7 najlepszych baśni z „Przedziwnej historii o zbójniku Ondraszku” G. Morcinka albo ranking niezwykle subiektywny

Pamiętam jak dziś, kiedy odkryłam tę książkę w bibliotece. Miałam lat około dziesięciu i byłam przekonana, że ta akurat półka biblioteczna nie kryje przede mną żadnych tajemnic. Ale było jak zwykle, czyli książki magicznie się pojawiały – w tym ta. To zbiorek siedemnastu baśni, uliteracczonych przez Gustawa Morcinka. Jeśli kojarzycie go tylko z „Łyska z pokładu Idy” – żałujcie. I chodźcie lepiej na wyprawę w Beskidy.


To znowu są baśnie literackie. Morcinek ma cudowne poczucie humoru, a jednocześnie wcale tych baśni nie łagodzi, tam się dalej często nie ma co spodziewać happy endu czy tego, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Przy czym jak myślę o okolicach, które opisuje, to często myślę właśnie „Przedziwną historią...”. A do tego zbiór posiada ilustracje Zbigniewa Rychlickiego – proste, jakby rozbujane sceny utrzymane w tonacjach czarno-bordowo-białych. Trochę ludowe, a trochę „profesjonalne”. I to świetnie oddaje charakter tych baśni. Widać, że pisanie ich sprawiało Morcinkowi nie lada frajdę. A teraz już nie przedłużam, już Wam piszę o moich ulubionych!
 O ten zbiorek mi chodzi (zdjęcie stąd). Zostawiam Was
dzisiaj bez ilustracji, jako że możecie obejrzeć je na cudownym blogu
Jarmili: o tutaj.

Miejsce siódme: Żałosna historia o Meluzynie
Jest sobie piastowski książę i chce się ożenić. Byle dobrze i trochę egzotycznie. Kiedy znajduje jak najlepszą i najegzotyczniejszą Meluzynę, myśli, że złapał Pana Boga za nogi. Jak to jednak w takich razach bywa, księżniczka okazuje się mieć sekret. A odkrycie sekretu wcale nie powoduje, że książę robi się szczęśliwszy. 
Co w niej jest takiego? Nie dość, że kiedy pada i wiatr wyje, to zawsze przypominam sobie zakończenie tej baśni, to jeszcze dostajemy cudowną opowieść o tym, skąd się wzięła trąba słonia. A udział miała w tym tradycyjna kuchnia z regionu.

Miejsce szóste: O zapadniętym mieście Piekiełku
Jest sobie miasto, a w mieście ludzie tak źli, że szkoda gadać. Masło podrabiają gotowanymi ziemniakami, miód zaprawiają syropem ziemniaczanym, ze skąpstwa wytapiają z komarów sadło – słowem, tragedia. W okolicy mieszka Pustelnik, któremu przypadło w udziale grać rolę miejscowego Jonasza w miejscowej Niniwie. Tyle, że tutejsza Niniwa to bardziej wariacja na temat Sodomy i Gomory, więc wiadomo, jak się to wszystko może skończyć. 
Co w niej jest takiego? Tak w ogóle to jest to opowieść o powstaniu Skoczowa. Dostajemy nie tylko gadającego psa w typie Gaspode'a (łączy ich nie tylko gatunek i zdolności, ale i poczucie humoru i własnej wartości), ale i królewnę Wandę, i złego Niemca jak z kreskówki – a wszystko napisane w cudownym, komiczno-tragicznym stylu.

Miejsce piąte: Legenda o bladej Cieszyniance
Trwa potop szwedzki. Chłopi głodują, nękani kontrybucjami dla armii. Aż tu do jednego z takich gospodarstw zachodzi oficer, zakochuje się na zabój w córce gospodarza, okazuje ludzką twarz i rusza dalej, obiecując, że wróci. Ale córka widzi, że Cieszyn, gdzie miał walczyć, płonie. 
Co w niej jest takiego? Powinno się to czytać przy okazji Sienkiewiczowskiego „Potopu”, bo Morcinek bierze tu tych wszystkich krwiożerczych Szwedów i pokazuje, że też mieli matki, żony i w ogóle byli ludźmi. Trochę melodramat, trochę jedna z tych historii, która wyjaśnia genezę pewnych zjawisk (tu akurat jednego gatunku kwiatów), a przy okazji rozważania na temat ról społecznych.

