Spod schodów wcale nie widać więcej albo o „Dworku Longbourn” J. Baker


Słuchajcie, jestem rozczarowana. To mogła być taka dobra książka. A wymęczyłam się na niej okrutnie, zaliczyłam kilka facepalmów oraz okrzyków „Domowniku! Ratunku!”. I wiem, że miało być o czym innym, ale po prostu muszę Wam o tej książce napisać, bo pęknę. A tak na marginesie: coś ostatnio za dużo tematów mi się kręci po głowie, więc pozwólcie, że na razie zaprzestanę zapowiadać kolejne notki – gdyby ktoś tego żałował, niech da znać.

A jeszcze rano przeczytałam u Ćmy książkowej, co ją denerwuje w książkach i zdałam sobie sprawę, że "Dworek Longbourn" spełnia niemal każdy z jej warunków -- z którymi się zresztą zgadzam. Także od razu siadłam, żeby spisać wrażenia. Bo widzicie, zapisałam się na „Dworek Longbourn” w bibliotece, bo kolejka była długa (pamiętałam tym razem o przedłużaniu – tak mi zależało, sami widzicie!) i pomyślałam, że pewnie na jesieni się dostanę na sam przód i książka do mnie trafi, ale okazało się, że jakoś trafiła szybciej, a że miałam akurat chwilę oddechu po „Cyberiadzie”, to przeczytałam. I kurczę, jakie to było straszne przeżycie!

O co chodzi? „Dworek...” jest tak zwanym retellingiem „Dumy i uprzedzenia”. Dobrze jest jednak odświeżyć sobie co nieco z powieści Austen, bo jest to retelling dość pasożytniczy: niby mamy oryginalnych bohaterów wymyślonych przez Jo Baker, autorkę, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że one zależą w większym niż wskazywałaby fabuła stopniu od losów bohaterów „Dumy...”. Baker chce wywrócić to, co widzimy u Austen, na nice, i pokazać wszystko widziane oczyma służby. Mamy więc Sarę, pokojówkę starszą, Polly, pokojówkę młodszą, panią Hill – gospodynię (zastanawiam się, a propos tłumaczenia, czy nie raczej: ochmistrzynię?), pana Hilla – kamerdynera i Tajemniczego Nowego Lokaja Jamesa. A wszystko dzieje się w Longbourn, pod schodami i w kuchni Bennetów. Czasowo akcja pokrywa się z „Dumą...”, wykraczając później trochę w przyszłość, dając wgląd w to, co dzieje się w Pemberley po ślubie Lizzie i Darcy'ego oraz co się stało ze służbą. To tyle o fabule. Dalej będą spojlery, ale nie mam wielkich wyrzutów sumienia, bo to nie jest książka, do której czytania zachęcałabym.

A miało być tak pięknie! Przecież to jest świetny pomysł: pokazać ten świat od podszewki, bo przecież wszyscy wiemy, że tam musi być ktoś, kto pierze ubłocone halki Lizzie. I jak tylko się dowiedziałam o takim pomyśle, byłam pewna, że to coś dla mnie: wyciągać poukrywane sensy spod spodu dzieła? Pokazywać te mniej uprzywilejowane klasy społeczne? No marzenie! Tyle że Jo Baker wybrała dość dziwny sposób, żeby zrealizować swój zamysł. Chociaż zaczyna się naprawdę interesująco: oto widzimy Sarę, jak spiera błoto z sukienki Bennetówny i mówi, że ta dbałaby bardziej o konwenanse, gdyby się musiała sama opierać. Pomysł rewelacyjny, prawda? Rewelacyjny, bo zupełnie odwraca nasze "achy" i "ochy" nad Lizzie i pokazuje, że tam też jest podszewka, pod którą warto zajrzeć. Ale. No właśnie, już tu mam pewne ale, bo mam wrażenie, że u Austen to wszystko jest – tyle że poukrywane zręcznie przez samą pisarkę (nie jestem największą na świecie fanką jej pisarstwa, ale bardzo doceniam i to, że z dystansem opisuje całą klasę społeczną, i konwenanse, i życie w ogóle, a przy tym, jeśli się w czytać, to widać, jak zręcznie powszywała w materię fabuły rzeczy niewymawialne wówczas). Nie wspominając o tym, że pisanie o służbie i warstwach społecznych poniżej gentry w literaturze angielskiej jest również dość popularne (pamiętacie służące z późniejszych "Pań z Cranford"? No właśnie) – więc są też wzory.

Okładka oryginalna. Źródło.
Tymczasem co robi Jo Baker? Jo Baker postanawia nas przekonać, że wszystko było straszne i okropne, więc wciska wszędzie opisy tego, jak jest strasznie i okropnie (i raz robi to nieźle, kiedy pisze o stanie rąk służby, ale przez większość czasu... No nic, czytajcie dalej). Można spokojnie umówić się na wychylanie kieliszka za każdym razem, kiedy autorka informuje nas, że komuś śmierdziało z ust (wolne są od tego tylko Bennetówny i główna bohaterka, serio). Równie popularne jest wspominanie, że pokojówka akurat wynosi czyjś nocnik. I pierze poplamione krwią menstruacyjną ubrania. Jakby widzicie: nie wątpię, czasy były paskudne. Nikt chyba nie wątpi. Ale realistyczny opis nie polega ciągle na wspominaniu o tym, że ludzie wydalają albo muszą myć zęby. Zresztą obrywa się wszystkiemu: kuriozalny jest opis świniobicia, który żeby był „bardziej prawdziwy” zawiera scenę wykrwawiania się świni na ziemi. Serio, autorko? A przecież Tajemniczy Lokaj James wspomina później, jak robił kaszankę. No, ale realizm wymaga, żeby kazać zwierzęciu cierpieć malowniczo wbrew realiom – jeśli rzeczywistość historyczna jest zbyt ponura, sieknijmy jeszcze jeden opis tego, jak było ponuro, co nam szkodzi. Wszak ludzie z epoki -- poza może główną bohaterką -- są paskudnymi indywiduami.

