Polscy Tolkieni atakują albo nie ufaj obwolucie


Dzisiaj będzie o czymś, co chyba wszystkich nas dręczy -- o sformułowaniach mających nam niby przybliżyć, z jaką książką mamy do czynienia, a w gruncie rzeczy z takimi, które bardziej niż cokolwiek innego, mają nam książkę sprzedać. Nie będę narzekać, tylko podzielę się swoimi obserwacjami, także spokojnie. I w sumie tyle na początek, idziemy dalej.
 
Przekopując się wczoraj przez stosy starych książek (ile nowych pozycji przybyło do biblioteczki, nawet nie pytajcie -- jest co czytać, farewell na czas dłuższy, biblioteko, farewell) złapałam się na tym, że jak nie wiem, o czym jest książka, to zaglądam na ostatnią stronę okładki, żeby przeczytać blurba. Żadnego tam oczywiście nie ma, przynajmniej zazwyczaj, ewentualnie jeśli coś jest, to fragment książki. Czasem się coś trafi na skrzydełku -- coś o autorze, znowu fragment książki albo ewentualnie coś z posłowia. Ale to nie są reklamy w żadnym wypadku, więc przy starych książkach zdani jesteśmy na własny osąd, pierwsze zdania, szybkie przekartkowanie -- tego typu metody. Natomiast przy nowych -- o, to już jest zupełnie inna historia.

[1]
"Polski...": albo niekoniecznie polski, może angielski, czeski albo irański -- ktoś. Sama czasami używam tego porównania, ale raczej co do klasyków, żeby przybliżyć miejsce jakiegoś pisarza w panteonie literatury językowej (dlatego czasem mi się wymknie, że "Němcová to taka czeska Orzeszkowa", ale zawsze z zastrzeżeniem, że to pewien model i generalnie to nie jest tak, że Niemcowa napisała coś w rodzaju czeskiego "Nad Niemnem"; po prostu profil pisarski mają podobny). Inna sprawa, kiedy coś takiego krzyczy do nas z okładki -- wtedy bywam nieufna, a to głównie dlatego, że specjaliści od promocji zwykle wybierają, niestety, jakieś znane i klasyczne nazwisko (Tolkien) albo bardzo akurat modne (Martin) i porównują jak leci. Co innego, gdyby mi ktoś reklamował książkę na przykład "polski Lope de Vega!" -- prawda, że jest zainteresowanie? Bo kto to ten Lope de Vega, czemu się kogoś do niego porównuje? Natomiast "polskim Tolkienem" na okładce własnej książki zostać stosunkowo łatwo. Może być równolegle albo zaraz po sobie kilku polskich Tolkienów, a potem ci Tolkienowie mogą się płynnie przeistoczyć na przykład w polskich Martinów. Bo kto zabroni.


[2]
"Następca...": znowu, raczej nikt nie będzie następcą Lope de Vegi (okej, uparłam się na tego dramatopisarza, ale rozumiecie, o co mi chodzi), a raczej nie dzisiaj. Dzisiaj można zostać następcą pisarza nieżyjącego (vide Tolkien) albo jeszcze żyjącego (King -- mam wrażenie, że następców Kinga jest cała masa w tak rozumianej wersji). Do następstwa nie potrzeba niczego więcej niż na przykład pisania w podobnym gatunku literackim (pisząc grozę niejako z automatu zostaje się następcą Kinga, a kryminały -- Chandlera, fantasy zaś -- oczywiście, Tolkiena). Nie trzeba pisać podobnych historii, stosować podobnych środków czy przyznawać się do tak rozumianej linii dziedziczenia. Wystarczy, ponownie, okładka. I dobrze, żeby było głośno o tym, po kim dany pisarz w teorii dziedziczy.




[3]
"Najlepsza książka od czasu...": No, to się trafia rzadziej, ale jednak się trafia. I wtedy też wytacza się wielkie działa, można na przykład trzymać w rękach najlepszą książkę od czasów "Anny Kareniny", więc idź spać, historio literatury, oto przerzucono pomost, nie trzeba się zajmować tymi średnimi książkami spomiędzy. Ewentualnie może to być "najlepsza książka pisarza od...". I tu jeśli faktycznie jest to nie po prostu jego ostatnia książka -- to jest nieźle (jeśli ta, do której się porównuje naprawdę była taka dobra). Można zastąpić ten wykrzyknij po prostu hasłem "Autor tu tytuł głośnej książki tego autora". W ten sposób niektórzy pisarze są przez wiele lat reklamowani jednym i tym samym tytułem, który wyszedł spod ich pióra. Można zostać zatem zaszufladkowanym w jak najlepszej wierze.






