Po co nam gatunki literackie? Albo o albo-albo


Nie macie czasem wrażenia, że pewne funkcjonujące odnośnie do literatury wytrychy są co prawda użyteczne, ale tylko na pierwszy rzut oka? Że jak się tak człowiek zastanowi – to niby coś otwierają, ale tylko z pozoru i sami się łapiemy na tym, że te drzwi to chyba miały być bardziej na lewo? Takim wynalazkiem wydają mi się być gatunki literackie. I to im dłużej o tym myślę – tym mniej użyteczne mi się wydają.


Czemu właściwie służą gatunki literackie? Temu, żeby zasadniczo móc coś określić (pozwolę sobie używać słowa „gatunek” nieco ogólniej, to znaczy też na określenie odmian gatunkowych i podgatunków). Tyle że, jak się okazuje, czasami to określanie idzie nam nieskoro, bo okazuje się, że zamiast coś ułatwić, ten dobór odpowiedniego gatunku literackiego do książki, o której mówimy, tylko nam utrudnia: opowiedzenie o niej, dyskusję czy próbę powiedzenia czegoś więcej. Jeśli przyjrzymy się temu od strony bardziej obrazkowej, to możemy powiedzieć, że literatura jest jak płyn, a gatunek literacki jak pojemnik na ten płyn – nadaje mu określoną formę i przede wszystkim powoduje, że możemy go używać, przenosić, że nie rozleje nam się i nie wsiąknie między deski parkietu. Taką metaforę można by nazwać takim „twardym” myśleniem o gatunkach – jak zresztą widać, jest to głównie myślenie użytkowe: co nam ten gatunek pozwala zrobić z książką? Co nam o niej powie?

A może dałoby się inaczej? Bo przecież nie do końca chodzi o to, żeby powiedzieć coś o książce przez pryzmat gatunku. Inaczej zamykamy się w niekończącym się kole dyskusji pod tytułem „ależ to jest fantasy, mogę mieć tu latającego konia!”, „czemu się dziwisz, że ona od razu się w nim zakochała, toż to romans!” i tak dalej. Pomyślmy więc o tej naszej literaturze jak o, dajmy na to, modelinie, a wtedy gatunki są narzędziami, za pomocą których z tejże modeliny lepimy jakieś modele. I teraz możemy, oczywiście, patrzeć na ulepiony model i mówić „o, zrobiłam go używając nożyka”, ale przecież nie chodzi o to, żeby patrzeć na nożyk, ale na to, co dzięki niemu powstało. Ten „nożyk” – gatunek literacki – pozwala nam sobie poukładać w głowie to, co widzimy, ale to patrzenie na dzieło przez pryzmat tego, czym zostało ukształtowane, niekoniecznie mówi nam wszystko o tym naszym ulepionym modelu.

Ale co z naczyniami? Ta sztywna metafora do niczego się nie nadaje? Myślę, że jednak można coś z nią zrobić – chociażby w przypadku ukształtowanych, przyklepanych i wykorzystywanych gatunków „zbiorowych”, takich jak na przykład ballada, czy jeszcze lepiej: sylwa. Czyli w takich przypadkach, kiedy powstaje miszmasz różnych dróg, sposobów pisania czy tropów. Dużo prościej można sobie zwizualizować taki gatunek (czy „gatunek”, bo trochę to jest wbrew polityce gatunków literackich, chociaż teoria nieźle sobie z tym, jak widać, poradziła) właśnie za pomocą płynu i naczyń: sylwa byłaby czymś jak połączone ze sobą jak w laboratorium naczynia, gdzie płyn raz wpada tu, raz tam, a wszystko kłębi się i dymi.
 
 
 Najwłaściwsze ilustracje do tego wpisu, to te spod ręki Toma Gaulda. Używam jednej 
(tak, to ten wpis z dużą ilością tekstu i niewielką obrazków, ale nie zrażacie się, prawda?), 
ale Was odsyłam, odkryjcie tę kopalnię na własną rękę: tumblr artysty znajdziecie tu.
 

Wróćmy do kłopotów z gatunkiem. Bo właściwie jakie konkretnie kłopoty mam na myśli? Na pewno zdarzyło się Wam zastanawiać, co właśnie czytacie. I czasem całkiem prosto jest powiedzieć, że a, kryminał. Ale nie zawsze przecież tak jest. Rozliczne i wciąż dzielące się w głąb gatunki w obrębie fantastyki na przykład. Albo takie książki, których przypisanie gatunkowi zasadniczo sprawia, że inaczej je czytamy. Zwróćcie uwagę, że przez gatunek pojawia się w nas pewien horyzont oczekiwań: czytamy horror – chcemy się bać, kryminał – z chęcią rozwiążemy zagadkę, chcemy się odstresować – sięgamy po coś lekkiego z obyczajówek czy romansów. Tyle że to może działać też w drugą stronę: i nagle okazuje się, że wzięliśmy do ręki coś, co jest kryminałem (albo jest sprzedawane jako kryminał – to osobna sprawa, po co nam gatunki, o czym zaraz), ale wcale nie spełnia tych naszych oczekiwań, bo wymyka się „podstawowym” regułom gatunku. Czytamy tę książkę jednak jako kryminał – z takim postanowieniem wzięliśmy ją z półki – i to może bardzo mocno rzutować na nasz jej odbiór.

