Jak nauczyłam się czytać albo wpis o dwa dni przesunięty


Mieliśmy przedwczoraj Dzień Alfabetyzacji, na co zwróciła mi uwagę Tarnina – idealny dzień na wpis. Z alfabetyzacją jest właściwie tak, że bardziej kojarzy się ze swoim przeciwieństwem: mówimy raczej o poziomie analfabetyzmu, niż odwrotnie. Czasami pojawia się okrzyk o wtórnym analfabetyzmie, w jaki popada nasze społeczeństwo i tego rodzaju sprawy. Natomiast o samej alfabetyzacji mówimy raczej rzadko.


Bo co to właściwie znaczy, że uczymy się czytać? W podstawowym wymiarze chodzi oczywiście o naukę liter i umiejętność ich składania. Wspominałam Wam kiedyś, że miałam cztery lata, kiedy osiągnęłam ten pułap umiejętności, śledząc przygody Ali i jej psa (tak, uczyłam się czytać na elementarzu Falskiego), chociaż wolałam grać w karty, ale cóż było robić (dlatego nie jestem wytrawnym karciarzem, za co obwiniam edukację czytelniczą). Zresztą – powody, dla których uczono mnie czytać były bardzo interesowne: chciano mnie przekonać, żebym sama sobie czytała książki, zamiast zadręczać tym rodzinę (nie udało się jeszcze przez czas dłuższy).

Tyle że, no właśnie, jak widać po powyższym przykładzie, nauka czytania to niekoniecznie nauka składania liter w słowa, a słów w zdania. Bo żeby czytać, dla przyjemności, potrzeba jednak czegoś więcej. Czego?


 Jessie Willcox Smith, "Fairy Tales" (II połowa XIX wieku).

  1. Odpowiedniej zachęty? Wcale nie jest tak, że nauczymy dziecko czytać, damy mu Konopnicką i sprawa załatwiona. Bo pod "zachętą" możemy rozumieć różne rzeczy, mnie się wydaje, że dobór odpowiedniej lektury jest tu jak najbardziej wskazany. Tyle że znowu: nie wiem, czy istnieje uniwersalna recepta. Wyrosłam na książkach starych, do dzisiaj nowości budzą we mnie pewną ekscytację, bo pojawiają się w moim zasięgu znacznie szybciej niż kiedyś (kiedy to właściwie się nie pojawiały, bo były to czasy, kiedy wiejskie biblioteki mnie zaopatrujące raczej nie miały wielkiego budżetu). Przez to czytałam książki, jakimi ekscytowali się raczej nie moi rówieśnicy, ale pokolenia starsze. Chociaż było tam sporo "uniwersalnej" klasyki (LMM chociażby), to czytałam z zapałem wszystko z serii "Biblioteka Młodych" (kocham tę serię  i chyba nie jestem w tym sama – mam nadzieję?), mimo że realiami odstawało od mojego doświadczenia.

  2. Przykładu? Jak wspominałam, czytano mi dużo, natomiast w domu, w którym się wychowałam, czytało się poza tym niewiele. Toteż możliwe, że jestem jakimś dziwnym egzemplarzem, ale wydaje mi się, że duże znaczenie ma tutaj sam charakter czytającego i to, w jaki sposób się mu czytanie reklamuje. Poza samą nauką nikt mnie do czytania nie zmuszał, częściej słyszałam raczej odwrotne "już byś przestała czytać, porobiła coś innego", więc może zadziałała przekora? Myślę od tym od lat przy każdej wszczynanej na nowo dyskusji o czytaniu i nieczytaniu, i powiem Wam, że nie mam pojęcia, co sądzić.

  3. Warunków? Trudno sobie wstecznie uświadomić nasze estetyczne zapatrywania na książki w dzieciństwie, ale jestem niemal pewna, że gdyby "Biblioteka Młodych" w mojej bibliotece była w stanie bardzo złym, to aż tak entuzjastycznie bym po nią nie sięgała. Ergo: rozumiem, że ktoś nie chce czytać starych książek. To znaczy inaczej – nie rozumiem na tym poziomie emocjonalnym, bo stare książki są cudne (mówi Wam to osoba, która w poniedziałek siedziała w piwnicy i wraz z Domownikiem zapełniała takimi książkami do ocalenia skrzynki, więc o starych książkach jeszcze będzie – a nie żadnych unikatach nawet przecież), ale rozumiem motywy. Bo ładnie wydana, kolorowa książka z ilustracjami może przemawiać do takiego czytelnika-w-procesie-tworzenia bardziej niż coś starutkiego. Potem dopiero człowiek docenia nieco inną estetykę (jak ja się bałam ilustracji Ewy Salamon, a teraz je uwielbiam!). Ostatnio, jeśli chodzi o lektury szkolne, poruszyła ten temat Gryzipiór. Przy czym dla mnie czytanie i związane z nim przeżycia to coś, jak sobie zdałam sprawę, kształtującego się przed szkołą, czytanie lektur nałożyło mi się już na pewien wykształcony wcześniej stosunek do czytania w ogóle (może dzięki temu przeczytałam je wszystkie).

