My name is Lizzie Bennet and... Albo Jane Austen na YouTube

Popołudnia miałam w ostatnim czasie zajęte, ponieważ oglądałam. Co oglądałam? Internetowy miniserial o tym, że chociaż jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony, to niekoniecznie w Kalifornii sprawy mają się tak samo jak w XIX-wiecznej Anglii. Tak, zgadliście, jestem ostatnią osobą, która załapała się na fenomen „The Lizzie Bennet Diaries” i teraz czy chcecie, czy nie, napiszę Wam o tym.


Możecie zgadywać, kto jest kim. Zdjęcie z materiałów prasowych.
[Spojlery do „Dumy i uprzedzenia” (ba) i „The Lizzie Bennet Diaries” (ale jakby, no... to jest ze sobą powiązane)].

Z retellingami „Dumy i uprzedzenia” jest ten problem, co z każdą dobrą historią, obrośniętą idealizacjami, legendami i opinią fenomenu: strasznie trudno jest znaleźć dobry sposób, żeby tę historię opowiedzieć inaczej, a jednocześnie żeby nadal została dobrą historią. Jak widzieliście na przykładzie „Dworku Longbourn” nawet ja, nie zadeklarowana fanka twórczości Austen, mam nerwy, kiedy z dobrej opowieści robi się pretekst, żeby niby coś opowiedzieć, ale w rzeczywistości z niewielkim poszanowaniem oryginału (czy raczej: nie wychodzącym poza deklaracje).

Z „The Lizzie Bennet Diaries” sprawa ma się tak, że z jednej strony są one wierne oryginałowi, z drugiej – nie trzymają się go pasożytniczo, niekiedy luźno adaptując niektóre wątki, czasami zmyślnie przetwarzając je tak, by zastać bohaterów w tym miejscu, w którym widziała ich Austen, ale za pomocą nieco innych środków. Dopowiadają to, co mogłyby robić postaci drugiego planu i dodają więcej słów tam, gdzie Austen celowała w jedno, ale znaczące, zdanie – robią to jednak z takim urokiem, dowcipnie i pomysłowo, że są zdecydowanie wartym poznania spojrzeniem na „Dumę i uprzedzenie”.

Lizzie z Kalifornii i historia pewnego sąsiedztwa


Autorzy umieszczają akcję „Dumy...” w XXI wieku, kiedy to 9 kwietnia 2012 Lizzie Bennet, dwudziestoczteroletnia studentka komunikacji (jakże by nazwać ten kierunek: mass communication?) zamieszcza w sieci swoje pierwsze nagranie. Jej vlog, na którym komentuje poczynania dość ekscentrycznej rodziny, zaczyna się od dobrze znanego nam wszystkim zdania: It is a truth universally acknowledged, that a single man in possession of a good fortune, must be in want of a wife. Taki właśnie napis pani Bennet, matka trzech córek z południa Stanów, zamieściła na koszulkach, uroczo różowych, jakimi obdarowała latorośle. Lizzie komentuje sarkastycznie tę dziwną obsesję matki na punkcie wydania ich za mąż, a równocześnie informuje, że może się ona szybko ukierunkować, bo do sąsiedniego domu – w przeciwieństwie do zwyczajnego domku Bennetów wyposażonego w różne luksusy – sprowadził się rokujący, zamożny student medycyny, Bing Lee. Lizzie początkowo komentuje kolejne wydarzenia, które kręci z pomocą przyjaciółki – Charlotte Lu, obiecującej twórczyni amatorskich filmów – sama, przebierając się za wspominane postaci. Przy czym wykorzystuje tutaj proste środki: jej matka to ubrana w dziwaczny kapelusz rodem z Aspen matrona w wielgachnych klipsach, mówiąca z emfazą i wyraźnym południowym akcentem; denerwujący przyjaciel Binga, korpopracownik William Darcy symbolizowany jest przez kaszkiet i muszkę; urocza, słodka siostra Lizzie, Jane, to z kolei dziewczę z kwiatem wpiętym we włosy; ojciec Bennetówien nosi staromodny kapelusz i cedzi słowa z fajką w ustach.
 I to właściwie cały punkt wyjścia. Gify stąd.
 

Wkrótce Lizzie nie tylko zdobywa popularność – jako vlogerka wchodzi w kontakt ze swoimi odbiorcami, prosi ich o komentarze, organizuje sesje pytań i odpowiedzi, pozwala zajrzeć ze sobą na konwent, na który się wybiera, a raz organizuje nawet „rozdawajkę” (dzięki snobistycznemu podarunkowi od siostry Binga) – ale i odkrywa, że właściwie vlog mógłby się stać podstawą jej pracy dyplomowej. I w ten sposób przemyca na wizję różne, delikatnie zaznaczane, elementy metody, jaką kręci: czemu mają służyć te umowne kostiumy, dlaczego nie robi zbliżeń, na czym polega montaż takiego filmiku. Lizzie bowiem jest tutaj naszym narratorem i przewodnikiem po całej opowieści – w przeciwieństwie do wszechwiedzącego trzecioosobowego narratora z powieści Austen. Musi więc mieć od czego się odbić: te wstawki „metodologiczne” – zasadne przez wzgląd na to, że mamy w końcu do czynienia z projektem magisterskim – to trochę odpowiednik tego narratora, zdającego sobie w końcu sprawę z tego, że jest opowiadaczem i z tego, że referuje na bardzo umownych zasadach zjawiska ze świata przedstawionego.