Wspominałam już na początku, że to rodzaj pasożytniczego retellingu. Nie mam bowiem wrażenia, że „Dworek...” broni się jako samodzielna książka. Tyle że jako retelling też broni się tak sobie. Autorka zaczyna każdy rozdział fragmentem cytatu z „Dumy...”, ale mylicie się – jako i ja się myliłam – jeśli sądzicie, że to są starannie wybrane fragmenty pokazujące drugą stronę powszechnie znanej rzeczywistości. Skądże, to są... Hm, w sumie nie wiem, co. Fragmenty. Raz pokazujące, co się dzieje u państwa, raz po prostu, że czas płynie, czasem właśnie mówiące o tym, co się może dziać u służby (ale jak sama autorka przyznaje, Austen pisze o tym tyle co nic -- bezpośrednio, w każdym razie). I tyle. Ponadto – bohaterowie. Oj, oj. Autorka w posłowiu opowiada nam, że uwielbia „Dumę i uprzedzenie”. Dziwi mnie w takim razie, że nie lubi chyba żadnej oryginalnej Austenowskiej postaci, może poza Jane Bennet, ale i jej wtyka szpilki tu i ówdzie. Pan Bennet jest stary, brzydki (tak, zgadliście, brzydko pachnie mu z ust) i gburowaty; i ma sflaczałą skórę, o tym też nas autorka poinformuje, a poza tym jest hipokrytą. Pani Bennet – ona chyba jedna zachowuje się jak u Austen, bo już w oryginale jest bohaterką dość odstręczającą miejscami, ale żeby dodać jej głębi, autorka dodaje jej w życiorysie skazę, co akurat było posunięciem, które mi się podobało. Siostry Bennet są albo rozwydrzone (Kitty, Lydia) i bez wyobraźni (Lydia, Mary), albo bez serca (zgadliście – Lizzie). Pan Darcy to potwór bez serca (pojawia się trzy razy i za każdym jest straszny -- przy czym nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że autorka tutaj pisze bardziej po fanowsku: to znaczy ten Darcy jest okropny, bo rozczarowująco w oryginale okazuje się okropny nie być, wiecie, o czym mówię? Pokojówka się go boi, ale ciągle prawi mu w duchu pokrętne komplementy). Pan Collins niby poczciwina, ale świństw by sobie posłuchał. Wickhama zainteresowanie Lydią ma korzenie w jego pedofilskich skłonnościach. I tak dalej, i tak dalej.

Retelling, jak mi się zawsze wydawało, powinien służyć temu, żeby pokazać coś nowego, odkryć ukryte motywacje. Tymczasem Baker poszła po linii najmniejszego oporu: Mary kochała pana Collinsa, Wickham był bardzo wredny, a wszyscy zamiatali rodzinne brudy pod dywany. Nawet Lizzie i Darcy tak naprawdę się wcale nie kochali, ale zawarli jakiś dziwny układ – nie do końca wiadomo po co. Autorka zamiast tego odkrywania, odhacza raczej kolejne kontrowersyjne tematy, które mają urealistyczniać jej prozę: mamy homoseksualizm, mamy pozamałżeńskie dzieci, romanse ze służbą, niewolnictwo (wątek poprowadzony nie do końca nieudanie, ale ze zmarnowanym potencjałem), pedofilię, ogólną ruję i poróbstwo, bardzo złe opisy seksu i masturbacji, a jak już odetchnęłam z ulgą mówiąc „przynajmniej pani Hill i pan Bennet nie mają romansu!”, to zgadnijcie, co się stało. W dodatku autorka osnuwa postać nowego lokaja Tajemnicą, która po dwudziestu stronach jest zupełnie jasna dla wszystkich, ale ona dalej ją snuje z zapałem godnym lepszej sprawy.

Okładka polska. Źródło.
No właśnie, tu dochodzimy do problemów z narracją. Baker uprawia tak zwany headhopping (czy mamy na to ładne słowo?), czyli obserwujemy akcję raz z punktu widzenia Sary, raz Jamesa, raz pani Hill, czasem któregoś z Bennetów. Problem pojawia się tam, gdzie nasz Tajemniczy Lokaj obserwuje rzeczywistość – bo robi to ogólnikowo, żeby nie stracić swojej aury tajemniczości. W związku z tym bohaterowie od czasu do czasu zachowują się zupełnie jak nie oni: i to nie tylko ci Austenowscy, ale też oryginalne postaci Baker. Wątek romansowy, straszliwie sztampowy z całym „och nie, nie możemy być razem, nie dam ci szczęścia!” i „powinnam wybrać stabilizację zamiast popędów serca, ale nie mogę!” (oraz: "Nie wyjawię ci mej Strasznej Tajemnicy, bo jeszcze życie by się nam ułożyło i cały wątek Okropnych Komplikacji zmarnowany!"), zaczyna się właściwie uznaniowo, bo bohaterowie nie zbliżają się do siebie naturalnie, ale na zasadzie impulsu (literackiego; serio, miałam wrażenie, że autorka popycha ich ku sobie z takim „no! no!” na ustach). Sytuacji nie poprawia też fakt, że Sara ma po prawdzie mentalność dziewczyny z XXI wieku, która jakimś cudem trafiła do XIX (trochę jak Martha w „Family of Blood”, tyle że nie celowo, a raczej wskutek przeoczenia). Stąd wszystkie szwy w powieści widać jasno: która służąca snułaby takie rewolucyjne myśli jak Sara albo postrzegała rzeczywistość w taki sposób? Bo jednak wszystko to wygląda jak spojrzenie człowieka z naszej epoki na epokę dawną, kiedy te przezroczyste dawniej elementy rzeczywistości wydają się nam okropne (brak łazienek, na przykład – a to tylko pierwszy z brzegu przykład). Ale przezroczyste są tylko dla "państwa", służba widzi je jasno. I chociaż można im wówczas kibicować, to sprawia to mimo wszystko nienaturalne wrażenie.

