Denerwujące rzeczy, które sama sobie robię przy czytaniu albo dlaczego, Pyzo, dlaczego?


Czasami denerwują nas przy czytaniu różne rzeczy: każdy ma swoich „ulubieńców” nie sprzyjających lekturze. Czasami to kwestia rzeczy poza książką samą, czasami sami sobie to robimy, na przykład źle dobierając (jeśli w ogóle) muzykę. Ale są też takie nasze sprawki, które mogą nas denerwować przy lekturze, a winni im jesteśmy my sami. Macie takie na sumieniu? Mnie się zdarzają, oj, zdarzają. Dzisiaj zatem – o nich właśnie.


Kiedy przeskoczę wzrokiem i mimo woli przeczytam w zdaniu coś istotnego 
Wspominałam Wam kiedyś, że mój stosunek do spojlerów jest dość luźny – nie rujnują mi lektury, chyba że bardzo mi zależy na tym, żeby nie wiedzieć, jak książka się kończy (ale też wtedy nie drę szat). Ważniejsze bowiem jest dla mnie często nie, co się stanie w punkcie B, ale to w jaki sposób z punktu A pisarz nas przeprowadzi do punktu B. Ale jako wielka fanka rozgryzania konstrukcji fabularnych zawsze się denerwuję, kiedy oko mi się ześliźnie z czytanej sceny i wyląduje na zdaniu, w którym bohater wyjawia, że to lokaj, lokaj zabił stryja! I cały misterny dialog na górze już zupełnie nie powoduje obgryzania paznokci, bo już wiem, że lokaj i tak dalej.
To czemu to robię? Wnioskuję, że dlatego, że czasami po prostu takie zdanie znajduje się w nowym akapicie, na końcu rozdziału czy po prostu wzrok mi się ślizga na dialogach (są w końcu zwykle „powycinane”: to znaczy mają taką ząbkową strukturę, a nie strukturę zwartego tekstu – wizualnie, oczywiście).


Kiedy się zamyślę tak, że nie mogę się połapać, jak scena przeszła w scenę
Zdarza mi się przy czytaniu na chwilę „odpłynąć” myślami gdzie indziej, niekoniecznie nawet dlatego, że książka mi o czymś przypomniała, ale na przykład dlatego, że nagle mój mózg postanowił mi „wyświetlić” jakąś scenę sprzed tygodnia (och, jak ja dobrze rozumiem te wszystkie sceny z „Inside Out” pod tym względem!) albo czymś się martwię. I jeśli nie porzucam wtedy czytania, a czytam dalej i w ten sposób na przykład „przeczytam” trzy strony, to nagle się okazuje, że policja prowadzi lokaja zakutego do więzienia, a ja nie mam pojęcia, co takiego się stało, przecież to ten sam lokaj, który wychował małego Tony'ego, czemu go aresztują?!
To czemu to robię? Wydaje mi się, że to dość naturalny mechanizm, ale może po prostu nie mam tak skoncentrowanej uwagi na książce, jak Rory Gilmore. No, a przynajmniej nie zawsze, bo zdarza mi się zaczytać tak, że nie wiem, co się dzieje, a czasami tak, że nie wiem, co się dzieje – ale w książce, którą czytam.



 Dzisiaj na ilustracjach klasyczni święci, przyłapani w pozach, 
które mogłyby sprawiać problemach przy czytaniu.
Tu akurat Hieronim Georgesa de Latour (1621-1623).



Kiedy bohater tak mnie denerwuje, że muszę doczytać do końca, żeby zobaczyć, co się z nim stanie
Biegam zdenerwowana po domu i przy kolacji raczę Domownika długimi tyradami, jakiż ten lokaj jest okropny i jeśli to on zamordował stryja Tony'ego, to wcale się nie zdziwię, ale na sugestie Domownika, żebym może w takim razie dała sobie z tą książką spokój, odpowiadam oburzonym „no nie mogę!”. A odpowiedź jest taka? No taka właśnie, że muszę, po prostu muszę się dowiedzieć, jak ten lokaj skończy, bo nie zaznam spokoju. Mniej zatem płynie z takiej lektury przyjemności, ale cóż zrobić, kiedy inaczej się nie da?
To czemu to robię? Nie mam pojęcia! Może to jakieś pokrętne szukanie sprawiedliwości w książkowym świecie? Ale jeszcze żeby wszyscy autorzy czynili zadość takim oczekiwaniom – a tu nie ma co liczyć, że każde rozwiązanie po takiej lekturze nas uspokoi.