Nie kolejna komedia romantyczna


Ale to nie jedyna rzecz, na którą warto w całej historii zwrócić uwagę. Twórcy „TLBD” zrobili kilka cięć po oryginalnym materiale Austen. Przede wszystkim, jak się już pewnie zorientowaliście, siostry Bennet są trzy: te, które faktycznie w oryginalnej fabule dostają coś do roboty. Ale nie, twórcy nie wykosili dwóch pozostałych Bennetówien, bo nie mają one właściwie swojego głównego wątku, ciągnącego w „Dumie...” fabułę. Mary zostaje kuzynką, wyalienowaną, trochę emo, zaczytaną w książkach, usiłującą coś tam grać, taką, która chce być zauważana, ale ginie często w tle – dopiero wyjazdy Jane i Lizzie sprawiają, że Lydia dostrzeże w niej kogoś więcej niż nudną kuzynkę, z którą widują się w święta. Mary zresztą bardzo ładnie się rozwija w „TLBD”, szkoda tylko, że twórcy zapomnieli o niej w ostatnich scenach – w czasie kryzysu w domu Bennetów w związku z wątkiem Lydia/Wickham, aż się prosi, żeby Mary pojawiła się i czuwała ze wszystkimi. Kitty z kolei – ta młodsza siostra wiecznie podczepiona pod bardziej przebojową Lydię, zostaje, no cóż, kotem. I można się uśmiechnąć pod nosem, kiedy Lydia – w pewnym momencie zaczynająca nagrywać kiepskiej jakości video na własną rękę – anonsuje nam Kitty, mówiąc o słodkim kotku, który wszędzie za nią chodzi.

Ale nie wszystkie „zwierzęce” metamorfozy bohaterów są równie udane. Lady de Bourgh, tutaj bogata inwestorka w biznes związany z filmami instruktażowymi, zostaje pozbawiona córki – zamiast tego wszędzie chodzi z dziwacznym, chorowitym psem o imieniu Annie. Szczerze mówiąc tak akurat przeróbka wydaje mi się mało subtelna i najmniej kreatywna, jeśli chodzi o vlogowy świat Lizzie (i to nawet mimo tego, że naśladowanie bogatej patronki wychodzi Lizzie prześmiesznie). Twórcy faktycznie przemyśleli, co jest „lokomotywami” poszczególnych wątków w powieści, co zresztą widać: stosunkowo najmniej udało im się wyjaśnić zerwanie Jane i Binga, chociaż nie powiem, żeby się nie starali; mimo wszystko zachowanie Binga sprawia tu wrażenie dość archaicznego i niespecjalnie koresponduje z charakterem tej postaci w wieku XXI (w końcu to co innego niż konsekwencje mentalności człowieka z roku 1813). Natomiast strzałem w dziesiątkę jest rozwiązanie wszystkich ślubnych perypetii z „Dumy...”.
 Twórcy też.
 

Bo to mogło sprawić, że „TLBD” stałyby się kolejną komedią romantyczną – oryginalną w formie, ale powielającą już schemat, jaki widzieliśmy setki razy. Tymczasem twórcy bardzo mądrze prowadzą te kwestie aż do rozwiązania, co jednocześnie pozwala się widzowi wczuć w miłosne rozterki bohaterów (kiedy któregoś dnia podniosłam oczy znad pisanego tekstu na mojego Domownika i westchnęłam rzewnie ze słowami: „nie podoba mi się, co ten Wickham robi z Lydią, biedna ta dziewczyna”, mój Domownik stwierdził, że to jest dopiero siła oddziaływania dzieła), popiszczeć radośnie, kiedy dostajemy zwieńczenie wątku Lizzie i Darcy'ego (który – choć uwspółcześniono mu imię do „William” ani razu nie zostaje nazwany, nawet przez siostrę, zdrobnieniem), ale i przeprowadzić refleksję naraz nad tym, co dzieje się u Austen i tym, jak takie rzeczy zwykle kończą się w naszej teraźniejszej rzeczywistości.

