9 typów bohaterów, których lepiej spotykać rzadko albo wcale



Nie wiem, jak to się dzieje, że czasami natykamy się w powieści na bohatera, który jest całkiem w porządku. Ale jak się na niego natkniemy w kolejnej powieści -- coś zgrzyta. Co? Sposób napisania? Wykorzystanie w fabule? Powierzona przez autora funkcja? A może natężenie, w jakim zaczynamy się na niego w pewnym momencie natykać?


Chyba właśnie to natężenie w pewnym momencie może irytować. Dlatego zrobiłam krótki acz treściowy przegląd bohaterów i bohaterek, za którymi nie przepadam. Właśnie dlatego, że są wykorzystywani bez umiaru: zarówno w tym, jak często autorzy i autorki takich bohaterów piszą, jak i w tym, jak często się o nich (i to w jaki sposób) napomyka w tekście.

1. Wszystkowiedząca heroina.

Nie wiem właściwie dlaczego to jest zwykle bohaterka. Może to jest jakaś dziwna rekompensata -- nie ma nic ciekawego do roboty, to chociaż niech wie wszystko, we wszystkim się w lot orientuje, wchodzi każdemu w słowo (a jej słowo jest oczywiście ostatnie). Wszystko przewidziała, żaden plot twist jej nie dziwi. Zdarza się odmiana męska, ale jednak jakby rzadziej. Co gorsza jednak: w pewnym momencie niektóre bohaterki literackie mają tendencję do zamieniania się we Wszystkowiedzące heroiny. Zwłaszcza dotyczy to bohaterek (ale i bohaterów) serii.

2. Genialny bohater z problemami.

I bodajć, gdyby problemy ograniczały się na przykład do braku zdolności kredytowej albo organicznej nieumiejętności gotowania. Ale zazwyczaj nasz genialny bohater zostaje wyposażony w wadę w rodzaju choroby Aspergera, jakiejś odmiany autyzmu, ewentualnie jest aspołeczny z lekkim wskazaniem na wcześniejsze. Denerwuje mnie to głównie dlatego, że często bardzo spłaszcza widzenie takich chorób -- raczej je "wygładza" niż faktycznie pokazuje, z jakimi trudnościami borykają się dotknięci nimi ludzie.


Ilustracje dla rozładowania emocji, nie związane zatem z samym tekstem, ale jakaż okazja:
wczoraj się dowiedziałam, że coś takiego jak kot arabski istnieje! Więc czemuż by nim
nie zilustrować wpisu? Źródło.


3. Zapity detektyw.

Już kilka razy w różnych rozmowach wyszło, że nie tylko mnie taki typ bohatera denerwuje. I to nie dlatego, że nie ma w nim czegoś urokliwego i odwołania do starych kryminałów. Raczej dlatego, że strasznie się rozmnożył ostatnimi czasy. Każdy detektyw/policjant/prokurator sięga w końcu po whisky, zdradza żonę, a nastoletnie dzieci nie chcą go znać (plus wariacja powyższych). Zupełnie jakby wpływało to na jego zdolności dedukcyjne.

4. Bladolica bohaterka tła.

Zawsze się taka znajdzie (o czym kiedyś wspominałam -- to ten typ bohaterek, które naprawdę pisze się tak samo). Snuje się w tle -- niekoniecznie dosłownie się snując, ale robiąc za to tło. Czasami po to, żeby autor mógł powiedzieć "o, tam napisałem postać kobiecą", czasami po to, żeby bohater na jej tle wypadł lepiej, a czasami po to, że trzeba popchnąć jakiś wątek naprzód i nasza bladolica bohaterka tła przyda się, żeby paść ofiarą mordu, wyznać miłość innemu bohaterowi, podsunąć mu jakąś myśl albo przynieść kotka.