Przykłady? Mój ostatnio ulubiony to powieści Kraszewskiego. Co z nimi może być nie tak, zapytacie? Otóż od dawna miałam z Kraszewskim taki problem, że coś ta warstwa historyczna mi nie grała. Nie w tym sensie, że były w niej błędy, nie, nie – raczej chodzi mi o to, że wydawała mi się tylko lukrem, taką wierzchnią warstwą, która czasami nużyła samego autora, więc zbywał ją „itd.” (serio!). Mam bowiem wrażenie, że tak naprawdę mówienie o powieściach Kraszewskiego jako „powieściach historycznych” nie zawsze pozwala się skupić na tym, co jest u niego naprawdę ciekawe: na polityce i na pewnej historiozofii dziejów ziem polskich, która jest chyba tym głównym elementem jego powieści – najciekawszym, w gruncie rzeczy, chyba i dla samego Kraszewskiego. Inny przykład z mojego podwórka: mój Domownik czyta teraz powieść, o której przekonywano nas, że jest kryminałem – i każdego wieczora, odkładając ją, mówi „Pyzo, tu nie ma nic kryminalnego, ale ja się ciągle boję, że kogoś zamordują” – i czyta tę powieść zupełnie inaczej zapewne, niż czytałby ją, gdyby mu ją zareklamowano jako, dajmy na to, romans.

No właśnie – reklama. Przy okazji tematu okładkowych haseł pojawił się trochę ten temat: że od czasu do czasu gatunek bywa wykorzystywany jako hasło. Nagle okazuje się, że wiele powieści jest kryminałami, choćby i nie były ani w odbiorze czytelniczym, ani w zamierzeniu autora. A czasami pojawia się moda na jakiś gatunek i powstaje mnóstwo powieści, które usiłują się wcisnąć w ramy tak właśnie wyznaczonego gatunku – nie przymierzając jak siostry Kopciuszka, machające nożem nad własnymi stopami. W gatunku rozumianym klasycznie chodzi oczywiście o te ramy, tyle że już nie o powtarzalność, często mechaniczną. W gatunku rozumianym jako pewne narzędzie marketingowe za to idzie przede wszystkim, mam wrażenie, właśnie o to. Przy czym samo to, co nam gatunek definiuje, rozszerza się poza tekst: w hasła reklamowe, w sposób kreowania okładki (stąd, o czym już kiedyś rozmawialiśmy, pewne utarte tropy w tym, jaki gatunek jaką okładkę powienien dostać, żeby zainteresować potencjalnego czytelnika). Zjawisko o tyle ciekawe, co i niebezpieczne.

Bo może pojawić się jego odbicie. Jakie? Mam wrażenie, że istnieje też coś takiego, jak „usprawiedliwianie przez gatunek”. Podobne do tego, co pisałam wyżej, czyli „ależ to możliwe, bo to przecież fantastyka!”. Jeszcze lepiej widać to na przykładzie „literatury kobiecej” (o moim problemie z tym pojęciem możecie przeczytać tutaj). Przy czym żaden gatunek literacki w tym rozumieniu, razem z wpisanymi w niego regułami gry, nie powinien być usprawiedliwieniem dla tego, że ktoś pisze kiepskie książki albo nie szanuje czytelnika – nie chodzi oczywiście o wiecznie powielane fabuły, wierzę, że są czytelnicy, którzy lubią czytać o tym, co już znają (czasami i mnie to bawi, zależy od wykonania), natomiast pod tymi fabułami można przemycać rzeczy już dużo mniej nieszkodliwe.
 
 
 Jesteście tu jeszcze? To za wytrwałość: koteczek.
 

Problematyczność szufladkowania książek polega na tym, że zwykle opiera się ona na opozycji albo-albo. Z wyjątkiem wspomnianych sylw, najczęściej coś może być albo tym, albo czymś innym, albo jeszcze czym innym – i tak dalej. A kiedy okazuje się, że to właściwie i fantastyka, i powieść historyczna, i romans, to albo decydujemy się na jedną szufladę, albo na wytrych w postaci „to jest powieść historyczna z elementami fantastyki”, albo na rozwiązania pokrewne. W istocie – niewiele rozjaśniające nam obraz. Czy tego zawsze potrzebujemy? Bo może z gatunkami literackimi jest trochę jak z tymi gatunkami w biologii? Tutaj mogę się mylić, jeśli tak – poprawcie mnie, ale wydaje mi się, że ta Linneuszowska systematyka gatunków polegała właśnie na upychaniu zwierząt i roślin w odpowiednie szufladki, w których się jako tako mieściły. Tyle że w gruncie rzeczy okazuje się, że gatunek to pojęcie dość kłopotliwe, bo zmienne (i to nie tylko w naszym odczytaniu – problem pandy małej – ale i przez ewolucję jako taką). Może w literaturze jest podobnie?

Co to miałoby znaczyć? Jeśli zaglądacie czasem na tworzone w różnych miejscach listy książek, możecie – tak jak ja – przeżyć czasem zaskoczenie. Bo na przykład skąd na liście arcydzieł/klasyków ta a nie inna pozycja? Czyli odwieczny dylemat w rodzaju „czy epos o Gilgameszu to fantasy”? A są tacy, którzy do fantastyki potrafią zaliczyć naprawdę dużo (co trafnie zauważała Gryzipiór). Skąd to się bierze? Może właśnie ze zmiany? Epos o Gilgameszu był dla jego twórców rodzajem literatury sakralnej, ale sacrum wyparowało i dla nas zostało stamtąd to, co znamy przecież z literatury fantastycznej. Przy czym zobaczcie, że tu może iść też bezpośrednia linia oddziaływania i inspiracji – na tej płaszczyźnie pewnych motywów, ale też roli opowieści jako takiej (przecież historie Tolkiena są mocno „sakralne” w tym, jak są skonstruowane i jak mają oddziaływać).