Kto kogo i za co


Innymi słowy: tak, teraz będzie o wątkach miłosnych. Zasadniczymi „lokomatywami” zostają tu oczywiście relacja nienawistno-miłosna Lizzie, urokliwej nerdette i burkliwego Darcy'ego, który chociaż nieco aspołeczny, okazuje się w końcu mieć serce we właściwym miejscu – ale z trudnościami w okazywaniu uczuć w ogóle. To chyba najbliżej rozegrana para, jeśli chodzi o podobieństwo do oryginału. Czemu? Wydaje mi się, że ten wątek już u Austen jest, z braku lepszego słowa, „postępowy”. Owszem, nie kończy się on zaręczynami, ale... ofertą pracy i pomocą w odkrywaniu tajników rynku (Darcy jest właścicielem firmy Pemberley Digital, która zajmuje się rozwijaniem aplikacji przydatnych w biznesie filmów internetowych). Lizzie jest jednak – co widać przez cały czas – dziewczyną marzącą o niezależności; w rezultacie, choć wchodzi w związek z Darcym, nie zostaje „dziewczyną szefa”.

Nieco inaczej twórcy rozgrywają to, co dzieje się z Jane i Bingiem. Jasne, narzekałam już, że zachowanie Binga jest nieprzekonujące: ale za to to, co dzieje się z Jane – jest. Ona nie wyjeżdża do ciotki wzdychać za utraconą miłością, ale żeby zatrzymać się u niej, bo znajduje nową, dającą jej satysfakcję, z tego, co robi, pracę (zresztą „TLBD” to nie tylko vlog, ale wszystkie elementy znane nam z mediów społecznościowych – możecie na przykład zajrzeć do lookbooka Jane). I kiedy ostatecznie nieporozumienia, jakie doprowadziły do zerwania, zostają wyjaśnione, nie rzuca się Bingowi na szyję – jak można by oczekiwać (wspominałam, że „TLBD” nie jest komedią romantyczną) – ale pokazuje, że w takim związku może chodzić o coś więcej. Co oddala dość przygnębiającą czasami perspektywę „i żyli razem długo i szczęśliwie”, bo węszy się w niej zawsze coś ukrytego, czego autor nie chce nam powiedzieć (a przynajmniej w dzisiejszych czasach takie zakończenie może wywołać pewną podejrzliwość – jaka epoka, takie baśnie).
 Jesteś, jesteś, ale dla dzieła to dobrze.
 

Muszę też powiedzieć, że postać, której w powieści Austen zawsze mi jednak szkoda – Charlotte – tutaj dostaje nie tyle nawet „pięć minut”, co cały wątek. I jej wybór przeprowadzki z panem Collinsem poza miasto jest umotywowany zupełnie inaczej. Strasznie, strasznie podoba mi się to, co tu zrobili twórcy: nie dość, że nudny pan Collins zostaje ubarwiony (nadal jest straszny – ale w taki dość sympatyczny sposób), to jeszcze Charlotte zamiast załapać się na bycie czyjąś żoną w ostatnim momencie – dostaje dzięki swojej pracy prezent od losu. Ale tego Wam akurat nie zdradzę, sami się zachwyćcie. To jednak dobry moment, żeby przy okazji wspomnieć, co jeszcze twórcom się udaje: pokazać świat Austen na modłę bardziej współczesną społecznie, wprowadzając obsadę nie wyłącznie białoskórą. Jasne, można było wszystkie role dać do grania aktorom zgodnym z tym, jak wyglądaliby w XIX-wiecznej Anglii, ale nie żyjemy już w XIX-wiecznej Anglii, a dwudziestolatki z USA nie żyją w niej na pewno. Tyle że to w żaden sposób nie jest zrobione na siłę, a bardzo sprytnie „poodkrywane” w oryginalnych imionach i nazwiskach (Lucas zmienia się w Lu, Bingley w Binga Lee, pułkownik Fitzwilliams też przechodzi zaskakującą, ale cudowną metamorfozę). Można? Można.

Nie mierny, więc wierny


Największe zmiany zaszły jednak a propos wątku Lydii i Wickhama. Przede wszystkim: w ogóle obsada „TLBD” jest doskonale dobrana i nie dam na nich złego słowa powiedzieć (ta Lizzie – odpowiednio denerwująca, odpowiednio świadoma siebie, odpowiednio dumna, a przy tym taka normalna), ale mój największy – ekhm – zachwyt wzbudza właśnie Wickham. Jest jednocześnie przystojny w taki śliski, nieprzyjemny sposób, jak i zupełnie odrażający. Serio, nie wiem, jak ten aktor to robi, ale jest idealnym Wickhamem: a jak już wiemy, co ta postać zrobi, to wrażenie się jeszcze potęguje. Najważniejsza zmiana zachodzi jednak w psychice Lydii: zawsze mi się wydawało, że ostatecznie postać ta jest szczęśliwa ze względu na to, że odbiera rzeczywistość nie taką, jaka ona jest, ale taką, jaka się jej wydaje – i to utrzymanie jej w niewiedzy na temat motywów i działań Wickhama powoduje, że bohaterka może nas denerwować, ale summa summarum jest zadowolona z takiego rozwiązania, jakie jej przypadło. W „TLBD” jest inaczej: nie dość, że twórcy stawiają na rozwój tej postaci – wspominałam o serii jej osobnych filmików – to nie mają chyba serca wydać Lydii na pastwę Wickhama, a w każdym razie nie po tym, jak pogłębili jej charakter. W ostatecznym rozrachunku tym, co będzie się zatem liczyło dla każdej z Bennetówien, są one same jako ludzie i rodzina. Nie powiem, żeby mi się to nie podobało. Bo przecież „Duma i uprzedzenie” to nie tylko romans i to w tym retellingu wydobyto na światło dzienne perfekcyjnie.

