Kot, ha! Albo o „Jak wytresować kota” D. Ratajczaka



Trudno jest napisać zabawną książkę. A jeszcze trudniej, mam wrażenie, kiedy twój wydawca stwierdzi, że ma być Jeszcze Bardziej Zabawna. Dzisiaj będzie krótko o książce, którą jakiś czas temu przywiozła nam Mama Domownika, mówiąc: zobaczcie, może coś wam powie o waszym kocie! I powiedziała – ale o tym na koniec.

„Jak wytresować kota” – zadanie równie możliwe, co tresura smoka, a może nawet jeszcze mniej – to tytuł książki Dawida Ratajczaka. Samą książeczkę czyta się naprawdę przyjemnie. Napisana jest lekko, ze swadą, a większość żartów jest ogolonych na gładko (naliczyłam może ze dwa-trzy brodate, a i one w większości są nieźle ograne). Autor bawi się językiem, pisząc na przykład, że „gruby kot nadal jest szybki, tylko krócej” albo że trzeba uważać przy odchudzaniu kota na efekt jo-jo. Z dodatkowym jo.

I chyba to najbardziej w książce bawi. Zasadniczo można z tym żartobliwym poradnikiem spędzić bardzo miłe popołudnie. Widać, że autor lubi koty i wykazuje spore zrozumienie dla różnych mrocznych zakamarków ich dusz – dochodzi do tego kilka sensownych porad, chociaż spójrzmy prawdzie w oczy: to nie jest typowy poradnik i na przykład jeśli martwicie się, że Wasz kot kicha, to raczej nie tutaj skierujecie swoje kroki (chociaż autor na pewno ma w zanadrzu chytrą odpowiedź, która utrze kotu nosa).


O tej książeczce dzisiaj mowa. Źródło.


Ale nie wiem właściwie dlaczego wydawca książki (książeczkę wydało wydawnictwo Skrzat – ogólnie bardzo im się chwali, że wydało, tylko że czemu tak?) zdecydował się na taki dziwny sposób wydania jej. Bo o ile czyta się ją miło i od czasu do czasu uśmiecha pod nosem – albo śmieje w głos, co mnie się w każdym razie zdarzyło, a że poczucie humoru to raczej uniwersalne i nieinwazyjne, to myślę, że i Wam by się zdarzyło – to na koniec każdego rozdziału dostajemy rysunek kobitki i wielkimi wytłuszczonymi literami jakąś wyjątkowo dowcipną frazę z rozdziału. Na mnie robiło to wrażenie powtarzania dowcipu, bo jeszcze ktoś nie zrozumiał, więc Powiedzmy Go Głośno Na Wszelki Wypadek Jeszcze Raz. Książeczkę kończy zaś wyliczanka, czemu kot jest lepszy od kobiety/mężczyzny/dziecka/psa i w sumie muszę powiedzieć, że na tym też się nacięłam, jako że mocno te wizerunki są stereotypowe.

To znaczy jasne, żart buduje się często na wyraźnych środkach, żeby miał siłę rażenia (Wenn ist das Nunstück... Ekhm), ale mam też wrażenie, że autor świetnie się czuje w subtelniejszych i czasami niedopowiedzianych dowcipach, więc ta końcówka (oczywiście, że wrzucona przez wydawcę na skrzydełka okładki!) jest zupełnie niepotrzebna. Co innego test, jakim właścicielem kota jesteśmy – ten jest naprawdę zabawny i zanim go zrobiłam do końca, nieźle się uśmiałam (na szczęście okazuje się, że mam do Kota racjonalny stosunek, chociaż może źle, że nie daję się unosić romantycznym porywom serca w kierunku kocim szczególnie i ogólnie).

Ale że ponarzekałam na wydanie, to powiem jeszcze, co mi się w nim podobało: rysunki kotów. W większości bardzo pomysłowe, pokazujące koty mroczne, wesołe, tłuściutkie i wyginające grzbiet, tudzież ratujące się pazurami przed spadnięciem ze strony. A podobały mi się one też dlatego, że podkreślały lekki ton książki, zamiast grzmocić mnie po głowie powtarzaniem dowcipu.

Po lekturze zaś doszłam do wniosku, że mój Kot jest kocim aniołem, bo tak z ¾ groźnych okołokocich zjawisk opisanych – jasne, z przymrużeniem oka, ale i z ziarnem prawdy – w książce nas na szczęście (tfu, tfu!) nie dotyczy. Może ma dobry charakter? Pozostaje w to wierzyć i trzymać kciuki, żeby mu się nie zmienił. A czy spodoba się „Jak wytresować...” osobom kota nie posiadającym? Myślę, że tak, ale nie wiem do końca: jednak niektóre rzeczy rozumie się, kiedy się z czworonogiem przybywa czas jakiś, więc chociaż krótki kontakt z kotem jest wskazany przed lekturą.

I przymknijcie oczy na te końcówki rozdziałów. A Wy czytaliście może? Jeśli tak, to wiecie, że z chęcią porozmawiam!

Weź dokładkę!

7 komentarze

  1. "Jak wytresować kota" - sam tytuł sugeruje wyraźny związek z literaturą fantastyczno-naukową ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;)

      A wiecie, że nasz Kot nauczył się dwóch komend (jedzenie ma w tym swój udział, ale bez jedzenia też działa), czyli "siad" i "poproś"? W pewnym momencie co prawda uznał, że zapewne obydwie znaczą "chodź, idzie żarełko", ale w końcu się zorientował ;). Więc trochę sf, ale że -- jak pisał Pratchett -- my żyjemy w sf... ;)

      Usuń
    2. Moja przychodzą jak zagwiżdżę :). Też skojarzenie z żarełkiem. Do "siad" też kiedyś dojdziemy, na razie ćwiczymy schodzenie z szafek na komendę.

      Usuń
    3. Ale ekstra! Mój z przychodzeniem ma problem, a z szafek schodzi, jak się wstanie i groźnie powie "ej" ;). Jakbyśmy doszli do samego "ej", bez wstawania, to bym nie płakała ;). Masz może jakieś rady w tym zakresie?

      Usuń
  2. Książki o kotach, zwłaszcza te bardziej beletrystyczne, są dobre same w sobie, nie trzeba ich "poprawiać" ani "ulepszać" :). Tej jeszcze nie znam, ale swego czasu strasznie podobał mi się "Kot w stanie czystym" Pratchetta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koty są wdzięcznym tematem, chociaż same bywają niewdzięczne ;). Właśnie "Kota..." jeszcze nie czytałam i nie wiem, z jakich powodów, muszę się w końcu wybrać do biblioteki i wrócić z egzemplarzem.

      Usuń