Festiwal spojrzeń albo o "Dumie i uprzedzeniu" BBC (1995)


Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Na pierwszy ogień idzie sześcioodcinkowa adaptacja "Dumy i uprzedzenia" zrobiona przez BBC dwadzieścia lat temu. I jako że nadal pozostaje to blog książkowy, a ekranizacja frapuje mnie przez swoje odniesienie do książkowego oryginału, to nie jest to recenzja, a raczej myślenie na głos o tym, co się tu dzieje z tymi bohaterami.


Rys sentymentalny: widziałam tę adaptację dwukrotnie. Drugi raz właśnie teraz, na fali mojego świeżego zainteresowania Austen, a pierwszy jakoś w liceum, kiedy wyhaczyłyśmy z Mamą, że leci w telewizji (co to mógł być za kanał? TVN Style może?). Wtedy bardzo mi się podobała, teraz nadal uważam ją za bardzo przyjemną, ale patrzyłam na nią zupełnie pod innym kątem. Ale tak naprawdę to z tą wersją "Dumy..." zetknęłam się pierwszy raz przy lekturze "Dziennika Bridget Jones" (też jakoś na początku liceum, ale przed obejrzeniem serialu), gdzie jak wiadomo główna bohaterka puszcza sobie w chwilach chandry scenę "jeziorkową" z panem Darcym. O scenie jeziorkowej jeszcze będzie, a teraz przejdźmy do tego, co rzuciło mi się w oczy a propos serialu.


Na zdjęciach przegląd spojrzeń pana Darcy'ego. Źródło.


Co rzuciło mi się w oczy: twórcy poszli trochę na łatwiznę, portretując bardzo grubymi kreskami postaci już i tak u Austen karykaturalne (pani Bennet, która zagrana jest doskonale, ale nie o to mi chodzi: jak mocno jest to postać z nieco innej bajki!), wyolbrzymiając niektóre ich cechy (toż Caroline Bingley to zła wiedźma z baśni), czy ustawiając je w pozycjach łatwych dla widza do "polubienia" bądź "znielubienia" (pan Collins jest wyjątkowo obrzydliwy). I nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to wszystko po to, by jak najlepiej na tym tle wypadła Lizzie. Która, szczerze mówiąc, jest przesympatyczna, tyle że rwana uczuciami na wszystkie strony – Wickham wciska jej rzewną historię swego życia → Lizzie biega i opowiada wszystkim wzburzona, jaki z niego biedny człowiek; Darcy prostuje historię i opowiada, jaki z Wickhama drań → Lizzie odwraca się od swojego wcześniejszego stanowiska i zaczyna mieć Wickhama w głębokim poważaniu. To znaczy głębokim jak na epokę, czyli konwersuje z nim grzecznie, ale bez uśmiechu. Ciut mało miejsca zajmuje ta przemiana Lizzie, jak na mój gust.

Co mnie zastanowiło: dwie rzeczy mnie tutaj zastanawiają najbardziej. Jeśli ktoś z Was mi je rozjaśni, będę wdzięczna. Po pierwsze, jak to w końcu jest z zostawaniem sam na sam w czasie trwania akcji? Bo raz dziewczę nie może bez przyzwoitki zostać w pokoju z mężczyzną, innym razem mężczyznę się radośnie anonsuje, więc wchodzi do pokoju, gdzie tkwi samotna bohaterka i zamyka za sobą drzwi. I nie, nie mówię tu o convoluted plans, cytując "TLBD" pani Bennet, ale o generalnych schematach zachowania bohaterów. I nie wiem ostatecznie, co jest w duchu epoki, a co jednak ją nagina. Przy czym zakładam, że początek wieku XIX jest znaczniej mniej pruderyjny niż to, co przyjdzie potem. A druga rzecz: popularność sceny jeziorkowej. Oglądam ją i oglądam, czekam, aż mi się objawi, o co chodzi, i szczerze mówiąc – nie wiem. Bo ognia więcej w Darcym jest zupełnie, myślę, gdzie indziej.


 Konwersacja nieco rozmyta, ale i tak chodzi o spojrzenie.
Znalezione tu.


Sublimacje: no właśnie, a propos – Darcy w tej wersji, z ikoniczną twarzą Colina Firtha (w sensie, że taka twarz Darcy'ego jest ikoniczna, o to mi chodziło – nie, Colin Firth nie ma bizantyjskiej, wschodniej urody), kreowany jest w sumie na kogoś nie tyle nieśmiałego, ile cierpiącego na łagodną odmianę któregoś z zaburzeń rozwojowych. Dwukrotnie bardzo mocno podkreśla się, że nie jest w stanie kłamać, mówi to, co myśli – jasne, może dlatego, że wysoka klasa społeczna pozwala mu nie owijać w bawełnę, ale zachowanie wskazuje jakby jeszcze na coś innego. Poza tym twórcy nie bawią się za bardzo w subtelności. Miałam wrażenie, że pierwsze oświadczyny Darcy'ego w tak poprowadzonej intrydze wynikają tylko z żądzy (swoją drogą bardzo ciekawy tekst o tego typu kwestiach znajdziecie u Padmy: o seksualności u Jane Austen w ogóle). Bo zobaczcie: nieustająco na Lizzie patrzy takim bardzo intensywnym spojrzeniem (zwłaszcza w pierwszym odcinku), a jak tylko ginie mu ona z oczu, wskakuje do wanny, gdzie siedzi, wzdycha i polewa się wodą. W innej z kolei scenie, Lizzie przez przypadek wchodzi do pokoju, gdzie Darcy gra w bilard. Zastygają zaskoczeni, ona wychodzi, dostajemy długie zbliżenie na bilę, którą Darcy wbija do uzy (bila jest zresztą czerwona). W innej scenie bohater ćwiczy szermierkę i zlany potem cedzi, że "zwalczy, zwalczy to". Nie powiem, że taka interpretacja nie wydaje mi się ciekawa – nie wiem, czy w oryginalnym Darcym jest tyle pasji (powtórka książki przede mną), ale tutaj z całą pewnością jest i wre pod skórą.


