Skończyło się Lemat-o albo krótkie podsumowanie


Jak już się zorientowaliście, udało mi się skończyć, co sobie zaplanowałam i przeczytałam moją listę książek Lema, wybranych na wakacje. Były to tylko prozy, ostatecznie zdecydowałam, że niechaj to będzie lato z fabułą, bez trzech zbiorów opowiadań, które nadrobię zapewne w innym czasie. Także dzisiaj dwa słowa na początek jesieni o końcu lata z Lemem.

Słowem wstępu


Miałam silne postanowienie przeczytania 13-14 książek Lema, które wybrałam z polecanych kiedyś pod wpisem lekturowym – gdzie przyznałam się, że nie cierpię pilota Pirxa. Okazało się, że nie ja jedna, ale na szczęście okazało się również, że uzbierała się tam spora grupa lemologów – i pomyślałam, że to jednak nieładnie się tak trzymać opinii wyrobionej w wieku lat 10 na podstawie jednego opowiadania, jakie wybrał autor listy lektur. I całe szczęście! Na wszelki wypadek jednak nie umieściłam sobie na liście „Przygód pilota Pirxa”, ale umieściłam niemal wszystko inne, w tym „Fiasko”, które teoretycznie się włącza do książek o Pirxie. Kiedy napisałam o takiej akcji, okazało się, że mogłabym jeszcze to i owo dorzucić – więc dorzuciłam i lista zamknęła się na 20 pozycjach.




Co przeczytałam?


Jeśli nie śledziliście akcji, możecie zajrzeć tutaj (to wszystkie wpisy oznaczone tagiem Lemat-o, czyli teksty o kolejnych czytanych książkach). Ale kogo interesuje wyliczanka, pewnie chcecie wiedzieć, co zostało moimi ulubionymi książkami, a co niekoniecznie, prawda?

Dokonałam sobie w duchu podsumowania i gdybym miała wskazać, kogo ustawiłabym na podium, sine ira et studio, to powiedziałabym, że:

(1) „Fiasko” – to taki czarny koń, na ostatniej prostej wyprzedził „Obłok Magellana”, który byłby się tu znalazł, gdyby nie to, że „Fiasko” to taka jego ulepszona poniekąd wersja. Mimo to polecam czytać obie w dwupaku. „Fiasko” to historia przesycona niesamowitym klimatem – trochę baśniowa, trochę jak najbardziej wciągający film akcji, z cudownymi scenami zapadającymi głęboko w pamięć, a do tego niepozbawiona humoru. I z zakończeniem wbijającym w fotel, a niewiele się jednak trafia takich książek.

(2) „Dzienniki gwiazdowe” – kolejne spotkania z Ijonem Tichym już mnie tak nie zachwyciły, a niektóre nawet zmęczyły i to nie dlatego, że były napisane trudnym językiem albo nie były zabawne. Już „Dzienniki...” takie zabawne wcale nie są, im dłużej się z Ijonem rozbija po Wszechświecie. Bo zaczynamy co prawda od wałęsania się szemraną rakietą po wirach czasowych (doo-wee-doo!), ale kończymy, hm, na historiach budzących raczej grozę niż śmiech. A do tego w „Dziennikach...” Ijon nie jest jeszcze tym konserwatywnym facetem narzekającym na brzydkie feministki – więc jeśli czytać Tichego, to zdecydowanie w tym wydaniu.

(3) „Wysoki Zamek” – może to pewne zaskoczenie, bo w przeróżnych Lemowskich zestawieniach obie jego prozy realistyczne są umieszczane dość nisko, ale „Wysoki Zamek” to piękna gawęda, ze świetnie poumieszczanymi poważniejszymi refleksjami, a do połowy jest przeraźliwie śmieszna (przeraźliwie, bo mój Domownik był przekonany, że coś mi się stało po odgłosach dobiegających z pokoju, gdzie czytałam „Wysoki...”). A do tego jak na powieść o Lwowie jest pozbawiona sentymentalizmu w najprostszym wydaniu, więc bardzo warto.