Poza tym bardzo mi się podobało, jak – też za pomocą formy – realizuje się ta tytułowa Austenowska „duma i uprzedzenie”. To, że widzimy wszystko oczyma Lizzie-narratorki sprawia, że możemy się razem z nią konfrontować z tym, że ani pierwsze wrażenie, ani narastające uprzedzenia wobec ludzi nie prowadzą do niczego dobrego. Lizzie zresztą też wraz z kolejnymi filmikami nabywa coraz większych kompetencji społecznych, wychodzi trochę ze swoich własnych spostrzeżeń i stara się bardziej wczuwać w sytuacje innych, i szerzej patrzeć na ich motywacje. Znika wtedy, a przynajmniej zostaje zminimalizowany, wątek teatrzyku kostiumowego, ale to świetnie koresponduje też z przemianą bohaterki. Sęk w tym, że twórcy nie rozegrali jednej rzeczy: a mianowicie tego, że Lizzie obnażyła życia bliskich przed wszystkimi, co miało dobre i złe skutki, ale nikt tego tak naprawdę nie skomentował. Tego było mi szkoda, bo jednak nawet po tym, jak Lizzie dochodzi do wniosku, że może za dużo pokazuje, nie dostajemy cięć w momentach, które by te wnioski podkreśliły (okej – wszyscy chcemy zobaczyć first kiss, tyle że mam wrażenie, że w tym wypadku i w tej sytuacji, w jakiej na koniec znajdują się bohaterowie – nie powinniśmy). I chociaż poddaje pod rozwagę „etykę” pokazywania innych na swoim kanale, to tego akurat nie omawia – szkoda, ale czepiam się głównie dlatego, że jak mi się coś tak podoba, to aż chciałoby się, żeby było idealne.

Strasznie jestem wdzięczna wszystkim, którzy „TLBD” polecali i polecają. Dołączam zatem do tego zacnego grona. Serio, keśli więc jeszcze tu jesteście, to idźcie sobie i zacznijcie oglądać. A jeśli już obejrzeliście, koniecznie podzielcie się wrażeniami! Podzielacie moje zastrzeżenia? A może jesteście arcyfanami? A może właśnie nie?

Weź dokładkę!

22 komentarze

  1. Lizzie! W ogóle wszystkie produkcje Pemberley Digital uważam za bardzo udane (dzięki nim przebiłam się wreszcie przez Sanditon). Zgadzam się z Twoimi zastrzeżeniami, ale i tak jestem fanką, a jak mi smutno i źle to oglądam odcinek albo dwa. najwyżej pięć.
    A wiesz, że będzie webserial z Lydią :)? Nie mogę teraz znaleźć informacji, ale jak się dogrzebię do linka, to wrzucę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Widziałam! Jakoś teraz we wrześniu ma chyba startować? Na razie czaję się i chyba sobie sprawię wersję pisemną "TLBD", bo darmowy fragment wygląda dobrze, a zresztą kogo ja będę czarować -- szkoda mi, że się skończyło, będę eksplorować temat dalej :).

      I jasne, mam zastrzeżenia, ale fanuję bardzo. Myślę właśnie, że zajrzę do kolejnych produkcji PD, chociaż recenzje mają słabsze od "TLBD", ale tak sobie postanowiłam, że najpierw chyba jednak przeczytam "Emmę" i "Sandition", bo czerpię wtedy więcej przyjemności z odkrywania co i jak pozmieniano, i co i jak zaadoptowano. Tutaj zdecydowanie moje serce podbiła Lydia, zupełnie inaczej patrzę teraz na tę bohaterkę.

      Muszę sobie chyba stworzyć TOP 5 odcinków, żeby do nich wracać, jak mi smutno! Masz jakieś swoje ulubione, czy po prostu oglądasz na chybił-trafił?