Miejsce czwarte: Podanie o Pusteckim
Górnikowi Trąbali nieźle się powodzi, bo utrzymuje bardzo dobre stosunki z Pusteckim. To nikt inny jak duch gór Skarbnik. Grywają czasem w karty, a jak Trąbala przegra, nosi Skarbnikowi pajdę chleba z masłem. I zawsze wie, gdzie kuć, żeby mieć niezły urobek. Ale do czasu – bo oto żona jak wzięta z „Rybaka i złotej rybki” stwierdza, że po co dawać duchowi masło, kiedy można wziąć przykład z mieszkańców zapadniętego Piekiełka? 
Co w niej jest takiego? To właściwie wariacja na temat dobrze znanych legend o spotkaniach ze Skarbnikiem, ale Morcinkowy styl i sposób rozwiązania intrygi jest wart uwagi.

Miejsce trzecie: Historia o dzielnym młynarczyku i utopcu Matysku
Pewien młynarz ma kłopot, bo pod jego kołem młyńskim siedzi utopiec Matysek, ględzi coś po egipcyjańsku i generalnie lezie w szkodę. I jeszcze się z tego cieszy. Na szczęście na świecie istnieją jeszcze sprytni parobkowie, którzy dla miłości i wynagrodzenia pieniężnego umieją wziąć się na sposób. 
Co w niej jest takiego? Zastanawialiście się, skąd się wzięło powiedzenie, że przyszła kryska na Matyska? Dzięki odkryciu tej legendy w dzieciństwie nie musiałam się zastanawiać, a przynajmniej nie bardzo, jak długo wierzę w wersję Morcinka.

Miejsce drugie: O złej paniczce, która pękła ze złości, i o kurze znoszącej złote jajka
Straszna plaga w Beskidzie z tymi chciwcami. Piekiełko się zapadło, utopiec Matysek zniknął, ale w Dzięgielowie nadal siedzi wredna księżniczka Pulcheria Chybidzura i knuje, jak by tu powiększyć majątek. A cóż może lepiej przysposobić do zdobywania większego bogactwa, niż umowa z diabłem? Pulcheria oczywiście myśli, że wsiowego Rokitkę ze spróchniałej wierzby, co jakby się urwał z bajek Jana Drdy przechytrzy od razu, ale nie takie to proste, jak się okazuje. 
Co w niej jest takiego? To rozbuchane nazewnictwo Morcinka i sprytne prowadzenie intrygi. A poza tym ta wizja diablików przy drodze, o których piekło zapomniało, to jeden z moich ulubionych motywów legendarno-baśniowych.

Miejsce pierwsze: Legenda o czerwonych bruclikach istebniańskich
Znowu potop szwedzki, ale tym razem nie melodramatycznie, a w kontekście chłopskiej mądrości. Chodzą Szwedzi, rozpytują, gdzie król, a okoliczni mieszkańcy im mówią, że król siedzi w kolibie i struże szyndzioły. Idą więc Szwedzi na górę szukać tego króla, dowiedzieć się, co za koliba i co to te szyndzioły, a że górskie lasy niebezpieczne, to niejedno się może po drodze zdarzyć. I król jakby nie ten, którego oczekiwali. 
Co w niej jest takiego? „Siedzieć w kolibie i strugać szyndzioły” to jest dla mnie zdanie-majstersztyk. Jak już się wie, o co chodzi, oczywiste – ale nawet jak wiem, to mnie bawi. Plus to jedno z tych powiedzeń, które wzięte z literatury od czasu do czasu stosuję w życiu (chociaż nie wymieniłam go tutaj, ale tylko przez niedopatrzenie – zresztą to nie jedyna fraza z tego zbioru, którą czasem powtarzam; inną jest straszliwe zbójnickie przekleństwo „basama termetet za kućki!”, aż groza bierze na sam dźwięk).

