To ptak? To samolot? Nie, to czas na czytanie! Albo w każdym razie wpis o nim

Czytam sobie teraz o tych przeróżnych paradoksach czasowych w Kosmosie przy okazji Lema i muszę powiedzieć, że czas to jest rzecz bardzo, ale to bardzo względna. Nie, żebym nie wiedziała o tym wcześniej. Wręcz przeciwnie, zastanawiałam się nad tym od dłuższego czasu i owocem tego jest ta właśnie notka. Której głównym pytaniem, żeby podać Wam od razu konkret i myśl przewodnią, jest: co to jest czas na czytanie?


Wyszłam od myśli, że:

Czas na czytanie to coś, co nie istnieje.


Co oczywiście jest za dużym uproszczeniem. Chodzi mi raczej o skrótowe zobrazowanie myśli, że  gdyby czytać jedynie w wolnym czasie, można by dojść do wniosku, że niespecjalnie się to opłaca. Bo wiecie, po powrocie z pracy, szkoły bądź dowolnych innych zajęć jesteśmy zmęczeni -- nasz czas wolny się co prawda dopiero zaczyna, ale chcemy coś zjeść, porozmawiać, może nadgonić serial, zadzwonić do dawno niesłyszanej ciotki albo wyjść z przyjaciółmi. Wtedy ta ilość czasu wolnego, który jest tylko i wyłącznie na czytanie dramatycznie się kurczy. Pytanie bowiem: czy potrzebujemy wyznaczonego czasu na czytanie? Odpowiedź: to nie takie proste. Bo z jednej strony może być tak, że mówiąc "poczytam, jak będę mieć czas" ograniczamy sobie sami możliwości. Z drugiej jednak "będę czytać codziennie przed snem" albo "godzinkę po południu w soboty" nie jest złym wyjściem -- organizuje nas, mobilizuje, a czasami po prostu stwarza warunki. Kiedy wiadomo, że to jest ta chwila, kiedy czytamy, jest szansa, że inni to uszanują.

Za mało czasu na czytanie to też nieprawda.

A przynajmniej nie do końca. Sama kilka razy padałam ofiarą podejścia w rodzaju "kurczę, mam tylko 10 minut drogi, nie opłaca mi się wyciągać książki" albo "idę przecież do warzywniaka, po co mi książka?". Po czym oczywiście okazywało się, że mogłam spokojnie poczytać, skoro książka mnie wciągnęła albo postać w kolejce i też, no właśnie, poczytać. Często sama ulegam złudzeniu, że "się nie opłaca", podczas gdy tak naprawdę "opłacanie się" nie ma tu nic do rzeczy: pytanie raczej, czy mamy ochotę poczytać. Wtedy 10 minut to wcale nie jest tak mało. Przy okazji dłuższych podróży odkryłam zresztą, ile stron określonego rodzaju druku jestem w stanie przeczytać w czasie podróży z A do B -- co muszę przyznać jest bardzo przyjemnym odkryciem, bo nie taszczę ze sobą więcej książek niż powinnam (wiem, że mam czytnik, po prostu nie zawsze książka, którą akurat czytam, jest na tym czytniku).

Ale za dużo czasu na czytanie może boleć.

Jak ze wszystkimi dobrami, tak i z czytaniem można jednak przesadzić. Nie wiem, czy i Wam towarzyszył kiedyś ten stan, w którym naczytaliście się już tyle, że z chęcią porobilibyście co innego i macie książkowstręt. Dlatego wydaje mi się, że i tu "złoty środek" jest bardzo dobrą zasadą (wiwat Arystoteles!). Nie wiem co prawda do końca, co może taki stan wywołać -- to znaczy podejrzewam, analizując własny przypadek, oczywiście, że są to rzeczy w rodzaju "muszę wiedzieć, co dalej!", więc czytam i czytam, "nie mam zupełnie nic innego do robienia", bo w pewnych sytuacjach czytanie nadal pozostaje chyba najprostszym źródłem oderwania się od rzeczywistości, "jeszcze tylko to i mogę oddać książki do biblioteki", no, z tym ostatnim doskonale już walczę: kiedy zbliża się termin i wiem, że muszę książki oddać, nie czytam na akord, bo to mi zawsze szkodzi, po prostu je oddaję. Najdzie mnie ochota, wypożyczę znowu.

Nie dla wszystkich czas czytania jest taki sam.

Wspominałam wyżej, że odkryłam wreszcie odpowiednie tempo czytania (co się może w przyszłości zmienić, rzecz jasna, ale na teraz jest prawdziwe). Przy okazji zatem warto zauważyć, że nie wszyscy czytamy w tym samym tempie, to raz, a dwa, że nie każdą książkę da się przeczytać w tym samym tempie. Co oznacza, że ocenianie każdej książki tą samą miarką nie ma sensu. Może nas za to doprowadzić do dwóch bardzo niebezpiecznych rzeczy: oceniania innych ("Jak to czytasz tę książkę już drugi miesiąc? Ja ją trzasnęłam w tydzień!") i oceniania książek ("E, wlecze się to, trzy tygodnie już to czytam, słabe") przez pryzmat spędzonego nad nimi czasu. Są bowiem ludzie czytający błyskawicznie, są tacy, którzy nie chcą wcale czytać książki za książką i są książki, które połknie się w jedno popołudnie, a są takie, które będziemy czytać rok z przerwami. I tak właśnie jest, więc zniechęcanie się, zżymanie na siebie, innych i Wszechświat może nas co najwyżej przyprawić o ból głowy.