Kiedy chcę zajrzeć do spisu treści, a tam pojawiają się znaczące nazwy
Na pewno znacie tę sytuację. Biorę książkę, czytam blurba – okej, w porządku. Zaglądam, pierwsze zdanie: całkiem, całkiem. Nadal generalnie tabula rasa, ale zapowiada się przyjemna lektura. Aż tu nagle, przy przeglądaniu spisu treści, bach: ostatni rozdział nazywa się „Lokaj mordercą”, „Aresztowanie lokaja mordercy”, „Lokaj zabił stryja” albo coś w tym guście. I tak człowiek już wie, czego się spodziewać. Jeszcze pal licho, jeśli to jedna z tych książek, gdzie chłodnym okiem śledzimy konstrukcję i sposób prowadzenia akcji. Ale co, jeśli lokaj to nasz ulubiony bohater? Albo kochamy stryja? I już wiemy, że lokaj pójdzie siedzieć, a stryj zginie, więc tylko nerwowo przerzucamy strony, żeby mieć to za sobą.
To czemu to robię? Hm, właściwie to pytanie do autorów – czemu to robicie? Ja tylko niewinnie chciałam spis treści przeczytać.



 A tu Jan Ewangelista Domenichina (1624-1629).



Kiedy chcę zajrzeć do spisu treści i nieopatrznie przeczytam coś, co mi niszczy napięcie
To inna odmiana sytuacji opisywanej jako pierwsza. Mam taki zwyczaj, że sprawdzam, ile książka ma stron – żeby ocenić, jak mi pójdzie lektura (inna sprawa, że to nie musi być wcale żaden wyznacznik), jak już wiecie zaglądam też do spisów treści i czasem oko mi znowu się omsknie i zobaczę coś, czego wcale zobaczyć nie chciałam (ja z tych, co nie zaglądają umyślnie na ostatnią stronę). I zafunduję sobie znowu spadek napięcia. I nawet jak wiem, jak książka ma się skończyć, nie zawsze mnie to pociesza, bo pytanie „jak do tego doszło” również może zostać zrujnowane – wszystko zależy od tego, co się tam zobaczy.
To czemu to robię? Dobre pytanie. Trochę wóz albo przewóz, ale generalnie staram się jakoś zasłaniać dłonią albo usilnie powtarzam sobie „nie zerkaj, nie zerkaj” i jakoś idzie. Albo nie.


Kiedy okładka sprawia, że niekomfortowo czuję się z książką
Wiecie, są okładki, które wywołują we mnie wcale nie przyjemny dreszcz. Kiedy udało mi się w sezonie najwyższego zainteresowania wypożyczyć z biblioteki „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy, okładka była już w takim stanie, że znajdującej się na niej autorki nie było widać. Ale to akurat kaszka z mleczkiem, taką okładkę można wyczyścić. Ale co, kiedy na okładce jest coś oddziałującego na nas w taki sposób, że jakby to... Hm, troszkę irracjonalnie boimy się jej wręcz dotykać? Pamiętam, że w mojej podstawówkowej bibliotece była jedna taka książka: wszyscy się jej bali, bo miała podniszczoną okładkę w tonacji biel-fiolet-błękit z odzianym w łachmany chudym chłopczyną z wielkimi, zapadniętymi oczami. Wierzcie lub nie, ale nikt nie ważył się jej przeczytać. Irracjonalny strach był tak duży, że ściągaliśmy ją czasem z półki, żeby spróbować zobaczyć o czym jest – w czytelni. I nie szło! Ciekawa jestem do dzisiaj, co to właściwie była za książka.
To czemu to robię? Właściwie tego nie robię, chociaż przy czytaniu „Opowieści starego antykwariusza” trochę się bałam tej trupiej czaszki z tyłu okładki. Na szczęście przy czytaniu nie było jej widać. Tak, jestem boidudkiem – przyznaję bez wahania.


