5 sposobów czytania powieści albo o liczbie stron i kierunku


To właśnie jest ta notka, o której wspominałam, że mi wczoraj jej połowę pożarł podstępny komputer. Ale to nic, już ochłonęłam – Doktor Who pomógł! – i mogę spokojnie wrócić do snucia tych rozważań, odtwarzając pożartą część. Dzisiaj przy sobocie chwila refleksji nad metodami, jakimi czytamy. Winny – brat mego Domownika. Czemu? O tym dalej.


Na ser: takiej właśnie nazwy rzeczony brat użył, żeby wyjaśnić mi, jak czyta właśnie czytaną powieść. I zachwyciła mnie ta nazwa, i pomyślałam, że toż to doskonały pomysł na notkę. Bo czytanie „na ser” można interpretować na kilka różnych sposobów. W tym podstawowym chodzi o to, że czytamy „z dziurami”, to znaczy jak nam w międzyczasie przeskoczy zakładka o stron siedem, to nie płaczemy, bo to właściwie z korzyścią dla naszego czytania. Ale jak to? No tak, że przecież czasami książka jest z gatunku tych, gdzie autor przez trzy strony opisuje kolor płaszcza bohatera, więc jak przeskoczymy do przodu, to nie dość, że nadal wiemy, jaki kolor ma ten płaszcz, to ani nie gubimy głębokich przemyśleń postaci, ani cudownego języka narracji, ani akcji właściwej.

Kiedy stosować? Książki nudne, które z jakiegoś powodu jednak chcemy czytać; książki, na których utknęliśmy i nie możemy za nic ruszyć z tego samego miejsca; książki, co do których nie mamy już wielkich oczekiwań, a chcemy mniej więcej się orientować, co się w nich dzieje.
 
 
 
 

Do 50 strony: być może znacie tę metodę jako „do 100 strony” albo w wariancie minimalistycznym „do strony 30”. Dla mnie to zawsze była strona 50 (dopiero przy rozmowie z Martą odkryłam, że to żadne uniwersalne zjawisko), bo tak też tę metodę przedstawiła mi w podstawówce moja pani bibliotekarka, kiedy żaliłam się, że coś tak utknęłam na właśnie czytanej książce. I wtedy zdradziła mi, że ona czyta do 50 i jeśli nic nie zaskoczy, to daje sobie spokój. Wydaje mi się, że to faktycznie sprawdza się nieźle – w zależności od grubości książki, oczywiście – z tym że bywają jednak książki o ekspozycji długiej albo zupełnie rozproszonej po całości i wtedy wcale się na początku nie możemy zorientować, co i jak. Ale cóż, ryzyk-fizyk.

Kiedy stosować? Książki, w które nie możemy się wciągnąć; książki o zwartej ekspozycji jak Pan Bóg przykazał umieszczonej na początku.
 
 
 

Do pierwszej krwi: to z kolei metoda jednej z moich znajomych, stosowana w przypadku lektury kryminałów. Sprawdza, jak też autor uśmierca ofiary i czy robi to jedynie dziwnie i widowiskowo, czy jednak z sensem poza samym eksponowaniem okrucieństwa. Oczywiście wszystko zależy od Waszych upodobań, ale mnie coraz bardziej irytuje, że zamiast fascynującej zagadki, dostajemy często straszliwie makabryczną ofiarę. A przecież u klasyków najczęściej ktoś po prostu komuś daje w łeb („I nie było już nikogo” pomijam) albo dźga i najważniejsza jest sama zagadka. Ale podejrzewam, że wszystko zależy od naszych „kryminalnych” upodobań, nie wspominając już o tym, że chyba każdy autor kryminałów chce jednak wprowadzić do gatunku pewne novum, choćby miała to być bestialsko zamordowana ofiara.

Kiedy stosować? Głównie kryminały, kiedy testujemy naszą wytrzymałość i zainteresowanie w śledztwie w sprawie ofiary.
 
