Zróbmy sobie przystanek albo o zakładkach


Macie tak czasem, że coś powiecie, a potem myślicie o tym i myślicie, i wychodzi Wam, że jednak nie do końca mieliście rację? Bo ja od dłuższego czasu myślę w ten sposób -- o zakładkach. Jakiś czas temu, a konkretnie w lutym, Moreni pozwoliła nam zajrzeć w jej zakładkowe skarby i napisałam wtedy, że kurczę, zazdroszczę, ale sama to chyba tylu nie mam, bo ja z tych, co to zakładają byle czym. I oczywiście jak tylko to napisałam, zaczęłam pilnie się przyglądać temu, czym zakładam książki.

Co nie oznacza, że zrezygnowałam z mojego starego sposobu zakładania czym popadnie. Nadal większość czytanych książek zakładam sobie a to paragonem, a to kawałkiem gazety, całkiem sporo założonych jest również chusteczkami higienicznymi (czystymi!) albo kawałkami serwetek papierowych. Kilka -- starymi kartami z biblioteki. Ale okazało się jednak, że jestem szczęśliwą właścicielką kilku zakładek, kilka od lutego nabyłam, a że od czasu do czasu łapie mnie ferwor twórczy -- to jednak miałabym co pokazać. A że czasem po prostu chce się zrobić post obrazkowy (jak ten o Kocie, na przykład), to wybaczcie, że dzisiaj będzie bardziej do oglądania niż do czytania. Czasami człowiek musi, bo sami wiecie co.

Zacznijmy może od mojego ostatniego nabytku, który sobie przywiozłam z wojaży do Gdańska (tak, tak, od czasu do czasu gdzieś wędruję, nie tylko z nazwy). Otóż przechadzając się po Jarmarku Dominikańskim dostrzegłam w końcu zakładkę metalową, która marzyła mi się od dawna, w dokładnie takim zestawie, jaki mi się śnił po nocach. Co prawda wahałam się, czy sowa i smok do siebie pasują, ale przesympatyczna pani sprzedająca wyjaśniła mi, że istnieje bardzo prosta droga rozumowania usprawiedliwiająca taki wybór: otóż w Harrym Potterze występują przecież i sowy, i smoki. Oczywiste, prawda? Muszę Wam też powiedzieć, że ta zakładka ma iście magiczną moc, bo odkąd jej używam, wszystkie książki czyta mi się dwa razy szybciej. Doszłam więc do miejsca, którego się w mym blogowym żywocie nie spodziewałam: czytam szybciej, niż nadążam pisać, a przecież piszę codziennie. Także wiecie. Ale nie martwcie się, smok mnie nie zdemobilizował, jeszcze o wszystkim Wam napiszę!

To z kolei prezent z Grecji. Bowiem, tak się składa, że niczym uczeń z przedwojennego gimnazjum, jestem człowiekiem kształconym klasycznie i nauczano mnie greki -- w związku z czym jestem też szczęśliwą uczennicą hellenistki, która to przywiozła mi kiedyś z Grecji tę nobliwą zakładkę z Arystotelesem. Bardzo ją lubię (jak widać jest sterana życiem), wszystkie mądrości ma zapisane nie tylko po nowogrecku, ale i po angielsku i niemiecku (wszak to uniwersalny, złotośrodkowy Arystoteles). Przy czym gubię ją nieustannie i znajduję w różnych książkach (chyba Arystoteles sam się do nich przemieszcza, to moja najnowsza teoria). W każdym razie jakoś tak od lutego właśnie staram się jej używać regularnie, i była świadkiem niemal wszystkich moich bojów z książkami, o których tu pisałam. Dopóki nie przybył smok, ale powiedzmy, że zgodzili się ze sobą uzupełniać, żeby nikomu nie było smutno.








Tej zakładki używam rzadko, ale postanowiłam Wam ją pokazać w ramach ciekawostki. To znowu okaz z pyziej wędrówki -- otóż biegałam sobie hożo po święcie ceramiki w Bolesławcu (nie samymi książkami człowiek żyje, czasami musi zerknąć na ceramikę), aż tu nagle słyszę głos od stoiska, gdzie dają krówki. Sami rozumiecie: dają krówki, to idę. Okazało się, że to urząd skarbowy daje krówki i nakłania do brania paragonów (ale nie za krówki akurat). A żeby nie zapomnieć o tym, dodawali do tego wszystkiego zakładki. Trochę to było surrealistyczne, ale krówki były dobre. A zakładka została.







