Co zrobić, kiedy nie chce się czytać albo refleksje w temacie


Pozwólcie, że dzisiaj zajmę się tematem raczej o nie-czytaniu niż czytaniu. A może trochę i o jednym, i o drugim? W każdym razie: nie przeżywam akurat żadnego kryzysu czytelniczego, raczej spokojnie czytam sobie książkę. Ale jako że przerywam sobie czytanie jednej drugą i na odwrót pomyślałam sobie, że podsumuję drogi wyjścia z sytuacji „co zrobić, kiedy nie chce mi się czytać”. Co Wy na to?


No to co zrobić, kiedy nie chce Ci się czytać?

Nie czytać. To najprostsza odpowiedź. Czasami nie chce nam się czytać, bo po prostu nie chce nam się czytać. Prze-czytaliśmy się. Za dużo słów, za dużo liter, musimy odpocząć – co za dużo, to niezdrowo. Musimy spędzić kilka wieczorów grając w planszówki, oglądając telewizję, prowadząc długie rozmowy ze znajomymi i nie sięgając po książkę nawet przed spaniem. Tak czasami bywa i nie ma się czego wstydzić. Po prostu nam się nie chce.
 
 
 Nie?
 
Co jednak, kiedy nie chce nam się czytać, ale równocześnie myślimy sobie „poczytał(a)bym”? Tak, no cóż, natura ludzka bywa utkana z paradoksów, mówiąc krótko.

Zastanowić się. To właściwie chyba powinna być nasza pierwsza reakcja, bo chodzi tu w gruncie rzeczy o to, żeby dowiedzieć się, czemu nie chce nam się czytać – dopiero potem można myśleć, co zrobić dalej. Czy chodzi o nas? Sytuację, w jakiej się znaleźliśmy? O jakieś drobne problemy w rodzaju niewygodnego fotela, czy martwi nas coś poważniejszego? Wtedy możemy wrócić do punktu wyjścia i albo nie czytać przez czas jakiś, albo iść dalej i imać się różnych rozwiązań.

Spróbować czytać coś innego. Pisałam Wam kiedyś o mojej teorii zapchajksiążki. Nazwa może niezbyt szczęśliwa, ale sam sposób często mnie ratuje, kiedy i chcę, i nie chcę czytać. Bo przecież zdarza się nam, że to nie zmęczenie czy przesyt, a aktualnie czytana książka sprawiają, że wcale nie myślimy z radością o zakopaniu się pod kocem i czytaniu. A jeśli z jakiegoś powodu chcemy tę książkę mimo wszystko dokończyć – może warto zrobić sobie krótką przerwę i sięgnąć po zapchajksiążkę?

Spróbować czytać zupełnie co innego. Może nuży nas, że to już piąta powieść pod rząd? To czemu by nie wypróbować dramatu? Albo poezji? Poezja jest o tyle dobra, że można ją sobie dawkować pomału, po jednym wierszu wieczorem, przed spaniem, a potem sobie o nim pomyśleć (albo i nie, i iść spać tak zwyczajnie), a jednak śledzimy litery, składamy zdania – zawsze to jakaś rozrywka i rozruszanie narządów niezbędnych w procesie czytania. Może warto sięgnąć po prasę?
 
 
Nie ma co być smutnym, są jeszcze inne wyjścia.
 

Porozmawiać. Może to przesyt poczytelniczy związany z nieprzetrawieniem ostatniej książki? Może nas ona uwiera, nie daje spokoju i nie pozwala sięgnąć po następną? Jeśli leży to w naszym charakterze (bo nie wszyscy tego potrzebują czy to lubią) może warto o niej w takim razie porozmawiać – czy na żywo, czy w internecie, wylać żale, wyrazić zachwyty, podzielić się wątpliwościami. A przy okazji można zapytać, czy ktoś nie zna książek podobnych – albo zupełnie różnych (w zależności od tego, czy wylewamy żale, czy jednak dzielimy się radością i piszczymy z zachwytu).