5. Lekarz-żartowniś.

Nie to, żebym pochłaniała kryminały garściami, ale ostatnio rzuciło mi się w oczy, że patolog nad ciałem wygłasza głównie jakieś sarkastyczne uwagi, ewentualnie jeśli już jest cichy i spokojny, to zostaje przez autora/kę wyposażony w jakieś dziwactwo w zachowaniu, wyglądzie czy sposobie mówienia. Może to kwestia rozbijania powagi sytuacji? Niemniej -- jakoś tak za pierwszym razem może się wydawać, nomen omen, ożywcze, ale potem nuży albo wręcz irytuje.


 Jest w nim coś fascynującego, prawda? Źródło.
 

6. Heros "ależ jak to?".

Na pewno znacie ten typ: bohater jest ostry jak brzytwa, normalnie ma laser w oczach i umie przejrzeć każdego, aż tu nagle doznaje nagłego zaciemnienia i nie widzi, że typ w windzie to jego arcynemezis albo że zaraz ktoś mu coś zrobi, albo że dziwny fragment tekstu, który znalazł, to początek "Boskiej Komedii". Herosi "ależ jak to?" nie są właściwie postaciami pisanymi od początku w ten sposób -- każdemu bohaterowi może się zdarzyć, że nagle zostanie Herosem "ależ jak to?".

7. Potężny maczo.

Autor/ka nie przestaje nam opisywać, jaki jest wspaniały. Jakież on ma mięśnie! A jak wspaniale właśnie wstał od stołu! A jak chodzi! Jaki jest piękny, aż odbicie w lustrze chciałoby się zachować i powiesić na ścianie! I to tak się ciągnie, i ciągnie, i wykracza poza ramy opisu czy charakterystyki bohatera. On jest po prostu wspaniały -- wiemy to, ale autor/ka nieustannie nam o tym przypomina, na wypadek, gdybyśmy jednak nagle zdecydowali się zapomnieć i zacząć wyobrażać go sobie jako mikre chucherko.

8. Dziaduś Otchłań Mądrości.

To jest strasznie popularny trop, wymienny na Babunię Otchłań Mądrości. Stosowany z umiarem nie razi, a może fajnie podkręcić fabułę; ale stosowany za często sprawia, że taka postać redukuje się do Wygłaszacza Mądrości, w pakiecie z brodą/siwizną, miękkim spojrzeniem i prawdą popartą jakimś Czynem w przeszłości. A takie rzeczy mogą wywoływać lekkie wzruszenie, kiedy się o tym czyta -- ale nie, kiedy Dziaduś Otchłań Mądrości nie jest pełnoprawnym bohaterem, a takim deusem ex machina, który nie pełni żadnej innej roli ani nie ma innych cech charakteru poza tym, że wygłasza mądrości.

9. Słodkie a niewinne dziecię.

To znaczy tak: nie mam nic przeciwko uroczym postaciom dziecięcym. Natomiast zawsze, jak taka postać jest słodka, bez wad i generalnie przy pierwszym pojawieniu się powoduje u czytelnika próchnicę, przypomina mi się ta scena z animowanego "Herkulesa", w której dwa wredne bóstewka zamieniają się w chłopczyków, którzy mają za zadanie zwieść głównego bohatera i osłabić jego czujność. Wygłaszają więc zdania, jakie słodkie a niewinne dziecię wygłaszać powinno, popatrują błękitnymi oczętami i tak dalej. A co za dużo, to nie zdrowo.

Macie też takie typy, z którymi wolicie się na kartach powieści nie spotykać? A może któryś z powyższych wcale nie przyprawia Was o irytację?

Weź dokładkę!

39 komentarze

  1. Doskonale wypunktowałaś wszystkie denerwujące typy tworzone z taką namiętnością przez rzesze autorów.

    Według mnie "zapity detektyw" występuje też w różnych innych kombinacjach - jako osoba o niebanalnych zainteresowaniach (gra na jakimkolwiek instrumencie, szachy, zagadki matematyczne, kobiety), w związku małżeńskim (wtedy zdradza na prawo i lewo), wolna (wtedy usilnie kobiety - w dodatku zazwyczaj świadkowie - pchają się mu do łóżka), czy po lub w trakcie rozstania (na bank wtedy się upija, ćpa, pracuje 24/7 albo błaga byłą o jeszcze jedną szansę, przy czym ona stawia mu ultimatum, któremu bankowo nie sprosta). Nie wiem i nie rozumiem, dlaczego zawsze bohaterowie muszą być tacy udziwnieni. Jakby picie z umiarem, wspaniała, szczęśliwa rodzina, mocny kodeks moralny i etyczny były czymś małoatrakcyjnym dla czytelnika.