  4. Spokoju? Zastanawiam się, jako już się rzekło, co sprawiło, że czytałam i zostało to mi do dzisiaj. W dodatku, chociaż czasem na tej i owej książce utknę albo załapię czytelniczą niemoc, czytam dosyć szybko (kiedy jakoś kilka lat temu odkryłam artykuł o tym, że połączenia neuronalne, jakie wykształcają nam się w mózgu na skutek czytania, mogą zanikać, kiedy czas dłuższy nie czytamy – przez co zaczynamy czytać wolniej – to postanowiłam sobie, że czytać będę, kiedy mogę i chcę). Przy czym nie wiem, czy to kwestia tego, że w dzieciństwie nie miałam przeróżnych "rozpraszaczy". Jasne, nie miałam internetu, ale jak wiadomo internet może sprzyjać czytaniu (ileż ja przeczytałam dzięki temu, co znalazłam w jego okołoksiążkowych otchłaniach!), miałam za to telewizję, różnego rodzaju gry oraz osoby, które lubiły mnie od czytania odciągać (zapewne dzięki nim nie wyglądam jako ta bladolica osóbka z podkrążonymi oczyma). Myślę więc, że to raczej kwestia takiego wewnętrznego spokoju. Poza tym, jak to często tu powtarzam, staram się też zachowywać spokój, kiedy myślę o czytaniu – że tyle książek, że tylu nie czytałam, i tak dalej. Jak mawia się u mnie w domu, jedyne, co nas może w takiej sytuacji rozedrgania wewnętrznego ocalić, to spokój i dobre odżywianie.

Nie są to więc składne przemyślenia i porady, a raczej garść ogólnych impresji o nauce czytania. A co Wy sądzicie na ten temat? Jakie są Wasze doświadczenia w tej materii?

Weź dokładkę!

11 komentarze

  1. Ja się nauczyłam czytać na komiksach. Rodzice mi podrzucali, żebym rozwiązywała detektywistyczne zagadki pt połącz obrazek z tekstem.
    Bardziej jestem im jednak wdzięczna za tzw. edukację wizualną - miałam problemy z oskrzelami, często chora byłam i do łóżka podrzucano mi albumy zbiory Luwru, zbiory Ermitażu itp. Jeśli teraz się"znam" i umiem oglądać, to myślę, ż właśnie dlatego i wszystkim polecam moich rodziców metodę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że coś w tym jest? Co prawda nie miałam okazji w dzieciństwie oglądać takich albumów (miałam za to kilka encyklopedii sztuki dla dzieci i spędzałam przy nich mnóstwo czasu), ale uwielbiałam wpatrywać się w takie wieloelementowe ilustracje, na których w każdym rogu coś się dzieje, gdzieś się snuje jakaś historia główna, ale wokół jest mnóstwo mniejszych, epizodycznych, gdzieś ktoś coś kupuje, tam biegnie pies, komuś wiatr zerwał z głowy kapelusz i tak dalej. Do dzisiaj zresztą to lubię, bardzo kreatywne z tego zajęcie, bo uczy samemu sobie dopowiadać pewne wątki :).

      Usuń
  2. Ja też się zastanawiam, jak to z tym wpływem rodziców naprawdę jest. Mam wrażenie, że w tej odwiecznej dyskusji o czytelnictwie trochę go przeceniamy, bo właściwie dlaczego dziecko miałoby chcieć naśladować rodziców? Dorośli są nudni, chodzą do pracy i mają mnóstwo obowiązków; światem dziecka jest zabawa i dopóki nie odkryje, że literatura także nią jest, raczej nie będzie chciało czytać (moim zdaniem oczywiście). Do tego, jak zauważyłaś, dochodzi charakter dziecka, które może być np. bardzo energiczne i towarzyskie, i wtedy niewielka jest szansa, że usiedzi z książką na kanapie, choćby nawet jego rodzice codziennie zaczytywali się noblistami.