 I jeszcze zafrasowany Paweł z Tarsu Rembrandta (ok. 1657).

Czy zdarzają Wam się któreś z tych sytuacji? A może macie inne w tym stylu?

Weź dokładkę!

39 komentarze

  1. A ja, o zgrozo (!!!), niekiedy (bardzo rzadko, ale jednak) zaglądam na koniec rozdziału/książki. Czynię to zwykle, gdy mi się wybitnie nudzi, lektura nie podchodzi, a jeżeli wyłapię jakieś ciekawe zdanie to od razu czyta mi się lepiej, zaczynam być zaciekawiona na nowo.

    Najgorzej, gdy wyszukam wzrokiem jakąś szokującą informację - np. że ktoś zginął lub zniknął - wtedy już nie mogę nawet usiedzieć spokojnie. Czytnik mnie przed takim podczytywaniem skutecznie powstrzymuje (wszak trudniej poprzerzucać strony drastycznie do przodu), ale czasami i przeskoczenie pomiędzy rozdziałami w spisie treści mi się zdarza.

    Jeszcze mam tak, że gdy jakaś książka mi się bardzo podoba, gdy zżyję się z jakimś bohaterem to potem tak szkoda mi go zostawić, że albo czytam jedną stronę po 10 razy, albo czytam dwie strony i książkę odkładam, jakbym podświadomie nie chciała się rozstać z przedstawionym w niej światem. Jednocześnie wiem, że mam na półce kolejne lektury, które też bardzo bym chciała już czytać, więc takie zwlekanie jest frustrujące.

    A nie połapać się kiedy scena przechodzi w scenę zdarza mi się niezwykle często. Najczęściej, gdy siedzę w tramwaju i ktoś gada mi nad uchem (nawet szeptem! szept nawet jest bardziej denerwujący niż mówienie na głos), albo tak dużo mam rzeczy na głowie, że czytając książkę myśle o nich, a nie o tym, co czytam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest chyba dobry sposób: zobaczyć, czy warto dalej czytać, czy coś się tam jednak nie zdarzy ciekawego -- więc rozumiem, okrzyków zgrozy nie wznoszę ;). I faktycznie, czytnik broni przed takim "zagraniem" ze swojej własnej strony -- w każdym razie w moim Pocketbooku się nie da ;).

      Oj tak, też to znam: że aż się nie chce iść do przodu, bo tak się człowiek zadomowił. Ale zawsze pocieszająca jest myśl o tym, że można do takiej książki wrócić! Zawsze mi jest jednak smutno, jeśli się okazuje, że na koniec dzieje się coś takiego, co sprawia, że powrót będzie trudny -- bo na przykład ginie też nasz ulubiony bohater i wtedy się czyta od początku z tą świadomością, już nie tak przyjemną.

      Usuń
  2. Mój grzech główny to zasiadanie do lektury np. w stanie emocjonalnego wzburzenia ;-), z nadzieją, że książka mnie uspokoi i zrelaksuje. Niestety, zdarza się na odwrót - łapię się wtedy często na tym, że "nie wiem, co czytam" i muszę cofać się kilka stron.
    Mam też kilku autorów, co do których obiecałam sobie solennie, że w końcu rozgryzę tajemnicę ich wybitnie wciągającej prozy. W tym celu czytam uważnie, spokojnie, powoli i - zawsze, ale to zawsze! - przegapiam ten decydujący moment, po którym stwierdza się z całą pewnością, że już się "wciągniętym" zostało. Ale wciąż wierzę, że kiedyś go nie przegapię. A może taki moment po prostu nie istnieje?
    No i jeszcze - z reguły nie czytam "dramatis personae" (rzadko taki suplement dostajemy, ale czasem się zdarza), na czym zwykle źle wychodzę (zwłaszcza, gdy akcja gęsto postaciami zaludniona i łatwo się zgubić). Za to czytam namiętnie wszelkie przypisy, co potrafi skutecznie odciągnąć mnie od głównego nurtu lektury. Może zacząć je czytać dopiero po skończeniu np. całego rozdziału? Ech, czytanie to sztuka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie -- kiedy jestem bardzo zdenerwowana, nie mogę czytać (pisałam o tym zresztą, bo generalnie czytać mogę niemal zawsze -- ale wtedy właśnie zdarza mi się to pozorne "czytanie").