I jeszcze dwie wersje patrzenia tu i tam. Stąd.


Lenistwo: muszę też powiedzieć, co rzuciło mi się w oczy dopiero przy tym oglądaniu, że Bennetówny w tej interpretacji wyjątkowo nic nie robią. To znaczy najczęściej siedzą w pokoju, czasem czytają albo zrywają kwiaty. Ale głównie widzimy, jak Lizzie wymienia uwagi z Jane, kiedy szykują się do snu. Można się zastanowić, czy takie życie nie było aby faktycznie nudne i wypełniane zajęciami "przystojącymi" damom, nie wspominając już o tym, że potęguje to jeszcze refleksję o tym, że ktoś jednak wszystkie istotne życiowo rzeczy musiał gdzieś tam w tle robić. Raz jeden widzimy pana Benneta, jak ślęczy nad jakimiś księgami dotyczącymi zapewne rachunków. Pan Bennet jest zresztą w tej adaptacji dość, jak dla mnie, antypatyczny: niby serdeczny dla Lizzie, ale ileż razy można powtórzyć – nic z tym nie robiąc – że jego młodsze córki to najgłupsze dziewczęta w całej Anglii?

I to w zasadzie tyle. Nie jest to najbardziej odkrywcza interpretacja. Szalenie się ją dobrze ogląda, jest solidnie zrealizowana (chociaż niektóre rozwiązania – pan Darcy we wspomnieniu zjawiający się w lustrze Lizzie! – się już zestarzały i mogą bawić), ale poza postacią pana Darcy'ego zasadniczo nie przynosi chyba wielu nowych kątów patrzenia na fabułę. Ale może coś przeoczyłam? Podyskutuję z najwyższą przyjemnością! I co z tą sceną jeziorkową?

I nie, nadal nie wymyśliłam odpowiedniego tagu. "Paustenpy" wygląda dziwnie, choć kusi. "Austenologia" jakoś mi się nie widzi. "Lost in Austen" póki co trochę się boję. Hm.

Weź dokładkę!

31 komentarze

  1. Widzialam te adaptacje we fragmentach (herezja wiem) ale w zasadzie wydaje mi sie ze wszystko co piszesz wynika bezposrednio z materialu zrodlowego.
    1. Austen JEST bardzo satyryczna i nie ma milosierdzia dla glupcow, ludzi generalnie malostkowych i podlych. Pod tym wzgledem bardzo mi przeszkadza wlasnie BRAK rysu satyrycznego w adaptacjach. Na przyklad wersja z Keira Knightley bardzo cywilizuje pania Bennet, pokazuje jej powody, kaze jej wspolczuc w sumie. I moge to zrozumiec bo ja naprawde wspolczuje pani Bennet ale widze, ze dla autorki jest zamierzona jako postac ewidentnie satyryczna i przerysowana. Jedynym przypadkiem kiedy aktor to udzwignal byla dla mnie interpretacja postaci pana Collinsa w wersji z Keira. Ale tutaj byl to pomysl samego aktora, zeby ten czlowiek byl paralizujaco niesmialy i sztywny i z tego wzgledu uciekajacy sie do gotowych formulek, niezreczny i byc moze wrecz swiadomy tego. Przy calej tej interpetacji byla to nadal postac ewidentnie satyryczna.

    2. Elizabeth jest szarpana emocjami, a raczej jest po prostu impulsywna we wszystkim, takze w swojej szczodrosci. Zwraca na to uwage i ciekawie interpretuje Sebastian Faulks. Lizzie jest przerazona, kiedy odkrywa jak bardzo sie mylila w ocenie Wickhama. Ona przeciez chlubi sie swoja znajomoscia ludzkiej natury i brakiem zludzen na temat tejze. Nie ma takiej urody jak Jane, postrzega swoj dowcip i wlasnie to poczucie ze sie zna na ludziach jako swoj unikalny atut A tu nagle taka nauczka. (Nie mozna w sumie czynic zarzutu, ze ta przemiana potrwala krotko. To byla przemiana szokowa a nie proces). Elizabeth z cala swoja impulsywna emocjonalnoscia odrzuca Wickhama i z cala swoja impulsywna szczodroscia przebacza Darcy'emu. Podobnie jak jej niechec jest niezlomna jej szczodrosc jest nieograniczona, Elizabeth przebacza po calosci, nawet rzeczy, nad ktorymi powinna sie zastanowic, a przynajmniej zawahac.

    Generalnie wydaje mi sie, ze mezczyzna nie pownien byc sam na sam w pokoju z kobieta nie bedaca krewna czy zona. (Stad te pietrowe zabiegi aby mogl "przypadkiem" natrafic na dame). Wejscie do cudzego domu jest zawsze poprzedzone przez zapowiedz sluzacego. To sa dwie osobne rzeczy.