[4]
"Intrygujący!"/"Przejmujący": razem z "bestsellerowy" (o tym już kiedyś napomknęłam) to dość często spotykane przymiotniki. Mam zresztą wrażenie, że "intrygujące" są kryminały, thrillery i fantastyka, a "przejmujące" mają być powieści obyczajowe. Przy czym czy takie są? No cóż, jasne, czasem na pewno. Ale może to też znaczyć, że będziemy płakać śledząc nieprawdopodobne sploty okoliczności albo zaczniemy odhaczać deusy ex machinusy na marginesach.

"Polecam": Stephen King stosunkowo często poleca coś na okładkach, w pewnym momencie wiele rzeczy polecał Dan Brown, raz coś polecił mi Barack Obama (i była to "Wolność" Franzena, która zaraz po przeczytaniu podobała mi się tak sobie, ale nie można odmówić Franzenowi umiejętności pisania zajmujących konstrukcji powieściowych; chociaż nadal mam swoje "ale", ale ja nie o tym dzisiaj), a raz Dorota Wellman ("Przepiórki w płatkach róży", oj, nie dołączam się do polecanek, zdecydowanie nie). O co mi chodzi? O to, że te polecanki pisane są zwykle tak, że albo niewiele można z nich wywnioskować, albo trzeba po prostu założyć, że ma się podobny gust z tym kimś polecającym (właściwie nie wiem, jaki polecant by mnie na sto procent przekonywał), albo zdać się na łut szczęścia w myśl zdania "no, jeśli Barack Obama...".

I to chyba na tyle z częściej rzucających mi się w oczy haseł. Na pewno nie jest to lista wyczerpująca, raczej problemowy przegląd. A Wy zwracacie uwagę na takie hasła? A może macie swoich "ulubieńców"?

[1], [2], [3], [4] - zamiast przykładów (jestem dzisiaj gołosłowna, przyznaję się) piękne stare okładki, znalezione na Pintereście.

Weź dokładkę!

50 komentarze

  1. Jest jeszcze "Wspolczesna/Wspolczesny.. ktos tam. Jedyna znosna wariacje tego blurba znalazlam na Szkarlatnym platku i bialym ("Tak pisalby Dickens, gdyby wolno mu bylo pisac o wszystkim". NIE ZGADZAM SIE Z TYM, ale widze logike).

    A juz Austen to notorycznie spotyka ten los. Dla mnie "wspolczesna Austen" to jest definitywnie sygnal zeby ksiazke odlozyc na polke. Mam wrazenie, ze wystarczy aby kobieta napisala ksiazke o milosci i juz mamy nowa Austen zdaniem wydawcy.

    Owszem sa pisarki, ktore w moim odczuciu kontynuuja niejako ducha Austen, ale wlasnie w tym jest trick. Poniewaz Austen wyroznia sie przede wszystkim swoim stylem (fabuly jej ksiazek nie sa specjalnie odkrywcze ani rozwiazania specjalnie rewolucyjne, to wykonanie czyni z nich majstersztyki) kazdy nastepca Austen musi miec swoj wlasny styl, od razu rozroznialny i rozpoznawalny, a przede wszystkim skrajnie indywidualny. Inaczej jest sie po prostu epigonem Austen :) No ale ci wszyscy blurbotworcy chca po prostu sprzedac ksiazke a nie umieszczac ja w jakims kontekscie historycznoliterackim wszak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. To prowadzi zresztą trochę też do takiego szufladkowania, bo że Faber to dzisiejszy Dickens, słyszałam już kilka razy. W miarę stały ma zatem reklamowy angaż, niektórzy nie mają tyle szczęścia i co rusz zostają nowym kimś ;).

      Właśnie -- bo tu pojawia się też bardzo ciekawy problem: recepcji dzieła. A Austen doczekała się w jakiś dziwny sposób łatki pisarki klasycznych romansów przede wszystkim i myślę, że stąd te wszystkie problemy. Stąd i z niezwracania uwagi na samą formę, w którą ona te fabuły ubiera (na co słusznie zawracasz uwagę -- mnie się też bardziej nawet niż fabuła podoba to, jak to jest napisane).

      No i hasło "epigon", choć zwykle dużo trafniejsze, niestety nie przyciągnie tłumów ;). Chociaż ja wiem? Na kilku epigonów to bym się może i skusiła :).

      Usuń
  2. Nie-na-wi-dzę takich haseł. Pod tym względem jestem marketingowym betonem i podobne zabiegi wywołują u nie odwrotną reakcję - zainteresowanie książką spada, a zamiast niego pojawia się mechanizm obronny - "nie będziesz tu sobie wydawco wycierał gęby moim ulubionym literackim nazwiskiem!" i w tym momencie książka musi być już na prawdę genialna, żeby odrobiła w moich oczach stracony kredyt zaufania. Także ogólnie jestem na nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, to reagujemy często podobnie ;). Bo mnie się wydaje, że w ogóle to zawyża oczekiwania i potem serio, strasznie trudno jest takiemu pisarzowi (który często przecież nie ma, zdaje się, żadnego wpływu na to, jak go reklamują, to znaczy jakim hasłem) udźwignąć ciężar bycia kolejnym/współczesnym/następcą/polskim. Jasne, tu w ogóle trzeba by odrzucić takich pisarzy, którzy dostali to hasło z nie wiadomo jakich powodów (jak podobny gatunek literacki), ale przecież bywa, że jakiś solidny pisarz zostanie na okładce "nowym Tolkienem" i... no, książka w porządku, ale bez zachwytu -- pewnie spojrzałoby się na nią łaskawiej, gdyby nie hasło.