 
 

Biblijnie: innymi słowy, czytamy na wyrywki. Otwieramy książkę na chybił trafił i sprawdzamy, co też tam jest albo czytamy dobrze znane sceny (nam albo z historii literatury). Jeśli szukamy w książce pocieszenia, bo z jakiegoś powodu czujemy się źle i mamy swoje comfort books (tak jak istnieje przecież comfort food!), to taka biblijna lektura może pomóc szybko dotrzeć w to nasze ulubione miejsce, którego lektura poprawi nam humor.

Kiedy stosować? Książki dobrze nam znane; książki czytane ponownie; książki, w których jesteśmy zainteresowani konkretną sceną.
 
 
 

Awangardowo: a może należycie do tych czytelników, którzy z lekka postmodernistycznie czytają książki nie tylko na wyrywki, ale też od tyłu? To znaczy albo po prostu sprawdzają, co też się dzieje na końcu, albo nie żałują sobie i naprawdę czytają od końca. Co jest jakoś ciekawe przecież, bo zazwyczaj mówi się, że to pierwszy rozdział musi być napisany tak, żeby wciągnął, a co gdyby tak przesunąć te kryteria także na rozdział ostatni?

Kiedy stosować? Właściwie kiedy nas najdzie ochota, żeby wypróbować; można wybrać książkę w zależności od naszego stosunku do spojlerów.
 
 
 

Stosujecie takie metody? A może jeszcze jakieś inne? Czy kierujecie się nimi zazwyczaj, czy właśnie w przypadku jakichś „trudnych” książek?

Weź dokładkę!

40 komentarze

  1. Hmm nigdy nie stosuje metody "na ser". Tak jakoś z samej zasady. Jak już zaczynam czytać to od początku do końca, na poważnie. Od niedawna dopiero skusiłam się na "do 50 strony". Wcześniej bardzo często męczyłam się z książkami do ostatniej strony, sama nie wiem czemu. Teraz wdrażam się tylko w te, które mnie naprawdę zainteresują i wciągną. Zwykle daje im drugą szansę. Często są to lektury nie na ten czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie -- czasami jest tak, że wyrabiamy sobie złe zdanie o książce, do której wracamy kiedy indziej i okazuje się, że jest jak dla nas ulana. Ale szczerze mówiąc, to chyba tylko raz zdarzyło mi się, że byłam bliska rzucenia książki właśnie po 50 stronie, a okazało się, że końcówka wbiła mnie w fotel i sprawiła, że na samą myśl, że bym jednak ją porzuciła przed końcem plułam sobie w brodę ;). Także jak zawsze mówię o tej książce (chodzi o "Pieniądze od Hitlera" Radki Denemarkovej) to o tym wspominam -- dlatego czasami warto dać szansę i po stronie 50. A czasami nie -- i teraz: jak to wyczuć ;)?

      Usuń
    2. No cóż... Gdybyś, jednak odrzuciła tę książkę to nie wiedziałabyś jaka końcówka była dobra, więc generalnie nie plułabyś sobie w brodę :P Wydaję mi się, że jeśli za drugim razem nam nie podejdzie to znaczy, że już nie jest kompletnie dla nas. Czasami potrafię wyczuć to po stylu pisarskim, a czasami po samej fabule. Potrafię w jakiś sposób rozróżnić czy jest to powieść zupełnie dla mnie nietrafiona, czy po prostu czytana w nieodpowiednim momencie. Chociaż muszę przyznać, że do dzisiaj mam wątpliwości co do odrzucenia jednej książki. Nie męczy mnie jakoś szczególnie, ale dziwię się, że wielu osobom przypadła do gustu, a w moim przypadku było zupełnie odwrotnie.

      Usuń
    3. Ale wiesz, to jeszcze zależy, w jakim odstępie czasu sięgamy po nią znowu. Bo może się okazać, że to jest taka powieść do sięgnięcia za lat 20 na przykład, a my uparcie podchodzimy do niej na przykład przez całe liceum i idziemy przez życie ze zdaniem, że to jednak nic dla nas. A może jakbyśmy do niej zajrzeli dużo później, byłoby lepiej? A zamierzasz znowu może w takim razie spróbować sięgnąć po tę powieść? Bo mnie się często zdarza, że mnie jakaś powszechnie chwalona książka wcale nie powala (no, ale ja maruda jestem ;)), więc nie, żebym namawiała, ale ciekawa jestem :).