Te trzy książki to są po prostu dobre książki. Można je czytać – choć uprzedzam, że w „Fiasku” trzeba wziąć pod uwagę natężenie naukowego języka, ale nie trzeba wcale guglać co drugiego słowa, bo pod spodem sens jest jasny – po prostu jako świetną powieść, doskonały zbiór opowiadań i błyskotliwą para-autobiografię. A tuż za podium są błyskotliwe „Bajki robotów” – które są perełkami, ale zupełnie nie uważam, żeby nadawały się na listy lektur do podstawówki, gdzie podobno wywoływały traumy rozmiarów Pirxa, jak słyszałam.

Natomiast obiecuję Wam jeszcze niedługo wpis o tym, co czytać, jeśli się do Lema podchodzi jak pies do jeża!

No, ale nie będę ściemniać, nie wszystkie książki Lema mnie zachwyciły. Gdybył miała wybrać trzy, które czytało mi się najgorzej tudzież nie przypadły mi zupełnie do gustu, wskazałabym na:



Tylko dwa, z perspektywy czasu, bo choć narzekałam przy innych, to widzę w nich pewne elementy warte poznania, chociażby po to, żeby prześledzić ich ewolucję u Lema. Tymczasem te dwie powieści (lub powieści-traktaty) oparte są najmocniej na tym samym filarze: niekończącej się wojny, absurdów szpiegowskich, braku wyjścia z pułapki, jaką sam na siebie nałożył sobie człowiek. Można by tu jeszcze dorzucić „Wizję lokalną”, która – moim zdaniem jednak bardziej sprawnie – krąży wokół tego tematu również. „Pamiętnik...” znużył mnie rozbuchaniem pomysłu i manierą językową przede wszystkim – tuż za nim w tym stylu dorzuciłabym drugą część „Cyberiady”.





Suplement: a co się działo, kiedy czytałam Lema?


W międzygwiezdnych podróżach tkwiłam nie tylko ja w prozie, ale i astronomia w świecie rzeczywistym. Sonda przeleciała koło Plutona i przyniosła nam sporo nowych wiadomości o tej planecie karłowatej, a przy okazji i Lem, i Pirx zostali patronami różnych geograficznych osobliwości tego końcowego strażnika Układu Słonecznego. Różne dziwne rzeczy odkryto też na Marsie. Jak zawsze w sierpniu spadło mnóswto Perseid. Postraszono nas, że Wszechświat blaknie oraz odkryto kolejną "drugą Ziemię", jakie NASA co jakiś czas odkrywa. W świetle powieści Lema – nie ma się co tak cieszyć.




Co jeszcze w związku z Lemem pojawi się wkrótce na blogu (i gdzie indziej)?



- Możecie się niedługo spodziewać obiecywanej notki o tym, co Lema czytać, jeśli się za jego prozą nie przepada z różnych powodów.

- Zamierzam też przeczytać „Tako rzecze Lem” (w nieco dalszej perspektywie) i Wam o tym napisać.

- Pojawi się notka o postaciach kobiecych u Lema, tak żeby zebrać zebrane doświadczenia.

- A może coś Was interesuje i byłabym w stanie o tym napisać? Koniecznie dajcie znać!

Jeśli macie ochotę, możecie już przeczytać moją zweryfikowaną od czerwca opinię o „Człowieku z Marsa” – wszystkim, którzy mnie informowali i informują o konkursie bardzo dziękuję! Oczywiście, że biorę udział – nie wiem, co z tego będzie, ale zobaczymy. Tutaj możecie na razie przeczytać pierwszy tekst. A przy okazji zadebiutowałam też na Lubimy Czytać. Nadal moje serce oceniacza zostaje przy Biblionetce, ale zamierzam z dobrodziejstw drugiego portalu też pokorzystać, bo czemu nie.

Dzięki Wam serdeczne raz jeszcze za wszystkie polecania Lema, za dyskusje pod notkami, za to w ogóle, że gdyby nie czytelnicy Lema tutaj, to nie zabrałabym się do czytania Lema. Bardzo to było przyjemne czytelniczo lato!