      Także właściwie to, kurczę, często te hasła powodują zupełnie odwrotną do zamierzonej reakcję i to na niekorzyść książki. Ciekawa jestem, jak wygląda tu sprawczość pisarza: czy on ma jakiś wpływ na to, jak go nam reklamuje wydawca?

      Ach, a propos tego, co piszesz dalej: śmiesznie się znajduje potem taką okładkę z podobnym hasłem po latach, kiedy albo wiadomo, że film był średni, albo że wytwórnia trzyma prawa i go nie robi ;).

      Usuń
  3. I jeszcze: "bestseller na liście New York Timesa/Amazonu/etc." Wszyscy autorzy okazują się nagle autorami bestsellerów. Nie lubię też ciągłego porównywania różnych książek do prawdziwych bestsellerów: nagle mamy 100 "kolejnych Milleniów" (albo jeszcze lepszych od Millenium), wszystkie polskie powieści historyczne są "polską Grą o tron", a thrillery przypominają "Zaginioną dziewczynę", nawet jeśli ich treść ma się do niej jak piernik do wiatraka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie :). Rozmawiałyśmy już o tym chyba pod wpisem o bestsellerach, ale tak, zgadzam się, mamy zaskakujący wysyp bestsellerów. A propos: wczoraj przy przegarnianiu tych wzmiankowanych na początku starszych książek znalazłam jedną, dość desperacko reklamowaną jako "książka odrzucona przy przyznawaniu nagrody Bookera!" ;).

      No i tak, wypadło mi z głowy, że przecież wszystko jest jak coś albo jest polskim odpowiednikiem innej powieści. Przy czym mam też wrażenie -- w przypadku najsłynniejszej "polskiej Gry o Tron" -- że wydawca tu akurat usiłuje pogodzić reklamę ze stanem faktycznym. W sensie: w "Niewidzialnej koronie" widać wykorzystywanie wątków z GRRM, żeby się zrobiło bardziej polsko-growo-tronowo.

      Usuń
  4. Strasznie nie lubię tych haseł i ignoruję je zapamiętale. Nie wiem zresztą, które irytuje mnie najbardziej, chyba "wycieranie" moich ulubionych autorów na okładkach średnich powieści obyczajowych. A już coś mi się robi jak widzę siostry Bronte na okładkach romansów. Ale to ja, te teksty są chyba skuteczne, skoro pojawiają się niemal na każdym bestsellerze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, tak jak pisałam wyżej -- to jest takie zderzenie postrzegania ze stanem faktycznym. Romans? No jasne, kto pisał romanse, te wszystkie Heathcliffy i Rochestery? No jasne, to wrzucamy na okładkę. Swoją drogą to chyba ma być taki odpowiednik "spodobało ci się? sięgnij po...", jaki czasem oferują przeróżne portale. Inna sprawa, że to się w takim przypadku może zupełnie nie sprawdzić.

      Usuń
    2. Zazwyczaj nie sprawdza się zupełni, bo oryginały były o czymś więcej, a porównywane książki są tylko o miłości. Co sprawia, że są dużo nudniejsze.

      Usuń
    3. Dokładnie. Zresztą oryginały czyta się dzisiaj nawet nie zawsze dla tego romansu na pierwszym planie, bo bardziej chyba (a przynajmniej ja tak robię) dla tła społecznego, dla stylu, dla pokazania tego, że relacje międzyludzkie to pewna stała, a zmieniają się dekoracje.

      Usuń
  5. O! O! I przecież jeszcze jest magiczna inkantacja "prawa do ekranizacji wykupione przez taką a taką wytwórnię". BLEH!

    OdpowiedzUsuń
  6. Też pisuję blurby na okładki i może dlatego wyjątkowo mam sporo zrozumienia dla biedzących się nad nimi redaktorów, którzy próbują napisać coś atrakcyjnego na nieatrakcyjnej okładce ;) Podobnie w przypadku dystrybutorów filmowych, którzy mają znacznie gorzej, próbując wcisnąć kolejną "najlepszą komedię tego roku" :) Ale ogólnie rzadko kiedy zerkam na tylne strony okładek, odkąd wydawca Murakamiego zdradził mi zakończenie "1Q84".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś wpis o tym okiem fachowca...? :) Z chęcią bym przeczytała (a pewnie nie tylko ja)! No ale wiesz, właściwie wydaje mi się, że im większy kwantyfikator, tym gorzej może zadziałaś -- a właśnie o takich piszę i o takich się chyba wszyscy wyżej wypowiadają. Po prostu nie da się mieć takiego natłoku Tolkienów ;).