Czy znacie może ten zbiorek? Bo wierzę, że nie byłam jedyną jego wielbicielką?

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Bardzo lubie te posty o basniach (Czy "U zlotego zrodla" tez bedzie? ;) a ten mnie w ogole zachwycil, bo - basnie o potopie szwedzkim! Taaaaaki bonus.

    A'propos krwiozerczych Szwedow przypomnialo mi sie co nam polonistka opowiadala o zapozyczeniach. Kraj targany wojnami, a Polacy zawsze potrafili nie dosc ze odeprzec wroga to jeszcze czegos sie od niego nauczyc. (Mamy sporo zapozyczen z tureckiego odnosnie ekwipunku jezdzieckiego na przyklad). A jednak - mowila - nie mamy praktycznie zadnych zapozyczen ze szwedzkiego. Juz to jedno dowodzi, jak ogromna byla nienawisc wobec Szwedow. Dopiero wlasnie moja nauczycielka zwrocila mi na to uwage,,,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wykluczam, muszę sobie najpierw porządnie przypomnieć, bo kilka baśni mi się stamtąd majaczy, ale zdecydowanie to doskonały pretekst do re-lektury :).

      A to ciekawe -- bo w Czechach jest bardzo podobnie, chociaż ci Szwedzi to oczywiście nie z potopu, ale z wojny trzydziestoletniej i aliansów wojskowych krzynę wcześniej. To widmo krwiożerczego Szweda-niszczyciela i rabusia zabytków i sztuki strasznie się często pojawia. W jednej z książek Körnera o końcu panowania Rudolfa II jest szereg scen, gdzie stukot butów wojsk szwedzkich podchodzących pod Pragę się niesie miastem i bohater czuje, że to już koniec cywilizacji się zbliża (w sensie: tak to jest napisane). U Morcinka się za to trafia ten "jeden przysłowiowy dobry Szwed", ale i ci, co chcą tylko kraść i mordować też mają swoje miejsce.

      Usuń
  2. O, miałam. To wydanie właśnie :) I pamiętam te teksty, o których piszesz, choć nie potrafię w tej chwili sobie przypomnieć, czy też właśnie one podobały mi się najbardziej. Odświeżyłabym sobie, ale czy odgrzebię? Muszę się udać na poszukiwania w różnych zakamarkach zbiorów (jeżeli przestanę się odzywać w sieci, to znaczy, że zostałam przywalona kurzem i starymi książkami i należy wezwać ekspedycję ratunkową ;) ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak mi się wydaje (może niesłusznie), że tylko to jedno wydanie w ogóle było. Ale Morcinek napisał też całą powieść o Ondraszku (jeszcze nie czytałam, ale mam w planach). A tymczasem mam nadzieję, że Cię nie zasypało i że egzemplarz się znalazł? Daj znać, bo nie chcę być winna ;).

      Usuń
    2. Jeszcze się nie odważyłam zacząć poszukiwań, zostawiam to na weekend :)

      Usuń
    3. Słuszna decyzja :). Trzymam kciuki, żeby się poszukiwania zakończyły w takim razie bezpiecznie i z sukcesem ;).

      Usuń
  3. Ondraszka znam z wersji Józefa Ondrusza ("Godki śląskie") - to zdecydowanie lżejszy kaliber niż Morcinek, także objętościowo. Za to jeśli ktoś nie zna "Czarnej Julki" Morcinka, to niech dopiero żałuje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niżej podpisana nie zna i żałuje, ale razem z "Wyrąbanym chodnikiem" ma w planach :). W ogóle Morcinek chyba tak utkwił na liście lektur z tym Łyskiem i mam wrażenie, że często w ogóle się nawet nie wie, że pisał też dużo dla dorosłych i że to właściwie klasyk.

      Usuń
    2. "Wyrąbany chodnik" to chyba najlepsza książka Morcinka, chociaż w drugim tomie miałem wrażenie, że już brakuje tego "czegoś". Mnie z kolei wydawało się, że odbierany był jako pisarz dla dorosłych, którego utwory "lansowano" wśród dziatwy szkolnej. W każdym razie dzisiaj, za lata popularności w PRL, musi to odpokutować zapomnieniem.