      Ojej, wiesz, że nigdy nie pomyślałam, żeby tak czytać? A to doskonała sprawa. Tyle że zastanawiam się, czy czegoś takiego nie widać jednak po przeczytaniu, z perspektywy całości? Bo to chyba jednak jest tak, że na to "wciągnięcie" składa się kilka małych kamyczków, a nie jeden słupek milowy -- jak myślisz? Trochę jak ze zmierzchem: punktu uchwycić się nie da, po prostu w pewnym momencie robi się ciemno ;).

      Usuń
    2. Metafora ze zmierzchem - doskonała! I, obawiam się, że zarazem trafna... Chyba nie sposób jednak tego momentu dostrzec i "złapać". Chociaż książka ma nad zmierzchem taką przewagę, że strony są tu przynajmniej ponumerowane ;-) Czyli: na 59-tej, na przykład, śpimy, żeby na 60-tej już mieć wypieki na twarzy. Tak czy inaczej, będę próbować dalej.

      Usuń
    3. Będę śledzić te próby, bo a nuż jednak odkryjesz, jak to jest? Bardzo jestem ciekawa :)!

      Usuń
  3. Najgorzej jest w momencie, gdy się zamyślę nad lekturą, ale w dalszym ciągu "czytam". Po kilku minutach "nagle" doznaję olśnienia, że nie wiem o czym w ogóle czytam i dlaczego wydarzenia potoczyły się tak, a nie inaczej. I wtedy muszę wracać i szukać fragmentu, przy którym zaczęłam bujać w obłokach. To bywa denerwujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywa na tyle, że jeśli się jako-tako orientuję, to nie wracam ;). Chyba że przegapiłam taki moment, że zupełnie czuję się skołowana ;).

      Usuń
  4. Ja mam inny denerwujący nawyk, staram się jak mogę przed robieniem tego ale czasem nie mogę się powstrzymać. Jak biorę książkę do czytania to koniecznie muszę przeczytać ostatnie zdanie z książki, nie wiem dlaczego lecz muszę :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to jakaś taka forma przesądu? Wiesz, jak na przykład liczenie płytek chodnikowych? Na szczęście rzadko chyba autorzy piszą w tym ostatnim zdaniu jakąś wielką przesłankę co do kolei losów bohaterów ;).

      Usuń
  5. pierwsze dwie! niestety nagminnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to kwestia ilości -- wiadomo, że jak się często czyta, to i takie sytuacje częściej się nam zdarzają ;).

      Usuń
  6. "Kiedy bohater tak mnie denerwuje, że muszę doczytać do końca, żeby zobaczyć, co się z nim stanie"- tak często :). Zdarza mi się ze denerwowania rzucić książką, a potem ją podnieść i czytać dalej :P.
    Odpływam zazwyczaj przy audiobookach i niewiele mogę na to poradzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uczę się teraz słuchać audiobooków, od soboty jakoś ;) -- przy kolorowance to całkiem niezłe zajęcie. Ale też zdarza mi się jeszcze odpłynąć, zwłaszcza, co zauważyłam, jak audiobook jest w innym niż polski języku. Ale wierzę, że się jakoś przekonam, zobaczymy :). Próbowałaś słuchać właśnie przy jakiejś innej mało absorbującej czynności, też nie pomaga?

      Usuń
    2. Odpływam nawet gdy jadę tramwaje i patrzę w okno. Ale staram się, pilnuję, przez co słuchanie staje się dość męczące. Jeśli książka jest ciekawa to pół biedy, ale ostatnio próbowałam "Upadające królestwa" i to było straszne :).

