Lemat-o #17: Apsik - nie do końca na zdrowie albo o „Katarze” S. Lema



To zagadka nie tyle kryminalna, ile poznawcza.
[cytuję z wydania Wydawnictwa Literackiego z 1988 roku, s. 107]

„Katar” mnie nieco rozczarował i trochę oderwał od epopei Ijona Tichego. Im dłużej zresztą od zakończenia lektury, tym ciekawszy mi się „Katar” wydaje. Nie tylko jako fabuła, ale i jako książka rzucająca nieco światła na twórczość Lema w ogóle.


Mamy zatem znowu astronautę, daleki pogłos Hala Bregga z „Powrotu do gwiazd”. Nasz bohater jest teraz nieco mniej skomplikowany wewnętrznie, czy też – nadal skomplikowany, ale na innych zasadach. Bo wrócił, cywilizacja nadal wygląda tak samo (poza tym, że zmieniła się nieco obyczajowość – bohater wyruszał w czasach przed 1968, wrócił po nich i znowu, jak w „Kongresie futurologicznym”, Lem kontestuje moralną rewolucję, każąc bohaterowi narzekać na to, że kobiety się teraz tak swobodnie ubierają), ale wcale nie jest bohaterem. 
 
 
 Nad wpisem Wezuwiusz widziany od strony Neapolu (stąd), a potem już sam tekst -- nie kolorowy, ale, ośmielę się zareklamować, ciekawy.
 

W przeciwieństwie do Bregga nie chodzi nawet o to, że nie jest postrzegany jako bohater – on po prostu był takim rezerwowym astronautą, niczego specjalnego zatem nie dokonał. Wraca, pozostają mu z Kosmosu różne dziwne nawyki (dlatego jako jedyny zamiast paska nosi szelki – bardzo ładnie wykorzystano tutaj ten motyw), ale szuka jakiejś drogi do tego, by się uwolnić od tego piętna „drugiego”:

Ale z Marsem było właściwie to samo. Gdybym z niego wrócił, nie rozpamiętywałbym go przecież do końca życia, raczej groziłoby mi to, co drugiemu na Księżycu, któremu nie wystarczyły oferowane fotele po radach nadzorczych wielkich firm, dlatego nosił się z samobójczymi myślami. Jeden z moich kolegów został kierownikiem dystrybucji piwa na Florydzie, biorąc do ręki puszkę piwa widzę go wchodzącego do dźwigu w anielskobiałym skafandrze, rzuciłem się więc w tę aferę, żeby nie pójść jego śladem.
[s. 125]

Zresztą zobaczcie: skafander jest „anielskobiały” – kosmonauta to ma być ktoś więcej, ale na Ziemi jest taki sam, jak wszyscy. Z anioła zostaje zjadaczem chleba, nie ma już w tym żadnej metafizyki. I tak właśnie nasz bohater wplątuje się w dziwną intrygę: ma za zadanie powtórzyć wszystkie kroki zmarłego w dziwnych okolicznościach turysty. Okazuje się bowiem, że kilkanaście osób, które wyjechały do włoskich uzdrowisk, spotkał potem dziwny koniec.

Tak jak w tym cytacie, który przytoczyłam na początku – nie tyle jest „Katar” kryminałem, ile logiczną łamigłówką. Tym razem, w przeciwieństwie do „Śledztwa”, to łamigłówka, z którą nie zostajemy na koniec bez rozwiązania, ale sama nie wiem, czy to takie potrzebne. Ponownie mamy rozważania dotyczące statystyki (a przy okazji i przeludnienia, więc splatają się nam tu motywy ze „Śledztwa”, „Głosu Pana” i „Kongresu futurologicznego”), tym razem jednak niedoprawione czarnym humorem, a dość nużącymi miejscami opisami kolejnych poczynań naszego bohatera.

Skupiając się jednak na warstwie obyczajowej, możemy zaobserwować kilka ciekawych „smaczków”. Nadal nie wiem do końca dlaczego, ale ostatnie prozy Lema, które czytam, są silną reakcją na zachodni rok 1968 i na przemiany społeczne. Otrzymujemy jak zwykle błyskotliwą u Lema anegdotkę dotyczącą naukowców i inteligentów, najpierw dowiadując się, że:

wyglądem są ludzie nauk ścisłych dość niepozorni w zestawieniu z humanistami w rodzaju filozofów [s. 52].