Dobrze, wyżaliłam się, więc powiem jeszcze dwa dobre słowa. Książka jest bardzo ładnie wydana, z czytelnym drukiem i przyjemną okładką (tyle że polska sugeruje nam raczej, że będziemy mieli do czynienia z panienką ze dworu, a nie ze służącą). A poza tym – wiem, jak to zabrzmi po tym wszystkim, co napisałam, ale dajcie mi wytłumaczyć – autorka dobrze pisze. Naprawdę, widać, że ma opanowany warsztat, zrobiła research (może ciut za dużo miejscami), po prostu źle rozplanowała fabułę i nie miała do końca pomysłu na rozwiązania fabularne, ale opisy przyrody czy ogólnego krzątania się służby są dobre. I o, taki paradoks. Także z chęcią sięgnę po inną książkę Baker, żeby się przekonać, jak jej pójdzie z zupełnie samodzielną fabułą (jeśli czytaliście, dajcie znać!).

Także, niestety, jestem rozczarowana. Czytałam z rosnącym poczuciem „ale czemu...? czemu?!” i teraz mi smutno. Znacie może jakieś interesujące retellingi „Dumy i uprzedzenia” godne polecenia? Nie, żeby była taką fanką, ale chciałabym się przekonać, jak to wygląda w innych wykonaniach.
______________________________

A jutro wybieramy się oczywiście na piknik z klasyką. Właściwie nie zostawia nam autor jutrzejszy wielu wskazówek kulinarnych, co byśmy mogli sobie podjeść. Raczej zostawia jedno konkretne wskazanie: cokolwiek by to nie było, nie jedzmy sami, a najlepiej jeszcze zamknijmy się na klucz. Tym samym zapraszam na Pikniki z Klasyką o trzech opowiadaniach klasyka grozy, M. R. Jamesa!

Weź dokładkę!

35 komentarze

  1. To obrzydzanie oryginalnych postaci na siłę to chyba klątwa retellingów odwołujących się do dzieł o ustalonym autorstwie. Baśń czy podanie pozwala jednak na większą możliwość manewru (Kopicuszek mordujący macochę wiekiem od skrzyni?).

    Pisałam tu już chyba o "Wind Done Gone"? Opisanie jak milutka rodzina O'Hara żyła z pracy niewolników to świetny pomysł- ale wmawianie, że Gerald sypiał z Mammy to dla mnie przesada. Owszem sypianie z niewolnicami było akceptowalne i nawet jeśli przyjmiemy, że nie uważał tego za grzech to dlaczego z niańką swojej żony? I do dziecko będące rezultatem sprzedać do burdelu? Pewnie w międzyczasie wyrywał muchom skrzydełka.
    Życie i Czasy Złej Wiedźmy też nie lepsze- z jednej strony fajnie poprowadzono główną postać, ale czy autor musiał skupiać się na tym, że Dorotka jest głupia, złośliwa i śmierdzą jej nogi (sic!). Zwłaszcza, że jej wszystkie mordercze zapędy w kiedrunku Wiedźmy to wymysł filmu, w książce była raczej przestraszona i unikała kłopotów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie mnie tu najbardziej zafrapowała ta sprzeczność: teoretycznie autorka uwielbia Austen, praktycznie stara się pokazać jej postaci jako dość odrażające typy, używając środków bardzo dosłownych (a jak już nie ma jak, to chociaż pośle je sikać w krzaki). Plus mam wrażenie, że tego typu zabiegi mają oddawać sprawiedliwość, na zasadzie: zobaczcie, służba ma źle, państwo niby lepiej, ale to są paskudne typki, więc co z tego. Zapomniałam wspomnieć, że jak los Sary się poprawia, to stwierdza ona, że jednak bez ciężkiej pracy jest jej źle, rzuca służbę i rusza żyć życiem pełnym niebezpieczeństw. Hm.

      Tak! Pamiętałam, że o tym rozmawiałyśmy i kiedy czytałam "Dworek..." miałam ciągle w głowie taką myśl, że to musi być książka tego rodzaju ;). Przy czym od razu się okazało, że tropy są podobne: ten zły pan, te romanse ze służbą tuszowane, ten wyzysk nie wynikający z prawideł działania społeczności (które my oceniamy jako bzdurne), ale z tego, że postaci są po prostu złe i okropne... Wszystko się zgadza.

      Usuń
  2. No patrz, a mnie sie calkiem podobalo, chociaz po pierwszym zachwycie entuzjazm opadl i nawet zupelnie nie pamietam szczegolow (co samo w sobie o czyms swiadczy niestety).
    Ale ja mam slabosc do ksiazek "z perspektywy sluzby" wiec jestem stronnicza i duzo wybaczam. Polecam ci na przyklad Mary Reilly (autorstwa Valerie Martin) jesli jeszcze nie czytalas. Albo - ale tu mam dosc dziwna polecanke - Obserwacje Jane Harris ale w oryginale. (Bo polskiego przekladu nie czytalam a to jest ksiazka karkolomna do tlumaczenia i nie wiem jak wypadla). Obserwacje sa swietne, Bess, narratorka, zostaje znienacka pokojowka nic nie wiedzac o tym fachu. Bess pochodzi z ulicy (doslownie!) mowi mieszanka irlandzko - szkocka - szalenie charakterystyczna ale nie ZA TRUDNA; jej pani poleca jej spisywac rozne rzeczy i widac jak Bess z poczatkowych krotkich zdan pisanych nieudolnie i wyraznie "pod nauczycielke" rozwija wlasny glos, jak widac jej rzetelnosc i zyczliwosc polaczona z absolutnym pragmatyzmem, brakiem zludzen, ogromna wiedza o zyciu (przy czym wielu rzeczy Bess wolalaby NIE WIEDZIEC), wariackim poczuciem humoru i wrazliwoscia z ktorej ona sama nie zdaje sobie sprawy. Wrecz wyskakuje z kartek taka jest prawdziwa. Ksiazka swoje wady ma, ale jest absolutnie fantastyczna ze wzgledu na Bess wlasnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, bo pomysł jest naprawdę dobry -- tylko że autorka przedobrzyła z tym odwracaniem, no i naprawdę kiepsko jej poszło z wątkiem romansowym. Bo ustawiła go potwornie topornie (Tajemniczy Mężczyzna z Przeszłością vs. Przystojny Nieznajomy z Wielkiego Świata), a potem kazała bohaterom zupełnie zapomnieć o wszystkim i przystąpiła do radosnego mieszania ;). A potem już poszło z górki i można było odhaczać po kolei wszystkie kontrowersyjne motywy -- i o ile niektóre miały sens, o tyle inne były chyba tylko po to, żeby czytelnik miał się zachwycić, że jest tak "realistycznie". Ale co za dużo, to nie zdrowo.

