Lemat-o #19: Zamiast obserwować bitwę, Ijon Tichy usiłuje zrobić na Księżycu siekankę z robocich nóżek albo o "Pokoju na Ziemi" S. Lema


Prawo Tichego: jako pierwsze zaczyna nas swędzieć ta 
część ciała, w którą akurat nie możemy się podrapać.

No muszę przyznać -- męczyłam się z tą powieścią dość długo. Nie wiem właściwie do końca dlaczego, po prostu jakoś tak nie miałam wielkiej ochoty do niej zaglądać. Do połowy szło świetnie. Zakończenie -- prima sort. Ale w połowie coś siadło i nie wróciło aż na sam koniec, więc trochę to trwało. Ale przeczytałam i śpieszę donieść, co następuje.

(A w tytule wykorzystałam cytat z powieści)

Punktem wyjścia intrygi jest przypadek. Otóż Ijon Tichy, wróciwszy z Encji, zastaje świat teoretycznie pogrążony w głębokim pokoju (wyścig zbrojeń przesunięto na Księżyc, rozbrajając Ziemię, objąwszy uprzednio satelitę doktryną totalnej ignorancji, to znaczy nikt nie wie, co też te bronie tam robią), ale z pytaniem, za jaką cenę. Niepokojąc się, co też się wyprawia na srebrnym globie, ludzkość -- czy raczej jedna z jej frakcji -- ładuje naszego bohatera w rakietę i śle na Księżyc. Tichy jak to Tichy, bohater z przypadku, chce tylko staromodnie zrobić siusiu na Księżycu, już wracając do swojego pojazdu, kiedy doznaje nagłego uczucia, że coś jest nie w porządku. I faktycznie -- coś takiego się stało nagle, niespodziewanie i zdalnie, że dokonano na nim kallotomii, przecięcia spoidła wielkiego. W związku z tym mamy bohatera rozdwojonego, którego prawica i lewica się dogadać nie może, i z częściową amnezją.

Innymi słowy, od początku wiadomo, że Lem zamierza grać z tą podwójnością -- trochę tu dźwięczy motyw sobowtóra, ale leciutko, bardziej chyba wątek próby dogadania się, który nie tylko ludzkości, ale i jej pojedynczemu egzemplarzowi, nie wychodzi, a przynajmniej nie całkiem. Przy okazji jest to też baza, na której autor buduje intrygę szpiegowsko-kryminalną. Ale to wszystko jest dość oczywiste przy zastosowanych środkach, więc, muszę przyznać, słabo mnie pociągające. Rozwiązanie intrygi zaś bardzo przypomina to, co znamy z "Niezwyciężonego", tyle że pomysł zostaje dużo bardziej rozwinięty i nieco przerobiony, ale to też nie jest coś, czego by się -- znając wcześniejsze prozy Lema -- nie można było spodziewać. 


Od tego się zaczyna, ale w sumie akcja rozgrywa się na Ziemi. Źródło.


Przyjrzyjmy się zatem, jak wygląda przyszłość. Lem lubi snuć o niej opowieści, które akurat w "Pokoju dla Ziemi", poza wyjściowym pomysłem ogólnoświatowego rozbrojenia, mają niewielkie znaczenie dla fabuły. Co zatem tam mamy? Dość przygnębiający obraz. Panuje "jaskiniowa elektronika" i wtórny analfabetyzm: nie trzeba umieć pisać, bo są czytniki linii papilarnych, dentyści popełniają samobójstwa, bo są roboty, które zajmują ich miejsce, z podobnych przyczyn nie ma już ludzi-lekarzy i tak dalej. Sfera seksualna została zdominowana przez roboty i samozaspokajanie się elektryczną stymulacją mózgu (Tichy napotykał już takie rozwiązania w "Dziennikach gwiazdowych" -- zresztą Lem dużo miejsca w swoich późniejszych powieściach poświęca kwestiom seksualności w przyszłości). Tu zresztą pojawia się znowu szereg tych motywów, które mnie drażnią, bo właściwie po co są -- trudno powiedzieć. Na przykład uwaga o tym, że jeśli seks-robotki są za inteligentne, wpędzają mężczyzn w kompleksy albo problemy Tichego z panowaniem nad swoimi rękoma (w wyniku kallotomii jedna z nich zachowuje się niezależnie od niego), przez co podszczypuje kobiety na ulicy, ale:

policzkowały mnie aktywistki womans liberation, zresztą bardzo rzadko, bo przystojnych jest wśród nich tyle co nic.
[cytuję z wydania Wydawnictwa Literackiego z 1987 roku, s. 13]
Po co powielać stereotyp brzydkiej feministki? Niby żarcik, no boki zrywać, tyle że nie. Ale okej, pisałam nie raz, że Tichy podziennikowy jest koszmarnie konserwatywnym typem, do tego po operacji dochodzi jakiś podryg id chyba z tym szczypaniem, maskowany "żarcikiem" superego. Tak to przynajmniej, na korzyść tekstu, interpretuję.

Na tle innych powieści Lema przyszłość z "Pokoju na Ziemi" się wyróżnia, i to bardzo. Po raz pierwszy pojawia się jakaś wzmianka o osobach homoseksualnych (w tej wersji przyszłości mogą istnieć super zaawansowane roboty, ale w niektórych stanach USA homoseksualizm jest jeszcze karalny), miejsce powszechnego wegetarianizmu znikło (szkoda, lubiłam ten motyw, ale to zrozumiałe, że zniknął, bo przyszłość jest tutaj miejscem bardziej jeszcze nieprzyjemnym niż gdzie indziej dotąd), sztuka i kultura upadają, jednym słowem -- jest paskudnie. I to paskudnie inaczej niż dotąd, bo na pozór jest nieźle i nie pozór-maskę, jak w "Kongresie futurologicznym", ale taki pozór składający się na codzienne funkcjonowanie. Pod spodem nie ma biedy, po prostu jest dość miałko. Ijon Tichy dziwi się, ale tylko trochę, ogólnie przeszedł już chyba do porządku dziennego nad tym, że Lem wrzuca go w środek coraz bardziej ponurych awantur i stwierdza na koniec, że żyć trzeba dalej.


 Ale obrazy księżycowego krajobrazu zawsze w cenie. Źródło.


Przy okazji sam Lem pojawia się w książce nie tylko jako jej autor na okładce, ale mamy też do czynienia z LEM-em (Lunar Efficient Missionary), mechanizmem pomagającym Tichemu w eksploracji Księżyca. O ile przy "Wysokim Zamku" można się było zastanawiać, czy mamy do czynienia z jakąś aluzją do P. K. Dicka, to tutaj wydaje mi się to całkiem jasnym sygnałem. W końcu to Dick utrzymywał w trakcie załamania nerwowego, że Lem musi być maszyną i oto Lem się maszyną stał. Właściwie to raczej taka anegdotyczna wartość, bo mogę oczywiście trzymać linię interpretacji, że ów LEM wysyła Tichego na Księżyc, jako i czyni to Lem, ale to też nie jest jakaś superwyrafinowana interpretacja. 