      Usuń
    3. Znalazłoby się kilku takich pisarzy -- mnie się od razu z taką sytuacją kojarzy Kruczkowski. Ale Morcinek raczej nie tyle, myślę, popadł w zapomnienie, ile się po prostu pojawia w innych kontekstach -- tych dziecięcych właśnie. Nie wiem, czy "Łysek..." jest nadal na liście lektur, ale jakieś śląskie baśnie Morcinka tu i ówdzie mi mignęły.

      Usuń
    4. Jeśli chodzi o dorobek, to gdzie tam Kruczkowskiemu do Morcinka, ale masz rację, że pisarze, którzy święcili triumfy popularności w czasie PRL teraz popadli w zapomnienie, czym zresztą nie ma się, mówiąc szczerze, co martwić bo większość tej twórczości jest równie marna co współczesna proza.

      Krótkie formy Morcinka doceniłem dopiero jako dorosły czytelnik, jeśli będzie miała okazję to polecam "Serce za tamą".

      Usuń
    5. Tak dla odmiany zaopatrzyłam się ostatnio w mnóstwo Paukszty, Putramenta i Żukrowskiego, będę co jakiś czas sprawdzać, jak to jest z tym popadaniem w zapomnienie ;). Przy czym i Kruczkowski, i Morcinek podpadają pod jeszcze inną kategorię: napisali wiele cennych książek w dwudziestoleciu, a potem one zostały -- czasami z ich wolą, czasami mimo -- przejęte i ustawione ideologicznie.

      Będzie okazja, jak ją stworzę ;). "Serce za tamą" zapisuję sobie, dzięki!

      Usuń
    6. Paukszta w latach licealnych przez jakiś czas był moim ulubionym autorem "dla dorosłych", lubiłem też jego książki dla młodzieży ale z czasem nawet mi znudziło się eksploatowanie tych samych motywów :-). Jakiś czas temu powtórzyłem sobie podobno najlepszą książkę Żukrowskiego - "Kamienne tablice" ale to co kiedyś było bestsellerem dzisiaj wypada blado. A Putrament - wiadomo, szkoda gadać :-)

      Usuń
    7. Ja lubię powieści Paukszty o powojennej rzeczywistości (tej tuż powojennej), mam kilka jego powieści dla młodzieży, ale jeszcze nie czytałam. Na pewno na półce czeka książę Dardanów i żarłoczny szczupak :). Żukrowskiego z kolei też znam głównie z takich rzeczy mało dzisiaj cenionych (a w "Skąpanych w ogniu" jest sporo wątków niejednoznacznie wcale przedstawionych). Putramenta z kolei chcę przeczytać, bo w "Zniewolonym umyśle" był tym pisarzem, z którym się sama nie zetknęłam i nie umiem się do Miłoszowych uwag odnieść.

      Usuń
    8. Bardzo lubiłem "Złote korony książąt Dardanów", "Młodość i gwiazdy" i "Ich trzech i dziewczynę", a z książek dla dorosłych "Wszystkie barwy codzienności", "Przejaśnia się niebo" i "Po burzy jest pogoda" ale tak jak pisałem, z wiekiem otwarły mi się oczy :-). Putramenta znam tylko z opowiadania "Święta kulo" a co do "Zniewolonego umysłu" to szkoda, że Miłosz tak zajmująco pisząc o kolegach po piórze, zaskakująco skromnie pisał o samym sobie :-).

      Usuń
    9. Też towarzyszy mi zawsze podczas lektury takie wrażenie. Że pisząc o Borowskim w ogóle chyba zweryfikował to, co napisał, po samobójstwie Borowskiego, natomiast to, co napisał o Andrzejewskim czy Putramencie właśnie -- no cóż, pisał jakoś za bardzo z piedestału w dół. Przy czym tym bardziej jestem ciekawa Putramenta, bo w ogóle go nie znając z twórczości, zawsze się nad tymi fragmentami zastanawiam dłużej i trudno mi je zweryfikować jakoś ;).

      Usuń