      Będę miała na te dwie książki oko na pewno, dzięki :).

      Usuń
  3. Powieść ma, mam wrażenie, wszelkie znamiona retellingu nie nastawionego na pokazanie odmiennego punktu widzenia czy o[powiedzenia historii na nowo, ale na pokazanie, że AUTOR SIĘ MYLIŁ. Stąd te wszystkie mocne acz bezsensowne akcenty. Ale ja jak dotąd trafiam raczej na udane retellingi, więc może się mylę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej bym powiedziała, że na odmianę "Autor się mylił": "Autor wiedział, ale nie powiedział, więc ja, ja! wam powiem" ;). Przy czym jakoś tak zupełnie, w natłoku tych realiów, gubi się właśnie realizm, paradoksalnie tego tam jest mało: w reakcjach bohaterów, w tym, co myślą i co robią. O wątku romansowym bardzo dalekim od Austen nie wspominając.

      Podrzucisz jakiś udany retelling...? :)

      Usuń
    2. To raczej opowiadania są - Sapkowski, trochę też Gaiman...

      Usuń
    3. A tak, to się zgodzę, bo zasadniczo chyba wiem, o czym mowa ;).

      Usuń
    4. To ja jeszcze podrzucę "Cruel beauty", bardzo ciekawy retelling Pięknej i bestii. Jest chyba tylko po angielsku, niestety.

      Usuń
    5. Mam już na liście po Twoim tagu klasycznym, od razu się na to zaczaiłam :).

      Usuń
    6. Ja tez dodalam do listy :) A czy te retellingi Czerwonego Kapturka i Kopciuszka napisane przez te sama autorke ktos sprawdzil? Bardzo jestem ciekawa, bardzo.

      No a najbardziej chyba znanym retellingiem Dumy i uprzedzenia jest Dziennik Bridget Jones. Choc nie wiem, czy jest dobry jako retelling...

      Usuń
    7. Podbijam pytanie Hannah :).

      Też się nad tym zastanawiam, bo zasadniczo nie wiem, czy "Dziennik..." ma aż tyle wziętego bezpośrednio z Austen. Jest może hołdem dla pewnych rozwiązań, skłania się ku podrzucanym tu i ówdzie tropom narracyjnym, ale generalnie jeśli już, to jest raczej wariacją na temat. Tak mnie się przynajmniej wydaje.

      Usuń
  4. O, jak widziałam okładkę polskiego wydania, byłam przekonana, że to powieść o gejszy w Anglii. Albo kimś równie egzotycznym :).
    Widziałam kiedyś ekranizację "Mansfield park" w której podobnie starano się pokazać ciemną stronę życia i przesadzono. Bo jeden z bohaterów nie dość, że pił palił i ćpał, to jeszcze gwałcił niewolnice w koloniach. Pokazano to tylko dla shock value. W ogóle większość bohaterów stała się mocno histeryczna, jak nie u Austen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo o wampirach też trochę, w końcu taka szyja ;).

      Chodzi Ci o tę adaptację? To znaczy nie wiem, czy są jakieś inne, ale jako człowiek, który jeszcze książki nie przeczytał (zabieram się na jesieni) trudno mi było się odnieść do zmian w fabule (a film widziałam, czy ja wiem?, jakoś w liceum chyba). W każdym razie jeśli o tę, to i ja ją widziałam, i jest w niej Harold Pinter grający postać umoczoną w niewolnictwo dokładnie w takim stylu, jak opisujesz, więc od razu pomyślałam, że to ta adaptacja ;). I długi czas byłam przekonana, że "MP" jest właśnie i dokładnie o tym ;).

      Usuń
    2. MP w ogóle nie ma dobrej ekranizacji. Pyzo, mam nadzieję, że się nie pogniewasz, że wrzucę link, ale nie chce mi siękopiować całości, a się kiedyś powywnętrzniałam na temat trzech filmowych wersji MP :)
      http://www.kacikzksiazka.pl/2015/03/mansfield-park-rezyserskim-okiem-czyli.html

      Usuń
    3. W żadnym wypadku się nie pogniewam, doedukowałam się przy okazji :). Widziałam tylko ekranizację z 1999, przy czym była pokręcona, ale jakoś ten klimat mi się podobał -- może zmienię zdanie po przeczytaniu książki właśnie. Za to fakt, że w tej z 2007 roku gra Billie Piper sprawia, że na pewno ją kiedyś obejrzę. Zdarzyło mi się oglądać naprawdę kiepskie filmy z tą aktorką, więc nic mi tu już nie straszne ;). A że był serial -- nie wiedziałam nawet.

      Usuń
    4. Billie jest też źle ubrana, patrząc na zdjęcia ;). Fanny jest mało wdzięczną bohaterką do ekranizacji, brakuje jej kogoś żywszego do pary.

