Mała, duża, średnia? O rozmiarach, w jakich występuje literatura

 
Pamiętacie ten wpis, w którym pisałam o tym, jakie literatury językowe chciałabym lepiej poznać? Myślałam sobie o tym wczoraj – w Europejski Dzień Języków – i pomyślałam, że może by warto było ugryźć ten problem jeszcze od innej strony: jak to w ogóle jest z tymi „małymi literaturami”?


Jeśli najdzie Was kiedyś ochota poczytać jakąś historię literatury czeskiej, zobaczycie że wśród czeskich krytyków od ponad stu lat gorzeje spór o to, czy literatura czeska powinna pielęgnować siebie jako literaturę czeską, z całym bagażem bycia literaturą małą i – spójrzmy na to w ten sposób – peryferyjną. A może jednak patrzeć na literaturę czeską jako na członkinię większej rodziny: literatur słowiańskich, a może nawet – jako jedną z literatur europejskich, gdzie widać wpływy wielkich prądów literackich, mód i charyzmy poszczególnych autorów?

Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie dość, że nie jest taka prosta, to jeszcze zmienia się w zależności od kontekstu społeczno-politycznego (w czasie odrodzenia narodowego w XIX wieku stawiano jednak na „czeskość”, później chciano coś znaczyć na arenie międzynarodowej, więc „europejskość”, a po 1945 jak się domyślacie, swoiście pojętą „słowiańskość”). Problem czytania „małych literatur” – małych nie tylko, choć przede wszystkim, geograficznie – jest zatem stary i to tak jakoś stary wiekiem XIX, może nawet wcześniej (w końcu aspirowanie do Oświecenia). 
 
 
 Sezonowa ilustracja w temacie. Źródło.
 

Jak to jest z tymi „małymi literaturami” u nas? Pamiętam ze szkoły powtarzane wciąż jak mantra powiedzenie, że my uczymy się o wielu krajach, natomiast o Polsce się nie uczy. Rzut oka na literaturę pokazuje, że niespecjalnie odpowiada to prawdzie. Z lektur z zakresu literatury powszechnej dominują rzeczy z literatur jak najbardziej dużych – jasne, przede wszystkim dlatego, że one dyktowały prądy literackie i mody panujące w epoce, ale równocześnie tracimy z oczu porównania często bliże, z „małymi literaturami” po sąsiedzku. Gdyby tak spojrzeć na ten kawałek Europy, to często „małą” jest literatura nawet z dość dużych krajów, ale mających problem na linii „czy oddziałujemy, czy na nas oddziałują”. Tu wpada nam na myśl literatura polska czy ukraińska – kraje wprawdzie duże, ale z literaturą określaną jako „wielka” już byśmy polemizowali.

Skąd się bierze zatem „wielka” literatura? Wydaje mi się, że to nie do końca jest dobrze postawione pytanie, bo literatura językowa to jest pojęcie bardzo, hm, fluktuujące w ciągu dziejów – bywa, że w jednej epoce literatura danego kraju z pewnością jest „wielka”, a później maleje albo odwrotnie, zaczyna od statusu „małej”, a potem rośnie. Sęk w tym, czym właściwie tę „wielkość” mierzyć? Ilością oddziaływań? Twórczą recepcją? Zasięgiem? Dyktowaniem mód? Nowatorstwem? Byciem znanym w świecie? Każde z tych rozwiązań na pewno ma swoich zwolenników, mnie wydaje się, że wszystko to po trochu i może jeszcze jakiś czynnik, który nie przychodzi mi teraz na myśl.