    Nie lubię jeszcze takich "niedojd życiowych". Wydaje mi się bowiem, że autorzy niekiedy dla stworzenia dobrej, trzymającej w napięciu historii tworzą postaci, które nie miałyby racji bytu w naszym świecie. Chodzi mi konkretnie o takie przypadki, gdy jeden bohater (zazwyczaj jest to kobieta) czuje miętę do drugiego (wspaniałego mężczyzny) i albo mu o tym nie powie, milczy, zamyka się w sobie, albo poróżni ich jakieś mega nieporozumienie, które (jeżeli książka ma mieć happy end) zostanie wyjaśnione w finale albo pozostawione bez wyjaśnienia (jeśli książka ma mieć kontynuację). I tutaj mogłaby posypać się lawina przykładów, a wszystkie byłyby takie same. Nie wiem, czy autorzy (czasami świetni, piszący genialnie) uważają, że czytelnicy są oderwani od rzeczywistości na tyle, że nie załapią, iż bohaterka miała numer telefonu do swojego oblubieńca i mogła zadzwonić, pogadać, wyjaśnić, spotkać się, naprawić to wszystko, albo mogła pójść do niego do domu, ewentualnie poprosić o pomoc wspólnych znajomych... Nie, normalni ludzie by się zdzwonili, lecz bohaterowie książek, jak widać normalni być nie mogą. Podobnie rzecz się ma z kultywowanym (zwłaszcza w filmach, ale w książkach również często) gonieniem za ukochaną/ukochanym na lotnisko/dworzec, bo przecież jak wyjedzie to zamieszka na Marsie i nie będzie już z nią/nim kontaktu (zwłaszcza, iż zazwyczaj akurat jedzie taxi i rozmawia przez komórkę).

    Rozumiem może nieco konwencję takiego, a nie innego tworzenia niedojd. Ale trzeba zwrócić uwagę na to, iż to co u Jane Austin było autentyczne i odpowiednie (te nieporozumienia między bohaterami, niedopowiedzenia wynikające z kultury tamtych czasów), w obecnych powieściach niekoniecznie zachwyci, a może właśnie zirytować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mnie irytują takie postacie i takie rozdmuchane nieporozumienia działają mi na nerwy. Z jednym się jednak nie zgadzam.

      "Jakby picie z umiarem, wspaniała, szczęśliwa rodzina, mocny kodeks moralny i etyczny były czymś małoatrakcyjnym dla czytelnika."

      Brrr. Ciarki mnie przeszły jak to przeczytałam. Chyba nigdy bym nie chciała czytać o kimś takim. Nie lubię udziwnień, ale ktoś na wskrześ dobry i szczęśliwy jest bardzo nudny jako bohater literacki.

      Usuń
    2. @pesahson, a taki np. Vimes i cykl o Straży Pratchetta? Albo Drwęcki z powieści Lewandowskiego? Vimes z zapitego detektywa staje się właśnie szczęśliwym mężem i ojcem o mocnym kodeksie moralnym i etycznym, a powieści stają się przez to ciekawsze! Inna sprawa, że szczęśliwa rodzina to idealny cel dla nemezis głównego bohatera, kochające żony dobrze się morduje w wannie, blondwłose dzieci znakomicie się porywa ;) Poza tym wiesz, są jeszcze traumy z dzieciństwa/młodości (jak wojna 1920 u Drwęckiego), które ubarwiają zbyt idealne postaci, a szczęście rodzinne nie musi oznaczać braku problemów ;)

      Usuń
    3. Odejmij szczęśliwa rodzinę i masz Harrego Dresdena. Nie odejmuj rodziny, zostaw ojca i matkę plus potencjalne dziewczyny z którymi rozchodzi się raczej mniej dramatycznie i masz Petera Granta.