      Usuń
    5. No właśnie, jak sobie czytałam, Pyzo, ten wpis, to przyszło mi do głowy to samo: że to przypadek podobny do tej niesławnej filmowej wersji "Mansfield Park" z 1999. (Ta z 2007 jest jeszcze gorsza, bo zupełnie mdła i nijaka, a równie daleka od uchwycenia charakteru książkowych postaci co wersja Patricii Rozemy, na dodatek Billie Piper w roli Fanny to jeden z większych błędów obsadowych jakie w ogóle można sobie wyobrazić).

      Dzięki za tę notkę, co prawda do książki mnie jakoś szczególnie nie ciągnęło (czułam przez skórę, że to nie będzie takie cudo, jak wskazywałyby ochy i achy, które o niej czytałam), ale dobrze wiedzieć, że nie tracę zbyt wiele. Jeśli "zaglądanie pod podszewkę" ma się ograniczać do historii o nocnikach, to spokojnie sobie odpuszczę. Natomiast co do charakterów postaci austenowskich... ja się zaliczam do fanów Jane Austen, ale nie mogę powiedzieć, żebym kogokolwiek z bohaterów "Dumy i uprzedzenia" darzyła szczególną sympatią. Jak się im dobrze przyjrzymy, to nie ma się czym zachwycać. Pan Bennet jako mąż i ojciec zachowuje się skandalicznie, a Lizzy też nie jest taką miłą osóbką, jak się na ogół uważa. Więc być może tutaj autorka (nie wiem, bo nie czytałam) nie tyle opowiada te postaci po swojemu, co po prostu uwypukla pewne kwestie zasugerowane już przez Jane Austen.

      Usuń
    6. Spełniam postulat, żeby pisać czasem o "złych książkach" ;). Przy czym serio, Baker ma dobre pióro, tylko jakieś problemy z fabułą.

      To prawda, że te postaci już u Austen nie są bez wad. Ale mam wrażenie, że w narracji to widać i że fakt, że zachwycamy się Lizzie i Darcym wynika raczej z takiego idącego latami odbioru, niż z samej powieści. To znaczy tę kąśliwość w stosunku do bohaterów, takie pokazywanie, że nie wszystko jest idealnie i że nawet protagonistka numer jeden swoje za uszami ma -- to tam jest. Dlatego wydobycie tego, pogłębienie, byłoby cenne, ale sposób, który wybiera Baker jest dość prosty, a nieskuteczny: bo dodaje do tego te nieślubne dzieci na przykład. Żeby to jeszcze działało na zasadzie dźwigni i kontrastu, pal licho, ale mam wrażenie, że to jest po prostu kiepskie rozplanowanie fabuły pod tytułem "jak upchnąć jak najwięcej wątków, żeby się wydało prawdziwe".

      Usuń
    7. Jane Austen chyba nie napisała postaci, która jest jednoznacznie dobra i miła. Bo nawet Jane Bennet obrywa od niej za pasywność. Dlatego te książki tak fajnie się czyta, zwłaszcza że bohaterowie się zmieniają. Natomiast do powszechnego odbioru przechodzą tylko pewne aspekty dzieła.

      Usuń
    8. Ja generalnie mam wlasnie wrazenie, ze Fanny jest jedyna postacia, ktora Austen generalnie zamierzyla jako postac bez wad i to jej straszliwie nie wyszlo, to jedna z przyczyn porazki tej ksiazki na poziomie artystycznym. Dlatego Fanny jest jedna z najmniej lubianych bohaterek Austen. A ona tak sie starala! Nawet nadala jej imie swojej ulubionej siostrzenicy :) Fanny jest postacia z teza, wcieleniem teoretycznych idealow tamtej epoki, dziewczyna zywcem wycieta z jakiegos regencyjnego katalogu wysylkowego "Panny idealne, dostawa gratis" i jest dlatego kompletnie nieznosna. Nie moge przestac myslec, ze Austen zawiodl kompletnie jej instynkt pisarski, ze po raz pierwszy postawila sobie teze moralna i powstala jedyna w jej dorobku powiesc tendencyjna. Edmund to taki Witold Korczynski wersja upgrade. A Henry Crawford to Zygmunt Korczynski dla odmiany :)

      Usuń
    9. Co do w.wym ekranizacji MP - tam straszliwie gryzie się, że z jednej strony mamy pannę, co pisze jak Jane Austen, jeździ konno jak Jane Bennet, pewności siebie ma niczym Emma, wyszczekana jak Lizzie - a fabuła prowadzi ją ścieżkami Fanny. Jeśli Rozema chciała zrobić taki retelling MP "na mroczno", to proszę bardzo, akurat w tej książce dostatek bohaterek, które mogłyby popatrzeć bardzo krytycznie na Bertramów&consortes (Mary - gdyby autorka chciała zrobić retelling lekko-satyryczny; Maria - w stylu bardziej gorzko-rozczarowanym; ba!, nawet Julia - bo o niej wiemy najmniej i można z niej zrobić dowolne lustro).
      Z MP kino ma największy problem, bo taka niedzisiejsza, panie tego. A ja marzę, żeby nie dopisywać za wiele, zrobić po Bożemu i wyjdzie dla nas, współczesnych odbiorców, już i tak wystarczająco złośliwie i satyrycznie. Zwłaszcza Edmund, Edmund jest takim pięknym burakiem, co ma zasady, a nawet Zasady, ale jak przyjdzie co do czego, to je ładnie odkłada na bok, żeby się nie pobrudziły i jazda do przodu. Osobiście bardzo lubię te nadęte przemowy Edmunda i samego chłopaka takoż (w odróżnieniu od niejakiego Edwarda z RiR, którego mam ochotę za kołnierz i szast za próg). Albo Mary i Maria, z których każda uważa się za tak bezkonkurencyjną gwiazdę (choć każda w innym stylu), że nawet w głowach nie postanie im myśl o współzawodnictwie. I ta piękna scena, gdy Fanny wstydzi się tego, że wstydzi się domu rodzinnego (w jednym retllingu Austen podobna postawę przypisano Jane Fairfax i słusznie - bo to takie ludzkie). I zakończenie, bardzo lubię zakończenie MP - jest zwyczajne i rzeczywiste. Że płacą wcale nie ci najbardziej winni, bo, jak słusznie zauważa autorka, inaczej społeczeństwo traktuje mężatki,a inaczej kawalerów. I że koneksje zawsze warto mieć i korzystać. A żenić się należy na "styl życia", a nie na piękne oczy.