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Zostały Ci cztery (pięć) książki, każda z innej bajki, ale bez nich o Lemie trudno mówić całościowo. "Fantastyka i futurologia" czyli jak Lem znęca się nad kolegami po fachu ;-), "Summa technologiae" czyli jak Lem przepowiada przyszłość (zadziwiająco celnie przewidział pewne sprawy, rzecz o przewidywanym rozwoju technologii) "Doskonała próżnia"/"Wielkość urojona" (wydane też wspólnie jako "Apokryfy" - recenzje i wstępy do nieistniejących książek, momentami bardzo smakowite) i "Golem XIV"!!! Ta ostatnia to Lem mówiący poprzez rzeczonego Golema, czyli sztuczną inteligencję. Tam jest tekst o ewolucji i roli genu. Napisany kilka lat wcześniej niż "Samolubny gen" Dawkinsa, do tego chyba celniejszy! Książka trudna, wymagająca, ale przygoda intelektualna najwyższej próby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się wszystkimi czterema kończynami. "Golem XIV" wyprzedził swoją epokę, tak jak "Głos Pana" i "Niezwyciężony". Ale do "Golema" trzeba się chwilkę przygotować. Na Kilimandżaro nie wchodzi się z marszu...

      Usuń
    2. @Andrzej, @Altti -- Ocaliłam ostatnio "Summa technologiae" przed skupem makulatury, więc dobrze się składa :). Przejrzałam "Fantastykę..." i w sumie co do niej bardziej nie mogę się zdecydować, czy mam kompetencje, czy nie, bo jednak sf za wiele przeczytanego nie mam -- a w każdym razie niewiele z tego, do czego Lem się odnosi -- i mam wrażenie, że tam to dopiero może mi coś umknąć.

      Na pewno jak zatęsknię za Lemem, to się wybiorę po coś, najpewniej po tego "Golema XIV", bo to jest doskonały przykład, że się człowiek naczyta, naczyta, a i tak jest coś, co powinien poznać, żeby się jeszcze lepiej orientować, o czym wszyscy mówią ;).

      Usuń
    3. Hej z tą "Fantastyką i futurologią" to jest tak, że żadne kompetencje nie są potrzebne ;-) My (mówię o moim pokoleniu) to się z niej uczyliśmy fantastyki. Większość utworów nie była wtedy (początek lat siedemdziesiątych) dostępna po polsku. Bezczelnie czytaliśmy streszczenia tęskniąc za oryginałami. ...a to, że Mistrz zjechał, no to co? Ciekawe jest to, że Lem wykazując kompletny brak zainteresowania dla fantasy, wypromował "Czarnoksiężnika z Archipelagu" i w ogóle Ursulę Le Guin (Tolkiena uważał za nudziarza ;-)).
      A "Golem XIV" to arcydzieło i jak na takie przystało wymaga pokory przy czytaniu. Mój Numer Jeden jeśli chodzi o Lema!!!

      Usuń
    4. Bardzo mi się podobał cały cykl. Aż nabrałam ochoty, żeby sięgnąć po rzeczy, o których już zapomniałam. Ciekawie wyszło to porównanie "chronologiczne"; widać, że wiele rzeczy widać, dopiero jak się popatrzy na jedna książkę po drugiej.
      I, przyznaję, ja też z tych co, czytali streszczenia (i genialna wkładkę ze schematami fabuł sf ). Do dziś pamiętam co bardziej zjadliwe komentarze Lema, dotyczące niektórych elementów fabuły (przy oglądaniu "Prometeusza" zaraz włączyło mi się to zdanie, że cóż z tego, że loty w kosmos, napęd jądrowy i inne cuda na kiju, jak okręty kosmiczne zachowują się niczym żaglowce w XIX powieściach przygodowych - idą kursem zbieżnym ostrzeliwując się z dział na burcie, a kapitan wydaje komendy w stylu "trzy rumby w lewo" :)).

      Usuń
    5. Dzięki -- wiesz, że to też dzięki Tobie porwałam się na czytanie Lema, bo rozmowy pod wpisami lekturowymi były bardzo inspirujące :). No właśnie zabiorę się za "Fantastykę...", bo tak o niej zachęcająco opowiadacie, ale za czas jakiś. Bo ciekawa jestem bardzo, jak wypadają jego powieści na tle tego, co pisze o innych, a te inne -- jak wypadają w odbiorze bezpośrednim :).