      Autorzy uciekając od tej szczęśliwości wpadają w drugą stronę spektrum spuszczając na człowieka wszystkie plagi egipskie. Tyle, że w ten sposób również wpędzamy czytelników w apatię, bo kiedy żonę zgwałcono i zamordowano, syna porwali mudżahedini, córkę sekta Moona, pies wpadł pod tramwaj, w domu wylało szambo a w Żabce skończyło się piwo to naprawdę trudno brać to na poważnie. Trzeba bohaterowi dawać i zabierać tak by było ryzyko, ale jednocześnie poczucie, że jest o co się starać.

      Usuń
    4. To jeszcze ja swoje wtrącę ;).

      Bo widzicie, mnie się wydaje, że tu się wiąże taki stereotyp "ciekawej postaci" z chęcią pisania o kimś nietuzinkowym. A "ciekawa postać" powinna wpadać ze skrajności w sytuację graniczną i z powrotem -- i może stąd się biorą nasi zapijaczeni detektywi z dodatkami (w punkt, @Claudette!)? Bo patrzcie, na pierwszy rzut oka ten bohater z rodziną i kodeksem wydaje się straszny (i tchnie poniekąd Stasią Bozowską), jak zauważa @pesahson, a tu okazuje się, że może umiejętnie napisany okazuje się być dużo ciekawszy niż taki standardowy "ciekawy bohater". Zgadzam się z @aHa, że Vimes to jest bardzo dobry przykład -- ale to też jest postać, którą Pratchett prowadzi w drugą niż zwykle stronę: właśnie od zapijaczenia wychodzi, podczas gdy nasze "ciekawe postaci" zwykle do tego dążą albo przy tym zostają.

      @Eire, tak się teraz zastanawiam, czy u Aaronovitcha Leslie nie realizuje schematu zapijaczonego detektywa -- przynajmniej trochę? To znaczy póki co wszystko wskazuje na to, że wypadek pchnął ją w ramiona inaczej rozumianego zapijaczenia i moralnej degrengolady, ale mam nadzieję, że okaże się, że jest jednak inaczej.

      I jeszcze jedna rzecz tu dochodzi (z tymi pogoniami na dworzec to jest świetny trop!) -- to, że literatura udziwnia, bo nie odbija rzeczywistości dokładnie. W takim sensie, że te komplikacje, w wyniku których bohaterowie nie dzwonią, a mkną na dworzec, bo potem to już tylko Mars zostaje, wynikają z tego, że materia literacka w teorii musi tego bohatera tak poprowadzić -- inaczej kto by się ekscytował, że dzwoni? I tu chyba pojawia się zasadniczy problem: że może to kwestia nie _co_ się z bohaterem zrobi, ale _jak_ się to napisze. I znowu wraca komendant Vimes ;).

      Usuń
  2. A zauważyłaś jak często 1 występuje w parze z 6? To aż zadziwiające,jakby autorzy nie zauważali, że wszechwiedza postaci rozwali im fabułę a potem w ostatniej chwili ratowali się.
    I nawet nie wspominajmy o 3, nóż mi sie w kieszeni otwiera jak widzę kolejnego. Zdaje się, że grabarzom wydaje się litr alkoholu dziennie do użytku wewnętrznego, nie przedstawicielom prawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, ja bym jeszcze dodała "moja wada jest taka urocza". Autor tworzy postać i chce żeby czytelnicy ją polubili, ale jednocześnie nie może być idealna. Daje jej więc wadę, np.niezdarność, która wcale wadą nie jest, tylko ma w czytelniku wyzwalać pozytywne emocje (opiekuńczość, uznanie że postać jest urocza). Ta wada nigdy nie odbije się negatywnie na postaci (niezdarna heroina nigdy się nie obleje gorącą zupą, co najwyżej wpadnie na przystojnego bohatera).

