Lemat-o #18: Ijon Tichy w delegacji albo o „Wizji lokalnej” S. Lema


To się wzięło z teorii Einsteina, jak zresztą inne nieszczęścia też.
[cytuję z wydania Wydawnictwa Literackiego z 1998 roku, s. 27]

„Wizja lokalna” to znowu taka książka Lema, którą doceniam, ale która w moim prywatnym rankingu wcale nie plasuje się wysoko. Jest oparta na doskonałym pomyśle – Ijon Tichy odkrywa, że Encja, taka jak ją opisywał w „Dziennikach gwiazdowych” to bujda. Rusza zatem, by przekonać się, jak jest naprawdę. Lepsze rzeczy niż stworzenie takiego wszechświata, w którym coś takiego jest możliwe do napisania? Ale, no właśnie: „Wizja lokalna” raczej w części, niewielkiej, jest powieścią. Poza tym to raczej pewna zabawa literacka – z tym że chyba bardziej zabawna dla autora, niż dla czytelnika.


Mając przykre wrażenie, że po przewertowaniu książki o tak dobitnie brzmiącym tytule wiem mniej niż przed jej otwarciem […].
[s. 94]

Zaczynam jeszcze jednym cytatem – tym razem nie dlatego, że wydaje mi się zwięzły i trafny jako taki (bo mniej więcej na ten zasadzie wybieram cytat, jeśli chcę zacząć od niego spis wrażeń po lekturze), ale ponieważ dobrze podsumowuje całą „Wizję lokalną”. Lem tworzy w niej nie tylko zarys akcji (dość umowny), ile testuje możliwość napisania o odległej planecie w miarę prawdopodobny sposób. Co to znaczy? To znaczy, że nie dość, że jest daleko i nic o niej nie wiadomo (jako że Ijon Tichy jednak wcale jej porządnie nie opisał w „Dziennikach...”, a jedynie dał się nabrać na turystyczny księżyc i wziął go za planetę), to jeszcze to, co mamy, jest napisane w językach z Encji, więc trzeba to tłumaczyć. A jak wiadomo, tłumaczenie zawsze coś opuści albo przekłamie – zwłaszcza takie prowadzone z nie do końca poznanego języka. Dalej: na Encji istnieją państwa w konflikcie ideologicznym, więc ich historiografowie sobie nawzajem przeczą. Jaka zatem jest „jedna wersja historii”? Żadna. Nie ma takiej. Tichy spędza godziny w archiwum i nie dowiaduje się niczego pewnego.

Tak jak mówiłam: pomysł jest doskonały, bo bardzo dobrze obrazuje problemy z ewentualnym Kontaktem z inną cywilizacją. Nawet wcale nie musi to być cywilizacja kosmiczna, wystarczy, że jest daleko i jest dla poznającego zupełnie obca. Ale jednak nie padłam przed „Wizją...” na kolana. Dlaczego? O tym za chwilę. Tymczasem skupmy się jeszcze na Kontakcie, bo wszystko to podane jest w formie groteski podlanej satyrą. Tichy nie umie się zorientować, co w końcu przeczytał i czy coś pewnego wie. Zakłada, że dowie się może na miejscu, przy czym państwa Encji i ich odmienne ustroje społeczno-polityczne wcale mu tego nie ułatwiają. Lem trochę naigrawa się ze swoich wcześniejszych próz, wplatając element polityki do kwestii Kontaktu. Pisze:

kontakty z Innymi niepolitycznego charakteru mieć nie mogą.
[s. 52]

Nie, że przesyłamy sobie jakieś tam wzory matematyczne i budowę atomów, jak w „Astronautach” czy „Edenie”. To polityka przede wszystkim jest językiem uniwersum. Nie kontaktujemy się z czystej chęci nawiązania rozmowy z Innymi, z ochoty wymienienia się podstawami wiedzy i radości, że kurczę, on wie, co ja mówię, a ja, co on. Kontaktujemy się, bo czegoś chcemy – i to konkretnych korzyści zazwyczaj. Ludzkość w „Wizji lokalnej” w ogóle nie jest altruistyczna. Zresztą: kiedy już nasz bohater ląduje na Encji, dochodzi do tego dosłownego pierwszego kontaktu z Obcym: w jamie pod ziemią:

To ci dopiero „pierwszy kontakt”! Anim ja go mógł dostrzec, ani on mnie.
[s. 206]

Tak Tichy znajduje swojego „Piętaszka”. Wspominałam przy okazji „Kongresu futurologicznego”, że Ijon Tichy jako bohater jest konserwatywny? Ba, on nie tylko jest konserwatywny, tutaj jest także straszliwie kolonialny! I to wątek bardzo ciekawie w „Wizji...” poprowadzony, bo Tichy wie, że nastrzelał baboli w „Dziennikach...”, ale jednak nadal odwiedza Encję niczym sir Livingstone. Pierwszych obcych albo się boi (nie wie, co robią, ale czuje, że może to być coś dla niego groźnego), albo traktuje protekcjonalnie (ów „Piętaszek”, później delegacja, która zrobi mu zresztą niemiłą niespodziankę). Swoją drogą nieźle ten wątek punktuje to, że sam Tichy nie jest uniwersalny – bohaterowie z Ziemi posługujący się różnymi językami nazywają go a to „Tiszym”, a to „Ticzym”. Ten świat, z którego pochodzi, wcale nie jest jednolity. Ale Tichy jakoś niespecjalnie to dostrzega. Konstatuje tylko, że ktoś tak wymawiał jego nazwisko i przechodzi do porządku dziennego nad tym, że dla kogoś to on jest tym egzotycznym Robinsonem, a nawet -- Piętaszkiem.
 
 
 Nie, to nie Ijon Tichy, to Thomas Carlyle, ale jakoś mi tak pasuje wizualnie do ogólnego klimatu. Obraz pędzla Helen Allingham (1879).
 

Czemu? Mam wrażenie, że Ijon Tichy nie jest tutaj już bohaterem literackim per se, służy raczej do tego, by za jego pomocą przedstawić pewne idee, jakie się w narracji znajdują. Nie wiem, czy to jest jasne: chodzi mi o to, że nie do końca liczą się jego przygody, ale to, że wokół jego postaci można namotać kolejne warstwy historiozofii, jaka po „Wizji...” hula. Bo ta właśnie powieść, jak żadna inna, jest bezpośrednią dekonstrukcją tropów z powieści wcześniejszych – już to jako rewizja lekkiego miejscami tonu „Dzienników...” z niepoważną astronautyką Tichego, już to jako wizja Ziemi, która wcale takim wspaniałym miejscem nie jest. Lem podsumowuje zresztą tę przemianę Kosmosów w taki sposób:

Słuchałem tego, brałem proszki na ból głowy i myślałem, że wszystko stracone. Nigdy już nie wyznam się na Kosmosie jak za dawnych lat. Byłem wtedy zaiste jak dziecko, lecz jak dziecięcej, przyjść musiał kres i mojej ufnej niewinności.
[s. 39]

„Wizja...” to zdecydowanie kres takiej niewinności. To znaczy jasne, byliśmy już świadkami tego, jak optymizm zmienia się w pesymizm poznawczy, chociażby w „Głosie Pana”. Tutaj jednak chodzi o coś jeszcze innego: o to, że cykl rozrywkowy zostaje odwrócony niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Trochę jak z Pratchettowskim Rincewindem, ale bardziej radykalnie nawet. Tutaj już nie więźnie nam w gardle śmiech, jak przy lekturze „Kongresu...”. Tu już nie ma się z czego śmiać.

Przy czym pewne mechanizmy Lem jednak powtarza (chociażby działanie dziejobitni: ona tworzy hipotezy, ale naukowców nie interesuje, jak to robi – podobnie pracują mózgi elektronowe w „Obłoku Magellana”). Tichy powiela też jakieś dziwaczne stereotypy dotyczące kobiet – jedyną pracującą kobietą w fabule jest sekretarka, która jest ładna, a jak ładna, to oczywiście głupia:

Zauważyłem, że ma nową sekretarkę, tak przystojną, jakby nie umiała nawet pisać na maszynie. Istotnie nie umiała, mecenas nie krył tego, robiła też potworne błędy ortograficzne i co najgorsze, wtykała niewłaściwe listy do niewłaściwych kopert, lecz patrzeć na nią było taką przyjemnością, że klienci odwiedzali go częściej, niż musieli.
[s. 128]

Szczerze mówiąc, te wstawki mnie denerwują, bo niczego nie wnoszą i o ile konserwatyzm Tichego podany nam przy wątkach poznawczo-kolonialnych uważam za ciekawy, o tyle to już można sobie było darować, serio.