      Usuń
  2. :-) Ostatnio, odpukać, nie stosuję metody "czytania do X strony", bo trafiam na dobre lektury, które po prostu chcę doczytać do końca. Czytanie metodą "na ser" nie jest dla mnie, bo neurotyczni perfekcjoniści niespecjalnie się z takim sposobem lubią (od razu przypomniała mi się scena z filmu "Annie Hall", w której Woody Allen nie chce wejść na salę kinową, gdyż wraz z Diane Keaton spóźnili się na seans 5 minut, a on nie potrafi oglądać filmu bez pominięcia choćby kilku chwil początku - cała ja!). Poza tym, czytając metodą serową, miałabym pewne obawy, że pomijając te kilka stron, ominie mnie nie tylko informacja o kolorze czyjegoś płaszcza, ale też coś istotniejszego, co sprawi, że już się w fabule nie połapię. No a potem problem - do której serowej dziury wracać, żeby szukać zaginionego wątku? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, że z filmami mam dokładnie tak jak Allen w "Annie..." ;)? To znaczy często jak jestem w domu rodzinnym -- gdzie jest dobrodziejstwo telewizji ;) -- rodzina trafia na film, który leci już 10 minut, to zwykle idę sobie, bo wiem, że chciałabym go obejrzeć, ale _od początku_ ;). Podczas gdy zdarza mi się książkę podczytać na chybił trafił (jak na przykład stoję nad jakimś nieszczęsnym czytelnikiem w komunikacji miejskiej) i nie mam takiego uczucia ;).

      Usuń
  3. Świetny artykuł. Metodę na 50 stronę stosuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :). Czasami jest niezła, żeby się nie dać zmęczyć i nie zniechęcić do czytania w danej chwili. A czasami może być zwodnicza, jak pisałam wyżej. Teraz -- chyba kwestia wprawy, kiedy i jak ją stosować :).

      Usuń
  4. Ja do metody 50. Książki z biblioteki mają pieczątkę na stronicy 33. Może ona jest tam dodatkowo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie to chyba jest tak, że niektóre mają na stroni 17, a inne na 33, a jeszcze inne i tu, i tu. Nie wiem do końca, od czego to zależy -- może jakiś bibliotekarz/ka przechodząc tędy wyjaśni :)?

      Usuń
    2. To wynika ze skladu ksiazki. Na siedemnastej stronie zaczyna sie nowy arkusz. (Stad kiedy sie sprawdzi czesto u dolu tejze 17 strony jest drobnymi literami autor tytul i jakies tajemnicze dane dla zecera czy kto tam teraz sklada ksiazke).

      Usuń
    3. Dzięki za wyjaśnienie! Ale czy to znaczy, że strona 33 też jest właśnie w ten sposób znacząca? Bo to chyba generalnie zależy od biblioteki, czy się podbija książkę na 17, 33 czy obu tych stronach?

      Usuń
    4. Tak, nowy arkusz wypada co szesnascie stron czyli drugi arkusz jest od 17 do 32 strony (siedemnastka juz sie wlicza do drugiego arkusza). Wiec na trzydziestej trzeciej stronie zaczyna sie trzeci arkusz. Nie znam dokladnych regulacji to juz wewnetrznie zalezy od biblioteki, czy stemplowac tylko poczatek drugiego arkusza czy trzeciego czy obu. Ksiazke trzeba ostemplowac w srodku przynajmniej raz :)

      Usuń
    5. Ekstra, bardzo Ci dziękuję za rozjaśnienie tej wątpliwości. Mnie się w ogóle zdarza, że zapomniawszy, z której biblioteki mam akurat czytaną książkę, rozpoznaję ją przy czytaniu właśnie po miejscu, w którym jest pieczątka ;). Choć akurat najczęściej jest na tej stronie 17 -- mam chyba tylko dwa miejsca, w których pieczętują na 33, a jedno z tych podwójnych :).