Gdyby tak zerknąć na Europę Środkową, to w skali „wielkich literatur” chyba żadna nie zrobiła tak do końca kariery. Gdzieniegdzie, w pewnych może okolicznościach i pod pewnymi względami pamięta się właśnie o jakimś pisarzu czy szkole. Ale nie można powiedzieć z pewnością niezachwianą, że mamy tu „wielką” literaturę – w takich kategoriach, w jakich „wielka” jest literatura angielska, francuska czy rosyjska. Tyle tylko, że nie wiem, czy to jest w ogóle właściwa skala porównania. Bo znowu: co oznacza „wielką literaturę” w takiej skali? Jeśli spojrzymy na polską literaturę z punktu widzenia Czechów – sieć wpływów na pewno jest większa, a i do oddziaływań mieliśmy więcej szczęścia, nie licząc już na przykład liczby laureatów przeróżnych międzynarodowych nagród literackich.

Tyle tylko, że – jak wiadomo – skale bywają różne i można to samo zjawisko z zadowalającym nas wynikiem uzasadnić według jednej, a według innej wykazywać, że jednak jest kiepsko. Ciekawszym zatem pytaniem byłoby może – zamykając klamrowo to, o czym pisałam na początku – do czego nam ta nasza „wielka” i „mała” literatura służy? Do mówienia nam czegoś o tym kawałku świata, czy bardziej do czucia się częścią czegoś większego? A może do chwalenia się, że u nas to jednak jest nieźle? Do tego przecież, nieco banalizując problem, sprowadzały się te wszystkie dyskusje, o których wspominałam zaczynając notkę.

Może zatem sprawdza się jednak to powiedzenie, że literatura wcale nie jest wielka, mała ani średnia, ale taka, która do nas przemawia i taka, która zostawia nas obojętnymi? 
 
____________________________
A jeśli chcecie poczytać coś Pyzowego o Lemie, to dalej sobie piszę różne rzeczy na konkurs – tym razem o paralelach „Fiaska” i „ObłokuMagellana”, i czemu warto czytać tę drugą powieść.

Weź dokładkę!

22 komentarze

  1. Bardzo lubię to zagadnienie - podziału kultury na regionalną/kontynentalną/globalną etc. Czasem zastanawiam się czy z takim dostępem do kultury z każdego końca świata możemy jeszcze mówić o regionalnym podziale? W przypadku literatury mamy tu jeszcze chociaż specyfikę języka, to w jaki sposób potrafi wpływać na nasz sposób myślenia, w przypadku kultury wizualnej, często ciężko powiedzieć jakiej narodowości jest twórca.

    Choć z drugiej strony, co jest tak naprawdę wyznacznikiem regionalizmu literatury? Język oryginału też nie zawsze, bo chociaż "Lolitę" Nabokov napisał po angielsku, jest to literatura rosyjska. Z drugiej strony Gogol też jest często klasyfikowany jako twórca rosyjski, choć Rosjaninem nie był.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i mamy dostęp do powieści z różnych zakątków świata i wielu pisarzy czytało tych samych klasyków,
      ale jednak ludzie zawsze są osadzeni w jakiejś konkretnej kulturze i piszą w konkretnym języku i w konkretnych czasach, więc myślę, że książki ciągle mają silną geograficzną, polityczną i historyczną tożsamość. Co nie zmienia faktu, że i tak mogą trafić do kogoś z zupełnie innej kultury czy czasów. I to jest piękne!

      Usuń
    2. Znaczy od razu powiem, że podziałów historycznych bym nie tykała, bo potem dochodzimy do sporów czy Mickiewicz był Polakiem czy nie.

      Dzisiaj jednak kultura się unifikuje, choć mamy wszelkie zwroty regionalne, powroty do korzeni itp. to jednak nasza codzienność coraz mniej różni się od codzienności amerykańskiej czy japońskiej. Oczywiście różnice nadal są widoczne, ba po przekroczeniu granicy polsko-ukraińskiej też masz widoczne różnice, a jednak są one coraz bardziej zacierane. Dzisiaj do niektórych tradycji kulturowych równie łatwo jak "rdzenni" użytkownicy kultury odnoszą się osoby spoza danego kręgu. Granice się otwierają coraz bardziej, polityka zaczyna stawać się geopolityką (również w wymiarze społecznym, np. protesty przeciw ACTA, globalne protesty alterglobalistów, czy odzew na wprowadzenie w USA małżeństw homoseksualnych).