      A zdradzanie zakończeń na ostatniej stronie okładki -- brr! Też mi się zdarzyło, tudzież zdarzyło mi się czytać streszczenie fabuły do połowy. A ja lubię rozgryzać, co się dzieje. No, chyba że zupełnie nie wiem, co się dzieje, wtedy zawsze można się w ten sposób wprowadzić albo spróbować połapać ;).

      Usuń
    2. Trochę się nie zgodzę, bo - może zabrzmi to trochę niedobrze - ale jednak większość ludzi daje się nabrać na te kwantyfikatory, a skoro raz się nabrali, to trzeba to napisać na każdej kolejnej okładce, i jeszcze na kolejnej, i na następnej... tutaj dyskutujemy sobie w gronie osób, które już na niejednej książce zęby zjadły, ale wydawcy zawsze mają ambicje by dotrzeć też do tych, którzy książki czytają rzadko albo wcale (nie będę pokazywać palcem tytułów, ale wtedy na okładce pełno jest bestsellerów, królów i polecanek od celebrytów ;))

      Akurat jeśli chodzi o blurby, to zajmuję się głównie historią, gdzie też można parę takich samograjów wyróżnić - jeśli cokolwiek o dwudziestoleciu, to "sentymentalna podróż", jeśli o wojnie, to nawet książka kucharska jest "przejmująca", "poruszająca" itd. ;) Ale wielkie kwantyfikatory zdarzają się trochę rzadziej, nie ma królów i królowych i ich następców, chociaż światowe bestsellery pojawiają się co i rusz. W moim przypadku takie zmęczenie materiału pojawia się przy przygotowywaniu katalogu wydawniczego, gdzie trzeba napisać np. 50 zapowiedzi książek o podobnej tematyce, często bez znajomości treści. Ale to chyba rzeczywiście temat na jakiś dłuższy wpis :)

      Usuń
    3. To znaczy ja mam świadomość, że jak się widzi, że ktoś kogo znamy czy lubimy z telewizji bądź gazet, poleca nam jakiś tytuł, to po niego sięgamy. Przy czym zastanawia mnie, jak działają te wielkie kwantyfikatory w takim razie: chyba właśnie przez to, że niewiele ich dociera dalej, to nie pojawia się przesyt, że wszystko jest "wielkie", "zupełnie jak..." i tak dalej. A jeśli się przegląda książki częściej, to wtedy zaczyna się dostrzegać, jak tego dużo i jak często bez znaczenia.

      Koniecznie dłuższy wpis! Bo tak naprawdę to chyba niewiele osób wie, jak wygląda praca za tym blurbem (więc tylko się zżymamy, że takie same i przesadzające ;)). Nie pomyślałam o tym, że faktycznie temat wskazuje na określenie i odwrotnie -- a to przecież widać, tak jak pokazujesz (swoją drogą to, że to dwudziestolecie jest "sentymentalną podróżą" zawsze mnie dziwi, mnie się ono kojarzy raczej średnio dobrze).

      Usuń
    4. No właśnie, jak się już te książki o dwudziestoleciu poczyta, to widać że cały ten sentyment to można paznokciem zdrapać i wcale tak pięknie nie było, nawet w tej pięknej niezniszczonej Warszawie.

      A jest też tak, że jest "sezon" na jakieś słowo na blurbach - np. teraz mamy królów i królowe kryminału oraz powieści "mocniejsze niż" inne powieści. A w latach 90. wszystko musiało być "nowe", łącznie ze słownikami ortograficznymi (które teraz są, zauważcie, już nie nowe, tylko "wielkie" :)).

      Usuń
    5. Te "sentymentalne podróże do Dwudziestolecia" to, pomijając już ciemną stronę tego okresu (fascynującego zresztą, ale raczej do czytania niż do życia), chyba dla stulatków? ;) Bo kto inny raczej wspomnień mieć nie będzie.

      Usuń
    6. A notkę o blurbach od kuchni ja też przeczytałabym z bardzo wielkim zainteresowaniem.

      Usuń
    7. @aHa, no tak, jest jeszcze sama moda blurbowa. To by był dopiero temat, tak prześledzić, jak się zmieniają nam fazy na reklamy książkowe!
      @Procella, wbrew pozorom jeszcze jest trochę osób, które dwudziestolecie wspominają -- a że to się wiąże z ich dzieciństwem, często wspominanym bardzo pozytywnie, to i wspomnienia są z sentymentem. Inna sprawa, że tworzą się takie wspomnienia "z drugiej ręki" i dzisiejszy dwudziestolatek wzdycha, jak pięknie się żyło w tych latach 30.