      Usuń
    6. To mnie zaskoczylas. Przeciez na odwrocie strony tytulowej na ogol jest pieczatka pozwalajaca na identyfikacje biblioteki, zawierajaca numer filii albo adres...

      Usuń
    7. Nie, nie, oczywiście -- chodziło mi o to, że jeśli sięgnę po książkę i nie chce mi się odrywać od czytania, a nie pamiętam, z jakiej jest biblioteki, to jak czytam i zarejestruję na stronie 17, że na dole jest pieczątka, to już nie muszę sprawdzać, co jest na niej napisane, bo wiem, gdzie podbijają na 17, gdzie na 33, a gdzie na obu (mniej więcej) :).

      Usuń
  5. Doktor jest dobry na wszystko, zwłaszcza na ginące wpisy :).
    Strasznie mi się podoba nazwa "na ser" (kocham ser). Czytałam tak wielu klasyków, ale nie wiedziałam, że robię tak fajną rzecz!
    Tak sobie pomyślałam, że stosując zasadę do pierwszej krwi, rezygnowałabym z czytania wielu współczesnych kryminałów. Bo mnie naprawdę nie rusza, że ofiara jest upozowana jak postać stojąca w trzecim rzędzie po lewej stronie tego obrazu Boscha. Co może rozpoznać tylko nasz pijący i opuszczony przez żonę detektyw.
    Ja chcę zagadki. I tak czytając, często wzdycham "Agatha zrobiłaby to lepiej!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie -- dlatego mnie zawsze irytuje, jak detektyw jest mądry kosztem czytelnika, bo zamiast wskazówek, żeby rozwiązywać zagadkę razem z nim, czytelnik dostaje tylko tę upozowaną na Boscha ofiarę. Nie wiem, z czego to wynika: z tego, że pisarz chce zaspokoić jakieś czytelników vouyerystyczne ciągoty zamiast dać im pogłówkować?

      Usuń
  6. U mnie zamiast metody na 50 stron stosowana jest na 100 stron:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej, jak książka ma 100 stron, wtedy można przeczytać, zanim się podejmie decyzję o porzuceniu ;).

      Usuń
  7. Z kwiatka na kwiatek - łącząc w sobie część powyższych tendencji czytelnik zapoznaje się z dziełem losowo, acz w całości - tu przeczytam ten rozdział, kiedy indziej następny a kolejnym razem drugi i tak przeskakujemy, aż nie przeczytamy całości. Uwaga! Może nam się zdarzyć efekt "deja vu"! Proszę to jednak traktować jako zagranie konstruujące narracje. Część czytelników, nazywa też ten sposób "na Tarantino" lub co się wzięło od drugiej nazwy czyli "czytać jak Pulp Fiction".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa metoda! Można tak na przykład wrócić do lektur szkolnych czytanych nie w całości albo po ważnych scenach, biblijnie ;). I wtedy osiągamy upragnioną "całość książki", nie męcząc się przy tym zbytecznie. Gorzej, że można już wtedy co poniektóre wątki i bohaterów zapomnieć ;).

      Usuń
    2. Prawda, bo sposoby te jednak są nieco zbyt chaotyczne, żeby je często stosować. Przyznam się nieśmiało, że właśnie wypróbowałam w metodę tę w podstawówce na "Quo Vadis", tak mnie fabuła dzięki temu wciągnęłam, że później usiadłam i przeczytałam jeszcze raz od deski do deski dla porównania. A już wtedy przejawiałam wysoką niechęć do twórczości Sienkiewicza. ;)

      Usuń
    3. A widzisz -- ja nie mogę powiedzieć, mnie Sienkiewicz wciąga, bo on pisze tak, żeby wciągać. Inna sprawa, jak potem z dystansu patrzę na jego książki ;). "Quo vadis" czytałam raz i bardzo dawno temu, strasznie jestem ciekawa, jak bym je odebrała teraz (wtedy podobało mi się bardzo średnio, a myślę, że to jednak jest niezła książka).