Nie mam pojęcia, kto tę zakładkę przyniósł do domu, może to nawet część jakiegoś prezentu, tego nie da się wykluczyć. W każdym razie zakładka jest matrasowa -- a że jest na niej kot, to nie mogę się oprzeć, czasem jej używam. Zwłaszcza że -- co pokazuje przykład użycia na kolejnym czytanym przeze mnie Lemie -- kot stara się zrobić to, co i mój Kot robi od czasu do czasu, czyli złapać i nie puścić, nawet jeśli książka jest biblioteczna.








Zdjęcie nieco niewyraźne, a zakładka sfatygowana, ale pomyślałam, że ją pokażę, jako że jest to efekt mojego buszowania po sieci. Wypatrzyłam, że ktoś robi takie piękne zakładki z sowami i pomyślałam, że spróbuję, czy umiałabym też taką zrobić (skoro zachęcał do tego tutorial). Okazało się, że nie umiem i wyszła szalenie krzywa i postrzępiona, ale mimo to doceniam własny wysiłek (w końcu trzeba się doceniać, nieprawdaż). Poza tym przyjemnie jest czasem zrobić sobie coś z grubsza przypominającego coś, co się nam podoba. Szukałam tej zakładki dość długo, żeby Wam ją pokazać, a okazała się tkwić, biedaczka, w "Niebku" Brygidy Helbig, przez które brnę od roku. Zadomowiła się tam już, ale wychynęła, żeby dać się sfotografować.









Przyjaciele i znajomi wiedzą, że dwie moje pasje to czytanie i Czechy, więc dostaję od czasu do czasu upominki, które łączą jedną i drugą pasję. To akurat przykład takiego połączenia: zakładka ze świętym Janem Nepomucenem, czyli kontrreformacyjną odpowiedzią na Jana Husa. Przy okazji można się dowiedzieć, czego jest patronem (a wszyscy wiemy, że dobra sława jest dobra), no i zakładka na pewno z książki nie ucieknie dzięki haczykowi. Zakładka jeszcze nie wypróbowana, więc świeci nowością.






To oczywiście nie koniec zbioru -- sama się zdziwiłam, ile się tego uzbierało, a w pamięci mam jeszcze jakieś, które podobnie do sowy muszą tkwić w książkach zaczętych, a nie skończonych -- ale pozwólcie, że na tym dzisiaj zakończę. Napisałabym, że pójdę nieco aktywniej teraz z zakładek pokorzystać, ale że doczytuję coś na czytniku, to nie mogę tak z czystym sumieniem napisać. I tak praktyka krzyżuje się z teoretycznie udanymi zakończeniami postu.

Weź dokładkę!

27 komentarze

  1. Mam irytujący zwyczaj zostawiania zakładek w książkach i zapominania o nich (dla odmiany często zakładam sobie książkę rachunkami żeby o nich nie zapomnieć) ale kiedy zobaczyłam zakładki Moreni i Twoje, postanowiłam z nim zerwać, co więcej przy przeprowadzce odnaleźć swoje "skarby" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest bardzo dobre postanowienie -- ja rozejrzenia się za swoimi zakładkami nie żałuję, bardzo umila to lekturę :). Koniecznie musisz się potem pochwalić, co odnalazłaś :).

      Usuń
  2. Ile ładnych rzeczy :). Ja, niestety, nie wyszłam z fazy zakładania książek czym popadnie. Zakładki mam, niektóre bardzo ładne, a i tak używam opakowań z gorącym kubkiem. Chyba nie ma dla mnie ratunku.

    Jan Niepomucen jest patronem mego miasta rodzinnego :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może jeszcze jest, ja się nawróciłam ;). A Nepomucen to jest w ogóle dość popularny w pewnym okresie święty -- także na obecnych terenach Polski. Bo to jest też święty "pogodowy", to znaczy w Czechach w 90% przypadków stawiany był na terenach zagrożonych powodzią -- można go zresztą w ogóle szukać właśnie tam, gdzie jest dużo wody, jezior i rzek ;).