    Bardzo, bardzo mocno wierzę, że kluczową sprawą jest mądry dobór lektur. Marzy mi się taki popularny, ogólnodostępny portal literacko-pedagogiczny o literaturze dziecięcej, na którym byłyby porady dotyczące tego, co i jak czytać dzieciom, jaką lekturę dobrać do możliwości poznawczych, wrażliwości i emocjonalnych potrzeb dziecka albo które książki mogą mu pomóc w trudnym momencie życia. Żadne tam "Śpiąca Królewna - najpiękniejsza opowieść o miłości!", tylko mądry, rzetelny przewodnik uwzględniający także tę nowszą, kontrowersyjną często literaturę dla dzieci.

    A, i co do rozpraszaczy: spotkałam się kiedyś z radosną tezą, że jedynym sposobem zmuszenia dziecka do czytania jest zabranie mu komputera i odłączenie telewizora. Nie wdając się w kwestię, czy to już przemoc, czy jeszcze nie, uważam to podejście za rozpaczliwie nieaktualne i oparte na zupełnie fałszywych przesłankach. Raz, że pozbawia dziecko dostępu do tej najnowszej, najbardziej dyskutowanej kultury. Dwa, że współcześnie różne dziedziny kultury się przenikają (książki i komiksy się ekranizuje, do gier pisze się sequele w formie powieści itd.) i myślę, że dziecko, które wciągnie się w jedną z tych dziedzin, znacznie łatwiej zainteresuje się też kolejną, i kolejną, i kolejną, aż dojdzie do tak upragnionych przez rodziców książek. "Chcesz, żeby Twoje dziecko czytało? Kup mu komputer!". Coś w tym rodzaju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja właśnie odkryłam, ze czytanie jest zabawą dlatego, że w moim domu to był główny sposób spędzania wolnego czasu. Widziałam, ze to przyjemność. Na zasadzie: koniec roboty i nudnych obowiązków, teraz czas na przyjemności, czyli książkę/gazetę. Zresztą nauczyłam się czytać bardzo szybko i to było dla mnie naturalne.

      Usuń
    2. @Alicja i @Procella, właśnie -- bo to się wydaje bardzo zdroworozsądkowym stanowiskiem ("czym skorupka za młodu" i tak dalej), ale jednak człowiek lubi czerpać z własnego doświadczenia, a ono jest często zupełnie różne. Mnie czytano, ale w domu się tak poza tym raczej nie czytało. Do biblioteki zapisałam się w I klasie szkoły podstawowej, bo nas zapisywano, więc tego uwielbienia dla bibliotek też nie wyniosłam z domu. I tak dalej, i tak dalej. Także tutaj na dwoje (jeśli nie na więcej) babka wróżyła: może dziecko się zarazi czytaniem, bo uzna, że to fajne, skoro wszyscy w domu czytają, może odwrotnie (a znam i takie przypadki), będzie taki sposób spędzania czasu kontestowało, może będzie uwielbiało czytać, choć jest z "nieczytającego" domu. Chyba to po prostu jest zbyt wieloelementowa układanka, żeby ją sprowadzać tylko do jednego czynnika jako tego decydującego.

      @Alicja -- taki portal! Marzenie! Z chęcią bym nawet w czymś takim uczestniczyła, bo to jest ogromne pole możliwości też do tworzenia ciekawych treści, zestawień, o poznawaniu książek nie wspominając. Nic, tylko pisać o grant do Ministerstwa Kultury! Bo pomysł jest cudowny! (I serio mówię, to jest doskonała myśl)

      A co do tego telewizora -- no właśnie, też się nad tym czasem zastanawiam. Bo zawsze byłam takim dzieckiem, co to dużo ogląda, ale nie rezygnuje z czytania. Gra, ale czyta. Tylko tu znowu jest zapewne wiele dróg i mierzenie swoim przykładem może prowadzić na manowce. Zapewne można i tak, i tak, i jeszcze inaczej dojść do czytania :).