    Faulks to w ogole stawia ciekawe tezy odnosnie ewentualnych przyczyn zachowania Darcy'ego. Nigdy nie watpilam na podstawie samej ksiazki, ze pierwsze oswiadczyny Darcy'ego wynikaja w zasadzie przede wszystkim z pociagu fizycznego, ktory samego Darcy'ego straszliwie wytraca z rownowagi. CZlowiek, ktory gardzi prostymi cielesnymi impulsami, mind over body i tak dalej nagle doswiadacza czegos takiego. Bo on charakterologicznie Lizzie NIE POCHWALA, to jest bardzo widoczne na poczatku. Darcy dziala poniekad wbrew sobie, jak to mowia Anglicy against his better judgment i to straszliwie denerwuje i dodatkowo wytraca z rownowagi, ze Lizzie ma na niego taki wplyw w zasadzie wcale sie nie starajac.

    Ach, lenistwo. To juz kiedy Emma Thompson pracowala nad Rozwazna i romantyczna amerykanski producent pelen frustracji pytal "ale dlaczego one po prostu nie pojda do pracy???" Emma bardzo cenila jego uwagi, bo byly to wskazowki, co wyjasnic wspolczesnemu widzowi. (Stad na przyklad ta uwaga Eleonory do Edwarda ze "pan odziedziczy fortune a my nawet nie mozemy pracowac na swoja"). To mnie najbardziej przeraza kiedy czytam Austen. Robotki i klawikord i tyle. Uczyc sie czy studiowac nie mozesz za duzo bo zostaniesz sawantka i nie znajdziesz meza. Czytac tez nie mozesz za duzo z tego samego powodu. Konwersacje tylko w ramach przewidzianych manierami, nie mozesz byc zbyt inteligentna. O pracy zawodowej w ogole nie ma mowy. Lenistwo od rana do wieczora. Ta NUDA musiala byc potworna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdzie Sebastian Faulks interpretuje "Dumę i uprzedzenie"? Chętnie bym poczytała.

      Usuń
    2. Ależ tak, zgadzam się, że u Austen ostrze satyry jest cięte -- w tym sensie duch ekranizacji jest duchowi powieści wierny, tyle że w tym wypadku chodzi jeszcze sposób, w jaki to jest zagrane i nakręcone. A te dwie rzeczy sprawiają, że satyra łatwo zmienia się w karykaturę. Pani Bennet i Caroline Bingley są sportretowane potwornie jaskrawo, bez nutki niedomówienia i pokazuje się je w takich scenach, żeby nie było niedomówień. Mnie akurat maniera grania tutaj nie przeszkadza, choć jest mocno jednowymiarowa, ale zwraca na siebie moją uwagę, taka jest wyraźna.

      Co do przemiany Lizzie -- po odświeżeniu "Dumy..." powiem więcej. Na razie -- Twoja wypowiedź jest bardzo przekonująca. Nie wiem czemu patrzyłam na postać Lizzie bardziej jak na taką wycofaną bohaterkę o ironicznym spojrzeniu, lekko od rzeczywistości odseparowaną. Headcanon mi się tu wdarł ;)?

      Aha, no właśnie -- a co nie z domami, a na przykład z zajazdami? Bo w scenie, w któej Darcy odwiedza Lizzie w Lambton służąca go anonsuje, a potem oni się we dwójkę zamykają w środku i nikt się nie oburza ;). To mnie właściwie skłoniło do zadania pytania.

      Podbijam pytanie @Tarniny, też bym z chęcią poczytała. Bo tak, zdecydowanie się z tą interpretacją zgadzam. Wyjaśnia wiele rzeczy (jak słowa Darcy'ego na początku znajomości z Lizzie), których nieśmiałość nie wyjaśnia wcale tak dobrze. Przy czym będę obstawała nadal przy tym, że w tej adaptacji to nawet nie jest fizyczny pociąg, a właśnie takie pragnienie czysto seksualne. Co dowodziłam tymi scenami, a na co jeszcze pewnie by się coś znalazło :).

      Ano właśnie, bo mamy jeszcze ciekawy przypadek czytającej dziewczyny -- Mary. Muszę powiedzieć, że dla mnie dość niejednoznaczny, bo co prawda Mary czyta, czasem nie bardzo wiedząc co, i ślizga się po powierzchni, ale jednak czyta. Czyta, gra, generalnie dość desperacko stara się na wiele sposób "podbić" uwagę, "podbić" standardową normę tychże zajęć per capita.

      Usuń
    3. Ksiazka Faulksa nie ukazala sie niestety po polsku. To w ogole zaczelo sie od programu BBC, Faulks on Fiction (Mozna sobie obejrzec na youtube (odcinek o Darcym to Lover) i potem zostalo znacznie poszerzone i poglebione w ksiazce pod tym samym tytulem. Od wiekow planuje jakas notatke na ten temat na Biblionetce, bo to naprawde ciekawe spojrzenie. Ze powtorze co juz gdzies pisalam: Faulks powrocil do ksiazki w wieku dojrzalym i patrzy na Lizzie (i Emme) tak po ojcowsku, gotow wyzywac na ubita ziemie kazdego faceta, ktory nie umie docenic, jaki skarb dostaje. Ale Darcy obrywa bardziej. W ogole interpretacja Darcy'ego jest niesamowita, choc na zawsze poniekad psuje happy end.