      Ale ja się zupełnie zgadzam! Różnorodność w kulturze jest piękna. Tyle, że nie jestem przekonana, czy za parę lat będziemy różnorodności wyodrębniać poprzez podziały państwowe, czy raczej głównie poprzez indywidualność twórcy. Oczywiście mam wrażenie, że nic nie będzie tak stało na podziale różnorodności państwowej jak literatura, bo jednak w niej rola języka jest nadrzędna. Po przetłumaczeniu traci pewne smaczki. Inaczej jednak mają się media wizualne, gdzie przoduje obraz.

      Usuń
    3. Kiedy piszę o historii, to mam na myśli to, że nasze myśli, zachowania będą ukształtowane przez epokę w której żyjemy. Mickiewicz, który urodziłby się dzisiaj, nie tylko pisałby o czymś innym, ale jego spojrzenie też byłoby inne.
      Do unifikacji jeszcze nam chyba daleko. Na razie jest to raczej powierzchowna globalizacja. Może ubieramy się podobnie, oglądamy podobne seriale, ale mentalnie się różnimy. Nie chcę też przesadzać i twierdzić, że narody są zupełnie różne, ale to gdzie i kiedy się wychowywaliśmy ma na nas większy wpływ niż chcielibyśmy przyznać. Wielu osobom wydaję się, że są odporne na wpływy otocznia, sama podejmują decyzje, etc ale nasza podświadomość bardziej nami kieruje niż nam się wydaje. Ale to już zupełnie inny temat.

      Usuń
    4. Dokładnie o to i chodzi, dlatego choć dzisiaj może dziwnym się wydawać "Litwo, ojczyzno moja!" w ustach polskiego wieszcza narodowego, to jednak ma to sens w kontekście historycznym i dywagacja, czy Mickiewicz jest Litwinem nie bardzo ma sens.

      Dlatego właśnie też uważam, z biegiem czasu naszym kontekstem historycznym będzie coraz bardziej wspólna historia. Doświadczenie II wojny światowej, upadku Muru Berlińskiego czy lotu na księżyc są uniwersalne dla wielu narodów, choć dla niektórych będą ważniejsze w nieco innych aspektach.

      Nie mówię, że jesteśmy już zunifikowani, a że jedynie się unifikujemy, proces ten jest trwały i dotyczy coraz większych aspektów życia. Nie powiedziałabym, że obecna globalizacja jest powierzchowna, na pewno jest dalej idąca niż wcześniejsze. Nosimy te same ubrania, czytamy podobne książki i te same seriale, tworzymy podobne obrazy, poruszamy podobne tematy społeczne, jesteśmy w dużej mierze zrozumieć bolączki przeciętnego mieszkańca innego kraju, do tego korzystamy z tych samych narzędzi i obchodzimy te same święta. Oczywiście, że narody nadal się różnią, a wiele tych różnic konserwuje język (i chwała mu). Tyle, że nasze otoczenie to nie tylko nasz naród, to również, dzięki internetowi i mass-mediom, ludzie z całego świata oraz ich kultura i zwyczaje które także mają na nas duży wpływ.

      Usuń
    5. Wtrącę się na minutkę, mogę :)?

      Mnie się wydaje, że jak najbardziej nadal można mówić o podziałach i różnicach, jeśli rozpatrujemy sztukę chronologicznie -- widać wtedy, do jakich granic świata była ograniczona. Jasne, dzisiaj to trochę zanika, ale też nie do końca, nieźle pasuje tu przykład Murakamiego, który jest często podawany jako japoński pisarz mało japoński. Podświadomie oczekujemy, że jednak będzie to jakoś inaczej napisane.

      Nie wspominając właśnie o zaszłościach historycznych -- wtedy także w dziele wizualnym możemy odczytać granice świata, w jakim powstało. A przynajmniej takie mam wrażenie.