      Usuń
    10. No wlasnie! Zawsze uwazalam, ze swietny bylby retelling Mansfield Park z punktu widzenia Mary Crawford. Wydaje mi sie, ze Mary byla w sumie najbardziej podobna do samej Jane jesli chodzi o stezenie ironii i zlosliwosci. Tylko Jane miala wentyl piszac ksiazki a Mary nie do konca...
      Obejrzalam tylko jedna adaptacje - te od Patricii Rozemy - i bylam strasznie wzburzona. Dlaczego MUSZA uwspolczesniac Fanny i robic z niej buntowniczke? Jesli juz rezyserka decydowala sie na zmiany tak daleko idace mogla wlasnie totalnie zmienic perspektywe.
      Co mi sie podobalo w drastycznych zmianach fabularnych to (SPOILERY!!!) fakt, ze tutaj Fanny poczatkowo przyjmuje oswiadczyny Henry'ego. I tak bardzo po austenowsku to podsumowuje kiedy Edmund ja pyta czy jej uczucia wobec pana Crawforda sie zmienly. "Yes. Several times.." I o tym jak boi sie biedy, bo bieda kobiety jest jeszcze bardziej upokarzajaca niz bieda mezczyzny. To jest chyba w ogole wziete bezposrednio z listow Austen, ale nie jestem pewna. To jest wlasnie takie ludzkie i calkowicie wiarygodne i tak obce tej ach och POSAGOWO DOSKONALEJ Fanny z ksiazki. Czytajac ksiazke nie moglam sie oprzec wrazeniu, ze jest niejako wbrew austenowska - bo w innych jej ksiazkach widac wlasnie wiare w mozliwosc zmiany, w to ze milosc moze otworzyc ci oczy, nauczyc cie czegos. W MP milosc po prostu utwierdza cie we wlasnej, dosc aroganckiej wizji swiata. Edmnund i Fanny sa nawzajem siebie warci, doprawdy.

      A druga zmiana filmowa - i tu musze przyznac zmiana, ktora bardzo mnie ujela - to calkowite przerobienie watku Toma Bertrama. Nie moglam sie oprzec wrazeniu, ze w ksiazce Tom jest postacia calkowicie zbedna, albo - wprowadzona wylacznie po to, aby Edmund nie byl najstarszym synem bo to bylyby juz za wysokie progi dla Fanny Price. A tutaj - po raz pierwszy mialam do czynienia z wprowadzeniem watku niewolnictwa i realnych zrodel dochodow Bertramow w sposob, ktory nie uciekal od brutalnosci tematu ale wprowadzal go wlasnie z wrazliwoscia. Swietnie sobie potrafilam wyobrazic konflikt Toma postrzegajacego swojego ojca jako jakiegos doktora Jekylla, wzor cnot wszelakich, podpora spoleczenstwa ZASADY i tak dalej - w Anglii i pana Hyde - na Antylach. Te swiadomosc Toma, ze tylko on zna ojca takiego, ze nikt by mu nie uwierzyl, ze jest z tym calkowicie sam i to jak ucieka w taka lekkoduchowatosc i alkohol bo nie potrafi tego udzwignac, bo NIE CHCE PAMIETAC. I sposob w jaki sie o tym dowiadujemy - bardzo prosty a skuteczny.

      Usuń
  5. Aż nabrałam ochotę na powtórkę "Dumy i uprzedzenia", bo lubię ją bardzo :) Sadząc jednak po pyzowym opisie, nie sięgnę po "Dworek..." chociaż jak nadarzy się okazja, to lubię sprawdzać ekranizacje czy eksperymenty związane z książką Austen.
    I tak: o ile "Duma i uprzedzenie i zombie" początkowo mnie porwało, a nawet ubawiło, to szybko niestety zdenerwowało i porzuciłam dalsze czytanie. Zamysł nawet niezły, o ile dobrze kojarzyłam, to dokładne cytaty z oryginału potrafiły się przeplatać z dodanym wątkiem zombie (i tak np. w drodze do Netherfield bohaterki poradzą sobie z grupą tych stworów), ale im dalej w las tym gorzej. Początkowe małe zgrzyty przerodziły się w bardzo denerwujące i nie dałam rady. Strona po stronie poszczególni bohaterowie (a zwłaszcza Lizzie), nie przypominają w ogóle siebie; o ile inne ukazanie bohaterów lub takie, które zwraca uwagę na mniej widoczne cechy osobowości, ba! nawet napisanie ich na nowo - rozumiem, tak nie cierpię gdy bohaterowie zachowują się jak osoby mające rozdwojenie jaźni, a nikt z otoczenia tego nie dostrzega. Tak sprzeczne zachowania postaci irytują mnie okrutnie, bohaterowie stają się strasznie niewiarygodni, a lektura zostaje odrzucona.
    Lepszy przykład retellingu "Dumy...", bo jestem jego fanką (:P), to filmiki na youtube w ramach "Lizzie Bennet Diaries" https://www.youtube.com/playlist?list=PL_ePOdU-b3xcDyyzeR5NjxeLEElsqYzn1
    Wklejam link do kompletnej listy filmów, które ukazały się w związku z tą serią, ale obejrzenie "jedynie" filmów Lizzie (łącznie z jej odcinkami Q&A, bo tam jednak od czasu do czasu znajdują się fragmenty związane mocniej z głównym wątkiem) w zupełności wystarczy. O co chodzi: "Lizzie Bennet Diaries" to przeniesienie "Dumy..." we współczesne czasy, gdzie Lizzie jest autorką vloga o perypetiach swojej rodziny, a zakłada go w ramach projektu zaliczeniowego na swoich studiach. Chociaż zastęp bohaterów został ograniczony, a niektórzy nawet ani razu się osobiście nie pojawiają, całość poprowadzona jest sprawnie. Jeżeli dołożymy do tego przyjemne przełożenie charakterów oryginalnej "Dumy..." na ich uwspółcześnione wersje, które otrzymują nowe cechy, ale też dalej przypominają te znane z Austen postaci, to - w moim odczuciu - eksperyment się udał. A już w ogóle uwielbiam sposób w jaki aktorka wcieliła się w Lizzie <3 Jest moc :) A, i tylko pierwszy odcinek doczekał się polskich napisów; reszta jest jedynie w amerykańskim angielskim, więc niestety nie każdy może dać radę, ale zachęcam. Oprócz "Dumy i uprzedzenia" Pemberley Digital pokusiło się o podobną ekranizację "Emmy" Austen (mniej udane jak dla mnie, ale dalej z niezłym pomysłem i wykonaniem; słabsza ocena może wynikać z faktu, że i oryginalną "Emmę" niezbyt lubię), a także "Frankensteina" Mary Shelley czy "Małe kobietki" Luisy May Alcott (dwóch ostatnich jeszcze nie sprawdzałam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W razie czego: bardzo szybko się "Dworek..." czyta. Jeśli lubisz czasem przeczytać coś nie najlepszego, to "Dworek..." nie jest złym rozwiązaniem ;).