      No ale MAry jest przedstawiona jako typowa sawantka, ktos kto czyta za duzo, jest nudny i nie ma szans w konkurencji z siostra tak piekna jak Jane albo tak dowcipna jak Lizzie.

      Lizzie nie jest wycofana. Odnosze wrazenie, ze jest bardzo towarzyska, lubi bale, lubi przebywac z ludzmi, cieszy sie ich towarzystwem. Nie jest typem samotniczki. Samotniczke w ogole trudno u Austen znalezc, moze troche moja ulubiona Jane Fairfax.

      Usuń
    4. Dziękuję za namiary na program, poszukam :)

      Usuń
    5. @Hannah, ja też dziękuję :). Poza tym -- czytatkę koniecznie!

      Mnie już happy end nieco zepsuło to, co się działo w "Dworku Longbourn". Bo mimo wszystkich moich zastrzeżeń, jest tam jedna kusząca interpretacyjnie opcja: właśnie motywacje i zachowanie Darcy'ego jako kogoś, kto się "pojedynkuje na duchy" z Lizzie, kogoś, kto chce ją przemóc i zawiera układ, chcąc mieć reprezentacyjną żonę. Bardzo jestem zatem ciekawa kolejnych odwróconych happy endów.

      No właśnie, ale z Mary kłopot jest też taki, że -- opieram się na razie na ekranizacji, bo ją mam na świeżo -- ona czyta bardzo powierzchownie, nie rozumiejąc często, co czyta, głównie po to, żeby móc się wynosić nad siostry chociaż w czymś. Co z jednej strony tłumaczy się przez kompleks średniego dziecka, które chce się jakoś wyróżniać -- z drugiej, no właśnie, zastanawiam się, na ile przez bycie sawantką?

      Usuń
    6. Mary dość często moralizuje i to moralizuje w nienajlepszym stylu, ale rzekłabym, że to uroki wieku lat nastu, kiedy każdy "wie lepiej". Ona jest trochę takim trzecim bokiem trójkąta w podejściu do wykształcenia kobiet, obok Karoliny i Elżbiety. I może to trochę ten przypadek co z panią Bennet - że satyra satyrą, ale czasem czytelnikowi włącza się współczucie w stosunku właśnie do takiej postaci.
      A ELżbieta, faktycznie, raczej jest duszą towarzystwa i dość sobie chwali swoje umiejętności społeczne. Nic więc dziwnego, że ją boli, gdy się na tych umiejętnościach przejedzie, przeceniając Wickhama. Myślę, że najbardziej przenikliwą z bohaterek Austen jest jednak Anna z "Perswazji", bo ona trochę więcej przeszła i więcej widzi, niż Elżbieta.
      Co do odwróconych happy-endów - czy jest jakiś dla "RiR"? Choć, w sumie, ja tam za cholerę nie widzę żadnego happy-endu. Edward to mój najbardziej nieznielubiony bohater u Austen, a Brandon z Marianną to jakiś dziwny przypadek małżeństwa skomponowanego, żeby innym nie było smutno.

      Usuń
    7. Mary zresztą zrobiła dość dużą karierę w różnego rodzaju interpretacjach "Dumy..." jako ta siostra nieszczęśliwie zakochana w panu Collinsie -- nawet w tej adaptacji jest taka mała scena, kiedy Mary w tle wręcz wyrywa się, że może ją by matka zaproponowała kuzynowi pod rozwagę (scena jest naprawdę mikra, ale już jestem po "Longbourn" wyczulona na tę linię widzenia postaci). Przy czym moim zdaniem to bardziej jest związane z tym charakterem Mary -- że ona jest gotowa ponieść tu poświęcenie, ale bez przesady z tą miłością. Znalazłam za to jeden retelling z Mary w roli głównej, która odkrywa swoje drugie ja i się emancypuje -- jeszcze nie wiem, czy się skuszę, ale chyba autor postanowił tej postaci uczynić zadość (to tak a propos współczucia).

      Usuń
    8. Czy Mary nie szpiowali z Collinsem także w wersji współczesnej? Ale, faktycznie, widziałabym to nie w wersji "zakochanie/zauroczenie", tylko raczej"teraz ja uratuję rodzinę". Choć w książce Mary patrzy na Collinsa przychylnym okiem, jako na kogoś kto rokuje i pod jej skrzydłami może wznieść na jeszcze wyższe wyżyny nudziarstwa.
      Czy ten retelling to tej pani od "Ptaków ciernistych krzewów"? Bo tam się nagle objawia jakiś wątek mnichów, dzieci, jaskiń i ogólnie miałam wrażenie, że autorce się dwa rękopisy pomieszały. A Mary, rzecz jasna, zostaje pięknością pięciogwiazdkową, bo poszła do dentysty i zaczęła używać toniku, nie, to co Jane, której urodę zjechały liczne ciąże oraz Elżbieta cierpiąca pod jarzmem małżeństwa z Darcym. Austen, która widziała dla Kitty i Mary takie zwykłe acz porządne partie, w grobie się przewraca. :)

      Usuń
    9. Właśnie o tym retellingu mówię -- chyba on się w ogóle nazywa jakoś w rodzaju "Emancypacja Mary Bennet". Ciągle nie wiem, czy się kusić, ale w sumie mam wrażenie, że chwytam ogólny zamysł: takie wywrócenie happy endu Lizzie i Jane pozwala w sumie czytelnikowi pokiwać głową, mówiąc "wiedziałem, że coś tam jest nie tak! za ładnie to wyglądało!", a nad Mary z kolei pokiwać z czymś w rodzaju "biedna, zaniedbana, a przecież drzemał w niej potencjał!". Inna sprawa, czy się z tym zgadzam ;). Ale jaskinie mówisz? Mnisi? No, to może być jednak książka warta uwagi ;).