      Usuń
    2. Na chybił-trafił, ale omijam koniec wątku Lidii, bo mnie przygnębia.Emma z PD mi się nie podobała. Nie była zła, po prostu nie przypadła do gustu. Z Sandition trochę się rozpędzili, bo zrobili z Gigi główną bohaterkę, co mi się podobało, ale nie każdemu musi. Za to ich interpretacja Małych kobietek podoba mi się bardziej od oryginału :).
      PS. Oglądasz może Carmillę?

      Usuń
    3. W ogóle filmiki Lydii z Wickhamem wywoływały we mnie takie wrażenie "idę się zapaść pod ziemię", bardzo to jest pod tym względem dobrze zrobione, ale to prawda, że końcówka wątku jest bardzo przygnębiająca i emocjonalnie "oczyszczająca" (mimo że w odcinku, w którym Lydia odkrywa, co ma zamiar zrobić George, aktorstwo Mary Kate Wiles było, moim zdaniem, ostro teatralne, ale zasadniczo poza tym jednym odcinkiem potem jakoś wróciła do poprzedniego stylu -- nie wiem, czy też miałaś takie odczucia?).

      Mnie właśnie do "Sandition" ciągnie przez te crossovery z "TLBD". Do "Emma Approves" też, podobno pojawia się tam Caroline? W każdym razie na pewno sprawdzę, jak przeczytam.

      "Carmilli" nie oglądam, nie czytałam jeszcze książki, ale pamiętam z Twojej notki, że jest taki retelling. Nie wiem, czy się zabierać? Kusi mnie też trochę "Frankenstein MD" od Pemberley Digital, ale ciut się boję ;).

      Usuń
  2. Zaskoczę Cię, pierwszy raz słyszę o tym serialu;) Obejrzę w wolnej chwili bo brzmi nieźle Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli nie byłam ostatnią osobą ;). Serial jest dostępny przez konto Pemberley Digital, zalinkowane we wpisie, więc można spokojnie obejrzeć -- do każdego odcinka są napisy angielskie, a do pierwszego -- także polskie. Oglądałam bez nich i nie było ciężko mi rozumieć aktorów, ale jest to zawsze bardzo pomocna opcja (zwłaszcza jak na przykład mówią ciszej albo w ogóle dla spokojniejszego odbioru). Również pozdrawiam :)!

      Usuń
  3. Uwielbiam, oglądałam na bieżąco, to jest jeden z moich ulubionych retellingów. Pamiętam jednak to rozczarowanie, kiedy dowiedziałam się, że TLBD to produkcja internetowa, taka ze scenariuszem, opłacanymi aktorami a nie po prostu kilka osób bawiących się przed kamerą w odgrywanie Jane Austen – no ale może wyszło to serii na lepsze :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, oglądanie tego na bieżąco musiało być super :)! A śledziłaś też wszystkie inne "dobra", czyli twittery, tumblry i inne? Bo chociaż na stronie jest archiwum, to mnie to nieco przerasta (zwłaszcza połapanie się w twitterowych rozmowach bohaterów). Ale dzielnie przeglądam na kacu po zakończeniu oglądania :).

      Oglądam też od czasu do czasu "Green Gables Fables", czyli vlogowy retelling "Ani z Zielonego Wzgórza", robiony właśnie tak przez kilka osób dla frajdy i, jak mam być szczera, jest słabszy od "TLBD". Nawet nie tyle wykonaniem, co samym pomysłem -- bardzo widać, jak dobrze sobie z Austen poradzili scenarzyci "TLBD". No i te postaci obsadzone są tu tak cudownie i idealnie, że taka Jane to chyba zostanie mi w wyobraźni Jane we wszystkich innych odsłonach "Dumy..." ;).

      Usuń
  4. Ale jestem zacofana. Pierwsze słyszę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okazuje się, że jednak nie tylko ja się opóźniłam z zapoznaniem z "TLBD" ;). Czeka Cię wspaniała przygoda, jeśli zdecydujesz się obejrzeć :)!

      Usuń
  5. Ja myślę, że "mass communication" można by przełożyć jako "medioznawstwo". :) Też należę do osób, które jeszcze nie słyszały o TLBD, ale chętnie nadrobię. Zwłaszcza, że ostatnio obejrzałam "Lost in Austen" i uczucia mam wyjątkowo mieszane, więc będę miała z czym porównywać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak się zastanawiałam, czy to jest odpowiednik medioznawstwa, bo z tego, co opowiada Lizzie, duży nacisk kładzie się tam także na praktykę -- może to jakieś połączenie medioznawstwa i dziennikarstwa określonego typu? Bo teoria tam jak najbardziej, jak napisałam, jest, nawet wątek seminarium magisterskiego się pojawia ;).

      "Lost in Austen" odkryłam niedawno, to znaczy jego istnienie i sam koncept bardzo mi się spodobał, trailer może mnie nie porwał, ale pomyślałam, że może być nieźle... Nie jest? (Swoją drogą, może wiesz, czy u nas to wydano na DVD?)