W związku z tym: czy gatunki i podgatunki oddają jakiś „stan rzeczy”? Niekoniecznie. Owszem, wyodrębnianie kolejnych motywów, według których można poklasyfikować różne fabuły, to zadanie sympatyczne – ale czasami wydaje mi się, że zamiast służyć pomocą, tylko dzieli włos na czworo. Co zatem zamiast tego? Spróbować się zastanowić, jakie ramy definiują nam gatunek – i czy warto te ramy przykrajać do coraz mniejszych opowieści? Zobaczcie, jak napisał o tym Kruk w swojej bibliotece. Bo przecież nam jak najbardziej chodzi o to, o czym coś jest, a niekoniecznie już potrzebujemy tych ram rozpiętych nad fabułą. Nie odhaczamy przecież w czasie lektury kolejnych „ptaszków”, żeby się przekonać, czy my aby na pewno czytamy dark fantasy.

Zresztą nie ukrywam, że myślałam o tym wpisie od dawna, patrząc też na to, co się dzieje z kolejnymi podziałami gatunkowymi w fantasy właśnie. A tych jest, mam wrażenie, coraz więcej. Na ile one są faktycznie pomocne? – nad tym zastanawiam się od dłuższego czasu, patrząc zresztą na swoistą ewolucję wewnątrz tych podziałów (nagle może się okazać, że klasyka to jakiś nowy nurt i odwrotnie, z tym że z odwrotnościami bywa już gorzej). I tak mi się ten temat klarował przy wpisie Marcina z Lektury Obowiązkowej. Bo im dłużej się temu przyglądam, tym większe narasta we mnie przekonanie, że nieustanne dzielenie się kolejnych gatunków, podgatunków i pod-podgatunków zaczyna zamiast służyć jakiemuś celowi – służyć chyba tylko samej zabawie z dzielenia i wyodrębniania.

A że rzecz wydaje mi się ciekawa – to co Wy sądzicie o gatunku literackim? Potrzebujemy go jako takiego? Czy tylko do pewnego stopnia? A może odwrotnie, uważacie, że nie ma się co czepiać?

Weź dokładkę!

27 komentarze

  1. Osobiście nie potrzebuję, jedyne na co zerkam to czy książka jest fiction czy non-fiction. Choć z drugiej strony - dekonstrukcja gatunków (co prawda nie literackich) była tematem mojej NaÓkowej Epopeji czyli jednak gdzieś tam siedzą ciągotki do dzielenia włosa na czworo ;)

    A w blogerskim światku - biała gorączka mnie ogarnia, gdy po skomentowaniu gdzieś jakieś powieści YA (że kiepska) nie powiem ile razy w odpowiedzi słyszałam "bo już wyrosłaś z tego gatunku". Rozumiem, że nie jestem tzw, targetem, ale......... się ugotowałam i nie będę komentować głupot :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dekonstrukcja gatunków brzmi zajmująco. Szkoda, że nie literackich, przydałaby się im porządna jakaś :). Bo one się często przebierają jedne za drugie, udają, stroją miny -- coś strasznego! No właśnie, bo często stają się też -- o czym napomykałam -- taką zasłoną. A mnie się wydaje, że przecież niezależnie od gatunku można pisać dobre książki. Gatunek nie powinien być żadnym usprawiedliwieniem.

      Usuń
  2. Ale co to jest w ogóle gatunek literacki? Nie studiowałam polonistyki, literaturoznawstwa ani żadnych dziedzin pokrewnych, ale z tego, co pamiętam ze szkoły, mamy trzy rodzaje literackie, a w obrębie epiki - bo o niej mowa - wyróżniamy np. takie gatunki: powieść, opowiadanie, nowelę itd. Ale obecnie, w obrębie literatury pięknej, często spotyka się podział na "literaturę gatunkową" (genre fiction) oraz literaturę... bezgatunkową(?) (literary fiction). Gatunkiem będzie tu wtedy fantasy, romans, kryminał, YA (dawniej zwane po prostu powieściami dla młodzieży) itd., czyli podział idzie "w poprzek" tych pierwszych gatunków. Założenie jest tu takie, że ta druga literatura "bezgatunkowa" jest artystyczna , a ta "gatunkowa" nie. I w tym momencie muszę powiedzieć, że zupełnie nie rozumiem pojęcia "gatunek literacki" we współczesnym świecie. Ale twierdzę, że YA nie jest gatunkiem, a raczej marketingowym chwytem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to jest kolejna rzecz, która mam wrażenie nie ma na dzisiaj większego sensu: podział na literaturę gatunkową i artystyczną (w samym podziale już się implikuje, że ta pierwsza jest mniej wartościowa). A potem się ewentualnie śledzi, jak ta druga czerpie z tej pierwszej (mrużąc oko, oczywiście -- jest taki piękny rysunek Toma Gaulda, gdzie poważni literaturoznawcy patrzą na postać z sf, która mówi im bez ogródek, że tak naprawdę to wie, że oni mu zazdroszczą odrzutowego plecaka ;)). W tym sensie te gatunki to jest właśnie to, o czym piszemy: kryminały, fantastyki, romanse i tak dalej (wraz z kolejnymi odgałęzieniami i subgatunkami).