      Usuń
    8. Jako wspomnienia z dzieciństwa to tak. Ale mam wrażenie, że ta cała moda na dwudziestolecie to raczej młodzi.

      Usuń
  7. To co obecnie wypisuje się na okładkach, to woła o pomstę do nieba. Nowa królowa czy król kryminału skandynawskiego.... aż do przesady!

    Za to podobała mi się okładka Harrego Pottera ze zdaniem "Jeśli sądzisz, że w dobie komputerów sztuka czytania zanikła, zwłaszcza wśród dzieci to niezawodny znak, ze jesteś mugolem!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, w mrokach poranka zapomniałam o wszelkich monarchicznych odniesieniach :). To hasło z "Harry'ego..." ma swój urok chyba też dlatego właśnie, że odwołuje się do świata przedstawionego w powieści -- nie wykłada kawy na ławę, a zaciekawia.

      Usuń
  8. A gdzie książki "kultowe"?! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mogłam zapomnieć ;)! Ale nie masz wrażenia, że "kultowe" są zwykle wznowienia? Albo właśnie ewentualnie "kultowymi" zostają bestsellery, o których wspomina @joly_fh?

      Usuń
    2. No tak! co racja, to racja trudno, żeby książka była kultowa przed pierwszym wydaniem :-) @joly_fh antycypuje (to jedno z moich ulubionych słówek) decyzje czytelników, cóż to znaczy wsłuchanie się w głos ludu :-)

      Usuń
    3. Skoro książki jeszcze niewydane mogą być bestsellerami (a widziałam takie reklamy)...

      Usuń
    4. Może istnieją wyznaczniki "kultowości", które predestynują do bycia "kultową książką"? Na pewno dałoby się zrobić taki spis. Na przykład: w jakim środowisku się dzieje? Jeśli w takim -- to raczej nie kultowa, jak w takim -- duże szanse na "kultowość" ;).

      Usuń
  9. Blurby to ZUO. Nienawidzę. Ale co zrobić, kiedy zamiast redaktorów literackich mamy w wydawnictwach marketingowców i speców od PR. Poza tym to działa na klientów (nie czytelników, klientów), jakoś tak jest, że ludzie biorą w ciemno, jeśli ktoś im powie, że to świetne, wspaniałe i polecane przez wszystkich. Z praktyki zawodowej wiem (bom jest bibliotekarą), że wystarczy się szeroko uśmiechnąć, wziąć pierwszą lepszą książkę z półki, powiedzieć, że jest wspaniała, a czytelnicy biorą i do tego wracają zadowoleni, że super się czytało i "pani mi tak dobrze wybrała". No ręce opadają, Sugestia, manipulacja i jeszcze jakieś inne brzydkie mechanizmy psychologiczne tu działają, nie wiem, nie znam się, w każdym razie branża wydawnicza to biznes jak każdy inny i musi to wykorzystywać, jeśli chce przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie redaktorów przecież też mamy :). To znaczy ja wiem, że się narzeka, że jest ich coraz mniej -- ale przecież nadal są. No i jak pisze @aHa wyżej, przecież to nie kwestia tego, że PR-owcy w ogóle istnieją ;). To raczej kwestia nie wychodzenia poza zbiór zamkniętych przymiotników.

      A inna sprawa -- masz podatnych czytelników ;). Bo w sumie to mnie się zdarzają biblioteki, gdzie panie i panowie mi polecają, a potem jest mi smutno, że muszę im odpowiedzieć na pytanie, jak się podobało, że nie bardzo. Ale mam nadzieję, że nie polecasz tak książek, żeby testować wytrzymałość czytelników ;)?

      Usuń
    2. Nie, nie jest tak źle, prostuję, liczba redaktorów w stosunku do liczby piarowców w wydawnictwach jest jednak wciąż znacznie większa, przynajmniej w tych które znam ;) Poza tym można być i redaktorem, i piarowcem i jedno nie wyklucza drugiego, a wręcz się jedno do drugiego przydaje (mam nadzieję, bo mówię o sobie :P).

      Usuń
    3. Tak właśnie myślałam :). Też mi się wydaje, że to niekoniecznie ilość redaktorów/piarowców na zjawisko trendów blurbowych przekłada się. A nawet, zaryzykuję: nie w pierwszym rzędzie.

