciągłego tekstu od A do B.

      Usuń
    2. Mnie właśnie też się rozmawianie o książkach wydaje naturalne i zazwyczaj, kiedy wychodzę na spotkanie, układam sobie w głowie listę książek, o których chcę wspomnieć. Sądzę, że ludzie - w masie - mają ogromny problem z poczuciem własnej wartości, które jest stale zagrożone przez osoby bardziej oczytane, inteligentne czy nawet ładniejsze. Stale obawiają się oceny, dlatego wolą się nie wychylać. Kiedy widzą - a raczej słyszą - intelektualistę, to automatycznie uznają go za snoba albo sztywniaka, bo to neutralizuje zagrożenie. To działa też w drugą stronę: ktoś, kto ma do powiedzenia więcej niż uchodzi za normalne, będzie się bał odezwać, żeby nie wyjść na snoba albo sztywniaka. Strasznie to wszystko smutne.

      Do tego dochodzi pewnie wyniesione ze szkoły przekonanie, że rozmowy o książkach są nudne. Żeby nie być jednostronnym: często rzeczywiście są nudne (jak w przytoczonym przez Ciebie przykładzie monologu radiowego). Często też intelektualiści - cokolwiek to słowo dziś znaczy - budzą irytację czy nawet agresję, bo mówią językiem pretensjonalnym i dla wielu niezrozumiałym, pełnym rozmaitych -izmów. Albo właśnie reagują takim "e, poczytaj Miłosza", przez co dorabiają się - chyba słusznie - opinii pozerów. A przecież, jak słusznie zauważyłaś, o książkach złych też da się rozmawiać! Często nawet ciekawiej niż o dobrych.

      Nie mam pojęcia, czy jeszcze istnieje inteligencja jako warstwa społeczna, ale na pewno istnieje jej mit. Co daje dość schizofreniczny efekt, bo z jednej strony ceni się jej etos, wychwala wielkich polskich pisarzy oraz piękną i poprawną polszczyznę, a z drugiej strony trudno znaleźć kogoś chętnego na zwyczajną rozmowę o książkach.

      Usuń
    3. Myślę, że to jest jakiś powód: strach, ale że ten strach ma dwojakie (co najmniej) oblicze -- raz, że przed wymyśloną kompromitacją przed gremium jakoś tam bardziej jakimś, a dwa, że przed samym sobą (czy powiem coś mądrego, czy powiem coś mądrego...). Oba, w gruncie rzeczy, nie do końca mają chyba pokrycie w rzeczywistości.

      Sama waham się, szczerze mówiąc, przy używaniu słowa "intelektualista", bo nie wiem, co ono ma tak naprawdę oznaczać. Wszystko, co napisałaś, też zauważam i to mnie tak naprawdę zasmuca -- zarówno ta agresja (z obu stron, bo ten język niezrozumiały i pretensjonalny to też może być przecież oznaka takiej intelektualnej agresji), jak i spadanie w tę czy inną szufladę.

      A tak sobie teraz myślę, że chyba dyskusyjne kluby książki przeżywają renesans (w każdym razie śmiem tak sądzić, obserwując różne zakątki internetu). Co znaczy, że jakaś chęć do rozmowy o książkach w czytelnikach jest :).

      Usuń
    4. Ja za intelektualistę w tym kontekście uznałabym osobę, która czyta nie tylko literaturę, ale także o literaturze, ma dużą wiedzę i umiejętność analizy. No, ale to taka bardzo amatorska definicja, do słowników socjologii raczej nie trafi.

      Nie wiem, prawdę mówiąc, jak to z klubami książki jest, ale rozwój blogosfery pokazuje, że rzeczywiście jest chęć (pokazuje też, że z rozmowami o książkach naprawdę jest problem, skoro trzeba było stworzyć do nich osobną sferę). Tylko że nawet blogi nie są wolne od tych lęków. Można się domyślać, że m.in. z ich powodu tylko niewielki procent odwiedzających komentuje wpisy i równie niewielki procent podpisuje się własnym imieniem i nazwiskiem (choć to akurat może wynikać też z innych rzeczy).