      Jeszcze inna sprawa to to, czy język twórcy pokrywa się z "duchem" literatury czy z aspiracjami. Bo Gogol, tak jak piszesz, @Maną, to akurat ciekawy przykład -- też dlatego, że mimo ukraińskich korzeni to pisarz-poddany cara. A zatem w tym znaczeniu właśnie "rosyjski". Albo cała gama pisarzy galicyjskich, austro-węgierskich, rozparcelowanych dzisiaj po różnych literaturach narodowych, a przecież to nie język, a duch i dzieje były tu ważniejsze dla zrozumienia ich książek (Roth, Wittlin, częściowo Haszek i tak dalej). I to też trochę zahacza o problem "czy Mickiewicz był Polakiem", bo "Polakiem" może znaczyć zupełnie co innego, jeśli weźmiemy pod uwagę faktycznie te podziały historyczne. I dodamy pytanie, czy właśnie to ma znaczenie (bo raczej nie "skąd" był, ale "kiedy" był). Tu się zgadzam z tym, co pisze @pesahson, a przynajmniej wydaje mi się, że nasze stanowiska są jakoś zbliżone.

      Natomiast bardzo podoba mi się ta myśl, że "Dzisiaj do niektórych tradycji kulturowych równie łatwo jak "rdzenni" użytkownicy kultury odnoszą się osoby spoza danego kręgu" -- bo to się czasami rzuca w oczy, kiedy autor się stara odnosić w swojej powieści, ale przecież widać, że niekoniecznie ma to "rdzenne" doświadczenie (myślę o niektórych powieściach Lema na przykład). Fascynujący problem do napisania wpisu ;).

      Usuń
    6. Duże różnice wizualne jak najbardziej występują, a raczej występowały. Różne kultury wykształciły swoje techniki. Patrząc na historię malarstwa olejnego choćby zapoczątkowane w Niderlandach, przeniosło się do Włoch, a później, dalej i dalej, dziś nieśmiało "zastępowane" tańszym (i teoretycznie bezpieczniejszym dla zdrowia) akrylem. Chociaż nadal ma swoich miłośników i wielu uważa, że użycie akrylu niszczy płótno. ;)

      Bardzo mi się podoba koncepcja, że bardziej "kiedy" niż "skąd", otwiera nam o wiele szersze możliwości, jak dla mnie.

      Bardzo ciekawie o problemie narodowości, pisze polecona mi przez Ciebie, Pyzo, Zabużko. "W jej badaniach terenowych nad ukraińskim seksem", jest to kilka razy przytaczane, od pierwszego "ukraińskiego" Ukraińca-partnera, poprzez niechciane przez nią naleciałości z rosyjskiego w jej mowie, wizyty za granicą czy nawet anegdota o poczuciu niższości nauczycielek ukraińskiego w ukraińskiej szkole. Tyle, że znów, choćby dzisiaj w polskiej literaturze będzie ten problem poruszany rzadziej ponieważ Polacy już swoją walkę o tożsamość w dużej mierze wygrali. Za to choćby romantyczni poeci polscy pisali o tym, o czym dzisiaj mimochodem wspomina Zabużko w kontekście Ukrainy.

      Oj tak, nadal rdzenne doświadczenie jest bardzo ważne, czy choćby rdzenna konstrukcja. Pamiętam, jak rzuciłam któryś z przetłumaczonych na polski tomów Schmitta i wypożyczyłam we francuskiej wersji, bo tłumaczenie choć dobre, to jednak było jakoś takie, nie pasujące do polskiego języka. Zresztą, w zeszłym roku miałam przyjemność oglądać niesamowity performance, których całkowicie zrozumiały był dopiero gdy artystka opowiedziała nam jak wygląda krok po kroku proces swatania tureckich dziewcząt z ich przyszłymi mężami. Bez tej historii można było odczuć dramat, który nam przedstawiała, ale dopiero ta historia uświadomiła nam jak bardzo ważna jest dla jej narodu użyta przez nią symbolika. Podejrzewam, że np. Marokańczyk, nie pijący alkoholu też nie zrozumie Beresia częstującego widzów wódką. ;)

      I dlatego cieszę się, że chociaż znaczna część kultury dąży do unifikacji, to jednak jeszcze długo będą powstawać dzieła, które będą dla nas tym bardziej wysmakowane im bardziej my będziemy rozsmakowani w dużej kulturze. Czy jednak będzie to bardzo duży dział kultury? Nie wiem.