      Usuń
  8. Jestem obrzydliwie konserwatywna w czytaniu -- zwykle od początku do końca, bez sera, bez porzucania. Czasem jednak pojawiają się wyjątki.
    Jeśli ser, to tylko w literaturze pop, kiedy niewiele stracę przez dziury, a i dziury wielkości akapitu robię, nie większe. Nawet książki, które bez straty można czytać na wyrywki - tu ugryźć, tam poniuchać - antologie i inne zbiory, czytam po kolei. Porzucanie książek rzadko występuje, a metodę 50 stron stosuję trochę inaczej. Kiedy wybieram książkę czytam pierwszą stronę, czasem pierwszy akapit i jeśli jest dobrze, biorę. Rzadko zdarza się, żebym porzucała dopiero po 50 stronach. Albo szybciej, albo wcale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też mam czasami problem, żeby opuścić jakiś artykuł w antologii i jak go opuszczę, to się zastanawiam: przeczytałam ja tę antologię czy jednak nie? A przecież zdarzy się czasem takie opowiadanie i wtedy rzutuje negatywnie na przyjemność czytania całego zbiorku. I co z takim począć?

      O, też testuję książki w ten sposób! Często też już po przyniesieniu ich do domu, ale żeby zdecydować, którą czytać najpierw. Lubimy z Domownikiem przysiąść w ten sposób i sobie nawzajem przeczytać pierwsze akapity z tego, cośmy ułowili w bibliotece czy antykwariacie. Świetna rozrywka :D!

      Usuń
  9. Podobnie jak ktoś juz komentujący wyżej, nie umiem czytać "wybiórczo" - albo czytam od początku do końca, albo w pewnym momencie książkę odkładam i nigdy do niej nie wracam (choć czasem książką została odłożona i "zapomniana" - wówczas po paru latach próbuję ją przeczytać ponownie). Za to nieobce jest mi czytanie konkretnych fragmentów książek jako swoistego "comfort food" - choć i tutaj o wiele bardziej lubię po prostu otworzyć książkę na pierwszej stronie i dać nura w znajomy świat.
    Interesujące jest natomiast, że te same zasady można odnieść do np. oglądani filmów czy seriali. Są produkcje, które oglądam np. do malowania paznokci albo kolorowania (np. film który znam na pamięć, albo serial, który mogę oglądać "na słuch" bo wiem, że nic mnie nie ominie, jeśli nie będę patrzeć na ekran); są też takie które włączam tylko po to by obejrzeć ulubione sceny. A jeszcze niektóre - np. bez pomysłu zrobione kino niezależne, lub reality show który ma dużo przegadanych wstawek - przewijam, szukając istotnych momentów. Ale do tego też musiałam poniekąd dojrzeć - do niedawna mój neurotyczny perfekcjonizm nie pozwalał na ominięcie czegokolwiek. Teraz się pod tym względem nieco bardziej wyluzowałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z takimi odłożonymi książkami u mnie jest zazwyczaj tak, że jak do nich wracam, to i tak muszę zaczynać od początku, bo inaczej nie pamiętam już, o co chodziło (trochę jak wtedy, kiedy nie przypomina sobie człowiek poprzedniego tomu serii po długim czekaniu na kolejny i wtedy pojawia się cała masa pytań z "a kim jest ten facet?!" na czele ;)).

      A wiesz, z serialami faktycznie mam tak, że jak już mam swój ulubiony i traktuję go jako "comfort food", to najczęściej wracam do ulubionych odcinków. Wyjątkiem jest tutaj "Community", które zwykle oglądam w całości (pierwsze trzy serie). Ale zauważyłam ciekawą rzecz przy takim oglądaniu: czasami już mam przeskoczyć odcinek, bo kołacze mi się po głowie, że to ten nudny/mniej udany/z jakimś denerwującym mnie motywem, ale jakoś nie przewijam, i okazuje się, że kurczę, zupełnie inaczej go zapamiętałam i że jest naprawdę niezły! I mam wrażenie, że z książkami jest podobnie: zwłaszcza z seriami. Wracam do tych tomów, które uznawałam za słabsze, a tam skarby, panie, skarby ;).

