4 najlepsze baśnie z „Bardzo dziwnych bajek” K. Makuszyńskiego albo ranking wybitnie subiektywny #10


Miło jest mieć kilka takich stałych punktów w miesiącu, bo dzięki temu widać też pewien postęp, jaki się dokonuje. A przy okazji widać, jak powoli z półki znikają mi kolejne tomy baśni, które chciałam opisać, pamiętając, jak dobrze się przy nich bawiłam – i jak znacząco wpłynęły na moje późniejsze gusta literackie. Nie wspominając o tym, że bardzo dobrze się do nich wraca.


Dzisiaj forma będzie nieco inna, bo chciałam Wam przedstawić jeden z moich ulubionych zbiorów bajek literackich (oprócz opisywanego już Jana Drdy), czyli niepozorne „Bardzo dziwne bajki” Kornela Makuszyńskiego. Makuszyński wydał je w 1916, ale widać w nich bardzo dobrze cechy charakterystyczne jego stylu i że w wydanych w 1928 roku „O dwóch takich, co ukradli księżyc” oddał bardzo podobną atmosferę i kazał bohaterom pałętać się po mniej więcej tej samej fantastycznej krainie, co bohaterom „Bardzo dziwnych...”. W zbiorku są cztery baśnie, ale wszystkie są, tu tytuł posta mówi najszczerszą prawdę, najlepsze.

Moja historia czytania tego zbiorku przypomina czytanie Grimmów: bałam się ich, jak byłam mała, a teraz uwielbiam. W dodatku wydanie, które posiadało moje kuzynostwo i gdzie te bajki zwykle w czasie wakacji czytałam, było w formacie A4 z niepokojącymi ilustracjami Zenony Pionk. Doskonale podkreślają one nastrój tych baśni literackich: pisanych jakby trochę po to, żeby straszyć i niepokoić, a trochę po to, żeby bawić w każdym wieku. 
 Dzisiaj mowa o tej książce w tym wydaniu.

Ta baśń, od której się zawsze zaczynało lekturę:
Bajka o królewnie Marysi, o czarnym łabędziu i o lodowej górze

Jest sobie dziwne królestwo, niby daleko, ale jednak jakoś blisko. Rządzi nim król Patyk III, wielki miłośnik soku z kiszonych ogórków oraz królowa Tasiemka, fanka robótek ręcznych. Są dobrzy nad podziw, ale ich córka, królewna, jest zupełnie bez serca. Jakby to... No, dosłownie bez serca. Generalnie wyczynia coraz gorsze rzeczy, bije poddanych, przymierza się do mordu, a kilka zwierząt – które się w niej gorąco kochają, bo jest przepiękna, tak do kolekcji – pada przez jej głupotę i złość. Ale w końcu znajduje się ktoś, kto ma dosyć tego, że nikt utemperować królewny nie umie i nie zwróci jej uwagi, że to, co robi, nie jest po prostu bezmyślne, ale jest złe i bezmyślne. A jest to czarny łąbędź, który porywa ją na wysoką lodową górę w środku królestwa.

Co w niej jest takiego? Makuszyński z jednej strony portretuje taką rodzinę, która wprawdzie nie to, że źle wychowuje potomka, ale po prostu jakoś nie myśli, żeby zwracać córce uwagę na to, że nie wszystko, co robi, jest zgodne z podstawowymi wymiarami etyki. A jak już myślą, co by tu zrobić, żeby to dziecko jakoś sprowadzić na dobrą drogę, to jedyne, co im przychodzi na myśl, to... wydać córkę za mąż. I tak dostajemy co prawda przepiękny opis posagu: Ogłosili więc we wszystkich królestwach, że pragną znaleźć męża dla córki i że jej dają w posagu dwa dukaty, wiele strojów, tysiąc pończoch na lewą nogę, flaszkę octu z łez królewskich i pięć słojów konfitur. Były to na owe czasy ogromne bogactwa”, ale pozostaje nam takie pytanie, że kurczę, przecież nie o to chodzi. Nigdy mnie nie satysfakcjonowało rozwiązanie, jakim okazuje się być nibyreligijne przebudzenie królewny na lodowej górze, ale to, że łabędź okazuje się być cudzoziemskim księciem (z Mazowsza!), to motyw piękny. Widać zresztą, że ta fantastyczna geografia baśniowych krain Makuszyńskiego to takie wymieszanie swojskiego i obcego, historii faktycznej, gdzie byli królowie i rycerze, i fantastycznej, gdzie pończochy na lewą nogę to bogactwo. No i czas też płynie tam dosyć biblijnie, bo po trzystu latach wszyscy są nadal względnie młodzi, a trwające siedem lat wesele to standard.

Ta baśń, która najbardziej kojarzy mi się ze zbiorkiem:
Szewc Kopytko i kaczor Kwak

Jest sobie szewczyk, co to mu do takiego szewczyka pogromcy smoków daleko. Zamiast tego lubi a to biednemu ukraść buty, a to poprzestawiać znaki na rozstajach, a to jeść cytrynę w teatrze, żeby się aktorzy krzywili. A jak już dobierze sobie do pary kaczora-pijanicę, to hulaj dusza, piekła nie ma. A do tego oczywiście standardowa smutna księżniczka w pakiecie.