      Przy czym z tym YA to sama nie wiem -- wydaje mi się, że jednak częściowo, niechby i z pobudek marketingowych, ale zrobiła się z tego jakaś próba ogarnięcia, właśnie przez taką ewolucję ;), wielu zjawisk, które średnio pasowały gdzie indziej.

      Usuń
    2. Ale to jest właśnie podział, którego kiedyś nie było (też uważam, że nie ma sensu). Czy Dickens pisał literaturę "gatunkową", czy "artystyczną"? Chyba jednak artystyczną, ale czy to nie były przypadkiem powieści obyczajowe i społeczne? Wymień choć jedno dzieło noblisty, którego nie można zaliczyć do jakiegoś gatunku - da się?

      Usuń
    3. Za traktowanie YA jako gatunku to chętnie bym dusił, czy dokonywał bardziej krwawych czynów... Bzdura kompletna. Zresztą YA jako element pozycjonowania wiekowego po stronie odbiorcy istnieje od dawna. Uśmiałem się mocno, jak zobaczyłem pierwotne pozycjonowanie (z lat sześćdziesiątych) "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli Le Guin jako YA właśnie :-) Tylko spójrzcie na przedział wiekowy 14-21! Literatura młodzieżowa domyślnie skierowana była (opowiadała o) do nastolatków. Bez względu na gatunek, przygodowa, fantastyczna, kryminał, czy co tam jeszcze... Te 21 lat to myślę, że wzięło się na przykład z ograniczeń wiekowych obowiązujących w USA jeżeli chodzi o możliwość zakupu alkoholu ;-) Bo psychologicznie patrząc, to między czternastoletnim człowiekiem a dwudziestojednoletnim człowiekiem zieje przepaść (dobrze nie zawsze ;-))
      Druga sprawa to ten śmieszny podział na literaturę "gatunkową" i "artystyczną?" to jest tak dziwny, że aż nie chce mi się nad tym myśleć ;-)
      No to mamy teraz wspaniały przykład recenzji - książka jest gatunkowa i YA to możemy autorce/autorowi wiele wybaczyć, dorośnie... Tłumacząc na normalny język - książka jest chłamem, ale...

      Oczywiście mówiło się kiedyś, trochę nieformalnie, o literaturze wysokiej i niskiej. Fantastyka, kryminały itp. były oczywiście "niskie". Przy czym malkontenci wpuszczali się sami w kanał mówiąc o tym jak drukowane po gazetach powieścidła psują literaturę. Wspomniany Dickens, ewidentny Mistrz, drukował po gazetach, czyż nie?

      Usuń
    4. Jak umarł z sto lat temu, to choćby pisał do "Dziennika działkowca" jest literatura wysoka i nie ma wyjścia. Zgon konserwuje pisarza jak ocet ogórki. I co z tego, że rozciągał niemożebnie dialogi, bo mu płacili od linijki (patrz: Dumas) albo produkował w tempie chińskiej fabryki Tshirtów (patrz: Balzac),po śmierci ubiorą go w płaszcz klasyka. Tak, że grunt to umrzeć w odpowiednim momencie; potomni wybaczą nawet publikowania w przygodówek czy kryminałek i odpowiednio ubrązowią dzieła zebrane.

      Z YA jak z tymi nowelkami pozytywistycznymi - to, że są o dzieciach, nie znaczy, że są dla dzieci. :)

      Usuń
    5. Mnie się wydaje, że to nawet nie kwestia czasu, jaki upłynął od śmierci autora, ale i tego, że mniej więcej w tym XIX wieku literatura się zmieniła na tyle, że pojawiło się coś, co nazwano literaturą popularną (nakłada się na to postrzeganie klasowe: jak popularna, to dla ludu, jak dla ludu, to niska -- w samym nazwaniu czegoś "wysokie" i "niskie" odbija się podział społeczny, tak sobie myślę). I autorzy owej literatury szukali wyrazistości, tego, co pochłonie tych czytelników, którzy chcieli czytać, ale w czasie wolnym (który się notabene wtedy dopiero pojawia!) naprawdę musieli odpoczywać -- więc rzadziej sięgali po tych naszych "klasyków", a częściej po tych "klasyków" często zapomnianych, gdzie romanse, podmiany dzieci, krwawe vendetty i tak dalej. I się ustaliło, że to ta fuj "gatunkowa" literatura, a prawdziwy mistrz to jeno z gatunkiem może pogrywać, ale jest ponad, więc mamy literaturę "artystyczną". Co jest bzdurą, z tym się zgadzam, bo jak słusznie piszesz @Tarnino, i tę literaturę teoretycznie "artystyczną" da się zaliczyć do gatunków, a dzisiaj, kiedy się swobodnie i otwarce pisarze przyznają do "gatunkowości", to już w ogóle.

      Inna sprawa z tym YA -- bo kurczę, nie umiem tego tak w czambuł potępić, mnie się wydaje, że może to jest coś innego, jakaś próba pokazania, w jaki sposób jeszcze można pokazać, czego się po książce można spodziewać. Coś jak "gatunek wiekowy" ;)? Wiem, wiem, że mogą się tam trafić buble, ale przy każdym szufladkowaniu się przecież trafiają. Tu jeszcze dochodzi właśnie to, o czym piszecie: ale czy YA jest o, czy dla. Nie wiem zresztą, czy się w 100% pokrywa z tym, co nazywamy "literaturą młodzieżową" (pewnie nie, wszak szuflada szufladzie...).