      Usuń
  10. Z polecaniem to jest wielki śmiech: to bądź co bądź biznes. King poleca dużo, bo mu za to płacą i czasem śmiesznie wychodzi - jak np z "Hunger games" gdzie ma okładce zachwalał, a w wywiadzie zapytany o mówił w stylu, może być, można przeczytać, ale nic specjalnego. Dużo ludzi (szczególnie młodocianych fanów) obrażało się za dwulicowość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem chyba za dużą optymistką, nie miałam pojęcia, że za taką polecankę się autorowi płaci. Swoją drogą, to trochę szkoda, że King nie był później koherentny, bo nie tyle dwulicowość, co brak wytłumaczenia dla takiej sytuacji -- innego niż finansowy -- może trochę dziwić. Bo jednak czytał, wydał opinię (opinia się mogła zmienić, to inna rzecz), mógłby powiedzieć coś więcej. Przy czym to trochę nawiązuje do tematu, o którym kiedyś pisała @Anna, czyli czy pisarzowi wypada pisać recenzje książek innych pisarzy.

      Usuń
  11. Blurby to zło. Strasznie psują design książek moim zdaniem i często zniechęcają, co może okazać się krzywdzące. Gruziński Tolkien, zapewne pisze fantasy z rozbudowanym światem, a styl od Tolkiena może mieć inny. Tego typu hasła mogą być wskazówką, dla ludzi, którzy kupują prezenty i nie znają się kompletnie na dziedzinie, z której muszą wybrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, właśnie, zupełnie zapomniałam o tym, że często nieumiejętnie dodany na okładkę tagline może zupełnie rozsypać skądinąd udaną konstrukcję okładki. A tak się czasami zdarza. A już fatalna okładka z wielkim blurbem -- brr (bodajże na to cierpi "Ruchomy zamek Hauru" Jones, tam jest takie hasło, coś o filmie zdaje się, a cała okładka to rozmazany kadr z anime ;)).

      Usuń
  12. Pamiętam, że wykładowczyni prowadząca zajęcia z analizy dzieła literackiego, na których przerabialiśmy Franzena była radośnie zdegustowana tym, że Barack Obama jest dla wydawców autorytetem literackim. Mnie ostatnio równie rozbawiła rekomendacja Krystyny Jandy na okładce biografii Marii Callas. Janda wielce konkretnie napisała: „Świetna książka, wspaniale napisana”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale patrz, zapada ten Obama w pamięć, więc swoje zadanie zasadniczo na tej okładce spełnił ;). Ciekawa jestem, tak na marginesie, jak wyglądały całe zabiegi wokół tego, żeby prezydent przeczytał i zarekomendował książkę -- no bo w sumie nie jest tak, że Franzen był jakimś tam mało znanym pisarzem przed "Wolnością" (chociaż u nas chyba w sumie najpierw wydano "Wolność" -- ale na okładce oryginału jest też chyba ta rekomendacja Obamy).

      Usuń
  13. W kwestii blurbów, bardzo nie lubię gdy z tyłu książki/na skrzydełku mam np. krótką notkę biograficzną autora, wycinki z cudzych recenzji ("Najlepszy kryminał jaki ostatnio czytałem - Stephen King") i ew. jakiś nic nieznaczący tekst w stylu "Gdy wszedł nie mieszkania, nie podejrzewał, że jego życie zmieni się na zawsze...". Rozbestwiła mnie "współczesna" literatura, która przyjęła za zwyczaj jakoś-tam książkę streścić na okładce, lub przynajmniej zarysować o czym książka jest. Obecnie nie wiem co bym zrobiła bez np. Goodreads, którego blurby fabularne niejednokrotnie decydują o tym, czy po książkę sięgnę.
    Wszelkie wspomniane tu wytrychy marketingowe mnie również denerwują (bo w 85% są albo kłamstwem, albo hiperbolą, albo wynikają z różnic gustu każdego czytelnika), ale np. nie mam nic przeciwko trickowi "coś meets coś" (wykorzystywanego równie chętnie przy filmach/serialach co książkach), np. "Cruel Beauty to retelling Pięknej i Bestii -meets- Ruchomy zamek Howla", itd. Wiadomo, czasem nie do końca jest się pewnym, czy autor takiego porównania odwołuje się bardziej do treści książek, czy przykładowo do ich klimatu, ale takie - było nie było - uogólnienie często pomaga stwierdzić, czy książka nam podpasuje. Moim zdaniem nie jest tak chamskim wytrychem jak używanie nazwiska jako kwantyfikatora ("lepszy niż King", "nowy Tolkien"), bo odwołuje się do konkretnych dzieł. Choć, mam wrażenie, działa raczej w nieoficjalnych polecankach - np. na blogach, w recenzjach lub w rozmowie - niż na okładce danego dzieła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, to zaskoczenie, kiedy oglądam książkę, a tam o niej nic nie ma, bo wydana lat temu czterdzieści i teraz sądź, człowieku, po pierwszym zdaniu, po autorze, po projekcie okładki, po kształcie chmur na zewnątrz, czy czytać, czy nie czytać ;).