Pomyśleć. Jeśli to taki książkowy kac, który trzyma mocno i nie pozwala zanurzyć się w świat innej opowieści, możemy pomyśleć, co właściwie tak nas trzyma przy tej poprzedniej narracji. Bo czasami to proste: chcemy kolejnej powieści ze smokami. Ale czasami to bardziej złożona materia, jakieś nieuchwytne elementy składające się na całą książkę, za którymi trochę tęsknimy i jakby tak znalazły się jeszcze gdzie indziej, wcale byśmy nie płakali. Warto wtedy przeanalizować, co to takiego – a jeśli dojdziemy do jakichś wniosków? Patrz punkt wyżej. Na pewno znajdzie się ktoś, kto kojarzy inne tego typu książki.

Pójść gdzieś, gdzie są książki. Na mnie to często działa. Bo nie chodzi tylko o to, żeby czytać. Ja po prostu lubię książki. Wystarczy mi je pooglądać, zebrać tytuły, które kiedyś chciałabym przeczytać, może zrobić jakąś listę (wiecie, że uwielbiam listy), przeczytać pierwsze zdania z losowo ściągniętych z regałów półek, tego typu rzeczy. I w sumie to mi czasami wystarczy. A jak nie mam ochoty czytać – to nie mam. Zdarza się każdemu. I chociaż staram się czytać w miarę regularnie (coby jednak zachować wszystkie wyśmigane połączenia neuronalne, wiecie), to czasami bywa, że się nie chce czytać. I już.
 
 
Tak, tak, lepiej się pośpieszyć.
 
 
A Wy którą wyznajecie metodę? Raczej staracie się czytać mimo wszystko, czy dajecie sobie wolne, jeśli nie idzie?
_________________________
A jeśli macie ochotę przeczytać dzisiaj jeszcze inne moje przemyślenia – to w szranki lemowskiego konkursu stanęłam z drugim tekstem, tym razem rzucającym rozproszone światło na przygody Ijona Tichego od „Dzienników gwiazdowych” po „Pokój na Ziemi”.

Weź dokładkę!

15 komentarze

  1. Ja daję sobie spokój. I to często. Chociaż u mnie problem jest taki, że bywa, że nie chce mi się nic, absolutnie. Jestem zmęczona, znudzona i zniechęcona - to ma związek z czytaniem, ale też z różnymi innymi dziedzinami życia.

    Najczęściej z tego marazmu pozwala mi wyjść zupełnie nowa książka, najlepiej bardzo niezobowiązująca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, bo czytanie na tle innych naszych czynności nie jest przecież wyjątkowe na tyle, żeby wszystkie prawidła go dotyczące były jakoś mocno inne. I tak, zgadzam się -- takie leciutkie książki, nawet jak okazują się miejscami denerwujące, to niezły start dla takiego "rozruszania się" przy zmęczeniu czytaniem. A czasem po prostu można sobie zrobić przerwę w czytaniu i też nie ma w tym nic złego :).

      Usuń
  2. Światło na Ijona bardzo ładnie rzucone!!
    A co do czytania, gdy się czytać nie chce - po prostu robię przerwę, podczas której czytam co najwyżej składy produktów spożywczych na opakowaniach. I wtedy, nie wiadomo jak i kiedy, szybko powraca ochota na lekturę czegoś dłuższego :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :)

      Albo dziwne zaklęcia na butelkach szamponów, które podobno są ich składem chemicznym ;). Tak, w pewnym momencie można się złapać na tym, że z chęcią się znowu sięgnie po książki -- a jak nie, to ja zwykle i tak próbuję chociaż coś podczytywać, żeby wrócić do formy. To jak z treningiem sportowym ;).

      Usuń
  3. Czasem miewam takie przesyty, że nie mam ochoty już czytać i robię sobie wieczór z oglądanem filmu czy serialu. Kiedy mam szczególny blok przed jakąś książką, zaczynam po raz kolejny i nie idzie, czasem biorę do ręki właśnie taką zapchajdziurę i faktycznie daje radę, czasem książka przechodzi. W sytuacjach krytycznych, gdy bardzo chce/musi się przeczytac konkretny tytuł, ale zupełnie nie idzie, dyscyplinuję się wyliczaniem, ile stron dziennie mam przeczytać i koniec. Na studiach tak z powodzeniem utrzymywałam szaleńcze tempo czytania powieści na literaturę;)