      Usuń
    6. Ale YA w założeniu jest dla pewnej grupy odbiorców, to klasyfikacja nie "gatunek". Jeżeli coś jest o dzieciach (młodzieży) to nie znaczy, że to YA jest! "Władca much" Goldinga się kłania, czy chociażby "Przygody Tomka Sawyera" Twaina. Zresztą YA, o czym jakby się zapomina, jest mocno obciążone poprawnością co wcale nie jest zaletą, wręcz przeciwnie.
      Z drugiej strony faktycznie, dobrze napisana książka łamie sztuczne podziały po stronie i autora i czytelnika. Chociażby "Wśród obcych" Jo Walton, czy "Mroczne materie" Pullmana. Zresztą dobrze napisaną książkę da się czytać na wielu poziomach.
      Sienkiewicz też pisał do gazety ;-) To że kogoś uznamy za klasyka nie oznacza jeszcze, że arcydzieła pisał, prawda? Moim zdaniem Dickens odstaje trochę od tego towarzystwa. Nieczytanymi klasykami są pozapychane magazyny biblioteczne ;-)

      Usuń
    7. Tyle że zobacz, niektóre gatunki z tego, co nazywa się dzisiaj gatunkiem, to w sumie też są bardziej klasyfikacje. I w sumie o to mi chodziło, kiedy mówiłam, że może to jest jakaś próba podejścia (i jasne, to, że coś jest o młodzieży, nie oznacza, że jest dla młodzieży docelowo). Nie wiedziałam o tych korzeniach YA -- można gdzieś coś o tym poczytać?

      Ano właśnie -- ale też nie zgodzę się, że jak już kogoś pokryje kurz, to zostaje klasykiem. Pełno jest tułających się po historii literatury pisarzy nieżyjących od dawna, a jednak takich, którzy się statusu klasyków nie dorobili ;). Albo im się go czasem przypisuje, a czasem nie (Bałucki to chyba niezły przykład -- co gdzieś o nim czytam, to albo klasyk, albo grafoman, albo zapomniany pisarz, albo z tuzin innych określeń na niego jeszcze znajduję ;)).

      Usuń
    8. Zobacz na anglojęzycznej wikipedii, zdaje się, że jest sensowny artykuł.

      Usuń
    9. Ci biedacy, co byli klasykami poprzednich epok, a teraz zostali zdeklasowani przez twórców powieści w odcinkach... Bałuckiemu przynajmniej hołd oddał Wajda w "Z biegiem lat, z biegiem dni", ale ci inni, kto o nich pomyśli... Z drugiej strony, bywają tacy, co na nich za życia psy wieszali, a teraz stoją w blasku chwały, kwitną i owocują. Trzeba tylko wyczaić odpowiedni moment na come-back w świetle jupiterów.
      Ja, to się zawsze zastanawiam, co zostanie z naszej epoki za jakieś sto lat. Zwłaszcza, że człowiekowi wydaje się, że ach, kiedyś to byli pisarze, a teraz permanentna posucha, a potem się okazuje, że żył w epoce rozkwitu powieści i pączkowania gatunków i późne wnuki łkają z żalu, że te cudowne lata już minęły. Coś jak w "O północy w Paryżu" Allena. :)
      A co do gatunków czy często właśnie nie jedzie się autorem? Bo autor znany z pisania kryminałów, więc nawet jak napisze horror z elementami fantastyki, to i tak dostanie etykietę "następca Agathy Christie".

      Usuń
    10. @Andrzej, przeczytałam -- a właśnie, dobrze tam widać zmienność samego podejścia do tego, czym jest YA, dla kogo właściwie powinna być, czy ma opisywać prozy tworzone w danym przedziale czasu, czy jednak wcześniejsze można "wstecznie" objąć jako YA. To jest bardzo ciekawe zjawisko, ciekawsze niż przypuszczałam :).

      @ann-wlkp, to w ogóle jest fascynujące, jak się człowiek przyjrzy, który/a zapomniany/zapomniana wraca po latach, czemu i dlaczego akurat tam, a nie gdzie indziej. Zresztą to jest właściwie tak, że mody przemijają i wracają także na pisarzy przecież -- czasem bez związku zupełnie z jakimiś reedycjami, po prostu ktoś wyciąga takiego delikwenta i mówi: "o, patrzcie, istotny! A dla nas jaki istotny, ho, ho" i nagle robi się wokół takiego pisarza czy takiej pisarki zamieszanie.

      Tak, to prawda -- zresztą już to widać, mam wrażenie, jak się choćby spojrzy na lata 90. Wtedy się ciągle mówiło o zmierzchu prozy, o tym, że nic się nie dzieje, pisarze sobie nie radzą i tak dalej, a teraz się okazuje, że to była epoka korzeni, że się rodziły trendy, że tylu dobrych pisarzy wydała (z których część jest już, mam wrażenie, między tymi co bardziej zapomnianymi -- myślałam sobie, żeby kiedyś poczytać nominowanych do różnych polskich nagród literackich w latach 90. właśnie i zobaczyć, jak to jest, bo niby czasu dużo nie upłynęło, a zjawisko już, o jakim piszesz, ma miejsce :)).

      Ha, Milne się na to skarżył w przedmowie do "Tajemnicy Czerwonego Domu": że najpierw jak był humorystą, to wszyscy mówili "pisz tak!", potem po wydaniu "TCD": "toż z ciebie pisarz kryminałów, gdzie jest kolejny kryminał?!" i tak dalej ;).