      Usuń
  2. Scena jeziorkowa jest mniam. Tylko to nie na głowę działa, więc Ci nie wytłumaczę dlaczego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, to ja wiem ;). Tylko zastanawiam się, z czego to płynie? W sensie: co się właściwie dzieje w tej scenie, czemu nie Darcy w wannie?

      Usuń
  3. Zgadzam się z Hannah i też mi się wydaje, że twórcy pozostali wierni oryginałowi (chociaż ja serial też oglądałam w liceum - albo w ósmej klasie w Jedynce - TVN Style chyba jeszcze wtedy nie było ;) więc nie mogę się tu wypowiadać kategorycznie). Pan Bennet na prawdę nie jest takim sympatycznym, miłym i mądrym starszym panem, jak się go często maluje. Co ciekawe, w młodości padł ofiarą właśnie swojej żądzy (no więc nie dziwi, że Darcy sie tak przed tym broni) i zaślepiony ożenił się z kobietą, której jedynym atutem była uroda. Oczywiście żona intelektualnie nie dorasta mu do pięt, ale to nie usprawiedliwia jego stosunku do niej i do "głupich" córek. (Tak, w książce też to się tak o nich wyraża).

    Nie wydaje mi się jednak, żeby Darcym kierował wyłącznie pociąg seksualny. Tzn. na pewno w dużej mierze tak, ale sądzę, że się po prostu zakochał, wbrew rozsądkowi. Ile w tym jest pociągu czysto fizycznego, a ile innych uczuć to kwestia na inną dyskusję.

    Z tym "sam na sam": myślę, że jeżeli mężczyzna składał kurtuazyjną wizytę w domu, gdzie miał do tego prawo (bo nawiązywanie stosunków towarzyskich, kto pierwszy itd., też było ściśle określone), to oczywiście był przyjęty, nawet jeżeli jedyną osobą obecną w domu była panna. W ogóle wydaje mi się, że "nieprzyzwoitość" w tamtych czasach była jakoś inaczej definiowana niż współcześnie (to jest oczywiste - chodzi mi o to, że przyczyny, dla których coś było nieprzyzwoite mogły być inne, niż nam się dziś wydaje). Np. było wbrew dobrym obyczajom, żeby panna korespondowała z mężczyzną, który nie był jej krewnym lub narzeczonym (to wiemy z "Rozważnej..." i z "Mansfield Park"). Ale już rozmowa z mężczyzną, nawet sam na sam, nie była naruszeniem zasad - w każdym razie w pewnych okolicznościach. Wiesz, jak będę sobie powtarzać Austen, to specjalnie się temu przyjrzę. A drzwi zamykano zawsze, ze względu na przeciągi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie pan Bannet to wcale nie jest miły dziadunio -- zgadzam się. Zresztą tutaj bardzo dobrze jest to pokazane, to jego sarkanie, wcale nie takie dobre maniery, taką rezygnację "jestem ponad to", podczas gdy tak średnio jest ponad cokolwiek. Przy re-lekturze zwrócę uwagę na to, jak i co mówi, to na pewno. Bo motywy małżeństwa Bennetów pamiętam, przy czym zawsze mnie irytowało, że on w gruncie rzeczy wszystko i tak składał na nią, swojej winy widząc tyle ile.

      Mnie to tu uderzyło właśnie przez to, jak jest nakręcone. Bo jak jest w samej powieści -- to oczywiście na inną dyskusję :).

      Tak, to kolejna rzecz do zwrócenia uwagi przy re-lekturze. Ale tak po prawdzie, to chyba jednak czasy Austen nie były aż tak pruderyjne przy tym, co przyszło potem?

      Usuń
    2. Właściwie równie dobrze, a może nawet lepiej, można powiedzieć, że to pani Bennet miała prawo czuć się zawiedziona stroną w tym małżeństwie. W końcu poślubiła mężczyzną, który (zapewne) obiecywał wielbić ją do końca życia, a nie minęło wiele czasu, przybyło trochę zmarszczek czy tuszy, kiedy stała się jedynie obiektem jego docinków (w dodatku wygłaszanych przy dzieciach). Cóż innego mogła zrobić, jak tylko dobrą minę do złej gry i udawać, że tego nie dostrzega? Być może pani Bennet wcale nie jest tak głupia, jak się wydaje, może tylko przyjęła taką strategię przetrwania.

      Zapewne wiele się w tej kwestii zmieniło z nastaniem królowej Wiktorii. Pewnie nie można tak wprost tego tłumaczyć, ale przecież przykład idzie z góry, więc być może te obyczaje stawały się coraz bardziej surowe w miarę starzenia się i popadania w pruderię samej władczyni. Bo Książę Regent, pod którego rządami żyła Austen, to chyba znany był raczej z rozwiązłości. Nie twierdzę, że społeczeństwo go w tym naśladowało, ale z pewnością klimat był bardziej przyjazny dla pewnej frywolności.