      Zastanawiałam się kiedyś nad sięgnięciem po "Dumę... i zombie", ale muszę powiedzieć, że zniechęciły mnie właśnie opinie, że książka siada w pewnym momencie, a potem się rozjeżdża, i jest dość słabym połączeniem jednego z drugim (choć sam pomysł -- pierwszorzędny). Podobno ma się ukazać (ukazał się już?) jakiś Żeromski i zombie. To bym sprawdziła, jak się ma ;).

      "Lizzie Bennet Diaries" oczywiście znam, chociaż wyrywkowo, nie po kolei i w ogóle dość nieskładnie i jak myślałam, jakie mam o nim zdanie, to chyba dobre, choć bez zachwytu. Ale chyba obejrzę sobie wszystko po kolei i wtedy się wypowiem nieco bardziej kompetentnie i bez uprzedzeń :).

      Usuń
    2. Wpadam na chwilę podzielić się znaleziskiem w kategorii retelling - bardzo pozytywne recenzje zbierają "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley, czyli legendy arturiańskie opowiedziane z perspektywy kobiet. Brzmi bardzo zachęcająco i nawet 1300 stron nie odstrasza ;)

      Usuń
    3. Po pierwsze: "Lizzie..." po kolei i w ciągu za przypomnieniem sobie "Dumy..." robi przedobre wrażenie, wciągnęłam się okrutnie, a jak obejrzę do końca, prawdopodobnie o tym napiszę ;).

      Po drugie: "Mgły..." bardzo lubię, ale tak ostatnio chodzi za mną, że powinnam sobie je odświeżyć. Dla mnie to był świetny pomysł na przerobienie mitu arturiańskiego, żeby pokazać to, co jest tam nieoczywiste -- drobne rzeczy z dnia codziennego, to, że nie każdy "zły" był taki znowu zły, a "dobry" dobry, no i mimo że Ginewra jest tam szalenie irytująca, to przynajmniej ma jakieś moce sprawcze. Także ja generalnie polecam, ale z tym zastrzeżeniem, że lektury nie odświeżałam od lat -- za to z mocnym postanowieniem, że w przyszłości sięgnę po nią z nastawieniem krytycznym raz jeszcze :).

      Usuń
    4. Mgły są świetne Niestety autorka tak bardzo nienawidzi mężczyzn że mnóstwo jadu przeniknęło do książki Strasznie szkoda bo lektura sporo na tym traci

      Usuń
    5. MZB nie sądzę, żeby nienawidziła mężczyzn. W końcu w "Mgłach..." dostajemy bardzo fajną relację Artura i Lancelota, z ładnym domknięciem obopólnej fascynacji także na polu erotycznym -- pewien powiew świeżości, bo ileż można czytać o nieustannej rywalizacji dwóch mężczyzn o kobietę. Nie wspominając o tym, że silne kobiety w "Mgłach..." co prawda często trafiają na okropnych facetów, ale i zdarza się im być w udanych związkach. Także powiedziałabym, że z tą okropnością mężczyzn w "Mgłach..." wcale nie jest tak jednorodnie.