      Usuń
  3. Podoba mi się ta metafora z płynami. Bo w końcu jakoś trzeba o tych książkach rozmawiać tak, jak soku i mleka się z czegoś nalewa, choć - z drugiej strony - mleko i sok też swoje płacą za przechowywanie w kartonie.
    Ten podział gatunkowy jest strasznie niejasny. Choćby dlatego, że kryteria raz odnoszą się do sztafażu (jest smok - to fantasy, jest blaster - to sf), raz do fabuły (jest morderstwo i śledztwo - to kryminał, jest morderstwo, spisek i gonitwa - to sensacja), a raz do zawartości cukru w cukrze (czy romans, czy obyczajówka, autorze drogi?). Potem tworzą się podziały w obrębie podziałów, podgatunki, odmiany, podmiany i oczekuję, że niedługo obok fantastyki krótkiego zasięgu, cyberpunku i dieselpunku powstanie oddzielna szuflada dla powieści post-apokaliptycznych, w których najwyższym dobrem jest olej rzepakowy (postapo-biopaliw-punk krótkiego zasięgu, dajmy na to :)).
    Z innej strony, jak piszesz, są te złe gatunki i ta wyższa półka. A czasem i gatunki przepychają się łokciami i te najładniejsze siostry próbuje się ubrać w modniejsze wdzianko. Whodunit, romans, sf, fantasy - są gorzej urodzone, ale przecież mamy podrasowane rodzeństwo: powieść obyczajową, kryminał społeczny, realizm magiczny, historie alternatywną. Zmienia się tylko etykieta, ale o ileż lepiej to brzmi i w opisie, i nawet w blurbie (na marginesie ostatniej notki blurbowej).
    No więc, podsumowując, to mam tak - akceptuję, że są gatunki, bo to wygoda: łatwiej się rozmawia i wygodniej szuka książek (choć i tam może czekać człowieka nie lada zaskoczenie - bo czemu Somoza jest w dziale "kryminał", Gregory w "biografiach", a Chmielewska w "powieść kobieca"?). Ale wiem, że prawdziwy sok to nie ten w kartonie, tylko ten, co sobie sama własnoręcznie wycisnę z pomarańczy wyhodowanych własną ręką na własnej ziemi. Niestety, jako że nasz klimat jest przeciwko pomarańczom, muszę pogodzić się z kartonami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak a propos tych nowości gatunkowych -- jeszcze podlinkuję jedną ilustrację Toma Gaulda, bo pięknie to ujął (tutaj) -- chociaż nie ma postapo-biopaliwo-punku, a mógłby przecież ;).

      Ale tak sobie jeszcze myślę -- może to właśnie trochę jest tak może, że te gatunki są coraz dziwaczniejsze przez to, że jakoś próbujemy sobie z tym poradzić? Że się te ramy rozpychają, więc zbijamy nowe, zbijamy, coraz bardziej pokraczne to wszystko, ale obraz czasami jakby nieźle wyglądał. Czy kontynuując naszą płynną wymianę zdań: że te naczynia jakieś powyginane, ale jak tam sok się wleje, to lepiej smakuje, a tam z kolei nieźle wygląda, więc może wydmuchać w szkle jeszcze to jedno kolanko. Przy czym jak najbardziej się zgadzam: gatunki, przynajmniej te ramowe, zapewniają prostszą rozmowę, bo wiadomo, do czego się odwołujemy. Problem pojawia się czasem z gatunkami młodszymi -- wtedy nie wiadomo, czy się wszyscy po równo orientują, z czym się to je; a jak trzeba wyjaśniać, to zwykle i tak się sięga po ten gatunek "bazowy".

      Usuń
    2. uroczy ten obrazek. Założę się, że już jacyś pisarscy hipsterzy czyhają, żeby pisać te postapokaliptyczne poezje binarne,co to je będą potem ich koledzy czytać w ramach performance'u na offowych festiwalach.
      A propos "nowych gatunków" - rozbawiło mnie wydawanie romansów w mrocznych okładkach i nazywanie tego "literaturą erotyczną". To ja już wolę, jak się autor nie udaje, że sceny łóżkowe mają głębie psychologiczną, a bohaterowie zapoznają się na tle umownego zachodu słońca, a nie pisarz dokleja im jakieś papierowe dekoracje imitujące tło społeczne. Ale, fakt, w tramwaju można czytać, nie wstydząc się za okładkę. :)

      Usuń
    3. Gauld doskonale punktuje takie rzeczy :).

      A wiesz, że ostatnio o tym rozmawiałam w bibliotece? Wyrzucali stamtąd naręcza harlekinów, bo nikt już ich nie chciał czytać, jako że teraz wychodzą w przyzwoitych okładkach i wyglądają już nie jak harlekiny, ale właśnie, hm, standardowo. Więc wszyscy czytają to, co wydane nie jak harlekin -- choć w środku z harlekinem tożsame. Nawet się zastanawiałam, czy by nie wziąć jakichś, skoro już wyrzucają, ale jakoś żaden tytuł nie przykuł mojej uwagi na dłużej :).