      A tak na marginesie: tak, chyba trzeba faktycznie dojrzeć do decyzji tego typu. Albo po prostu przychodzą samoistnie (jakoś tak człowiek nie włącza po prostu kolejnego odcinka albo nie wypożycza kolejnego tomu i zapomina, a potem już mu się nie chce nadrabiać albo czeka na inny moment, ewentualnie znajomi powiedzą, że takie rzeczy nas omijają ;)).

      Usuń
    2. #same. Właśnie dlatego czekam parę lat zanim zacznę książkę od nowa - wtedy mam gwarancję, że zapomniałam wszystko; nie ma wówczas czegoś takiego, że się nudzę czytając, bo "a to już czytałam, ten twist pamiętam".

      Ja rzadko kiedy wracam do całych odcinków - raczej czasem wyszukuję klipy na YT. Przy tej ilości seriali, które na co dzień pochłaniam, rzadko kiedy mam czas na powtórki cały odcinków/serii z tych, które już widziałam. Ale pełna zgoda co do tego, że po pewnym czasie często zmienia się nasz odbiór i perspektywa. Dlatego jestem za powracaniem do dzieł znanych z dzieciństwa/młodości i konfrontowaniu naszego o nich wspomnienia z obecną interpretacją. Wiele ciekawych wniosków można z takich "wykopalisk" wyciągnąć.

      Święta racja - teraz o wiele łatwiej mi jest porzucić jakiś serial, gdy zacznie mnie nudzić (i czasem porzucam je na stałe, a czasem wracam, np. po zakończeniu serii, jeśli słyszałam, że warto). Myślę, że poniekąd bierze się to też z mniejszej ilości wolnego czasu - muszę sensowniej wybierać na co go poświęcam, więc nie chcę go tracić na coś, co mnie nie kręci.

      Usuń
    3. O, o, o -- nie uświadamiałam sobie tego, ale dokładnie tak robię! Mija mi też wtedy taka niechęć, że pamiętam jakiś naprawdę nudny/zły/nieciekawy fragment, który mnie blokuje przed zaczęciem książki od nowa.

      Ba, te wykopaliska są super, bo wydaje się, że pozornie widzimy i mamy orientację, podczas gdy okazuje się, że składa się na nią coś, co zapamiętaliśmy (często po prostu atmosfera plus nasze wrażenia) i jakiś konstrukt, który sobie na tej podstawie wybudowaliśmy. Na szczęście co do seriali to zwykle raczej mam ich za mało i pytanie "co obejrzeć" jest stale otwarte :). Ale ja też lubię wracać do rzeczy już obejrzanych -- trochę to jest lenistwo (nie wgryzam się w zupełnie nową historię, a raczej rozchadzam wygodne kapcie), a trochę sentymentalna natura :).

      O właśnie: tu jeszcze dochodzi coś takiego, że serial może być przez cały czas na tym samym poziomie, ale my się zmieniamy i pewne rzeczy nas zwyczajnie zaczynają nużyć. Albo zaczynamy widzieć, że jednak coś jest nie tak ;). Ale mnie się najczęściej zdarzają takie naturalne odboczenia od oglądanego serialu -- jakoś po prostu nie włączyłam kolejnego odcinka (i czasami, jak w przypadku "Bones", wiem czemu, a czasami nie, bo na przykład "Castle" całkiem lubiłam, ale jakoś przestałam oglądać -- ale to ten typ, że może wrócę).