      Usuń
  6. A mnie też "Dworek..." nijako. Książka cierpi na dwie choroby retellingów. Po pierwsze, autorka ma problemy z wpleceniem historii swoich bohaterów w historię cudzych bohaterów. Po drugie, strasznie wybija się chęć odwracania kota ogonem. Odnoszę wrażenie, że mówi - myślicie, że DiU była o tym i o tym? A nie, bo była o czym innym. I hajda odkrywać tajemne powiązania, szkielety w szafie, podwójne dna i podziemne nurty. A co za dużo, to niezdrowo. Sztuka retellingu polega na tym, żeby wziąć te same puzzle i ułożyć z nich inny obrazek, a równocześnie nie wciskać na siłę, nie wywalać niepasujących kawałków i nie obcinać rogów tępym nożykiem. U Baker podobało mi, jak wprowadza pana Collinsa - że dla Lizzie i Jane to nudny kuzyn, a dla służby realna perspektywa nowego pana domu. I jak gospodyni cieszy się, że pan Collins machnął się z Charlottą - bo Charlotta to rozsądna dziewczyna, docenia kuchnię gospodyni i nie pomyśli, żeby wszystkich wywalić za zbity pysk, angażując wyfioczone pokojóweczki w miejsce wypróbowanej starej gwardii. I jak bohaterka próbuje uzyskać pomoc od Collinsa, a potem zdaje sobie sprawę, że to taki młodziak, co się podpiera moralizowaniem, bo sam niewiele o życiu wie. Natomiast kolejne rewelacje pt. A ma romans z B!, współmałżonek B jest innej orientacji!, C jest nieślubnym dziecięciem A!, D molestuje nieletnie!... O rany, a nikt nie był masonem i cyklistą żyjącym w kazirodczym związku z własną babką?
    Zresztą, mam wrażenie, że rewelacyjność takich rewelacji jest często pozorna. Że odkłamujemy nie faktyczne tabu, a raczej swoje wyobrażenie o danej epoce i środowisku. A takie odkłamywanie to w ogóle krótka piłka. To i ja mogę machnąć retelling jakiegoś współczesnego chic-litu, nawet i "Bridget Jones", w którym będę rozwodzić się, że bohaterka ma zgagę i refluks żółciowy na kacu, jej ciuchy szyją nieletnie szwaczki z Chin, a dochody nie pokrywają się wydatkami, więc pewnie chodzi tu o szarą strefę i powiązania mafijne.
    Z drugiej strony, jak piszesz powyżej, wiele rzeczy dziś dla nas obrzydliwych/niestrawnych/oburzających, w innym społeczeństwach było całkowicie przezroczystych. Nikogo nie gorszyło, że jedna kieca kosztuje tyle, co całoroczna pensja pokojowej. To tak w jednej sf Dicka bohaterka na wieść o emigracji do kolonii na drugim końcu Drogi Mlecznej wykrzykuje z obrzydzeniem "Przecież tam mają klozety wodne!".
    A jeśli chodzi o retelling powieści Austen - to zdecydowanie polecam "Świat Emmy" i "Emma i inni". Powieść epistolarna stanowiąca paraquel ,a potem sequel, "Emmy" z punktu widzenia pani Goddard korespondującej z siostrą. Streszczenie fabuły "własnej" jest z lekka odstraszające (patrz: Kopciuszki z pensji i cudem odnalezieni marynarze), ale w gruncie rzeczy blisko ziemi (i cóż z tego, że ktoś tam przeżył na bezludnej wyspie parę lat, skoro jak już wrócił do świata, to Admiralicja nie chce mu wypłacać kasy. Ale nic to, zamiast biadolić, jak żyć, panie premierze, jak żyć?, bohaterowie zakasują rękawy i zabierają się za szukanie koneksji i wydawanie obiadów - a to, jak uczy Jane Austen, nigdy nie zawodzi :)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się też całkiem ta dwojakość pana Collinsa podobała, ale autorka i tu przedobrzyła, kiedy każe mu się niezdrowo ekscytować ewentualną perspektywą wysłuchania, co też zbereźnego mogła nawyczyniać Sara. I tylko westchnęłam, westchnąwszy przewróciłam oczyma, i czytałam dalej ;).

      Ba, bo właśnie z tym przedobrzeniem autorka czasami przesadza w dwójnasób: chociażby zainteresowanie Wickhama nieletnimi zasadniczo nie budziło chyba aż tak wielkiego zdumienia w swoim czasie, bo kto inny był nieletni -- a szesnastoletnia Lydia jako mężatka budziła dużo mniejsze zgorszenie niż jako panna uciekająca z domu z żołnierzem. Można było to pociągnąć w tę stronę, ale autorka jakoś postanowiła postawić na prostym rozwiązaniu -- szkoda. Przy czym zgadzam się, że to, co najlepiej tu widać, to zapatrywania autorki na epokę, dużo bardziej niż wydobywanie z epoki to, co tam i dla przeciętnego zjadacza chleba było nie tak.

      Jako że ani książkowej "Emmy", ani książkowego "Mansfield Park" jeszcze nie znam, to sobie zapisuję wszystkie retellingi, wrócę do nich po zapoznaniu się z materiałem wyjściowym ;). W ogóle okazuje się, że jestem kiepską austenolożką, z przeczytaną tylko "Dumą..." i "Opactwem..." na koncie. Jest co nadrabiać! :D

      Usuń
  7. O, a mnie się "Dworek..." dość podobał, chociaż tak jak któraś z przedmówczyń teraz zupełnie nie pamiętam szczegółów (ot, główna bohaterka służąca, Tajemniczy Osobnik, romanse, brudne halki). Pamiętam, że dziwiła mnie małoduszność panienek Bennet, ich nieudolność ("czy panienka Lizzie jest oszczędna? "Tak, umie przerabiać swoje kapelusze i nie marnuje koronek" czy coś w tym stylu). Nie pamiętam natomiast tego ponurego opisu rzeczywistości, tej rui i poróbstwa... Być może nie umiałam spojrzeć na to z dystansem i jako że wiedzę mam na temat tamtych czasów raczej nikłą, założyłam, że autorka wie co pisze... Jak to nie należ ufać we wszystko, co napisane!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to nawet nie jest tak, że autorka te elementy "realistyczne" czy "urealistyczniające" zmyśla. Chodzi raczej o sposób, w jaki je przedstawia -- że przy okazji bohaterka dostaje mentalność heroiny współczesnej autorce, a nie człowiekowi z epoki -- oraz o ich nagromadzenie, które czasami wywołuje efekt odwrotny do zamierzonego (jak choćby z tym świniobiciem).

      Usuń
  8. Po tym tekście jestem pewna że książki nie przeczytam Tak na marginesie, z książek Austen tak naprawdę i uczciwie to lubię tylko Emmę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli będziesz chciała szybko przeczytać coś przeciętnego, to "Dworek..." się nada ;). Sama zamierzam się zapoznać z innymi powieściami autorki, bo bardzo sprawnie pisze i ciekawa jestem, jak wypadły jej inne powieści. A za "Emmę" też planuję się zabrać, żeby nadgonić zaległości z Austen :).

      Usuń