      A to fakt, "coś spotyka coś" nie jest wcale złym chwytem -- ale mnie się zdarza przejechać na takim wytyczaniu klimatu. I nie wiem, bo od dawna się zastanawiam, czy ja po prostu jakoś inaczej czuję klimaty danych książek, czy po prostu trafiam na wyjątkowo źle dobrane przykłady (ale najczęściej trafiam jednak na nie na okładkach albo portalach). Bo według mnie to faktycznie często nawiązanie do atmosfery, a nie konkretnych rozwiązań fabularnych czy stylu. Najgorzej, jeśli ogólnie do gatunku, bo wtedy taki blurb właściwie ma podobną użyteczność, co "nowy Tolkien", a w każdym razie -- często.

      Usuń
    2. Dzięki Bogom za Goodreads - tam nawet do starych książek często pojawiają się streszczenia fabuły albo jakieś pomocne blurby. Ewentualnie zawsze można przejrzeć recenzje innych użytkowników, albo zobaczyć ktoś ze znajomych nie czytał książki i mógłby nam ewentualnie powiedzieć, co o niej sądzi. Serio, nie wiem co bym obecnie zrobiła bez Goodreads :D

      Prawda - "odczuwanie" klimatu często różni się z osoby na osobę; to co jednemu będzie przypominało Tajemniczy Ogród, innemu wyda się bardziej Jane Austen. Niby podobny klimat, ale nie do końca ;)
      Poza tym nie zawsze ten kto wymyśla takie "coś spotyka coś" jest w stanie podać dobre przykłady "cosiów". Jeśli sama używam takich porównań, staram się by przynajmniej jeden określnik odnosił się do fabuły, a drugi do klimatu (ewentualnie używam czegoś co nazywam "przepisem", czyli: "Gdyby film A i film B połączyć i posypać garścią filmu C z domieszką klimatu filmu D, otrzymamy film F" - niby jest to skomplikowane, ale przynajmniej daje jako-takie pojęcie, czego można się spodziewać).
      Po prawdzie to przy wszelkich tego typu porównaniach czy analogiach należy pamiętać, że odbiór dzieł (pop)kultury jest szalenie subiektywny. Nie zawsze da się trafić w czyjeś gusta ;)

      Usuń
    3. Tak się zastanawiałam na początku roku, czy by sobie nie sprawić dodatkowo konta na Good Reads właśnie, żeby mieć gdzie oceniać książki, które przeczytałam po angielsku, ale jakoś pomyślałam, że jak założyłam bloga, to dość zakładania kont na razie ;). Strasznie jestem pod tym względem zachowawcza -- ale kto wie, może tak na nowy rok sobie założę? ;) Bo sam portal mi się bardzo podoba, z widzenia przynajmniej.

      Jasne, zawsze to jest jednak nasz gust -- ale możemy przynajmniej przypuszczać, że przy odpowiednim wyważeniu składników wyjdzie nam mikstura, która większości będzie smakowała jako tako podobnie. Ale szczerze mówiąc to ryzyko zawsze istnieje -- i opiera się też na tym, co kto czytał (stąd mogą być na przykład różne wyobrażenia "wiktoriańskości", kiedy ktoś powie, że coś ma "wiktoriański klimat" -- niby podobnie, ale jednak nie tak samo ;)).

      Usuń
    4. Mnie trochę rozstraja to, że część książek na Goodreads mam przeczytanych po angielsku a część w polskim tłumaczeniu, ale ogólnie jestem portalem zachwycona. Rozumiem jednak wahanie - sama bywam bardzo zachowawcza jeśli chodzi o wszelkie nowości. Nawet nie pytaj ile lat używałam Opery zamiast Firefoxa tylko dlatego, że akurat do tej przeglądarki byłam przyzwyczajona i nie chciało mi się "uczyć" nowej ;)

      Dla mnie właśnie z tego powodu podawanie konkretnych przykładów (czy "przepisów") jest nieco sensowniejsze. Bo określenia ogólne - czyli że np. coś ma klimat "wiktoriański" - są szalenie subiektywne i zamyka się w nich aż zbyt wiele dzieł (podobnie zresztą jest z polecankami na podstawie gatunku dzieła; steampunk steampunkowi nierówny, itd.)

      Usuń
    5. To chyba jest właśnie ogólniejszy problem. Myślę, że ktoś kiedyś zbije fortunę na aplikacji, która pozwala oceniać dokładniej książki -- jakie wydanie, jaki język, jakie tłumaczenie i tego typu sprawy ;). Mam to samo z czeskim, ale już o założeniu sobie na odpowiednim czeskim portalu konta nawet nie myślę ;). Ale z GR będę się zastanawiała, bo wydaje mi się, tak poza wszystkim, dość sympatycznym miejscem :).

      No właśnie -- do dzisiaj pamiętam, jak zachwycona siostrami Bronte poszłam do biblioteki i poprosiłam o coś podobnego, wyszłam z D. H. Lawrencem i, no cóż, to nie było to ;).