      Usuń
  3. Ja nauczyłam się czytać w szkole, rodzice najwyraźniej nie uważali, by to była konieczna umiejętność we wcześniejszych latach. ;) Nikt u mnie w domu nie lubi czytać, nie kupuje książek. Widząc różne dyskusje dotyczące czytelnictwa i rady, jak zachęcić dzieci do lektury, myślę czasem, co mnie przyciągnęło do biblioteki. I wydaje mi się, że dużą rolę odgrywa charakter. Jestem jedynaczką, przyzwyczajoną do samodzielnej zabawy, i osobą samotną. Najpierw przesiadywałam na korytarzach, bo nie umiałam się dogadać z innymi, zamykałam się w toaletach i pisałam pamiętnik, a potem odkryłam książki. :) Zaczęło się od historii o nieudacznikach, nielubianych przez nikogo dzieciach, którym nic nie wychodzi (pamiętam np. Bastiana Baltazara Buksa). Później doszedł dodatkowy czynnik sprzyjający lekturze: długotrwały pobyt w szpitalu.
    No i nie mogę nikomu doradzać, nie życzę nikomu równie smutnych doświadczeń, rodzice też nigdy nie wiedzą, co odpowiedzieć, kiedy ich znajomi pytają, co robią/robili, że ja tak często chodzę do biblioteki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to też chyba kwestia tego właśnie, "jak" czytamy. To znaczy co widzimy, kiedy czytamy, jaki to na nas wpływ wywiera, co z tego dla siebie bierzemy i tak dalej. Nie wiem nawet do końca, jak to opisać, ale często się zastanawiam, czy innym w głowie wyświetla się cały film, kiedy czytają, czy właśnie nuży ich to, bo słowa nie zamieniają się w obrazy albo się zamieniają, ale montaż jest nie taki ;). Także zgadzam się, że ogólna "konstytucja psychiczna" musi mieć tutaj duże znaczenie. I też spędziłam sporo czasu na korytarzach, czytając ;).

      Usuń
  4. U mnie rodzice i bracia też mało czytali, więc z domu tego nie wyniosłam. Nikt mnie nie zniechęcał oczywiście, chociaż teraz, jako dorosła, moja mama uważa, że czytam "za dużo". Wolałaby, żebym oglądała więcej telewizji (sic!). Co zrobić ;).
    Myślę, że u mnie ważną rolę odegrało otoczenie. Miałam koleżanki z którymi mogłam o książkach porozmawiać, wymieniałyśmy się opiniami. I wcześnie trafiłam na książki, które mnie zachwyciły (jak np. Szara Wilczyca Curwooda). Nawet jeżeli miałam okresy kiedy czytałam mniej, to zawsze do książek wracam i nie sądzę, żeby to się mogło zmienić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektóre rzeczy w telewizji są przecież fascynujące ;). Ale to też kwestia upodobań, mnie się dużo łatwiej czyta niż ogląda, chociaż uwielbiam oglądać (niekoniecznie telewizję), z tym że łapię się na tym, że do filmu/serialu muszę mieć nastrój, po książkę mogę sięgnąć zawsze, podczytać, najwyżej odłożę z powrotem na półkę.

      A wiesz, że ja z kolei walczyłam z Curwoodem strasznie i pamiętam takie ferie, gdzie nie miałam już ze sobą żadnych "wolnych" książek do czytania -- Babcia mi poradziła, żeby zapytała sąsiadów, czy mi czegoś nie pożyczą. I tak poznałam "Pollyannę" i Curwooda właśnie (już nie pamiętam, co dokładnie, ale jak ja się na tym Curwoodzie wymęczyłam!) ;).

      Usuń
  5. W moim domu rodzinnym czytanie było poważane i większość mojego rodzeństwa nauczyła się czytać w przedszkolu. Ja byłam "opóźniona", bo opanowałam tę umiejętność w stopniu zadowalającym dopiero w szkole. Zawsze uważałam czytanie za przyjemność i żadna szkoła nie zdołała mi tego obrzydzić. Ech, to były czasy bez fejsbuka i smartfonów, i wielu innych rzeczy, a czytanie było dla mnie po prostu najbardziej dostępną rozrywką. No i tak już zostało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie z internetem, ale z innymi rozrywkami miałam dużo do czynienia w dzieciństwie, a mnie nie zepsuły ;). I w tym sensie myślę, że wcale nie muszą się przyczynić do tego, że dzieci mniej czytają -- a przynajmniej nie w pierwszym rzędzie. Pamiętam taką anegdotkę z dzieciństwa, kiedy jakiś przybysz z miasta zastanawiał się, czemu tyle czytam i padła odpowiedź (kto ją dał? nie pamiętam), że dziecko na wsi się nudzi, do niczego nie ma dostępu, to przynajmniej jest dobrze oczytane ;). Nie zgadzam się z tym do końca, ale z perspektywy czasu, jak widzę, że dostęp był do wielu rzeczy jednak, bawi mnie trochę nadal ta historia ;).

      Usuń