      Problem rzeczywiście fascynujący, aż postaram się go bardziej zgłębić jeśli chodzi o wizualność. ;)

      Usuń
    7. Właśnie, właśnie, to dobrze widać w kulturach językowo niejednorodnych (trochę pisałam o tym w dzisiejszej notce). Z kolei mam problem z takim porównaniem, że coś jest dzisiaj podobne do czegoś, co było kiedyś (jak z tą Ukrainą), bo warunki się w międzyczasie zmieniają. To znaczy dzisiejsze próby kształtowania tożsamości narodowej to jednak trochę co innego, bo jednak nie zapominajmy o ukraińskim odrodzeniu narodowym, które też było wcześniej. Przynajmniej mi się wydaje, że to trochę zbyt zwodnicza okoliczność do stawiania znaku równości (a przy okazji fajnie, że Zabużko inspiruje :)). Ale sam trop -- fajny do porównania :)!

      A przy tym: zawsze chyba jest taka część dzieła, która poza lokalnym kontekstem jest słabo zrozumiała dla odbiorcy. To trochę jak ze "smaczkami" biograficznymi -- czasem wychwycimy coś, kiedy bardzo dobrze znamy pisarza, a kiedy indziej z kolei zupełnie tego nie zauważymy.

      Usuń
    8. Oj tak, dzisiejszy wpis czytałam i bardzo mi się spodobał, zwłaszcza fragment o Kafce, bawi mnie ile razy muszę sobie przypominać, ze nie pisał po czesku, jak dla mnie pierwszym skojarzeniem do Kafki są Czechy właśnie.

      Wiadomo, że sytuacje nie są tożsame - inny czas, inna polityka, inni ludzie, inny język. Raczej chodziło mi o takie porównanie, że i tu i tu mamy ważną literaturę "narodowowyzwoleńczą" a jednak są one inne. Choć obie walczą słowem o swoją odrębność właśnie. (Zabużko też w którymś momencie stawia siebie jako kontynuatora pisarzy piszących ku pokrzepieniu serc narodu. A propos walki o narodowość, pamiętam jak kiedyś przed egzaminem natknęłam się na wzmiankę, że Polacy wyróżniali się na tle innych państw będących pod wpływem ZSRR formami malarskimi, ponoć na wystawach zbiorowych różnych krajów od razu było widać kto Polak ;) Zatem obrazem też jednak da się walczyć o odrębność ;)). W ogóle bardzo dziękuję za polecenie Zabużko! Chyba właśnie jej potrzebowałam jako wstępu do ukraińskiej literatury. Choć fakt, faktem jej styl pisania i te długie zdania bywają męczące.

      Prawda, może więc kiedyś, zamiast dzielić literaturę na narodową to właśnie będziemy mówić o literaturze "nasmakowanej" danym narodem? :)

      Usuń
    9. Kafka pisywał po czesku różne urzędowe dokumenty ;). W takim zbiorze z listami do przyjaciół i innymi pismami jest kilka przykładów takich pism czeskich Kafki -- rarytas! :)

      A tak, to się zgodzę, że ten duch do siebie nawiązuje. Przy czym to w ogóle jest ciekawe, że te duchy ze sobą korespondują właśnie (to, co piszesz o wystawach -- to przecież jakoś do tego właśnie zjawiska się odnosi chyba?). Z drugiej strony -- duch duchem czy smak smakiem, bo zawsze mam problem z uchwyceniem tej różnicy właśnie w takiej formie, ale to ciekawe, że ona jakoś tam wyczuwalna jest (w sztuce w ogóle, jak się okazuje!) ;).