      Usuń
    5. Ale to by, z drugiej strony, pokazywało, że komentarz jest równoważnikiem wypowiedzi w rozmowie -- co by było ciekawe przecież i właściwie bardzo mi bliskie :). Czasami się zastanawiam, jak to jest z komentowaniem -- i nie wiem, szczerze mówiąc. Bo można by było wyróżnić zapewne kilka takich stanowisk: mam coś bezpośrednio do dopowiedzenia do tekstu, chcę autorowi zwrócić na coś uwagę, chcę się podzielić luźną refleksją, odnieść to bezpośrednio do swojego doświadczenia i tym podobne, a jeśli zabraknie któregoś z tych elementów -- się nie komentuje? Wykluczając oczywiście całą sferę powodów praktycznych, w rodzaju: zapisałam sobie w zakładkach i potem zapomniałam, że miałam coś skomentować (co się, mówię z doświadczenia, przecież zdarza ;)).

      Usuń
    6. Hm, a nie jest? Zawsze mi się wydawało, że wymiana komentarzy pod postem to właśnie taka rozmowa, tylko w zwolnionym tempie. Oczywiście o ile autor bloga na komentarze odpisuje, co wcale nie jest takie częste, szczególnie jeśli ma ich dużo.
      Fakt, czasem nie komentuje się po prostu dlatego, że nie ma się nic do powiedzenia. Zastanawiam się jednak, ile osób myśli "napisałbym coś, ale pewnie uznają to za głupie" albo "nie znam się na tym, lepiej nie będę się wtrącał". To wielka szkoda, bo szczerze mówiąc nie spotkałam się jeszcze z tym, by ktoś kogoś obraził / wyśmiał / zahejtował na blogu książkowym (bo na innych blogach już tak).

      Usuń
    7. Jest, ale nie wiem, czy to jest taka wszechpopularna opinia :). Bo można też komentarz traktować właśnie jako komentarz, a nie jako wypowiedź w dialogu.

      No właśnie -- też się zastanawiam. Ale to może być coś, co się w ogóle spotyka, w rodzaju "a, nie będę się odzywał". Sama tak czasem mam, więc rozumiem (chociaż po przeczytaniu "Chodźcie z nami!" Gilligan walczę z tym chyba dość skutecznie, przynajmniej czasami :)).

      Usuń
  4. Ja nauczyłam się rozmawiać o książkach dzięki blogom i forom. Anonimowo łatwiej. Nawet jak ktoś myśli, że bluźnię, to nie wie kim jestem. Wcześniej też z koleżankami rozmawiałyśmy o czytanych książkach, ale dopiero internet to zintensyfikował.
    I wydaje mi się, że oprócz tego, żeby znaleźć kogoś do rozmowy, ważne jest też jaki ten partner jest. Nie bardzo mnie interesuje dyskusja gdzie musimy ustalić czy dana książka jest dobra czy jest zła. Najfajniejsze dyskusje (na jakikolwiek temat) są z ludźmi przy których możemy głośno myśleć, przeczyć sobie, zmieniać zdanie. I gdzie nasze negatywna opinia o książce nie będzie brana jako atak na osobę, która tę książę uwielbia. Widywałam rozmowy, gdzie ludzie biorą to bardzo osobiście. A przecież jakby na to nie patrzeć, nie ma się o co obrażać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo czasami zdanie nam się klaruje w miarę dyskusji. Nie zawsze, ale przecież tak się zdarza -- i dlatego między innymi tak dobrze jest o książce porozmawiać :). I nawet nie chodzi o to, żeby kogoś do czegoś przekonywać, ale właśnie o to, żeby samemu sobie wytłumaczyć, o co właściwie nam chodzi ;).

      Co zaś do tego, że atak na książkę, jeśli przypuszczany kulturalnie, nie jest atakiem na osobę -- zgadzam się. Aczkolwiek tutaj faktycznie może być różnie: bo jeśli ktoś jest w jakiś sposób z książką mocno związany, to i argumenty nasze trzeba dobierać i formułować inaczej (to znaczy rozumiem, że ktoś się może w jakiś sposób poczuć dotknięty -- ale czasami trzeba zauważyć wprost, że mówi się o książce i swoim jej odbiorze, a nie o tym kimś i jego odbiorze cennej dla niego książki, wtedy istnieje nadzieja, że zostaniemy zrozumiani mniej więcej tak, jak chcieliśmy być). No i właśnie -- ten element kultury dyskusji też jest przecież bardzo mocno potrzebny, żeby nie zmienić naszej wypowiedzi o książce w rozbudowany argument ad personam.