      Usuń
    6. Akurat te wszystkie rzeczy można na GR oceniać - po prostu wypisujesz je w recenzji ;) Tak po prawdzie to mnie przeszkadza to, że nie wiem w jakim języku pisać recenzje na GR, gdy przeczytam książkę - portal jest anglojęzyczny, więc to powinien być default, ale jeśli przeczytałam książkę w polskim tłumaczeniu to, niejako, oceniam ją "po polsku". W końcu doszłam do wniosku, że piszę w tym języku, w którym czytałam daną książkę. Ale moja wewnętrzna perfekcjonistka długo z tą decyzją walczyła ;)

      No właśnie. Albo weź poleć komuś "urban fantasy" albo "Young Adult novel". Opcji jest miliard :D

      Usuń
    7. A, to nie widziałam -- ale chyba jeśli nie piszesz recenzji, a jedynie "gwiazdkujesz", to nie masz tej informacji, coś wpisać musisz? I wiem, o co Ci chodzi, robi się taki "wewnętrzny" bałagan, też nigdy nie wiem, co z tym zrobić. Ale chyba decyzja jest słuszna, a przynajmniej, jak mi się wydaje, konsekwentna.

      Nie wspominając już o "ciekawej książce" ;).

      Usuń
    8. Tylko wiesz - tak funkcjonuje większość portali "oceniających": IMDb, LubimyCzytać czy Filmweb też pozwalają na gwiazdkowanie, a w szczegóły możesz wejść dopiero w recenzji.

      Pracowałam kiedyś w wypożyczalni DVD - mogłabym prowadzić lektorat na temat tego "jak polecać filmy", ze szczególnym uwzględnieniem co to jest "fajny film" albo "dobry film" ;)

      Usuń
    9. Jasne, to zrozumiałe, dlatego mnie się wydaje, że "gwiazdki" są bardziej dla nas, niż w ogóle -- z tym że chodziło mi o to, że jak ocenię sobie na przykład coś, co czytałam po czesku na polskim portalu, to nie mam tego przekonania, że odnoszę się do tej książki, która jest tam w bazie (nie wiem, czy to jest zrozumiałe, co mam na myśli?).

      Wierzę :D. I chyba zazwyczaj to był "jakiś fajny film" i "jakiś dobry film"? To "jakiś" tak cudownie tam dopełnia opis :).

      Usuń
    10. Mam wrażenie, że to to samo co z moim dylematem polski/angielski. Pewnie dlatego mamy blogi - żeby móc swobodnie pisać o tym, co pochłaniamy w taki sposób, jaki nam najbardziej odpowiada ;)

      Dialog zazwyczaj wyglądał tak:
      - Czy może pani polecić mi jakiś film?
      - Oczywiście, ale jaki?
      - Dobry/Fajny.
      [Kurtyna opada zażenowana]

      Usuń
    11. Tak, to chyba właśnie tego typu dylemat :)

      Teatrzyk Zielona Gęś w wypożyczalni ;). Ale nie, wiesz, tak sobie myślę, że jak film (czy książka, czy jakiekolwiek dzieło kultury) jest dla kogoś rozrywką, po jaką sięga od czasu do czasu, to to określenie "jakiś fajny" staje się takim wytrychem. Ale jasne, dla polecającego zazwyczaj nie (bo czym ma się kierować -- własny gustem? upodobaniami proszącego o polecenie? jakimiś ogólnymi wyznacznikami "każdy musi obejrzeć Ojca Chrzestnego"? kanonem?).

      Usuń
    12. Ja zwykle zadaję pytania pomocnicze (jaki film ostatnio się pani/panu spodobał? Jakie filmy pani lubi? Co jest pani ulubionym filmem?, itd.), ale nawet wówczas nie ma gwarancji, że trafisz. Liczba razy gdy się nacięłam, polecając coś klientowi jest równa tej w której poleciłam film i klient był zachwycony.

      Do końca życia zapamiętam mini-aferę, gdy poleciłam pani "w ciemno" dramat, o którym słyszałam jedynie, że jest ciężki ale b. dobry (gdy przychodziły premiery do wypożyczalni często był wypożyczane na pniu, więc nie miałam czasu/możliwości ich sama obejrzeć). Ona chciała jakiś dramat rodzinny, film niby pasował pod względem tematyki i gatunku... potem musiałam się bronić przed jej oskarżeniami, że poleciłam jej "jakieś zboczeństwo" i "jak pani nie wstyd". Po latach dopiero sięgnęłam po ten film i zrozumiałam że rzeczywiście mocno przeszarżowałam. Film naprawdę może wstrząsnąć.

      Od tamtego czasu staram się a) nie polecać filmów "w ciemno", b) w miarę dokładnie dowiadywać się jakie są zakresy i granice tego, jakie filmy ktoś ogląda ;)

      Usuń