      Usuń
    10. Ten zbiór jest przetłumaczony na polski? Czy widać w tym tłumaczeniu, że jednak jest inny język, inne konstrukcje i inna melodia? :) Chętnie bym przeczytała, w takich momentach żałuję, że mój czeski ogranicza się do kupienia biletu czy kawy.

      Właśnie przeszukałam książki i nie znalazłam tej anegdotki (pewnie jest w tej której nie mam, w zgodzie z prawami Murphy'ego ;)). Ogólnie Polakom pozwalano na nieco więcej wolności w sztuce (choć wciąż kontrolowanej, zwłaszcza tej oficjalnej, duet KwieKulik doczekał się z tego co pamiętam, za działania kontestatorskie zakazu wyjazdu za granicę, chodzi mi więc tutaj o oficjalnych, uznanych przez partię "przedstawicieli sztuki", którzy mieli nieco więcej wolności niż osoby o tej samej "pozycji" w innych krajach bloku wschodniego), co właśnie odbijało się tym, że prace Polaków wyróżniały się na tle innych dzieł wystawianych na oficjalnych wystawach zbiorowych państw bloku wschodniego.

      Usuń
    11. Wiesz, że nie wiem? To znaczy nie wiem, jak to wypada w przekładzie (tom, w którym to się znajduje -- a przynajmniej tak zakładam -- nazywa się "Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców", wydano go u nas całkiem niedawno, ale nie na tyle niedawno, że by nie było go jeszcze w bibliotekach; aż sama przy okazji sprawdzę, czy i tam są te czeskie pisma Kafki). Kojarzę tom głównie z omówień radiowych i wywnioskowałam, że odpowiada temu, co znam z czeszczyzny, przy czym jakoś jak teraz zapytałaś, to uświadomiłam sobie, że nigdy tego nie sprawdziłam empirycznie ;). Muszę ten błąd przy okazji naprawić!

      Wydaje mi się, że kiedyś słyszałam o czymś takim, ale nie jestem w stanie teraz zlokalizować, gdzie ani od kogo. Ale w takim razie coś w tym być musi, nawet jeśli to taka "patriotyczna" anegdotka ;). W końcu, jeśli dobrze pamiętam, część czeskich performerów z lat 70. i 80. przyjeżdżała do Polski robić swoje performensy, bo w Czechosłowacji było z tym trudniej (nawet, jeśli publiką mieli być ludzi zgromadzeni w domu znajomych).

      Usuń
  2. Wczoraj oglądałam Xięgarnię na TVN24, wywiad z autorką Silva Rerum (litwinką), która napisała powieść o szlachcie/inteligencji wileńskiej dziewiętnastego wieku..... I Łobodziński pół wywiadu poświęcił, że przecież to o Polakach jest, to nasza historia. Tak mi się z tematem skojarzyło, więksi mniejszym oddychać nie dają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie ten problem, wydaje mi się, nie "gdzie", ale "kiedy". Trudno mówić tak naprawdę o "polskości" kiedyś, używając pojęcia tak, jak rozumiemy je dzisiaj. Nie wspominając o tym, że dzisiaj raczej koncepcja językowo-terytorialna przoduje, podczas gdy ta inteligencja wileńska XIX wieku mogłaby dyskutować z tym kryterium. A swoją drogą muszę znaleźć tę powieść, ciekawa jestem bardzo, cóż to takiego, bo brzmi smakowicie!