      Usuń
  5. Właściwie to ważny temat tutaj poruszyłaś. Ostatnio trochę się nad tym zastanawiałam, przeglądając kolejne blogi. Bardzo rzadko zdarza się, że ktoś w ogóle chce rozmawiać o książkach, chociaż tyle jest książkowych blogów - komentarze zwykle polegają na zaanonsowaniu chęci bądź niechęci do przeczytania danej książki. A gdzie pytania? Gdzie porównania, nawiązania do innych utworów? Z tym już trochę trudniej. Może jesteśmy rozleniwieni? Może mamy zamiar tylko zaznaczyć gdzieś swoją obecność, ale niekoniecznie rozmawiać? Sama czuję się trochę winna, bo w wielu miejscach zostawiam tylko mało znaczące (w moim mniemaniu) komentarze, żeby pokazać autorce/autorowi, że w jakimś stopniu jestem zainteresowana tym, co robi. Ale czasem zdarza się rozmowa, taka prawdziwa - o gustach, innych książkach danego autora i tematach pobocznych. I takich powinno być więcej, właściwie dla nas samych, bo to pewnego rodzaju rozwój - przede wszystkim w kwestii przekraczania własnych barier, śmiałego wypowiadania się w kwestiach, które są dla nas ważne.
    Chyba najlepiej byłoby rozmawiać o książkach w sterylnych warunkach - w czymś w rodzaju klubu książki, gdzie każdy czytał dany utwór, jest skłonny rozmawiać, bo przecież po to tam jest. Mnie najlepiej rozmawia się o literaturze podczas luźnych spotkań przy piwie, ale tylko jeśli zauważę chęć z drugiej strony (nie cierpię osób, które narzucają się ze swoją inteligencją, oczytaniem, elokwencją etc. w towarzystwie, którego zupełnie to nie obchodzi).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ale mnie te "muszę przeczytać!" nie przeszkadzają, sama czasem tak piszę, bo to pozwala mi zapamiętać, co też tak mi się podobało, zanim gdzieś to sobie zapiszę :). A przy okazji to jest też taki znak "byłem, czytałem", więc ma to dwojaki sens, tak jak piszesz :).

      Ale tak, bardzo lubię prowadzić rozmowy tego typu właśnie "na okółkę", gdzie pojawia się odniesienie do innego dzieła, do samego autora może, jakiś wątek wzbudza większe zainteresowanie -- bo to może paradoksalnie rzucić więcej światła na samą książkę czasami, niż bezpośrednie odnoszenie się do niej. I zgadzam się, że to jest ważne dla samych dyskutantów; właściwie to trochę działa na zasadzie "im więcej się odzywam -- tym lepiej mi idzie" ;).

      Usuń
  6. Skąd Ty bierzesz te pomysły na zdjęcia? Są przezabawne! Często tak bardzo nieprzystające do treści i tak wspaniale abstrakcyjne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był przykład typowego "komentarza" (do tego nieprzystającego do treści; tak sobie możemy porozmawiać o książkach ;)).

      Co do rozmów, trudna, ale bardzo przyjemna to sprawa. I wciąż ubolewam, że na żywo mam tak mało sposobności rozmawiać o książkach.

      Usuń
    2. Chyba tak działa moje myślenie o ilustracjach do tekstu po prostu. Czy w ogóle może mój sposób myślenia ;). Ale cieszę się, że się podobają (no małpki pigmejki muszą się podobać po prostu -- a jeszcze to są pazurkowce, cudownie to biolodzy wymyślili ;)).

      Dlatego internet to taka fajna sprawa czasami :). Ale tak się zastanawiam, że w sumie zdarzają mi się rozmowy o książkach w mało oczekiwanych sytuacjach czasami, i że może to jest też kwestia tego, że czasem się boimy zagadnąć, a tu się okazuje, że nie trzeba. Przy czym nie twierdzę, że non stop mam okazję do rozmów o książkach (ale to chyba dobrze ;)).

      Usuń
  7. A ja chciałabym zwrócić uwagę, że u Ciebie nawet komentarze miło się czyta. Większość ludzi (mylę się?) wchodzi w rozmowę z Tobą, zdaje się, że masz jakiś dar inicjowania rozmów :) No i prawdą jest, że na inicjowaniu się nie kończy, bo zawsze odpowiadasz, cenię to :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, to miłe bardzo :). Ale tak naprawdę to zasługa tych, którzy chcą rozmawiać :). Także jestem zawsze szczęśliwa, jak się trafia okazja do rozmowy, bo nie dość, że sporo się można dowiedzieć, opiniami wymienić, to jeszcze lista książek do czytania rośnie ;). Więc sama przyjemność odpowiadać :D.

      Usuń