      Usuń
    2. Ano właśnie, to chyba taka klątwa wszechwiedzących herosów. Przy czym to też jest podobne do tego typu "moja wada jest taka urocza" (coś strasznego, zgadzam się, najgorzej, jak autor/ka zapomina w pewnym momencie, że bohater/ka taką wadę w ogóle ma -- a to się zdarza) -- że nie da się na jednym prostym chwycie wymalować całej postaci, jeśli jest to tylko chwyt typowy, bez pomysłu do końca i na postać, i na fabułę. Bo właściwie są autorzy, którzy szkicują postaci czy dają im tylko pewne rysy -- ale to jednak kwestia wprawy czy może warsztatu, innymi słowy: to jednak nie jest wcale takie łatwe.

      Usuń
  3. Ja bym jeszcze dodała "wyidealizowanego pijaka"- jakoś dziwnym trafem na łamach literatury alkoholicy zyskują cudowne umiejętności, stają się wyrzutem sumienia, są wspaniali i niezwykli. Mając niestety w pracy (i nie tylko) styczność z takimi osobami- na powyższe opisy reaguję alergicznie- żaden z nich nijak się nie ima rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ten pijak to nasz swojski "dobry dzikus" sypiący mundrościami i wybitnie wymiotogenny w każdej sytuacji.

      Usuń
    2. Tak, to trochę krzyżówka z Dziaduniem Otchłanią Mądrości. Myślę, że to trochę chęć odwrócenia typowego wyglądu postaci alkoholika, ale przesadzony w drugą stronę. Przy czym no właśnie, ten alkohol robi tu nie tyle za realny problem, co za coś pomiędzy wywarem dającym wgląd w świat a sygnałem, że bohater ma traumę (co jasne, mogłoby takie być, ale często jest tylko nalepką bez pogłębienia).

      Usuń
  4. Bohaterka "Fangirl". Na szczęście mała szansa żeby taka spotkać, bo one zazwyczaj umierają w samotności, a sąsiadów powiadamia jedynie smród.

    Ja jestem szczególnie czuła na dzieci- nie lubię dzieci wybitnie rozjechanych z wiekiem metrykalnym i społecznym- vide Pyziunia Pyziak w 14 roku życia pokazująca pulchnym paluszkiem delicje i nosząca się jak ośmiolatka. To już wolę Pottera zabijającego bazyliszki.

    Poza tym chwyt wybitnie poniżej pasa- partnerka bohatera o której wiadomo, że była aktywna seksualnie, miała kilka zdrowych, długich związków, ale okazuje się, że jest dziewicą "bo nie zaliczali tej bazy". I nie, to nie powieść o Pięknej Luizie ze Skiroławek, ale temat podany całkiem serio. A gdzieś tam dalekie echo, że ona "przecie nie popsowana".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? Mnie Cath nie denerwowała, bo też nie była przesadzona moim zdaniem aż tak bardzo. Całkiem ładnie ją Rowell wyprowadziła od "nie zejdę w życiu do stołówki" do "jakoś daję radę rozmawiać z ludźmi". Mam swoje zastrzeżenia do "Fangirl", ale Cath mnie aż tak nie denerwowała.

      Dokładnie: podejrzewam, że to trudne pisać nastolatka jako nastolatka a dziecko jako dziecko, ale faktycznie sporo się spotyka Mądrych Nadzwyczaj Osesków i innych tego typu "rozjechanych metrykalnie" bohaterów.

      A z tym się chyba jakoś nie spotkałam, ale to też dziwaczny fetysz. Uwarunkowany zapewne kulturowo, ale fascynujący pod tym względem, że się rozjeżdża tu z kolei sposób pisania takiej bohaterki z oczekiwaniami wpisywanymi bohaterom (czy projektowanymi na czytelnika).

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Prawda :D? Mają takiego w zoo w Gdańsku, jak się dowiedziałam, ale nie wiem, czy gdzieś jeszcze.

      Usuń
    2. Prawie taki fajny jak manul. Prawie ;)

      Usuń
    3. Kot jest piękny, ale wiecie, co ja ostatnio odkryłam dzięki powieści dla młodzieży (The Highest Tide)?! Geoducka odkryłam! Nie jest w ogóle ładny, ale dosyć egzotyczny. Tylko nie mówcie, że znałyście! :) Takich rzeczy dowiaduję się z książek, o!