      Usuń
  3. Zagadnienie podziału na literaturę "wielką", "mniejszą" i "najmniejszą" poruszane współcześnie, udowadnia, że książka - czy tego chcemy, czy nie - to produkt, jak każdy inny. Mam wrażenie, że wielki wpływ na to, co się "czyta", a co nie, ma książkowy marketing i popularyzacja pewnych tytułów, autorów, literackich regionów. Przykładowo, nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy, nierzadko nie mają pojęcia o polskim kanonie (Prus, Żeromski). A osobiście jestem przeciwna literackim podziałom. Wielkość literatury powinno się mierzyć jedynie zachwytem odbiorcy, o! :-) (Twój post przypomniał mi, że są rejony literackie, z którymi koniecznie muszę się zaprzyjaźnić - vide literatura czeska).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, ale też z drugiej strony to jest zagadnienie starsze niż nasz dzisiejszy marketing książkowy. I w tym sensie wiąże się też na przykład z taką "służebną" funkcją literatury, która miała nie wiem, na przykład krzepić uczucia patriotyczne albo pokazywać właściwe moralne postawy. Bo jakby tak spojrzeć prawdzie w oczy, to i my o cudzych kanonach mamy pojęcie jako-takie. Jasne, znamy na pewno wielu pisarzy niemieckich, ale jakby ich tak umiejscowić w lokalnym kanonie, to nie wiem ;).

      Zachwyt odbiorcy bywa kryterium zwodniczym, ale tak, cóż, szukamy jakichś punktów zaczepienia. Więc możemy sobie zrobić prywatny kanon, co nie jest zawsze złym wyjściem. A co do literatury czeskiej -- polecam i zawsze służę radą, jeśli umiem :).

      Usuń
  4. Coraz bardziej zaczynam lubić Twoje felietony :)
    Sama raczej nie zastanawiam się nad takimi zagadnieniami. W czytelnictwie bardziej kieruję się tym, czy książka będzie ciekawa, a nie czy zmieni mój światopogląd i uzupełni moje braki kulturowe :)
    Teraz chyba jednak zacznę więcej o tym myśleć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, miło mi :). Mnie takie rzeczy nurtują głównie dlatego, że mam wrażenie że -- mimo oczywiście tego, co pisałam wyżej, to znaczy, że własny kanon nie jest niczym złym -- literatura nie istnieje w próżni ani wyłącznie w odniesieniu do nas samych, a tam naokoło fruwają takie tematy właśnie ;).

      Usuń
  5. To zagadnienie w przedstawionym przez Ciebie ujęciu przypomina mi podział na wielkie i małe narody. Jak się mierzy "wielkość" narodu? Liczbą jego mieszkańców, czy czymś innym? Owszem, są narody, które przez setki lat uważały siebie i były uważane przez innych za "wielkie" i to jest skorelowane z "wielką literaturą", o której piszesz. Ale przyznam się, że ja zawsze pod pojęciem "wielka literatura" rozumiałam co innego. Coś jakby zobiektywizowany zachwyt czytelnika plus podejmowanie ponadczasowych tematów, zdolność do zachowania świeżości pomimo upływu czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest, przynajmniej we wspomnianym czeskim przypadku, silnie ze sobą połączone (i z poczuciem pewnej moralności należącej do "małego" narodu czy "małej" literatury). Tak, wydaje mi się, że taka "wielka literatura", o jakiej piszesz, to trochę taka literatura pojedyńczych egzemplarzy (nie wiem, jakie by tu dobre określenie wybrać): w tym sensie "wielką literaturą" możemy nazwać "Zbyt głośną samotność" -- nie nazywając przy tym "wielką literaturą" całej literatury czeskiej (przykład z kapelusza, bo wiadomo ;)).

      Usuń
  6. Mała ciekawostka: literatury islandzkiej do wielkich raczej byśmy nie zaliczyli, a okazuje się, że w przeliczeniu na mieszkańca na Islandię przypada najwięcej autorów nagrodzonych nagrodą Nobla. Dostał ją tylko Laxness, ale w końcu niewielu jest Islandczyków. No i ostatnio okazuje się, że 1 na 10 mieszkańców wydaje książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie fascynujące (nie wiem, czy ogólny poziom wydawania książek nie rośnie wszędzie per capita, ale ci nobliści -- no, no; aż muszę sprawdzić, jakie inne nie bardzo zaludnione kraje jeszcze mają noblistów!).

      Usuń