    Doceniam cudowne gify <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie -- to chyba też kwestia tego, że możemy mieć ochotę na historię, ale inaczej podaną. Widzę to u siebie nawet pod tym względem, że czasem nie mam ochoty na film, a wolę serial, bo chciałabym coś obejrzeć, ale wolałabym, żeby było krótsze, ekspozycja była łatwiejsza i bardziej zwięzła, chciałabym już znać bohaterów i tak dalej. Tak to też trochę działa przy zapchajksiążkach czasem :). O, i też zdarza mi się wyliczać strony, bardzo motywujące, jeśli z jakiegoś powodu musimy książkę przeczytać, a nie idzie. Albo zakładam sobie kolejne rozdziały i czytam "po kawałku" aż się albo wciągnę, albo stwierdzam, że w takich krótkich porcjach idzie mi ta lektura nieźle :).

      Usuń
  4. Mam ostatnio jakis taki kryzys i nie wiem jak go ugryzc. Wszystkie metody proponowane w poscie wyprobowane. Bardzo to frustrujace bo chcialabym czytac, taka porzadna, dluga sesje zrobic. I mam napoczynanychh kilka ksiazek i nic. Nic nie jest w stanie utrzymac mojej uwagi. Chcialabym duzego tomiszcza i boje sie :) Martwi mnie to, bo utrzymuje sie juz dosc dlugo. Krolowa Prokrastynacji normalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabrzmi to banalnie -- ale może to pogoda? Albo sytuacja właśnie? Czasami jedno i drugie sprawia, że mamy albo nieodpowiednie "uwarunkowanie" do czytania, albo z jakiegoś powodu czujemy się sami przed sobą winni, że czytamy. Może można się zastanowić, jakiej historii potrzebujesz? W sensie: czegoś, co już znasz i lubisz? Wtedy łatwiej w taką historię "wejść". Próbowałaś z ponowną lekturą czegoś lubianego -- mnie czasem pomaga, jak jednocześnie chcę i nie chcę czytać :).

      Usuń
  5. Do czasu kiedy zaczęłam czytać blogi książkowe, nie wiedziałam, że miewam kryzysy :) Traktowałam to zupełnie normalnie - czasem mam fazę na czytanie, czasem na krzyżówki albo sudoku, czasem puzzle, a czasem bezmyślne gapienie się w tv albo oglądanie sto siódmy raz Friendsów :) Całe życie funkcjonuję fazami i po prostu z nimi nie walczę. Nauczyłam się przechodzić przez kolejne etapy bez większego zaangażowania emocjonalnego, szczególnie negatywnego. Żadnego żalu, żadnych wyrzutów sumienia. Jeśli biorę książkę i czytanie jednak nie idzie, to znaczy, że czas jeszcze nie nadszedł. Trzeba poczekać, a w tym czasie cieszyć się innymi zainteresowaniami. W końcu przechodząc koło półki z książkami zauważę coś, co przyciągnie moją uwagę i faza czytelnicza powróci. Ale nigdy wcześniej nie nazywałam tego kryzysem, w niewiedzy żyłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, w sumie to jest bardzo dobre określenie i rozwiązuje jakiś problem ;). Chociaż mnie czasami dręczyła właśnie ta "fazowość" czytania, bo jak to -- uwielbiam czytać, a czasami, no, nie czytam? Jak to się dzieje? I czemu? I to pojęcie kryzysu, dołka, apatii czy jakby to nazwać trochę mi pomogło w zrozumieniu tego problemu od innej strony. Bo staram się jednak czytać regularnie, choć czasami wolniej. Jakoś tak wtedy się czuję spokojniejsza, bo książki dają mi dystans do różnych spraw -- dlatego czasem wracam do bohaterów, których lubię i o których wiem, że wszystko z nimi w porządku, na przykład ;).

      Usuń
  6. A co zrobić, kiedy taki kryzys dopada człowieka z pisaniem na blogu? Ale co Ty możesz o tym wiedzieć, piszesz codziennie. :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja mam takie minikryzysy, na przykład koło 23:00, kiedy nie mam notki albo 9:30, kiedy nadal nie mam notki, a muszę iść do pracy ;). Banalnie mówiąc: po prostu siadam i piszę, jasne, czasem potem siedzę i poprawiam, bo nie jestem zadowolona, ale też pisanie pozwala się, no, rozpisać. Podejrzewam, że szkoła odwrotna mówi, żeby czekać na natchnienie, przy czym to nie jest złe -- ale zależy jak to natchnienie przychodzi do człowieka, do mnie przychodzi, kiedy piszę ;). Może to też kwestia pomysłów? Mam swój notatniczek z pomysłami, ale jak czasem na nie patrzę i nie mam ochoty pisać na żaden z tych tematów to idę i szukam nowych, i okazuje się, że no muszę o czymś napisać, bo chcę o tym przecież sama przeczytać ;).