      Usuń
    2. Polskie kierunki studiów chyba z zasady są dużo bardziej teoretyczne niż amerykańskie, więc myślę, że lepiej postawić na "medioznawstwo", bo dziennikarstwo kojarzy się raczej z prasą.

      W "Lost in Austen" pomysł był całkiem fajny, ale jakoś mi się nie klei do końca ta fabuła. Zabrakło wyjaśnienia killku ważnych wątków, więc na przykład do dziś nie mam pojęcia, czemu niby ta Elizabeth Bennet tak się pchała do współczesności. Słabo wypada też konfrontacja mentalności dzisiejszej z ówczesną, Amanda jest bardzo romantyczna i początkowo wszystko idealizuje, potem nabiera trochę szerszej perspektywy, ale powód, dla którego Darcy w pewnym momencie ją odrzuca, jest naprawdę trywialny i wydaje się bardzo słabą zagrywką ze strony scenarzysty, który przez to wyjątkowo spłycił sposób myślenia XIX-wiecznych ludzi. Bardzo fajnie z kolei wypada gra z wyobrażeniami współczesnych kobiet na temat Darcy'ego, które mają tendencję do idealizowania go. Świetnie pokazuje to scena w bajorku. :) No i sam wątek "efektu motyla" - jedna mała zmiana może mieć wpływ na całą przyszłość - też wypada całkiem dobrze. Czyli generalnie obejrzeć można, ale szału nie będzie. :)
      A co do wydania na DVD to niestety nie mam pojęcia.

      Usuń
    3. Mnie się w ogóle ten fenomen pana Darcy'ego przez wieki podoba, bo nieźle w ogóle obrazuje to, co się dzieje często z oryginalnym bohaterem w ciągu lektury przez kolejne pokolenia. Tak teraz sobie oglądam po raz kolejny "Dumę i uprzedzenie" BBC -- scena w jeziorku przede mną, ale tam już w pierwszym odcinku Firth jako Darcy głównie zajmuje się sublimowaniem emocji: patrzy się intensywnie, wzdycha w wannie i każe się polewać wodą, dostajemy zbliżenie na bilę wbijaną do uzy tuż po wyjściu Lizzie. Generalnie ognisty kochanek, w pewien sposób. Chyba to sporo zaważyło na jego wizerunku. (A w ogóle bardzo Ci dziękuję za zdanie o "Lost..." -- na pewno jak znajdę gdzieś, obejrzę, żeby porównać opinie!)

      Usuń
    4. Wczoraj skończyłam TLBD i zgadzam się z wszystkimi Twoimi uwagami. Jane naprawdę była fantastyczna! :) I rzeczywiście zabrakło trochę refleksji nad stroną etyczną pokazywania wszystkiego w Internecie, chociaż im dalej w las, tym częściej Lizzie pytała inne osoby, czy na pewno chcą być nagrywane. Zabrakło mi też ostatecznego wytłumaczenia, czemu Bing zostawił Jane - tak jak pisałaś, ten wątek został słabiej poprowadzony. Mnie bardzo podobała się również postać Fitza, bo wprowadził dużo koloru do tych filmików. :)

      Co do komentarza poniżej: nie wiem, czy już ją widziałaś, ale 4-odcinkowa "Jane Eyre" z 2006 roku jest bardzo dobra. Oglądałam ją wieczorami i codziennie bałam się zasnąć, mimo że dobrze wiedziałam, kto "straszy" w Thornfield Hall. ;)

      Usuń
    5. Oj tak, przerobienie pułkownika na wyluzowanego przyjaciela Darcy'ego było bardzo dobrym posunięciem. Twórcy w ogóle dość nieortodoksyjnie wykluczyli Fitza ze wszystkich klasycznych pairingów (bo on się pojawia często jako konkurent Lizzie albo liczący na rękę Georgiany, jak teraz to obserwuję) i zrobili z niego homoseksualistę (o czym w samych "TLBD" nic nie ma, ale można się dowiedzieć z jego Twittera). A poza tym ta postać jest tak przepięknie zagrana! Strasznie lubię to, że ma taką dobrą "chemię" właściwie ze wszystkimi innymi postaciami. Ładnie to jest poprowadzone wszystko. Chociaż ciut mi brakowało takiego "origin story" jego i Darcy'ego -- wiem, że w oryginale też za bardzo go nie ma, ale tutaj by można rzucić światło czy dwa ;).

      A nie, nie widziałam. Będę musiała przy okazji rzucić okiem, to na pewno! Dziękuję :).