      Usuń
    3. No klimat moze byl i rozwiazlosci sprzyjal, ale Austen niekoniecznie, a im dalej w las tym wiecej to widac. Zdaniem Przedpelskiej Trzeciakowskiej (w biografii Austen) Mansfield Park na przyklad jest manifestem jak prawdziwe, cnotliwe zycie powinno wygladac a nie ten rozwiazly przyklad z gory. Austen staje sie coraz bardziej purytanska z wiekiem. W Rozwaznej i romantycznej ucieczka do Szkocji jest bledem ale nie ma tej aury POTEPIENIA jaka sie roztacza w Mansfield Park na widok wykroczen przeciw Etykiecie i Zasadom.

      Usuń
    4. Oczywiście, w żadnym wypadku nie twierdzę, że Austen sprzyjała rozwiązłości :) A Księcia Regenta wręcz nie znosiła i konieczność zadedykowania mu "Emmy" była dla niej raczej niemiłym wyróżnieniem.

      Jednak "Mansfield Park" jest w ogóle bardzo inną książką od poprzednich i sądzę, że nie tyle chodzi tam o etykietę, co o moralność. Zauważ, że Julia Bertram postąpiła podobnie do Lydii Bennet, ale też jest to pokazane bardziej jako głupota niż występek. Co innego Maria - ona rzeczywiście została potraktowana bardzo surowo.

      Usuń
    5. To juz w ogole temat na osobna dyskusje jest. I naprawde mnie sie wydaje ze chodzi o etykiete i pozory, a nie o prawdziwa moralnosc. To znaczy ze Austen chciala pokazac ze o moralnosc chodzi, ale wyszlo krolestwo hipokryzji pod przykrywka milosci blizniego. Fakt, ze potepia sie na przyklad siostre, ktora nie miala nic wspolnego z wystepkiem brata. W czambul. Fakt, ze chodzi przede wszystkim o to, ze zupa sie wylala, skandal sie wydal i nie ma mozliwosci zatuszowania. (Julii owszem zostaje wybaczone, w zasadzie wylacznie dlatego, ze skandal udalo sie zatuszowac malzenstwem). Fakt, ze rodzina w calosci wyrzeka sie corki, ktora zgrzeszyla i ona, ta rodzina nurza sie w przekonaniu jakie to sluszne i chrzescijanskie jest. W ogole moglabym dlugo. Ale to moze jak juz Pyza o Mansfield... napisze :)

      Usuń
    6. @Tarnina, bardzo mi się podoba ta odwrócona interpetacja postaci pani Bennet. Bo po prawdzie to było jednak niedogadanie z dwóch stron, oni się wzajemnie rozczarowali. I może stąd taki a nie inny sposób działania, żeby przetrwać -- i jeśli tak, to pani Bennet lepiej sobie z tym radzi od pana Benneta. Z drugiej strony i ona komentuje jego zachowanie przy córkach, więc są kwita.

      @Tarnina, @Hannah, dzięki Wam za tę dyskusję o rozwiązłości i jej braku. Z chęcią doczytam, jak to było z tym Księciem Regentem ;). Przy czym no właśnie, ta nieprzyzwoitość jest tu zdaje się kilku natur, czy może jednej -- seksualnej -- ale ponakładanej na inne: wychowanie, pozycję społeczną, płeć, i tym podobne?

      @Hannah, przesuwam sobie wyżej "Mansfield..." w kolejce. Najpierw na pewno idzie "Rozważna i romantyczna", bo mam papierowy egzemplarz, ale potem reszta powieści na czytniku dzięki Gutenbergowi, a tam "Mansfield..." już czeka :).

      Usuń
    7. Hannah - fascynuje mnie to, jak różnie można odczytywać powieści Jane Austen, a "Mansfield Park" chyba wzbudza największe kontrowersje. Ja też mogłabym długo i już się cieszę na dyskusję, jak tylko Pyza o tym napisze. Pyzo - kiedy? :)

      Usuń
  4. A) Pan Bennett jest idealny. Jest dokładnie tak apatyczny jak w książce
    B) Dla mnie wszyscy są idealnie tacy jak w książce - oprócz pani Bennett. Z tymże dla mnie to kwestia maniery aktorki niż napisanej roli.
    C)Uwielbiam za to, że tam jest mnóstwo dialogów i tekstów słowo w słowo zapożyczonych z książki
    D) Jedyne czego ja się czepiam, to tego że dom Bennettów za ładny jest. Oni przecież dość biedni byli (w obrębie swojej klasy). Za to jedno lubię ekranizację z Kierą Knightley: kury na trawniku, mnóstwo elementów modnych w końcu XVIIIw itp. Tutaj wszystko zbyt bez zarzutu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałabym też, że a(nty)patyczny ;). Ale będę się na ten temat dalej wypowiadała -- co do książkowej postaci -- w poście o książce, jak powtórzę :). Przy czym właśnie ta maniera odwtórczyni pani Bennet mi pasowała do tego, jak tę postać w serialu napisano (i teraz chodzę i wzdycham "oh, mister Collins...!", tak to pięknie zostało zagrane ;)).

