Refleksje po tygodniach upałów albo o alternatywnych sposobach obchodzenia się z książką w wysokich temperaturach


Słuchajcie, jest gorąco. Wiem, że na pewno to zauważyliście (nie dało się nie zauważyć), ale jakoś do tej pory udawało mi się walczyć z upałem tylko drobnym narzekaniem (na to, że jest gorąco – czasem stwierdzenie takich oczywistych prawd ratuje człowieka). Ale chyba przeżywam jakieś przesilenie, czego widomym znakiem jest to, że zupełnie zapomniałam wczoraj zapowiedzieć dzisiejszej notki. Wykorzystuję zatem okazję, żeby napisać dzisiaj taki na wpół żartobliwy przegląd tego, co można robić z książkami, jeśli przez wzgląd na upały ma się problem z czytaniem.


Porządkowanie. O ile nie postanowimy porządkować wielkiej kilkunastotysięcznotomowej kolekcji (wtedy skutek może być odwrotny do zamierzonego), możemy całkiem nieźle spędzić czas zaprowadzając jako taki ład w naszych zbiorach. Albo przynajmniej w ostatnich nabytkach. Zasuwamy żaluzje/rolety/zasłony, przygotowujemy sobie zapas zimnych napojów i leniwym ruchem posuwisto-zwrotnym przekładamy książki z miejsca na miejsce, przy okazji podczytując, przeglądając i notując. Jak może pamiętacie z tej notki o sprzątaniu, jestem raczej mało efektywnym sprzątaczem książek, ale nie oznacza to wcale, że takie sprzątanie nie sprawia mi przyjemności. Więc jeśli macie jeszcze trochę siły – nie jest to rozwiązanie złe.

Układanie. Muszę przyznać, że zazwyczaj wzbraniam się przed układaniem stosików i staram się trzymać książki na półkach. Niemniej nie jest to zły pomysł na uporządkowanie sobie czytelniczej kolejki. Przy okazji możemy zobaczyć ,co mamy, po co trzeba się wybrać do biblioteki, a nawet odkryć, że z niewiadomych przyczyn na naszej półce znajduje się książka pożyczona 15 lat temu od sąsiada (który w międzyczasie i tak się wyprowadził). Poza tym układanie stosików jest może adekwatniejszą niż „sprzątanie” nazwą dla tego przekładania książek, którym się od czasu do czasu zajmuję (ale fakt, że większość później karnie wraca na półki).
 
 
 Wpis pod patronatem tego oto lisa polarnego, który jest z bycia polarnym bardzo 
kontent. Chwilowo troszkę zazdrościmy. Źródło.
 

Podstawianie. W taką pogodę nie tylko kot wymaga, żeby ratować go podstawianymi wszędzie kubkami z wodą, ale także laptop sprawia wrażenie jakby dyszał ciężko i po kilku minutach oblewa się gorącem, jako ta bohaterka dziewiętnastowiecznej powieści. Dlatego kilka książek w formacie A4 w twardych oprawach jest cyklicznie wyciąganych z półek w celach niestety bardziej nikczemnych niż czytanie. Tę notkę na ten przykład piszę na cudnym zbiorowym wydaniu „Ekspedycji” Polcha, Mostowicza i Górnego. Nie jestem z tego dumna – jak tylko skończą się upały i laptop odżyje, komiks odzyska swoją pierwotną funkcję.

Noszenie. To, że nie czytamy nie musi oznaczać, że wyprawiamy się gdziekolwiek bez książki. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy napadnie nas zaciemniona polanka albo chociaż osłonięty przystanek autobusowy, przez co najdzie nas nieodparta pokusa, by po książkę sięgnąć. W końcu każde przesilenie mija i nadchodzi ta błoga chwila, czyli powrót zdolności do czytania (i ochłodzenie). A wtedy biada, że zostawiliśmy książkę samą biedną w domu.

Osłanianie. Można też wykorzystać książkę bardzo nachalnie (z braku lepszego słowa) jako dodatkowy filtr przeciwsłoneczny, siedząc sobie z nią na balkonie i osłaniając się przed prażącym słońcem. Albo chociaż przed jego blaskiem. Nie zawsze udaje się przy okazji czytać, ale to już inna sprawa (trzeba wybrać swoje priorytety w danej chwili). Poza tym z obserwacji zauważyłam, że przy bliskim osłonięciu czytelnik taki może zapaść w sen, a jak wiemy sen ma właściwości regeneracyjne. Zregenerowany zatem tym chętniej powróci do lektury.

A czy Wy używacie przy tej pogodzie książek do jeszcze innych celów?

____________________________

A jutro będzie o sprawach aktualnych, mniej więcej w każdym razie.

Weź dokładkę!

2 komentarze