Ale w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy część wątków nie wydaje mi się nużąca, bo jest aktualna i wszędzie o niej słyszę? Chociażby taki fragment:
Dawniej [...] strach miał źródło w Nadprzyrodzonym: w czarach, urokach, jędzach z Łysej Góry, w heretykach, ateistach, czarnych magiach, demonach, duszach pokutujących, w rozwiązłym życiu, w abstrakcyjnej sztuce, w wieprzowinie, natomiast w epoce przemysłowej przeprowadził się do jej produktów. Nowy strach oskarżał o zgubne działanie pomidory (wywołują raka), aspirynę (wypala dziury w żołądku), kawę (rodzą się po niej garbate dzieci), masło (wiadomo -- skleroza), herbatę, cukier, auta, telewizję, dyskoteki, pornografię, ascezę, środki antykoncepcyjne, naukę, papierosy, elektrownie atomowe oraz wyższe wykształcenie.
[s. 130]
Prawda, że diagnoza brzmi jakoś tak znajomo? I tak trochę narzekając, a trochę analizując, zbliżam się do końca mojej przygody z czytaniem Lemowych powieści. "Pokój na Ziemi" nie zostanie moją ulubioną książką, chociaż jest tu i dom ekscentrycznych milionerów, i etnolog na badaniach terenowych, i podejrzane siatki szpiegowskie, i Ijon Tichy na ostatnim występie. Ciut jakbym więcej oczekiwała, mam wrażenie. Zobaczymy, jak pójdzie z "Fiaskiem".


Weź dokładkę!

6 komentarze

  1. Ech, zawsze mnie boli (a pewnie już nie powinno), gdy feministki ukazuje się jako babsztyle, które z martwych płodów robią drinki. Ja chyba poczekam na ten post od czego zacząć przygodę z Lemem, bo myślę, że przy powyższej powieści, bym się wymęczyła, podobnie jak przy "Wizji lokalnej".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, zdecydowanie to mogę powiedzieć: odradzam czytanie "Pokoju..." jako czegoś, co ma do Lema zachęcić. Może w niektórych warunkach, ale nie podpisałabym się pod taką rekomendacją. Co do feministek u Lema: nie wiem do teraz, czym mu podpadły, ale jak się pojawia ruch women's liberation (tutaj zapisywany w dziwny sposób jako "womans liberation") to zawsze w negatywnym kontekście. A to jako terrorystki ("Katar"), albo brzydkie babsztyle ("Pokój..."). Drażni mnie to bardzo, bo to takie wstawki bez znaczenia dla fabuły, a zestarzały się paskudnie.

      Usuń
  2. Pokój na Ziemi", przyznam, nie zapadł mi szczególnke w pamięć. Podwójna osobowość, wizje księżycowe, rozbrojenie ludzkości, to pamiętam. Ale samego rozwoju wydarzeń ani trochę.

    Za to "Fiasko" to - moim zdaniem - Lem w szczytowej formie. Ostatnia powieść, ale będąca takim "the best of Lem". Jest tu wszystko, co u Lema najlepsze - poza humorem (stety-niestety), bo jest to rzecz absolutnie dołująca. Znakomite są zawarte tam miniopowieści (Las Birnam, kraina mrówek (?)), kilka scen ma iście holywoodzki rozmach... Ale nie uprzedzam faktów i zaczekam na Twoją opinię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo też i rozwój zdarzeń -- poza samą końcówką -- jest tu w gruncie rzeczy bez większego znaczenia. Niby śledzimy postępy osobistego dochodzenia do jakiejś "prawdy" Tichego, ale to jakby skutek uboczny. To moim zdaniem jedna z tych powieści-traktatów Lema, które średnio się pod powieść podszywają ;).

      Jestem w 1/3 "Fiaska" i na razie niemal pełen zachwyt. Ale tfu, tfu, coby się nie popsuło!

      Usuń
    2. To tak jeszcze dodam, że na Lubimy Czytać wystartował niedawno konkurs akurat związany z Lemem - i z recenzjami. Nagrody niczego sobie - może warto spróbować? :)
      http://lubimyczytac.pl/aktualnosci/6032/czytelnicy-do-pior-konkurs

      Usuń
    3. O proszę :). Założyłam już sobie na tę okazję konto na Lubimy Czytać ;). Także wezmę udział, a jakże -- szansa na wygranie dzieł zebranych Lema miałaby mi przepaść ;)? Zobaczymy, muszę tylko pookrajać moje teksty, żeby się zmieścić w wymaganym przedziale. Spróbować nie zaszkodzi. Dziękuję pięknie za informację! :)

      Usuń