      Usuń
    6. w filmach TLBD Lizzie dwa razy mówi, że Fitz jest gejem
      wyjaśniono też dokładnie, dlaczego Bing wyjechał bez słowa - czuł się zraniony, bo Caroline i Darcy powiedzieli mu, że przyłapali Jane na całowaniu się z jakimś facetem w czasie imprezy urodzinowej Binga i dodatkowo ciągle szeptali mu do ucha, że Jane próbuje się z nim związać ze względu na jego pozycję i majątek - to też jest w filmach
      dużo sytuacji "między filmami" jest opisane w książce na podstawie TLBD, m. in. panika Jane, kiedy myśli, że jest w ciąży

      Usuń
    7. Musiałam to przegapić, bo naprawdę dopiero na Twitterze to zauważyłam (trudno mi teraz odnieść się do konkretnego miejsca w samym vlogu, ale wierzę Ci na słowo :)).

      No właśnie, tylko że to nadal jest słabo rozegrane. W tym sensie, że nie wygląda, jakby wypływało z charakteru bohatera -- nie wypływa też z moralności epoki, jak w "Dumie i uprzedzeniu", i wygląda jakby Bing po prostu się zwinął, bo stwierdził, że no tak, wszyscy mają rację. A tutaj to jest trudniejsze do takiego przeprowadzenia, przecież wiemy, że Bing i Jane znają się lepiej, spędzają ze sobą dużo więcej czasu i tak dalej. Motywacja zostaje podobna jak w "Dumie...", ale tutaj -- moim zdaniem -- po prostu nie jest wystarczająco dobrze poprowadzona.

      Właśnie widziałam, że jest książka, muszę ją kiedyś przy jakiejś okazji koniecznie wyhaczyć! :)

      Usuń
    8. na samym początku odcinka, kiedy Lizzie mówi o poznaniu Fitza, zwraca się do widzów "Tylko nie wyobrażajcie sobie za wiele, on ma chłopaka"; potem mówi, że jest umówiona z nim i jego chłopakiem na etiopskie jedzenie

      ja nie mówię, że to jest dobre rozwiązanie konfliktu Jane-Bing, tylko odnoszę się do stwierdzenia, że nie pada konkretne wyjaśnienie

      książka jest interesująca jako dodatek, ale polecam wersje na kindla, na papierową szkoda trochę kasy, przypuszczam, że tak samo jest z "The epic adventures of Lydia Bennet"

      a jeśli można oftopowac troszkę w sprawie Jane Eyre vlog - tam największym problemem jest właśnie nieprzeskoczenie pewnych zachowań, które wynikają z moralności epoki, plus zmiana charakteru bohaterów, a zwłaszcza bohaterki

      Usuń
    9. Pamiętam ten wątek z etopskim jedzeniem, ale byłam przekonana, że jest właśnie twitterowy -- no nic, jest pretekst, żeby sobie powtórzyć oglądanie przy okazji (nie, żeby jakiś pretekst był potrzebny! ;)).

      Właśnie o e-booku myślałam, na pewno prościej go dostać, chociaż papierowa jest chyba całkiem ładnie wydana (sądząc po obrazkach, które znalazłam na stronie).

      Bo to jest w ogóle duży problem: teoretycznie pewne kwestie są bardzo podobne (i można je bez trudu przełożyć), ale inne niby tak, a jednak nie (dokładnie to, o czym piszesz, czyli zachowania warunkowane przez epokę). W "TLBD" jednak było sporo bardzo sprytnych przełożeń, w "EA" już dużo mniej, ale nie wszystko się jednak udało. Ciekawa jestem właśnie tej Jane Eyre, pójdzie do oglądania zapewne w nowym roku :).