      Usuń
    4. Dokładnie. Co nie zmienia faktu, że są książki do których robiłam 8(!) podejść, za każdym razem utykając gdzie indziej. Ale ostatecznie dałam radę :D

      Pierwsza zakrzyknę, że nie ma nic złego w popkulturowych rozchodzonych kapciach. Zwłaszcza, że są takie dziełach których, moim zdaniem, nie da się "rozejść" kompletnie. W sensie zawsze będą nam sprawiały radość, nawet po wielu, wielu latach i seansach/czytaniach. Większość kapci jednak prędzej czy później się rozpada ze starości. Popkultura, na szczęście, potrafi tego czasem uniknąć ;)

      Słuszna uwaga - seriale się czasem zmieniają (na lepsze/gorsze), ale my też. I czasem po prostu zaczynamy się z produkcją rozmijać. Choć śmiem twierdzić, że częściej porzucenie przeze mnie serialu wynika jednak z winy twórców. Zwłaszcza jeśli do tej pory byłam serialowi wierna przez lata. Też dokładnie wiem kiedy porzuciłam Bones; za to Castle... IMHO serial w pewnym momencie przeskoczył rekina i od tego czasu nie mogę go traktować poważnie. W sensie, wiem że to komedia i wiele rzeczy jest tam z przymrużeniem oka, ale... nie mam już takiego emocjonalnego zaangażowania w serial (choć czasem wciąż mnie wkurza prowadzeniem pewnych wątków). Traktuję go jak kolejny sympatyczny procedural. Jest do czego wracać, bo postacie nadal bywają fajne a i case'y są spoko, ale dla mnie Castle stracił swój urok - zbytnio się "zasiedział" i teraz twórcy za bardzo kombinują.

      Usuń
    5. No, ale te stare kapcie można sobie podreperować albo użyć ich do zrobienia nowych kapci ;). Bo tu dochodzą jeszcze dwie rzeczy: że my po prostu o niektórych wątkach zapominamy, więc odkrywamy je później na nowo, i to, że na niektóre zaczynamy właśnie inaczej patrzeć.

      Czy "Bones" po takim dość wzruszająco-ramionowym wątku z dzieckiem Bootha i Brennan? Bo od tego momentu śledziłam jednym okiem, a potem zupełnie przestałam, bo ta relacja została przemontowana nieumiejętnie, moim zdaniem (więc tu się zgodzę: porzucamy seriale z winy twórców). Co do "Castle'a", to według mnie on cały czas prezentował zbliżony poziom z drobnymi odchyleniami. Jakoś chyba po prostu od niego odeszłam (ergo: nie z winy twórców) i nawet nie wiem, co się tam dzieje (ale jak mówisz, że kombinują, to muszę zajrzeć!).

      Usuń
    6. Okej, na to bym nie wpadła. Ja jednak na pewnym etapie wręcz wyglądam nowych kapci. Bo są cieplutkie i czyste, a w perspektywie mają wygodne rozchodzenie; tylko że ja zawsze celuję w kupowanie miękkich, ciepłych kapci, najlepiej takich góralskich, z naturalnych surowców (to nam się obuwniczy off-topic zrobił :D). Och, ja mam wrodzoną sklerozę - ciągle coś zapominam. Co jest przydatne gdy niechcący przeczytam gdzieś spoiler. Jeśli o nim nie myślę, to w przeciągu roku zwykle o nim zapominam ;)

      Nope, wytrzymałam dużo dłużej - zresztą kiedyś się długo ze Zwierzem kłóciłam na temat przedstawiania postaci Brennan w kontekście jej ciąży i relacji z Boothem. Porzuciłam "Bones" dzień po premierze s10, w związku ze śmiercią kolejnej(!) lubianej przeze mnie postaci - w pewnym momencie trzeba powiedzieć dosyć. Poza tym była z tym związana krzywa akcja około-spoilerowa (o której pisałam na blogu przy okazji notki o spoilerach, bodajże) i to mnie ostatecznie zniechęciło. Trochę żałuję, bo b. lubiłam case'y w serialu, ale frustracja wzięła górę.
      Pod względem pojedynczych odcinków poziom był zbliżony, ale twórcy ostro przesadzili przy okazji kilku(!) sezonowych story-arców. Zbytnio starali się ufajnić i skomplikować sytuację i przedobrzyli. Serial nadal się dobrze ogląda, ale nie ma już tego samego "WOW, jakie to DOBRE" co kiedyś. Ot, kwestia stażu - 8 sezonów to jednak sporo.