      Usuń
  7. I jeszcze nie napisalam o swoich sposobach. Moze komus pomoga? Mnie na pewnych etapach bardzo sie przydaly.

    1. Sprobowac audiobookow. Moze sie okazac, ze na mysl o trzymaniu ksiazki i skladaniu literek odczuwa sie zmeczenie, natomiast posluchanie, jak ktos opowiada historie moze byc calkiem relaksujace i pomocne. Trzeba jednak sprawdzic probke w Internecie - moze sie zdarzyc ze maniera czytajacego po prostu kompletnie odrzuca. To bardzo indywidualne. Warto poszukac az znajdzie sie glos, ktory sie lubi.

    2. Jesli problemem jest wysiedzenie nad ksiazka dluzej niz piec minut mozna rozwazyc zajecie czyms rak. Przy czytaniu ksiazek da sie na przyklad dziergac na drutach. (Oczywiscie tylko proste wzory, najlepiej szal Doctora Who albo cos innego niewymagajacego uwagi pod wzgledem technicznym). Nie da sie ukryc, ze wtedy lepiej sprawdzaja sie czytniki i w ogole ebooki, ktore nie zamykaja sie czlowiekowi znienacka przed nosem. Mozna tez polaczyc z punktem pierwszym.

    3. W ogole ebooki swietnie sie sprawdzaja jesli ma sie ochote na powiesc rozmiarow mamuta a papierowa wersja napelnia nas czcia i uczuciem trudnej do okreslenia trwogi.

    4. Jesli powiesc czy reportaz napelniaja pelnym czci lekiem pod haslem ze sie tego nie udzwignie a do poezji ma czlowiek uraz po kategorycznym uwielbieniu - powiedzmy - Baczynskiego, ktore polonistka probowala wmusic klasie - wartp rozwazyc powrot do opowiadan, felietonow albo czegos rownie krotkiego (trzeba tu zwrocic uwage na konstrukcje powiesci, ktora nas napelnia trema - wiele wspolczesnych ma naprawde krotkie rozdzialy i mozna to zrobic krok po kroku) co daje poczucie ze robisz postepy bez wrazenia, ze kiedy sie wraca zupelnie sie nie pamieta poprzednich wydarzen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dobrze napisanie. Bo mnie się też wydaje, że może chodzić o zmęczenie jedynym sposobem przyswajania opowieści (jak pisałam a propos filmów/seriali wyżej), więc wersja audio to dobry pomysł. Chociaż jak wiadomo, ja z tych, co dopiero się próbują przekonać do audiobooków. Dorzuciłabym jeszcze słuchowiska -- czasami odbiorcy potrzebny jest większy rozmach, więcej niż jeden lektor i tak dalej.

      Nie próbowałam nigdy tej metody z zajmowaniem czymś rąk, kiedy mnie nosi przy czytaniu, ale nie wiem, czy by mi wyszło. Boję się, że ciągle bym zbaczała z tekstu oczyma na to, co akurat robię (chociaż szalik Czwartego to bym sobie mogła zrobić, hm...). Ale świetnie tu wkraczają e-booki i tak, zgadzam się, że cegiełki są mniej onieśmielające, kiedy tracimy z oczu ich fizyczną cegiełkowość -- chyba, że chcemy liczyć strony i zaznaczać rozdziały, żeby sobie z tym dopomóc, a nie patrzeć na ilość stron przeczytanych/nieprzeczytanych -- wtedy pojawia się problem.

      Usuń
  8. Zazwyczaj po prostu nie czytam, ale jest to bardzo trudne! Moje ręce same sięgają po książkę i zmuszają mnie abym przebrnęła przez następny rozdział. Uwielbiam czytać i mój dzień bez tego wydaje się być stracony, co innego, że terminy też gonią :)

    OdpowiedzUsuń