      Usuń
  6. Awww... jak się cieszę, że dołączyłaś do grona fanów :)
    Zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami odnośnie "Lizzie..". Postacie pięknie się rozwinęły i dopasowały do realiów współczesnych. Bardzo podoba mi się Jane - podobnie jak w oryginale, jest przesłodka i urocza (ale nie mdła, a przede wszystkim ja to w końcu widzę, a nie muszę uwierzyć na słowo narratorowi), ale twardo stąpa po ziemi; chociaż dalej jest skłonna doszukiwać się w innych dobrych cech, to nie zawsze ich rozgrzesza (wg mnie winą za zerwanie związku bardziej obarcza Binga niż Darcy'ego). Lydia beztroską przykrywa inne sprawy, a Charlotte zadaje bardzo dobre pytania.
    Aktorsko jest bardzo dobrze, zwłaszcza Lizzie (a właściwie sposób jej pokazania) skradła moje serce. Początkowo Darcy był dla mnie zbyt "drewniany", ale z każdym kolejnym obejrzeniem serii podobał mi się coraz bardziej; zwłaszcza ostatnio taki sposób Darcy'ego u mnie zapunktował, bo widziałam nagranie z hmm... nie wiem jak się to fachowo nazywa, ale była to próba "chemii" między bohaterami: aktorka grająca Lizzie ogrywała scenkę z potencjalnym Darcym (ten potencjalny Darcy został ostatecznie Knightleyem w "Emmie") i nie podobało mi się; wydawał mi się za bardzo złośliwy i pogardliwy, a nie wyniosły i dumny.
    Rozstanie Binga i Jane to chyba najsłabiej poprowadzony wątek. Owszem, ze strony Jane wyszło bardzo dobrze, ale z drugiej? Za bardzo "uwiera" mnie zachowanie Binga.
    Jeśli chodzi o etykę czy granice tego, co się pokazuje w Internecie, największy niesmak wzbudziło we mnie pokazanie Binga i Jane podczas pobytu w Netherfield - oboje ze swoimi intymnymi rozmowami, uczuciami, zachowaniami zostają bez zgody podani na tacy tysiącom widzów; szkoda, że Jane nie odniosła się do tego, szkoda, że ciut bardziej ten wątek nie został rozwinięty; Lizzie powinna za to w jakiś sposób oberwać. Z drugiej strony baaardzo podobało mi się rozegranie wątku Lydia/George, a zwłaszcza to, że Lydia nie została pouczona, "że to jej wina, bo jak ona mogła zgodzić się na coś takiego". Naprawdę, wielu ludzi mogłoby się uczyć odpowiednich reakcji na podobne zachowania. Nie tak dawno przecież wyciekły intymne zdjęcia popularnych aktorek i to im się najbardziej dostało, a nie sprawcy, który bezczelnie granice ich intymności naruszył - obrzydliwe zachowania tłumu i komentarze, brr... Ale żeby nie było tak kolorowo, Lizzie dostałaby ode mnie bardzo gorzką słowną reprymendę za to, co mówi o młodszej siostrze na początku serii. Widziałam gdzieś nawet wypowiedź twórców, że żałują tych jej słów, że taka wypowiedź przeszła.

    Z pozostałych serii Pemberley, jak wspominałam przy wpisie o "Dworku..." widziałam "Emmę". Pozostałe czekają, póki nie nadrobię oryginały ;)
    Przestrzegam za to za próbą retellingu "Dziwnych losów Jane Eyre". To już nie dzieło Pemberley i bardzo to widać. Pomijam kwestie techniczne, ale jeśli w pierwszym odcinku Jane niemal zostaje potracona przez auto, którym kieruje Rochester, a ten do niej wyskakuje z pretensjami, że przez nią doznał urazu stopy i ona mu tę stopę "opatruje", to coś tu poszło bardzo nie tak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, no, zostałam konikiem morskim ;).

      Tak, to że postaci są bardzo współczesne, jednocześnie będąc Austenowskie, to jest przeogromna zaleta tutaj. A przy okazji można inaczej spojrzeć na oryginalne postaci w ogóle -- nawet nie tylko te drugoplanowe. Dlatego to jest taki przyjemny retelling :).

      Jane to w ogóle chyba już zostanie moją kanoniczną Jane. Jest idealna. Zgadzam się z tą diagnozą: Jane powtarza, że przecież Bing by się z nią nie obszedł tak, jak to zrobił, gdyby w nim samym nie było takiej decyzji. Bardzo ładnie to podkreśla trzeźwe spojrzenie Jane -- ale przy okazji jest właśnie rysą na scenariuszu, bo nie otrzymujemy tu dobrego wytłumaczenia (jakim u Austen jest jednak kwestia "opinii" i w ogóle mentalność).

      Och, Darcy na początku i mnie się wydawał jakiś nie taki, ale z czasem okazało się, że nieźle to jest jednak zagrane. I ta nuta hipsterstwa, i to, że on się stara przezwyciężyć swoje zahamowania w kontaktach z ludźmi... A kupił mnie zupełnie, kiedy miał odegrać Fitza. Cudownie to było zagrane.

      Tak, w ogóle jakby kwestia tego, że wiele z tych rzeczy rozgrywało się na oczach widzów przez Lizzie, nie zostaje podjęta. To znaczy inaczej: ocenia się wpływ vloga pozytywnie (perspektywy pracy, możliwość oddania go jako projektu dyplomowego i tak dalej). Aż się prosi, żeby ktoś skomentował to inaczej niż z uśmiechem i "czyli jeśli jestem z tobą, to będziesz mnie nagrywała". Bo jest ten odcinek o etyce pokazywania Binga, ale szczerze mówiąc -- mało przekonujący.

      Chodzi Ci o to "Lydia is a slut"? Mnie się wydaje, że to w całości uwiarygadnia przemianę Lizzie -- że ona dostrzega, jak niewłaściwie oceniała młodszą siostrę. To, że coś takiego się pojawiło, dobrze podkreśla tę przemianę, co widać w tym, jak sobie Lizzie radziła z kryzysem Lydia/Wickham, że skupiono się tu na wspieraniu Lydii, a nie docinaniu jej, że sama jest sobie winna.

      O, a myślałam o tej Jane Eyre. Będę miała się na baczności! ;)

      Usuń