      Usuń
    3. A nie, przy jeździe tramwajem też odpadam, tak samo jak przy siedzeniu w fotelu czy porządkowaniu kuchni, czy przy tego typu rzeczach. Więc to musi być taka mało absorbująca czynność, która jednocześnie nie wymaga i wymaga skupienia (poplątałam się trochę, ale wniosek jest jeden: kolorowanki! ;)).

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Nie no, ale chyba nie jest tak, że tylko się przy czytaniu denerwujesz? ;)

      Usuń
  8. Często mam tak samo :)
    Zapraszam : http://spojrzenie-rosie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Dwójka połączona nierozerwalnie z jedynką, zamyślę się, zapatrzę i nagle zdaję sobie sprawę że nie wiem co się działo ale wiem TO czego wiedzieć jeszcze nie powinnam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w międzyczasie lokaj morduje stryja i już jak się cofniemy te kilka stron, to nie damy się uwieść jego słodyczy ;).

      Usuń
    2. Choć z drugiej strony zaczynamy głębiej dostrzegać jego perfidię i misterną konstrukcję, więc czasami wypadnie na dobre. ;)

      Usuń
    3. Teoretycznie tak -- ale czy to czasem nie jest zaleta drugiej lektury albo tak zwanego postrzegania z perspektywy czasu? Bo przy pierwszej lekturze raczej chcemy się dać uwodzić niż patrzeć przenikliwym okiem (no, czasami ;)).

      Usuń
    4. Zawsze możemy dawać się uwodzić autorowi mile połechtani, że przecież nie damy się uwieść tej podstępnej grze w której uwodzić chce nas lokaj. ;)

      Usuń
    5. Prawda! A jak nas autor mimo to wystrychnie na dudka, to bywamy i mile zaskoczeni, i oburzeni, że jak to -- nas, wytrawnych czytelników...?!

      Usuń
  10. Mam podobne podejście do spojlerów. Jakoś nie razi mnie to, że dowiem się co się wydarzy na końcu.
    Ale z takich denerwujących rzeczy, często nie mogę wysiedzieć przy książce. Układam się wygodnie, biorę kocyk, kawkę i co tam jeszcze, a później i tak zaczyna mnie nosić. Bez wyraźnej przyczyny.
    Wkurza mnie to strasznie, ale nie mogę na to nic poradzić :)
    http://jejwysokoscksiazka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to! W moim przypadku zwykle po przeanalizowaniu sytuacji stwierdzam, że coś mi chodzi po głowie i albo staram się to załatwić i mieć z głowy, albo po prostu to nie jest "ten dzień" i trzeba jeszcze coś zrobić, zanim się rozsiądzie z książką. Kiedyś się zastanawiałam, czy to nie to słynne rozproszenie uwagi w związku z nowymi mediami i tak dalej, ale chyba jednak to kwestia charakteru w ogóle ;).

      Usuń
  11. Właśnie się sama z siebie dziś śmiałam przy lekturze: czytam właśnie historię, w której bohaterka znajduje psa. Treść pełna emocji, możliwych tajonych zbrodni itepe, i coś w niej spowodowało, że musiałam zajrzeć w ostatnie strony, żeby się upewnić, że pies przeżyje cały i zdrowy do końca opowieści. Z wewnętrznym postanowieniem, że jeśli nie, to nie inwestuję siebie w książkę.
    Teoretycznie spojlerów nie lubię, ale jak widać wyjątki potwierdzają zasadę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie. W sensie: rozumiem, o co chodzi, bo to wcale nie jest takie irracjonalne podejście. W końcu i książka może nas kosztować pewne emocje, a czasem nie mamy po prostu ochoty, żeby aż tak duże ;).

      Usuń
  12. Zdarza mi się i denerwuje pierwsze, ale drugie dobija. I o ile jeszcze w książkach papierowych, choć się zdarza coraz częściej, to nie tak często jak przy audiobookach. Z tego powodu praktycznie zarzuciłem te ostatnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie zaczęłam, żeby zobaczyć, czy może jednak nie umiem się przekonać ;). Ale to chyba prawda, że mamy różne rodzaje pamięci i ja słuchowcem raczej nie jestem ;). Ale przy kolorowaniu jakoś powolutku idzie ;).