Co w niej jest takiego? Makuszyński daje nam tu zbiór motywów, które skądś znamy, ale w zupełnie innej formule. Mamy zatem dzielnego szewczyka, który wcale nie jest dzielny i musi – podobnie jak królewna na lodowej górze – dojść do tego, że życie nie składa się tylko z samolubnych przyjemności, a nasze radości mają granice tam, gdzie przestają być radościami drugiego człowieka, a stają się wręcz przeciwnie paskudnymi ranami. Jest lekko makabrycznie, a bohaterowie zwierzęcy, chociaż wyposażeni w cechy ludzkie, muszą się bardzo pilnować, żeby o tych cechach nie zapomniano – świat tych baśni jest bezwzględny i jeśli się nie wygląda jak człowiek, można wylądować na królewskim stole.

Moja zdecydowanie ulubiona baśń:
O tym, jak krawiec, pan Niteczka, został królem

Autor bardzo lubi wyposażać swoich bohaterów w wygląd nad wyraz groteskowy. Szewczyk Koptyko miał wielkie uszy, które traktował jak kieszenie, krawiec Niteczka zaś jest, no cóż, cienki jak niteczka: „Chudy był bardzo. Każdy krawiec na świecie jest chudy, bo tak już jest, gdyż krawiec przypominać musi igłę i nitkę. Ale pan Niteczka był tak chudy, że umiał przeleżę przez uszko igły, którą sam trzymał w ręce. Nie mógł jeść nic innego, tylko makaron, bo nic innego nie chciało mu przeleźć przez gardło. Dobry był to człowiek i zawsze uśmiechnięty. W brodzie miał sto trzydzieści sześć włosów i czasem w święto zaplatał ją sobie w warkoczyki. Ogromnie był wtedy przystojny”. Jak sami widzicie, nie dość, że wygląd znowu niestandardowy, to i reguły rządzące światem też jakby podane w krzywym zwierciadle. Nasz krawiec stanie przed nie lada zadaniem, w którym jego fach mu dopomoże (a my dowiemy się, czemu u licha tak pada w jednym królestwie). Mamy też podejrzaną chatynkę w lesie, w której jednak zamiast Baby Jagi rezyduje bardzo gościnny szlachcic z rodziną. Cóż z tego, kiedy gości podejmuje wrzącą smołą w kuflach, a sam jakby utyka? W dodatku chatkę dość trudno opuścić, bo drzwi sobie tańczą, tak samo jak okna. I dziwnego towarzysza, tym razem Stracha na Wróble.

Co w niej jest takiego? Po pierwsze to, co u Makuszyńskiego tak lubię, czyli dziwny klimat, który nie wiadomo, czy jest bardziej przyjemny, czy bardziej straszny. Co z nim począć? Po drugie, znowu jest bohater, który nie do końca odpowiada naszym standardom piękna czy sukcesu, a okazuje się nie dość, że bardzo w guście losu, to jeszcze jego fach, zdawałoby się średnio przygodowy, prowadzi go do cudownych przygód – i okazuje się być szalenie przydatny w najmniej spodziewanych okolicznościach. A poza tym uwielbiam ten motyw diabelskiej chatynki.

Baśń najdłuższa z pięknymi epizodami:
Dzielny Janek i jego pies

Janek jest sierotą z końca świata – musi więc, rzecz jasna, ruszyć w podróż. Razem z dość brzydkim psem, Robakiem (pies niby mówi, ale w gruncie rzeczy to nie mówi, bo jak wiadomo psy mówią tylko w bajkach, podpowiada nam narrator – co o nas, czytelnikach, mówi zatem to, ze go słyszymy?). Pies zresztą, jakkolwiek może brzmi to śmiesznie, odkrywa w baśni – zajmującej mniej więcej tyle miejsca, co trzy poprzednie razem wzięte – rolę Kota w butach. Ratuje swoją przemyślnością Janka, nie pozwalając mu paść ofiarą stworów, które – jeśli pamiętacie – prześladowały też Jacka i Placka w „O dwóch takich, co chcieli ukraść księżyc” (pod pewnymi względami konstrukcja „Bardzo dziwnych bajek” przypomina tę powieść). Pobrzmiewają tu też zresztą echa diablich babek, plączących się po historiach Grimmów.

Co w niej jest takiego? Najwięcej może w niej cieszyć nie dość znajoma formuła – znajoma z innych fantastycznych pism Makuszyńskiego, ale i generalnie z baśni – ale cudowne epizody, jak choćby ten z zającem odgrażającym się, że ma dzisiaj ochotę pokosztować ludzkiego mięsa. Bardzo też dobrze się to czyta: styl jest gawędziarski, potoczysty, narracja prowadzona ze swadą. Elementów umoralniająco-religijnych nie brakuje, ale też ani nie są w nadmiarze, ani przesadnie nie wysuwają się na pierwszy plan.

Czy znajdą się tu jacyś fani "Bardzo dziwnych bajek"? Jeśli chcielibyście dołączyć do tej grupy, to serdecznie polecam! Zwłaszcza rzeczone wydanie z ilustracjami Pionk, oczywiście. 

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Pierwszy słyszę o tej książce, ale nie powiem, brzmi bardzo interesująco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jest interesująca! Bardzo warto :)! Zresztą przyznaję, że ten cykl baśniowy to też takie testowanie, czy wydaje mi się, że moje ulubione baśniowe książki są tak mało znane, czy jednak znajdzie się jeszcze ktoś, kto tak jak ja zaczytywał się nimi w dzieciństwie ;).

      Usuń