      Mówisz, że za ładny? To ciekawe, bo myśmy oglądając z Domownikiem przy co drugim zbliżeniu na Longbourn zachwalali, że taki on jakiś odrapany i zaniedbany, i że ten pan Bennet taki niezaradny, chyba by go było stać na remont ;).

      Usuń
  5. Pan Bennet zawsze siedział u mnie w szufladce z innymi bohaterami, z którymi miło zjeść obiad i pokonwersować po obiedzie, ale mieć takiego typa w domu na stałe to tragedia. Coś jak fontanna w kuchni - nie dość, że zwykły zlew wygodniejszy, to jeszcze cały czas na podłodze nachlapane. Do tej kategorii dorzuciłabym jeszcze Obłońskiego z "Anny Kareniny" i Jolyona z "Sagi rodu Forsythe'ów" - gatunek "mężczyźni klubowi", czyli tacy, co dobrze się sprawdzają w gawędzeniu z kumplami i prezentowaniu w szeroko pojętym świecie, natomiast w do roli ojca/męża/syna nadają się jak ryba do latania.
    Z regułami dobrego zachowania to zawsze problem, bo one dla ludzi, którzy z nimi żyli jak powietrze. I, jasne, można próbować to zrekonstruować, ale zawsze będzie to tylko taka makieta. Bo niby piszą tak, ale tu ktoś inny tak, i to są wyjątki od wyjątków. Christie, wspominając różnice w podejściu do panien na wydaniu w Anglii i Francji (belle epoque w rozkwicie, I WŚ za rogiem), sama dziwi się, dlaczego mogła spędzać z młodym człowiekiem godziny sam na sam, dajmy na to, na polu golfowym, na spacerze czy na przejażdżce konnej w terenie, ale już wspólne picie herbaty w bufecie po przedstawieniu - to w żadnym wypadku. Z tym, że w ekranizacjach to jednak jedziemy po wierzchu - zresztą, słusznie, bo inaczej by się człowiek całkiem pogubił. Sama się przekonałam, że uwspółcześniania mało mnie dotyka, to raczej kwestia, czy całości się podoba, czy nie. W związku z tym w "DiU" z Kinghtley drażnią mnie wstążki i brak kapelusza, w w "Emmie" z Garai walanie się bohaterów po trawnikach i innych elementach architektury ogrodowej przyjmuję z oklaskami.
    Co do sceny jeziorowej to się nie wypowiem, bo, faktycznie, jak wyżej, to nie z głowy wynika. Mnie akurat nie bierze. Za to ciekawa jestem, czy to, że Darcy non stop stoi przy oknie/wygląda przez okno/podchodzi do okna, to też jakaś zamierzona interpretacja, czy po prostu tak wyszło.
    Czekam na opinię co do ekranizacji z Knightley, za którą, prawdę mówiąc nie bardzo przepadam. Strasznie dramatycznie wyszła, a takie rozbuchanie pasuje mi do bohaterów Bronte, a nie do Austen. Na marginesie Bronte i robótek, proszę, nie minie latek parę, a w modę wejdą bohaterki, które zazdroszczą facetom możliwości zajęcia się czymś konkretnym, a modlitwy będą wznosić, żeby Bóg im zesłał nową robotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, o, o. Pogadać przy wizycie u krewnych, ale niekoniecznie się wżeniać. Zastanawiałam się, kogo by tu dorzucić, ale teraz nikt mi do głowy nie przychodzi (Obłoński -- wielkie tak; Lewin jeszcze też, poniekąd).

      Prawda -- właśnie przy pisaniu posta się tak nad tym zastanawiałam, że w sumie trudno dojść, bo żadne reguły nigdy nie są takie sztywne, nawet w niewiadomo jak rygorystycznym społeczeństwie -- tylko że tego z samej historii nie widać, bo jednak regułami opisuje się lepiej, niż wyjątkami, dany stan. Przy czym z tym uwspółcześnianiem mam tam, że nie zarzucam mu wiele, póki nie jest to skórka za wyprawkę. A to już oceniam zwykle indywidualnie ;). O "Dumie i uprzedzeniu" z 2005 będzie, jak tylko zlokalizuję DVD :). Oglądałam ją strasznie dawno!

      Mnie się wydaje, że z tym oknem to raz, że dla światła, a dwa, żeby podkreślić jego obcość w każdym towarzystwie -- że zawsze pod ścianą, z boku, a do tego tak pół tu, a pół tam, bo przecież okno to taki łącznik, wygląda w inną przestrzeń. Co zaś się tyczy sceny jeziorkowej -- rozumiem wymiar, ale zastanawiam się nad jej popularnością. Jak pytałam wyżej: dlaczego ta, a nie wzdychający Darcy w wannie? Może mam zbytnią skłonność do analizy, ale mnie to frapuje od lat.