      Usuń
  4. Mnie się z kolei bardzo podoba metafora gatunku jako nożyka do cięcia modeliny. :) Ale muszę czemuś natychmiast zaprzeczyć. "Nie odhaczamy przecież w czasie lektury kolejnych „ptaszków”, żeby się przekonać, czy my aby na pewno czytamy dark fantasy" - no, więc ja trochę odhaczam, bo wprost uwielbiam, kiedy autor jest świadom uprawianej przez siebie konwencji i z czasem zaczyna sobie z nią pogrywać. To chyba jedyna pewna zaleta istnienia gatunków. To, co powszechnie znane, łatwiej zakwestionować, poddać weryfikacji lub wręcz odczarować. A takie zabiegi nie dość, że sprawiają czytelnikowi przyjemność, to jeszcze pozwalają czasem powiedzieć coś mądrego o współczesnym świecie. Generalnie lubię, kiedy autor traktuje gatunek jak wyzwanie, nie jak obowiązkową normę. Podoba mi się myśl Nie Pomnę, Którego Literaturoznawcy, że utwór zaliczamy do danego gatunku nie dlatego, że realizuje jakiś tam wzorzec, ale dlatego, że zawiera punkty odniesienia do tego gatunku.

    Druga, mniej pewna zaleta to ta, że podział gatunkowy ułatwia połapanie się w tym wielkim bałaganie, jakim jest literatura i pozwala cieszyć się jej różnorodnością. To w ogóle taki paradoks: im bardziej nam się te gatunki mieszają i rozpadają, tym większą czujemy potrzebę klasyfikowania (jako czytelnicy) i podkreślania przynależności gatunkowej przez obecność takich elementów, jak smoki, monarchie, średniowieczne realia (jako autorzy, w tym wypadku powieści fantasy). Jasne, że łatwo tu o przekłamanie, ale bilans korzyści i strat przemawia chyba na korzyść utrzymania idei gatunku jako takiej.

    Oczywiście bez przesady.

    Myślę, że dzielenie gatunków na podzbiory podzbiorów to fetysz rynku wydawniczego, którego demiurgowie całkiem słusznie zakładają, że jeśli komuś spodobał się "Władca Pierścieni", to następnej książki też będzie szukał na półce z high fantasy. W końcu najbardziej lubimy to, co już znamy. A jeśli czegoś nie znamy, to może poznamy dzięki tyleż intrygującym, co tajemniczym etykietkom w rodzaju mythpunk i gaslamp fantasy (które w ogóle trudno traktować jak gatunki z prawdziwego zdarzenia, bo wyróżniono je na podstawie sztafażu, a nie struktury, tematu, rodzaju narracji czy typu bohatera).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, podziały mogą być (są) pożyteczne, szczególnie dla świadomego czytelnika, czyli jego własne, bo takie stosuję, opierając się na istniejących gatunkach.
      Tylko zawsze przychodzi moment. kiedy staje się to obojętne, niepotrzebne, niewykonalne... Tak miałem przy "Drood" Dana Simmonsa czy "Cyklu barokowym" Neala Stephensona. Bo co to "Drood", opowieść metaliteracka?, nazywanie "Cyklu barokowego" historią alternatywną kompletnie spłaszcza to dzieło.

      Korzystając z okazji - cieszę się, dziękując przy okazji Pyzie, pośrednio przyczyniła się do tego, że poznałem Twojego bloga. Naprawdę głęboki ukłon za wpisy o "Mrocznych materiach" i "Umierającej Ziemi"(!!!). Przy okazji, co pewnie mocno Cię zaskoczy, traktuję ten Cykl Vance'a jako science fantasy. Jak się zdobędę na swój wpis to postaram się to wyjaśnić :-)

      Usuń
    2. Tak, to prawda: najciekawsza literatura to często ta, która uświadamia nam trudność i sztuczność stosowania podziałów gatunkowych. To zresztą kolejny, nieco przewrotny argument za tymi podziałami, bo przecież gdyby ich nie było, zabawy z konwencją nie mogłyby sprawiać nam - czytelnikom, autorom - takiej przyjemności. Przy czym muszę przyznać, że mnie sprawia szaloną satysfakcję również lektura powieści, których autorzy mistrzowsko realizują schematy gatunku. W dziale fantasy ostatnio był to "Z mgły zrodzony" Sandersona.

      Bardzo dziękuję. :) Niestety nie wiem, jak to z całym cyklem Vance'a jest, ale dwa pierwsze tomy "Umierającej Ziemi" jak najbardziej wpisują się dla mnie w nurt science fantasy. Choć można dyskutować, czy współistnienie nauki i magii tudzież nadawanie fantastyce pozorów naukowego prawdopodobieństwa mają tam aż tak duże (konstytutywne) znaczenie. Strukturalnie to raczej baśń, co do estetyki - niektórzy mądrzy ludzie twierdzą, że Vance stworzył własny podgatunek fantasy... Zdaje się, że właśnie znaleźliśmy kolejny dowód na zbędność/niewykonalność podziałów gatunkowych. ;) W każdym razie bardzo chętnie poznam Twoje argumenty!

      Usuń
    3. Mogę się wtrącić? Tak to jest, jak człowiek sobie myśli "a, pójdę już do łóżka, może poczytam", a potem się okazuje, że tu dyskusja wre! ;)

      Zgadzam się, że jasne, gatunki to są jakieś drogowskazy i w tej roli -- czy jako odnośników, żeby się zorientować w konwencji/w grze z konwencją -- myśl o gatunkach jest bardzo dobra :). Z drugiej jednak strony mamy taką idącą coraz dalej "specjalizację" gatunkową (trochę kwestia rynku, masz rację, ale chyba odbija się tu w ogóle jakaś taka ogólna tendencja?). W sensie: to ma coś mówić chyba już nie tyle o książce, a o czytelniku? W końcu im bardziej sprecyzowane oczekiwania, tym łatwiej podsunąć coś do czytania -- w teorii, w praktyce literatura działa chyba ciut inaczej, bo może grozić na przykład wtórność czy wyczerpanie się twórczej materii.