      Usuń
    2. Ja z konieczności słucham z chłopakami w samochodzie. Ale tu mam ten komfort, że najczęściej są to rzeczy już mi znane i mogę troszkę "odpływać" myślą. Przyznać jednak muszę, że przy Pippi mi się nie zdarzało :D A teraz mamy w CD pierwszą płytę "Władcy ..." :)

      Usuń
    3. Próbowałam słuchać w samochodzie Manna, ale zdecydowanie lepiej by mi może poszło z Pippi lub Władcą ;). Chociaż co do "Władcy..." to tak mi się przypomniało, że w jedynce radiowej lata temu zrobili słuchowisko z "Dwóch wież" i to jest chyba jedyne słuchowisko, jakie z uwagą przesłuchałam (upraszając też kierowców PKS-ów, jakimi jeździłam mniej więcej w godzinach, gdy je nadawano, żeby przełączali na jedynkę; niektórzy się dziwili, bo przecież w innym radiu też jest o czarodziejach -- gdzieś czytano wtedy którąś część Harry'ego Pottera -- a ja wydziwiam ;)). No, ale to właśnie było słuchowisko, a nie audiobook sensu stricte ;).

      Usuń
    4. Ja się za to zachwyciłem czytaną przez autora "Café Museum" i odsłuchałem ją dwa razy z bananem na ustach i wzmożoną uwagą (choć i tak parę razy odpłynąłem) :D A czytany przez Piotra Fronczewskiego któryś z Zafonów do dziś kołacze mi w pamięci, więc może coś w tym jest :)

      Usuń
  13. W sumie, to zazwyczaj zaglądam na koniec książki, żeby wiedzieć, jak się skończy i wcale nie psuje mi to zabawy. Natomiast zamyślenie zdarza mi się dosyć często.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że wielu czytelników się tak zamyśla (dobrze wiedzieć, że się nie jest samotnym w tej cesze ;)). Ciekawe, czy są takie książki, na których się w ten sposób nie da "odpłynąć" (i czy są to jakieś uniwersalne książki, czy po prostu przy odpowiednich warunkach da się w ten sposób zamyślić na każdej).

      Usuń
  14. Witam serdecznie po małej przerwie w komentowaniu,

    podbijam punkt ostatni o straszących okładkach. Pewnego razu pełna szczęścia wypatrzyłam na wyprzedażowej półce empiku poszukiwanego od dawien dawna "Upiora w operze", pozycję oczywiście zakupiłam, lecz dopiero w domu, kładąc go na stoliku, przeszły mnie bardzo nieprzyjemne dreszcze z powodu spozierającej trupiej czachy z okładki I choć książkę połykałam z nieskrywaną przyjemnością, to wolę wieczorem nie spoglądać na truposzka

    Pozdrawiam serdecznie,
    Agata (ta od "Niemców" Kruczkowskiego)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czołem! :) O, jak to dobrze się dowiedzieć, że nie tylko ja żywię takie lęki! Czasem łapię się na tym, że miałabym ochotę taką książkę obłożyć, ale potem sobie myślę, że to irracjonalne działanie. Poradziłaś sobie, jak wnioskuję, z "Upiorem..."? W sumie na szczęście mnie się takie trafiają rzadko (bo jednak nie za często czytam coś z czaszkami na okładce ;)).

      Usuń
    2. A witam ponownie,
      tak, poradziłam sobie z "Upiorem.." i choć uwielbiam musical Andrew Webera, to lektura była bardzo przyjemna, bo.. zupełnie inna. Bardziej tajemniczy nastrój, Upiór niepokojący (a nie romantyk) - po prostu miodzio! Zresztą konwencja, w której Gaston Leroux pisał, była a'la śledztwem dziennikarskim
      Polecam! (i pozdrawiam)
      Agata

      Usuń