      Usuń
  3. A u mnie często-gęsto to rachunki. Przezornie ilekroć pożyczam komuś książkę, przeglądam ją wcześniej i sprawdzam, czy czasem nie zapomniałam czegoś zapłacić (:
    I muszę sobie sprawić takiego magicznego smoka, bo u mnie od pewnego czasu jest tak, że pisać już trzeba, a tu nie ma o czym, bo nie przeczytane. A ja przecież raz na tydzień się odzywam...*sigh*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie widzę, że rachunki są popularne, mnie się nie zdarzyło, ale może to dlatego, że staram się z takimi rzeczami uporać od razu, bo potem wiem, że zapomnę niezależnie od tego, czy bym je wykorzystała jako zakładki, czy nie ;).

      Smok, albo po prostu potrzeba odmiany, powrotu do ulubionej lektury czy odpoczynku od czytania nawet -- wtedy smok tylko spojrzy, prychnie ogniem przez nozdrza i stwierdzi, że potrzeba rady, a nie jego smoczej obecności ;).

      Usuń
    2. Tu problem tkwi w czasie. Lektury akurat czytam same lubiane, tyle że czasu na ich czytanie nie mam ostatnio prawie wcale. I to zasmuca mnie wielce. Na to mi coś poradź.

      Usuń
    3. Czasozmieniacz (sama bym chciała czasem mieć)! Nie, ale wiesz, czytam dość szybko, bo po prostu jest niewiele warunków, w jakich czytać jest mi trudno, więc wykorzystuję głównie dojazdy do i z pracy. Kiedy mieszkałam za blisko, to czytałam mniej ;). Poza tym z czasem jest tak, że on nie kurczy się przecież na zawsze, czasami się rozszerza, prawda?

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. I to dzięki Tobie ten smok również, bo pewnie gdybym się nie nawróciła na zakładkowość, to stwierdziłabym, że są pilniejsze wydatki :).

      Usuń
  5. Ja jestem kolekcjonerką zakładek. Każda książka, która stoi u mnie na półce musi mieć swoją zakładkę. Znajomi i rodzina wspierają mnie w mojej mani zakładkowej, przywożąc mi zewsząd różne cudeńka. Mam kilka zakładek podręcznych, których używam do aktualnie czytanej książki, później, po przeczytaniu, książka dostaje swoją prywatną zakładkę. Mój zbiór nie jest pokaźny, bo większość zakładek jest w książkach na półkach, a te które mam w pudełeczku cekają na swoje książeczki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest cudowny pomysł! Bardzo mi się podoba. Bo na przykład książki, w których są wstążeczki, czyta się wtedy z takim westchnieniem, że ach, książeczka, nie trzeba się rozglądać za zakładką. A przecież można sobie taką stałą zakładkę zafundować w każdym okazie z biblioteczki. Piękna myśl, zaczynam nieśmiało kultywować zwyczaj :)!

      Usuń
  6. Uwielbiam zakładki - mam ich mnóstwo, a ciągle mi mało... Dobrze, że sama również je produkuję - są drewniane, w piękne wzory... Aż szkoda używać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale z drugiej strony zakładka się zasadniczo nie zużywa, wręcz przeciwnie, można ją używać i używać, i sycić wzrok, że taka ładna (chyba, że odrywa nas ona od czytania, bo tak nie możemy się napatrzeć, wtedy faktycznie problem ;)). (A tak na marginesie: obejrzałam zakładki, wchodząc w Twoją zakładkę blogową -- no śliczne są :)).

      Usuń
  7. Ojej, jaki wdzięczny temat na wpis :) Ja nie potrafię zakładać książek byle czym i też mam swoją skromną, acz emocjonalnie bogatą kolekcję (bo głównie z podróży i z sentymentu ;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo przyjemny, można przy okazji samemu przekopać się przez zbiory i powspominać ;). Prawda? Zwykle z podróży przywożę właśnie książki, a ostatnio i zakładki -- wiadomo, rzecz użyteczna, niezwykle potrzebna, więc idealnie pasuje ;).

      Usuń
  8. Każdy blog książkowy powinien mieć przynajmniej jeden wpis o zakładkach :) U mnie też kiedyś był, z tym że ja pokazywałam zakładkowe "zrób to sam" i może to jeszcze kiedyś powtórzę z innym pomysłem na zakładki. Poza tym podoba mi się też pomysł, żeby każda książka miała swoją własną zakładkę, a przy dużym księgozbiorze własna produkcja zakładek jakby sama się narzuca ;) Smok świetny, ale osobiście wolałabym jednak bez sowy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, jakie wspaniałe zakładki (mimo opisu nadal wydaje mi się, że są trudne do wykonania, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja, dla kogo proste wycięcie określonego kształtu nożyczkami wychodzi... no, po sowie widać, że nie do końca tak, jak zaplanowałam ;)). Te Austenowskie zwłaszcza są wspaniałe -- ile klimatu dodatkowego :)!