      Usuń
    2. Może ta wanna mało romantycznie się kojarzy (scena wannowa brzmi jednak gorzej, niż scena jeziorkowa :)). Poza tym, po scenie jeziorkowej następuje interakcja z bohaterką, podczas gdy po scenie wannowej bohater li i jedynie kontempluje bohaterkę przez okno. No i bohater wreszcie wychodzi na zwykłego człowieka, co to mu się robi głupio, bo ciuchy nie takie i włos na głowie ociekający, a nie jedynie prezentuje się godnie i dumnie w szlafroku.
      Mnie zawsze w tej wersji "DiU" dość odległa od oryginału wydawała się Charlotte. To znaczy, w książce ona wychodziła za Collinsa z takiej nieudawanej desperacji i braku jakichkolwiek perspektyw, a w filmie robi to ze zwyczajnego rozsądku i niechęci do uganiania się za jakimiś Bingleyami, do których stoi kolejka jak za kawą w PRL. Nie żeby to był zarzut, ot, po prostu reżyser sobie zmienił koncepcję. Z innych koncepcji to podobała mi się pani Phillips zrobiona na taką starszą panią, co nadal sądzi, że ma lat naście i takoż się ubiera oraz zachowuje. Powiedziałabym, że przy niej człowiek zaczyna widzieć plusy pani Bennet.

      I też mam wrażenie, że jednak późny wiktorianizm najbardziej zasznurował kobiety.

      Usuń
    3. @ann-wlkp, myślę, że wszystkie te powody popularności sceny jeziorkowej mają znaczenie, ona jest trochę zabawna (to późniejsze spotkanie i rozmowa są cudowne; poza tym chyba jednak potrzebne było, dla współczesnego widza i ze względu na nieco inne działanie narracji filmowej niż książkowej, lekkie podkręcenie niezręczności sytuacji), trochę wzruszająca (ja w niej zawsze widziałam nie - albo: nie tylko - studzenie zmysłów, ale raczej taki powrót do domu, chęć przywołania choć na chwilę spokojnych chłopięcych czasów, kiedy te wszystkie akcje były odległą przyszłością, której nawet sobie nie wyobrażał), trochę seksowna... Oprócz tego - czasem po prostu pojawia się... magia. Czy w jakiejś scenie filmowej, czy we fragmencie teksty, czy w utworze muzycznym - jest i tyle, nie wiadomo skąd się bierze. A sceny z wanną zupełnie, ale to zupełnie nie pamiętam. Nawet teraz, kiedy o niej czytam, nie potrafię jej, w przeciwieństwie do wielu innych (nie tylko jeziorkowej), przywołać w pamięci (fakt, że oglądałam dawno, kiedy w latach 90. leciało w TVP, potem tylko jeden czy dwa odcinki).

      Usuń
    4. @ann-wlkp, @Procella, wiedziałam, że mogę liczyć na przybliżenie fenomenu :). To znaczy w kontekście scena jeziorkowa faktycznie jest ciekawym rozwiązaniem i takim z tych "działających" w sensie: pozbawiamy Darcy'ego jego sztywnego uroku nie przez to, że zmienia swoje zachowanie, ale przez to, że trudno być wyniosłym dżentelmenem w mokrych spodniach (przy czym podoba mi się ta myśl o tym, że to jeszcze odsyła do chłopięcych lat bohatera!). Może trochę zbyt krytycznie na tę scenę patrzyłam, a ona w kontekście epoki gra swoją rolę nieźle? Chociaż nadal więcej cielesności, moim zdaniem, widać w scenie z wanną (pierwszy odcinek, podpowiem ;)).

      @ann-wlkp, a właśnie, z Charlotte póki co, z tego co oglądałam, najlepiej sobie poradzono w "The Lizzie Bennet Diaries". Problem z Charlotte w tej wersji BBC polega na tym (między innymi), że okazuje się jej przyjaźć z Lizzie dość powierzchowna, a na to nałożone są wszystkie uprzedzenia, które z Charlotte potem wychodzą (na przykład w sytuacji z Lydią). Przy czym jasne, część poznajemy przez mało wiarygodne usta pana Collinsa, ale i Lizzie mówi coś w rodzaju, że teraz Lucasowie -- w tym Charlotte -- muszą tryumfować. A wycofana Charlotte potęguje jeszcze -- we mnie -- to wrażenie. A Charlotte z 2005 w ogóle nie pamiętam!

      Usuń
    5. A ja się zastanawiam, czy popularności "sceny jeziorkowej" nie należy przypisać w głównej mierze Helen Fielding, która jej taką właśnie renomę wyrobiła w "Dzienniku Bridget Jones" (który zresztą sam w sobie jest współczesną wersją "DiU"). Bo, szczerze mówiąc, ja tej sceny z oglądania serialu w ogóle nie pamiętam - ale może za młoda wtedy byłam ;)

      Charlotte z 2005 jest świetna :)

      Usuń
    6. Scena jeziorkowa zachwyciła mnie na długo przed poznaniem Bridget Jones.Raczej bym przypuszczała, że Fielding wykorzystała jej popularność.

      Usuń
    7. @Tarnina, no właśnie ja tę scenę znałam z "Dziennika..." (też koniecznie do powtórzenia, bo jednak od liceum wiele mi się z niego zapomniało, oj wiele) i dlatego przy oglądaniu zwróciłam na nią uwagę w pierwszej kolejności. Przy czym to jest bardzo ciekawe, co mówicie z @Procellą, kto wykorzystał popularność czego. Bo jeśli mnie pamięć nie myli, to Bridget chodziło o to, żeby popatrzeć na Colina Firtha w mokrej koszuli przylepionej do ciała. I w sumie dlatego się dziwiłam, że nie scena w wannie, botam jest nawet Firth bez koszuli ;). Ale to wyjaśnienie z całym konceptem budowania sceny wokół tej mokrej koszuli jest, moim zdaniem, przekonujące.

      Usuń