Dobrze jest mieć czas, ale jak się go nie ma, nic straconego.

To tak słowem konkluzji. Bo jedyne, co mogę powiedzieć, uogólniając (jeśli szukacie na samym końcu notki, co tak właściwie chciałam powiedzieć), to że czytanie nie zależy tak do końca od tego, czy mamy na nie czas, czy nie, czy wyznaczamy go sobie, czy łapiemy spontanicznie, jak się uda, czy czytamy szybko, czy wolno. Bo wiecie, względność, wszystko względność. Pomyślcie, jakbyście polecieli w Kosmos jak Hal Bregg, czytalibyście ledwo dziesięć lat, a w tym czasie ludzie na Ziemi mieliby 127 lat na czytanie. I kto wróciłby bardziej oczytany? Żartuję, oczywiście. Dążę jednak do tego, żeby powiedzieć, że nie bardzo jest się czym przejmować: a najlepiej chyba po prostu czytać, jak się uda i jak się zdąża. Stosuję tę taktykę od jakiegoś czasu i bardzo sobie chwalę. Przy okazji żadnego stresu okołoczytelniczego nie odczuwam. Bo zawsze jest jakaś następna książka i zawsze chwila czasu, żeby ją przeczytać czy w kolejce, czy w autobusie, czy czekając na zielone (ale jam pieszy, kierowcom chyba nie polecam), się znajdzie.

Dodalibyście swoje spostrzeżenia o naturze czasu czytelniczego? A może zdradzicie swoje sposoby na jego wygospodarowywanie?

_______________________

Dawno nie było żadnego wpisu tematycznego -- a jutro Wielki Dzień Pszczół, aż samo się prosi!

Weź dokładkę!

11 komentarze

  1. Jak dla mnie jest go ciągle za mało :) To wrażenie potęgowane jest przez piętrzące się stosy nieprzeczytanych jeszcze książek, z których całkiem spore grono stawowi moje czytelnicze wyrzuty sumienia... I przyznam, że ciągle "nie mogę znaleźć czasu" na skończenie "Władcy Pierścieni" i sagi o Wiedźminie, czego autentycznie się wstydzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, to bardzo ciekawy problem: co w nas wywołuje to poczucie, że mamy za mało czasu na czytanie -- jeśli czytamy, a nadal je mamy? Bo może właśnie to, że rosną nam stosy książek, zapełniają się półki, a listy pęcznieją od nowych tytułów? Tyle że mam wrażenie, że to jest, ha, no właśnie, wrażenie do opanowania :). Właśnie w momencie spróbowania ogarnięcia (pokręcone jakieś zdanie mi wyszło) tego stresu, że tyle książek przed nami. No, mniej ich nigdy nie będzie, chyba że jak w "Pamiętniku znalezionym w wannie" nadejdzie (tfu, tfu) zagłada papieru. A i tak będą jeszcze wtedy e-booki ;).

      Usuń
  2. Zawsze mam w torbie książkę, bo nigdy nie wiadomo kiedy utknie się gdzieś z czasem, z którym nie wiadomo co zrobić. Ale jakoś tak podzieliły mi się sfery, że zawsze czytam książki odpowiednie do kategorii: lekka do torby do czytania gdziekolwiek, trudna/ciężka do czytania w domu, coś na czytniku, coś w językach obcych (ćwiczyć trzeba) i nagle czytam pięć książek na raz i czas do ukończenia którejkolwiek się wydłuża...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Sama napisałam ten wpis i poszłam do sklepu, po czym utknęłam tam w kolejce bez książki, bo przecież wychodzę tylko na minutę ;). Także opłaca się mieć zawsze coś pod ręką. Tyle że faktycznie ja z tych, co zwykle czytają po kolei i kończą, bo tak mi jest zwykle wygodniej. Chyba że naprawdę to jest coś ciężkiego, czego już nie mam jak i gdzie nosić ze sobą (ale przy "Wszystkim, co lśni" się uparłam i tachałam to tomiszcze, bo miałam wrażenie, że inaczej nigdy go nie skończę ;)).

      Usuń
  3. Czytam codziennie wieczorami, a jak nie mogę to w następny dzień. Jakoś mi idzie. Nie narzekam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zwykle chociaż przed zaśnięciem podczytuję kilka stron -- to podobno działa bardzo dobrze na sen :).

      Usuń
    2. Zauważyłam, że kiedy czytam przed snem, łatwiej mi się zasypia :)

      Usuń
  4. A mycie zębów? To doskonała okazja do czytania :D Odkryłam to przy kolejnym Theorinie, kiedy książka tak mnie wciągnęła, że wykorzystywałam każdą sekundę na czytanie. I okazało się, że mycie zębów to morze czasu na czytanie. Okazało się też, że "trochę" dłużej się te zęby z książką myje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, jako osoba zdolna zachlapać pastą do zębów wszystko, w tym ubranie, w którym właśnie zamierza wyjść do pracy, byłabym podwójnie narażona na ciągłe przebieranie się ;). Nie wspominając o zagrożeniu dla książek ;). Dlatego podziwiam umiejętność, ale boję się spróbować :D.

      Usuń
  5. Nie gospodaruję czasem na czytanie. Traktuję czytanie na równi z jedzeniem, oddychaniem, itp. Na jedzenie nikt nie szuka czasu, prawda? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie :). Celna uwaga, podoba mi się :).

      Usuń