      Tak, zdecydowanie zamierzam z tego pomysłu z co książka, to zakładka, skorzystać, mnie też zachwycił :). Sowa jest odczepialna co prawda, ale mnie to połączenie wraz z wyjaśnieniem tak urzekło, że wiadomo ;).

      Usuń
  9. Ech, mi się marzy, żeby wydawcy do książek dołączali zakładki tematyczne... Mam taką w "Ziemiomorzu", w najnowszej Flawii też jest. Jeszcze taką sprzed kilku lat z Fikandrem, gdyby tak do każdej książki, szczególnie do tych dopracowanych od strony wizualnej... Ostatecznie mogą być tasiemki, te w serii "Angielski ogród" są całkiem urocze, tak pod kolor okładki. Ale na ogół królują u mnie tekturowe metki od ubrań, które zostawiam specjalnie w tym celu :) Niby mam kilka klasycznych zakładek, nawet dwie własnej produkcji (na fali synowskiego produkowania takowych na Dzień Babci i Dziadka), ale one nie zawsze są pod ręką, a stosik metek leży koło łóżka i czeka cierpliwie. Niektóre od dziecięcych ubrań nawet ładne i kolorowe są :) a chusteczki i paragony dla mnie za cienkie, wypadają, jak czytam i wkładam je gdziekolwiek między następne bądź poprzednie strony. Albo nie dają się szybko odnaleźć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też lubię tasiemki :). Natomiast muszę powiedzieć, że zakładki tematyczne, ale takie bez reklam po prostu, i z nieco grubszego, bardziej wytrzymałego papieru, to jest coś bardzo dobrego. Zwłaszcza, jeśli używać ich właśnie w takich książkach, do których nawiązują. Metkami czasem zdarza mi się zakładać, ale to właśnie w momencie "kurczę, kurczę, woda mi się gotuje, czym by tu założyć książkę?" i jeśli są akurat pod ręką (co się czasem zdarza ;)).

      Usuń
  10. Ja od jakiegoś czasu kolekcjonuję zakładki z dziełami sztuki. Nagminnie kupuję je w odwiedzanych muzeach. Najlepiej jak są magnetyczne, bo nie wypadają, ale zwykłe kartonowe też są dobre. Ostatecznie biorę nawet pocztówki z reprodukcjami obrazów. Mam również jakieś empikowe z wyklejankami Szymborskiej.
    Ha! Też byłam niedawno w Gdańsku i zakupiłam w Muzeum Narodowym piękną zakładkę z fragmentem "Sądu Ostatecznego" Memlinga. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przybij piątkę, mamy z Domownikiem po jednej takiej z innych wizyt w Gdańsku. Jedną z trochę strasznym Chrystusem, a drugą z zielonym aniołem. Bardzo lubię ten obraz, ale wycięte fragmenty same w sobie na tych zakładkach nieco mnie przerażają (ale tej z aniołem czasami używam ;)).

      Usuń
    2. Ja kupiłam taką z Michałem Archaniołem, a dokładnie z 1/4 jego postaci - tak jakoś ciekawie go wykadrowano. Raczej nie jest przerażający, ale zdaje się, że były zakładki z diabłami i potępionymi ludźmi - te faktycznie przyprawiają o dreszcze, więc do zakładania horrorów nadałyby się doskonale ;)

      Usuń
    3. Te chyba wyparłam ze świadomości, bo zupełnie ich nie pamiętam -- może w przedbiegach stwierdziłam, że są trochę przystraszne. A że przy horrorach się boję (nawet łagodnym M. R. Jamesie), to jeszcze bym się dodatkowo mogła nastraszyć ;).

      Usuń
  11. Ja zakładam zakładkami, faza na zakładanie czymkolwiek mi już przeszła.Nie mam ich zbyt wielu, być może kiedyś zrobię wpis na ten temat u siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że to może nie tyle faza, co wygodnictwo ;). Trochę jak z książką: dobrze jest mieć zakładki w strategicznych miejscach, żeby móc ich użyć, zamiast z paniką w oczach szukać czegokolwiek, bo trzeba odłożyć książkę :). W każdym razie tak bym podsumowała moje doświadczenie ;).

      Usuń