Wracając do rzeczy: to skoro większa część mi się podobała, to czemu nie pieję z zachwytu? No bo niestety, ale mam wrażenie, że „Wizja...” to nie jest powieść do czytania, ale studium do podczytywania. Przez drugą część, poświęconą właśnie historii/historiom Encji, brnęło mi się jak po grudzie. Nie to, żeby było to nudne – po prostu w natłoku informacji i hipotez brakowało tego „czegoś”, co sprawiało, że szybko czytało się rozważania z „Głosu Pana”. Czego? Mam wrażenie, że lekkości. Podejrzewam zresztą, że specjalnie: ten natłok ma wywoływać takie wrażenie. Inna sprawa, czy mnie jako czytelniczce to odpowiada. Bo wiecie, co jeszcze mnie drażni? To, że Lem rezygnuje niemal z dzielenia na akapity w tych późnych prozach. Tak jakby śpieszył się, żeby wszystko powiedzieć, i nie miał czasu tego dzielić na cząstki ułatwiające czytanie (bo nawet nie odbiór, ale sam proces czytania).

Właśnie – odbiór. Muszę powiedzieć, że „Wizja...” jako komentarz społeczno-polityczny do sytuacji, w jakiej była pisana, wydała mi się wtórna i mało odkrywcza. I chyba nie tylko mnie, bo w posłowiu do mojego wydania Lem pisze, że to wcale nie tak, że jest to wszystko jednak bardziej skomplikowane. Nie przekonało mnie to, bo skoro potrzeba specjalnego posłowia po latach, żeby skorygować odbiór, to znaczy, że coś w konstrukcji nie zagrało (oczywiście nie mówię, że zawsze tak jest, czasami odbiór wypacza kontekst, ale chyba raczej nie w tym wypadku). Dlatego nie zatrzymuję się nad tym dłużej.

Także ta dekonstrukcja dawnej podróży Tichego była interesująca formalnie, ale treściowo, powiedziałabym, niespecjalnie. A że Lem umiał łączyć jedno z drugim, co już wiem, to wychodzę po lekturze „Wizji lokalnej” w części zawiedziona. 

Jak być może zauważyliście, zdecydowałam się nie czytać na razie "Fantastyki i futurologii". Zostawiam je sobie na inną okazję, a listę zamykam na Lemowych powieściach, żeby zachować spójność mojego lata z Lemem. I tak sobie myślę, że na jesieni zajrzę jeszcze do "Tako rzecze Lem", jeśli znajdę. Ale to jak już ochłonę po dużej dawce Lema na raz -- a póki co jeszcze dwie powieści przede mną! 




Czytaliście może "Wizję..."? Nie chcielibyście się podzielić wrażeniami?

Weź dokładkę!

12 komentarze

  1. Niestety jeszcze nie przeczytałam. Zazdroszczę Ci że wpadłaś na to żeby czytać Lema po kolei. Ja zaczęłam gdzies w środku i jak tak Cie czytam to dochodzę do wniosku że brakuje mi czasem kontekstu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sobie gratuluję pomysłu ;). A na serio -- to ma swoje dobre strony (właśnie tę na przykład, że widzi się, jak Lem korzysta z wypracowanych przez siebie rozwiązań, gra z własnymi pomysłami, rozwija je i tak dalej), a ma i złe, bo niektóre książki czytane w kolejności chronologicznej tracą ("Niezwyciężony" po "Solaris") albo nużą przez dużą powtarzalność pomysłu ("Cyberiada" po "Bajkach robotów").