Co jest też, zdaje się, ukłonem w stosunku do przewodniczącego projektu Master's Voice z „Głosu Pana”, który był potężnym językoznawcą. Informuje nas też, że przeciwieństwo ceremonialnej sztywności to „światoburcza bufonada intelektualistów” – którzy spotykają się dyskutować o rozwiązaniu palących problemów ludzkości w entourage'u rodem ze zdjęć z Sartrem, przy czym rozwiązana te są tyle radykalne, co często idiotyczne. Nasz astronauta z „Kataru” to jednak raczej sportowiec niż intelektualista, a Bregg był jednym i drugim. To ciekawe, że Lem zrezygnował z tego combo. Z jednej strony dobrze, bo wychwalanie wspaniałości Bregga męczyło po dziesięciu stronach, z drugiej – trochę szkoda, że w „Katarze” bohater tak mocno się sytuuje na zewnątrz tych naukowych sporów. Później zaś dostajemy to, co i w „Kongresie futurologicznym” pojawiało się już tu i ówdzie: terroryzm i feminizm, oba potępiane przez bohaterów, a w „Katarze” co więcej ze sobą powiązane. Serio, bohater rozmyśla nad atakującymi papieża terrorystkami-feministkami. Niby duch czasów, ale jakoś rozczarowana jestem, że Lem robi się konserwatywny im bliżej naszych czasów.

Wspominałam już nie jeden raz, że Lem się sam dekonstruuje. I co ciekawe, trochę też da się te dekonstrukcje czytać na poziomie o jeszcze jedno oczko wyższym. Pamiętacie, jak w „Obłoku Magellana” załoga była złożona zarówno z mężczyzn, jak i kobiet? Lem tej powieści za bardzo nie lubił, ale w „Katarze” dostajemy taki dialog między głównym bohaterem a jedną z postaci epizodycznych:

Czy uważa pan, że kobiety powinny latać w kosmos?
Jakoś nie myślałem o tym – odparłem zgodnie z prawdą. – Gdyby im na tym zależało, to czemu nie?
[s. 110]

I to „jakoś nie myślałem o tym” nieźle pokazuje problem późniejszych niż „Obłok...” próz Lema. Nie wydaje mi się, że on świadomie wyklucza bohaterki ze swoich książek – on po prostu nie zdaje sobie sprawy, że to ważne. Co mnie dziwi zwłaszcza biorąc pod uwagę te wszystkie kwestie nowoczesności, jakie porusza w ostatnich książkach tu opisywanych, niemniej – stawiałabym na to. Bo część problemów z reprezentacjami polega właśnie na tym, że autor nie zauważa problemu w ogóle, a nie że świadomie wyklucza jakąś grupę ze swoich książek. I nie, nie zgodzę się, że Lem nie umiał pisać postaci kobiecych – w odsądzanym później od czci „Obłoku...” mamy kilka (tak, kilka) interesujących bohaterek, w „Szpitalu Przemienienia” autor starał się stworzyć nieco inną postać kobiecą (tu mam zastrzeżenia, ale z perspektywy czasu lepiej zauważam zamysł konstrukcyjny), nie wspominając już o pewnych motywach z „Solaris”. Na „Powrót z gwiazd” w tym wątku litościwie spuśćmy zasłonę milczenia. Pytanie tylko – dlaczego zrezygnował z pisania kobiet? Dlaczego przestał o tym myśleć inaczej niż o anegdotce? Czy to kwestia silnej reakcji na własne wczesne prozy?

Powinnam chyba napisać wpis "kobiety u Lema", żeby zebrać wszystkie te przemyślenia w jednym miejscu. I pewnie jak już dokończę czytanie, tak zrobię! Tak swoją drogą, czy ktoś mi może polecić jakąś biografię Lema? Bo szczerze mówiąc mam w planach nieco zmodyfikować końcówkę listy czytelniczej.

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Biografii nie polecę, bo o żadnej nie słyszałem, ale do Twojej listy dodałbym "Tako rzecze Lem". Wywiad-rzeka przeprowadzony przez Stanisława Beresia w dwóch turach: na początku lat 80. i potem już w roku bodajże 2001. Lem mówi tam i o swoim życiu, i pisarstwie, i literaturze ogólnie, o polityce, cywilizacji, postępie - czyli o wszystkim tym, czego temat poruszał w beletrystyce. A czyta się znakomicie, tylko ciężko dostać, chyba że w e-booku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozejrzę się, bo to nawet fajniejsze podsumowanie do poukładania sobie wszystkiego w głowie niż biografia. Bo co prawda dużo można wydedukować z posłowi (posłów?) samego Lema i profesora Jarzębskiego, ale mimo wszystko takie wyrażone osobno poglądy z chęcią bym poznała. Dzięki!

      Usuń
  2. Przeczytałam "Katar" z zainteresowaniem i po tej lekturze zaczęłam patrzeć z większą dozą podejrzliwości na moje tabletki na alergię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że o ile "Śledztwo" podziałało na mnie dość sugestywnie, o tyle do intrygi z "Kataru" podchodziłam dość luźno? Bardziej mnie wciągnęło to tło obyczajowe. Ale tak właściwie, jak się nie jest łysiejącym mężczyzną, to nie ma się czego bać ;).

      Usuń