      Usuń
    6. Bardzo się cieszę, bo wspaniały cykl wyszedł. I liczę na kolejne odsłony.
      A na marginesie: nadrobiłam "Musimy sobie pomagać" I ostatnia scena pasowała. powiem, że gdyby kończyło się na przedostatniej scenie, to by symbolizm bił po oczach (nowy Czech kwili w kołysce, a nad nim zebrani przedstawiciele różnych grup społecznych/narodowych/itd. czekają, by zacząć budować nowe życie). A tak jak jest, to wychodzi może i trochę symbolicznie (te gruzy i ludzie na gruzach), ale i zwyczajniej. Podobnie, jak w "Pod jednym dachem" ten symbol "ptaszków w klatce" załamany dziewczęciem pomykającym z kuszą. teraz szykuję się na kolejne. :)

      Usuń
    7. Prawda? Też mi się wydaje, że ta scena rozbija takie zakończenie cisnące się do fabuły w najprostszy sposób. Może i jest odrobinę kiczowata (zawsze, ale to zawsze na niej płaczę), ale też właśnie przez to, że oni siedzą przy tych intarsjowanych stoliczkach, na krzesłach jak z mieszczańskiego salonu z willi, która wiemy, że zrujnowana i dążąca do jeszcze większej ruiny, ale na gruzach to wszystko. I że tam się wkrada takie mocno ponure przesłanie w gruncie rzeczy -- bo przecież wcale nie taka wiosna 1945 wspaniała. Czyli wnoszę, że się ogólnie podobało? Bo już chciałam napisać, że się cieszę, że się podobało, ale wolę się upewnić ;). Plus moim zdaniem to jednak jedna z najlepszych ról Polivki w ogóle.

      Usuń
    8. Podobała jak najbardziej. I czekam na wolny wieczór, żeby zapuścić kolejne.

      Usuń
    9. To ekstra :). Bardzo się cieszę, bo chociaż nie wszystkie filmy są równie dobre, to jednak uważam, że to reżyser, którego dobrze znać (jak kręci w parze z Jarchovskim).

      Usuń
  2. Chyba skorzystam z Twojej listy i nadrobię brakujące pozycje. Tym razem po kolei. Chociaż ostatnio wciągnęłam sie w czytanie Zajdla, ale co tam;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zajdla też mam w planach, bo nie znam, a myślę, że warto :). Listą się jak najbardziej częstuj, będę ją jeszcze pewnie w przyszłości uzupełniała o książki opisane wyżej -- trzeba będzie je tam chronologicznie poumieszczać ;).

      Usuń
  3. Trochę szkoda, bo bardzo te cykl lubiłam. Dzięki Tobie przeczytałam Lema, nie czytając Lema, i świetnie się przy tym bawiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę! Naprawdę, to szalenie miłe to czytać -- zwłaszcza że jasne, czyta się dla siebie, ale nawet jak gdzieś utknęłam, to sobie myślałam "nie, jedziemy dalej, nie ma co tak utykać, w końcu cykl!" ;). Jeszcze trochę Lema zostało, więc pewnie się na blogu pojawi. A są i inne cykle, jakie można by zacząć, więc... ;).

      Usuń
  4. Ja miałem podobny rzut, gdy Wyborcza zaczęła wydawać swoją kolekcję. Ze szkolnego czytania Lema miałem miłe wspomnienia, ale potem przeczytałem „Pamiętnik znaleziony w wannie” i też się mocno od niego odbiłem. Wpadłem tu mocno po czasie, więc teraz wezmę się za czytanie poszczególnych recenzji.

    Jeśli chodzi o ciekawe spojrzenia na Lema, to polecam Awantury na tle powszechnego ciążenia. Nie jest to może lektura ambitna i wyzywająca, ale mi czytało się miło. A teraz czekają na mnie listy Lema i Mrożka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ta seria wydawana przez Wyborczą jest całkiem przyjemna w czytaniu, jak już się oswoiłam ze specyficznym formatem i fontem (preferowałam serię z Wydawnictwa Literackiego, ale nie wszystkie tomy w mojej bibliotece mieli). Nie rozgryzłam tylko, co podyktowało tam kolejność tomów, szczerze mówiąc.

      "Awantury..." chcę przeczytać, nawet już widziałam, że są u mnie w bibliotece, więc na pewno do nich zajrzę. Widziałam ostatnio przecenione listy Lema i Kandla, ale też bardziej mnie kuszą te z Mrożkiem :).

      Miłej lektury, w razie czego z chęcią przedyskutuję wrażenia :)!

      Usuń