      Usuń
  2. Myślałam, że tylko pisarze współcześni prowadzą gry z czytelnikiem, podczas których bawią się dużo lepiej niż czytelnik. A tu proszę. Mam w planach Lema, bo niegdyś, za młodu, czytałam "Bajki robotów" przez co wybitnie się zraziłam, ale wierzę, że to po prostu mój niedojrzały umysł je odrzucił. "Wizji..." raczej nie przeczytam, wymęczyłabym się okrutnie - tak czuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie z kolei w młodości, tak jak pisałam na początku akcji, zraził pilot Pirx, ale bardzo się cieszę, że się przemogłam -- to są książki, po które naprawdę warto sięgnąć :). Akurat odradzałabym zaczynanie od "Wizji lokalnej", zdecydowanie. Postaram się po zakończeniu mojego Lemata napisać post o tym, od czego doradzam spotkanie z prozatorską częścią twórczości Lema. A jeśli chodzi o gry z czytelnikiem -- akurat "Wizja..." jest nużąca, ale w ogóle to bardzo lubię, jak Lem to robi, bo potrafi i to jeszcze jak! W zamyśle "Wizja..." jest grą bardzo śmiałą, tylko że wykonanie jest -- w moim przekonaniu -- celowo nużące, niestety.

      Usuń
    2. Chętnie przeczytam taki post. Mam na swojej półce te przeklęte "Bajki robotów", więc planowałam wrócić własnie do tego, ale jeśli coś będzie bardziej korzystne to chętnie się do Lema przekonam.

      Usuń
    3. Post powstanie, zapewne niedługo :). A na marginesie -- mnie "Bajki robotów" urzekły, ale nie przeszkadzała mi w ich czytaniu szkolna trauma (nie mieliśmy ich, na szczęście, na liście lektur). Pisałam o nich tutaj.

      Usuń
  3. Ciekawe, bo mnie przydługie rozważania w "Głosie Pana" wynudziły bardziej niż encjologia w "Wizji lokalnej". Prawdopodobnie jest to zasługą postaci Tichego, którego sposób opowiadania uwielbiam :) I samą postać także.
    Jak czytam Twoje recenzje książek Lema to mam wrażenie, że sama podchodzę do nich dosyć bezkrytycznie. Jakoś nie rzuciły mi się w oczy różne wady, niedociągnięcia itd., o których wspominasz. Jednocześnie trudno nie przyznać Ci racji, bo wiele zarzutów jest słusznych i się z nimi zgadzam. Jeszcze trochę lemowych książek mi zostało i zastanawiam się jak teraz będę je z nową świadomością ich wad odbierać, bo do tej pory najwyraźniej zakładałam do czytania Lema różowe okulary :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ta encjologia jest też ciut inaczej napisana: mniej serio w formie, choć równie poważnie w treści. Może to dlatego?

      Ale to chyba normalnie, kiedy się autora lubi :). Jak się jakąś książkę uważa za ulubioną, to i na wady się przymyka oko. Przy czym nadal wydaje mi się, że dobrze jest tekst czytać krytycznie, nawet jak się go podziwia (albo to moje skrzywienie charakteru, lubię rozbierać powieści na części pierwsze;)). Ale te ostatnie powieści to może z różowymi okularami się czyta lepiej tak w ogóle, bo tak nie przygnębiają ;)?

      Usuń
  4. Nie czytałem "Wizji...". Ale z Twojego tekstu wnioskuję, że przy "Pokoju na Ziemi", "Wizja lokalna" jest jedynie uwerturą do utraty niewinności przez Ijona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest, jest -- jest też zresztą dogodnym punktem wyjścia do opisania sytuacji zastanej w "Pokoju na Ziemi". Ale na razie jestem dopiero w połowie "Pokoju...", więc więcej będę mogła powiedzieć później (bo z niewiadomych powodów wpisałam sobie "Fiasko" przed "Pokój...", ale się na szczęście zorientowałam zawczasu w kolejności ;)).

      Usuń
    2. A ja już myślałem, że to celowy zabieg, by złagodzić ewentualną gorycz i nie kończyć całego przedsięwzięcia "Fiaskiem"

      Usuń
    3. Ładne wytłumaczenie, ale chyba mogę już założyć, że zupełnym fiaskiem się to nie skończy, bo zostały mi dwie powieści do końca. A że pewnie będzie pesymistycznie -- tak zakładam -- no cóż, ładnie się to będzie komponowało w całości.

      Usuń