      *Pyza-mecenaska mode on* Radość, radość, Alicja pisze pięknego bloga, więc cudnie :). *Pyza-mecenaska mode off*.

      Usuń
    4. Mam nadzieję, że się nie pogubicie, bo pisze do Was jednocześnie :-)
      1. Vance potraktował magię "naukowo", to była jakaś nowość. W końcu często, nie wiedzieć czemu, czarownik to był taki osobnik, który włada jakimiś tam mocami i robi z nimi co chce, a wiedźma to taka odmiana co to robi też co chce, tylko mniej, a czarownice były złe ;-)
      Na pomyśle Vance'a zbudowano system magii w RPG-ach. No właśnie system, metoda naukowa.
      2. Podziały, szczególnie w fantastyce, trafiają na barierę językową. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale angielskie science nie jest synonimem nauki w ogóle. Stąd nasze "fantastyka naukowa" jest pojęciem szerszym, bo nauki społeczne i na przykład to wszystko co anglojęzyczni jako arts traktują tu się mieści. I tu jest wampir pogrzebany bo kalki językowe się potem pojawiają. Nie ma na to rady (?). Oczywiście średnio inteligentny osobnik ape wie, że po polsku to nie "dokładnie" mówimy a "właśnie" i co z tego?
      Zmieniając odrobinę pole dyskusji to nieszczęsne "gender" nam wychodzi bokiem bo nie mamy w języku rozróżnienia "gender" i "sex". A wystarczy do paszportu spojrzeć, prawda?
      3. Sprowadzenie podpodziałów do absurdu to podałem w komentarzach u siebie, ale powtórzę. Jak dzielny mag, łowca potworów mieszka w mieście i w pierwszym rozdziale poluje na wredną wampirzycę u siebie to jest oczywiście urban fantasy, jak w drugim goni za nią poza miastem to fantasy drogi(?), a jak w trzecim trafia do spokojnego sioła i broni jego mieszkańców to rural fantasy? Trzy w jednym :-)))))

      Usuń
    5. No ba, pamiętam i mi się podoba to, co napisałeś o absurdalności zbytniego dzielenia gatunków ;). Właściwie nie wiem, czemu akurat w fantastyce tak dobrze to widać -- przez próby jakiegoś takiego nieustannego "ogarnięcia" tego gatunku?

      Hm, używam "dokładnie" i "właśnie" zamiennie, bo w ogóle uważam, że za mało jest na to słów ;).

      Usuń
    6. Bo tam gdzie nie trzeba to mamy kilka określeń, a gdzie trzeba to jedno ultrapojemne ;-) I zakręconą gramatykę, o ortografii nie wspominając ;-)
      Z tym "właśnie" to właśnie duży problem być, w większości przypadków exactly to chyba jednak "właśnie" będzie, a "dokładnie" to strach sprawdzać. Wszystko zależy od kontekstu, a u nas się kalka zrobiła na dobre :-D i na dobrą sprawę dwa słowa do wyboru, zamiast kilkunastu (coś koło tego chyba w angielskim się znajdzie?) ;-)
      I wcale nie jestem hiperpoprawny tylko zagubiony, za mojego życia było już kilka reform języka, na przykład coś za co mogłem polec na maturze jest teraz poprawną pisownią ;-)

      Usuń
    7. Szczerze mówiąc, to u nas i tak te reformy są drobne, Czesi sobie co jakiś czas piszą nową gramatykę ;). No, troszkę przesadzam, ale tam się serio jak reformuje język, to tak fest :).

      Usuń
  5. Myślę ;-) Oczywiście jak to w życiu i zgadzam się z Tobą i nie zgadzam... Cóż zasada wyłączonego środka się kłania, ale ...ja jeżeli chodzi o literaturę stosuję zwykle logikę wielowartościową. Zresztą jeśli śledzisz komentarze, to mnie tam znalazłaś :-)
    Wiesz co mi przyszło do głowy - "Śledztwo" Lema. Konia z rzędem za rozsądnie jednoznaczne spozycjonowanie gatunkowe ;-)
    Dzięki za miłe słowo w tekście, na dniach spodziewaj się dwa razy tyle (oczywiście w przypisach:-)) w jednym wpisie, myślę, że Cię zaskoczę wyborem ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem (ha!) "Śledztwo" to horror ;). A przynajmniej cechy horroru ma dla mnie bardziej ewidentne niż kryminału ;). Nawet o tym pisałam, że byłam przerażona, bo niby miał być kryminał, a tu się takie rzeczy dzieją, że się boję z łóżka wyjść, że coś mnie za nogę złapie ;).

      Ale tak, w ogólnym zamierzeniu to się chyba zgadzamy. W takim sensie, że między zerem a jedynką jest fura niewiadomych. Także nie, że prowadzę wielką krucjatę przeciwko gatunkom, ale zastanowić się nad tym warto :).

      Czekam na przypisy! Mogę teraz się chwalić, że jestem w przypisach :D. Ale przede wszystkim: czekam na notki :)!

      Usuń