      Usuń
    7. Właśnie, mnie się czasem ku mojej zgrozie w trakcie czytania przypomni, że kiedyś gdzieś widziałam taki spoiler i napięcie trochę opada, ale wcale niekoniecznie (bo jednak istotne jest jak coś jest napisane, a nie tylko co jest napisane). A z kapci preferuję najbardziej takie grubiutkie skarpetki, bo są ciepłe i mają zwykle takie podbicie antypoślizgowe, no i kot je bardzo lubi ;).

      Ja jeszcze dałam szansę temu, jakoś tak z pół kolejnej serii obejrzałam, ale miałam wrażenie, że jednak ten przeskok był taki bez pomysłu. Po prostu moja fascynacja się widać wypaliła (aż sprawdziłam, kto zginął -- no nie!).

      Usuń
    8. Prawda - istotne jest nie tylko co, ale i jak. Ale zauważyłam np. że jeśli przypomnę sobie spoilera w trakcie czytania/oglądania, a dzieło jest dobre, spoiler mi nie przeszkadza. Natomiast przypomnienie sobie spoilera na pewno utrudnia samo zasiąście do danego dzieła (it kind of ruins the fun, jeśli rozumiesz co mam na myśli).
      O tak, grube skarpetki są najlepsze! Ostatnio kupiłam 3 pary takich w Cubusie <3

      Yup. A teraz próbują w obecnym sezonie wciskać kit, że zabiją Bootha. A o crossoverze Bones i Sleepy Hollow słyszałaś? To dopiero skok przez rekina :P

      Usuń
    9. Tak, wiem, o co chodzi, widzę, że mamy z tym przypominaniem sobie spojlerów bardzo podobnie :D. I z upodobaniem do grubych skarpetek :D. Natomiast -- crossover Bonesów i Sleepy Hollow? Ale, ale... Jak to? To znaczy to może być coś fantastycznego (obejrzałabym, serio!), a może być, no właśnie, skakaniem nad zębatą paszczą apokalipsy ;). Wiadomo, kiedy ma być?

      Usuń
  10. (nie ma to jak odpisać na komentarz prawie 3 miesiące po czasie *spuszcza po sobie uszka*)

    Nie oglądałam tego crossoveru (SH porzuciłam jakoś na początku s2), ale jestem perwersyjnie ciekawa jak miałoby to działać - przecież Bones to serial jednak realistyczny, a Sleepy Hollow to fantasy. Przy czym wrzucenie bohaterów Bones w świat Sleepy Hollow nijak serialowi nie zaszkodzi, ale już insynuowanie, że świat Bones (czyli w sumie -nasz- świat) leży na tej samej płaszczyźnie co świat w którym pojawiają się Jeźdźy Apokalipsy... sorry, ale to mi osobiście podważa cały realizm Bones :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;)

      Ale gdyby tak spojrzeć na to jeszcze inaczej (tak mi teraz ad hoc przyszło do głowy) -- na przykład w ten sposób, że "Bones" są luźno oparte na powieściach Kathy Reichs, a "Sleepy Hollow" baaardzo luźno na opowiadaniu Irvinga, to wtedy mamy taką koniunkcję utworów luźno opartych o pierwowzory literackie. Widocznie może istnieć uniwersum takich specyficznych tworów ;). Albo chociaż wspólnie zakreskowane miejsce na specyficznym diagramie ;).

      Usuń
    2. Nie no, jasne, da się to jakoś wytłumaczyć. Ale w momencie gdy masz serial z dziesięcioletnim stażem, który -zawsze- stawiał na realizm i umieścił akcję w świecie, który od początku przyjmujemy jako "nasz rzeczywisty", głupio po 10 sezonach nagle wyskoczyć z sugestią, że to wszystko bujda/zmyłka. Węszę w tym, niestety, tanią zagrywkę i czyste wyrachowanie, by na zasadzie szoku ("ale jak to, te dwa seriale razem?") przyciągnąć widzów :/

      Usuń
    3. No właśnie, trzeba by jednak zobaczyć, żeby ocenić, ale wątpliwości jak najbardziej rozumiem.

      Usuń