      A teraz idę dopasować typy bohaterów do postaci, które znam, bo na razie sami 'zapici detektywi' przychodzą mi do głowy ;)

      Usuń
    4. @Procella, prawie -- ale wiesz, urok nowości ;).

      @Ekruda -- o mateczko, nie wiedziałam, że istnieje i nie wiem, czy było mi źle z tą wiedzą ;). Chyba najbardziej przerażające jest nie to, jak wygląda (cóż, kwestia przystowania), ale że jest jadalny, biedaczek. A w ogóle to myślałam, że to jakieś ptactwo, tak po nazwie ;).

      Usuń
    5. Też myślałam, że ptaszysko, ale w kontekście mi nie pasowało. Zaczęłam guglać i wyguglałam :D Chyba jeszcze bardziej zdziwiło mnie, jak to się wymawia! Literatura tak człowieka rozwija, ho, ho ;) Jeszcze nie wiem, co zrobię z tą wiedzą (oprócz tego, że straszę na Pierogach), ale wierzę, że kiedyś się przyda :D

      Usuń
    6. Wyrażę ostrożną nadzieję, że nie w kontekście kulinarnym ;). A co właściwie ten geoduck robił w powieści? To jakiś środek metafory, czy jednak chodziło o konteksty właśnie bardziej, hm, dosłowne? A poza tym fakt, że on się tak wymawia dość archaicznie, to jest jednak fascynujące -- bo zdaje się, że z ewolucją to on też na bakier, i biologiczną zatem, i językową ;).

      Usuń
    7. To było o chłopcu, który znajdował różne żyjątka na plaży (skandaliczne uproszczenie, Jim Lynch byłby załamany). Póki zbierał squids, clams i inne fish wszystko było w porządku, ale w końcu złapał geoducka i musiałam poszperać w sieci :)

      Usuń
  6. Potężny maczo! Oj! Jak ja nie lubię takiej kreacji bohatera! Wszystko mnie w nim razi i dodatkowo wkurzają mnie ci bohaterowie powieści (a raczej bohaterki), którzy nawijają - oczywiście cali w skowronkach - o potężnym maczo. I takie peany co dwa, trzy zdania. Szału po prostu można dostać! Miałam nieprzyjemność z taką kreacją spotkać się dwa razy: przy okazji lektury powieści z gatunku paranormal fantasy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, potężnego maczo wysławia nie tylko narrator, ale i wszystkie postaci dookoła, żeńskie oczywiście też, gdyż istnienie potężnego maczo jest uzasadniane podziwem bohaterów. Ale dobrze, że zasadniczo nie spotykam takich postaci za często albo w mniej groźnych dla zdrowia odmianach ;).

      Usuń
    2. Z mojego doświadczenia wynika, że takim macho bardzo rzadko zachwycają się inni bohaterowie. Często nie ma nawet "kurczę, chciałbym mieć taką klatę jak on". No chyba, że autor chce nam pokazać, że ktoś jest gejem, wtedy piszczy z zachwytu nad macho jak bohaterki.

      Usuń
    3. Mnie się wydaje, że jednak tu działa też trochę to porzekadło, że "mężczyźni chcą być tacy jak on", ewentualnie dobiera się kilku maczów (maczy?) i tak się wzajem po barach poklepują ;). Bo on się odbija i w bohaterkach, i w bohaterach, takie mam wrażenie. Ale może rzutuję sobie typ potężnego maczo z ostatnich lektur na całość, bo jasne, docelowo to ma być chyba obiekt zachwytów bohaterek, nie bohaterów.

      Usuń
  7. Sama bym lepiej tego nie wypunktowała.
    Ale taka prawda, że tych bohaterów jest na pęczki i bywają irytujący przez swoją przewidywalność.
    http://jejwysokoscksiazka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jak jeszcze autor zrobi jakiś twist i okaże się, że to jednak nie jest ten typ postaci, z jaki go mieliśmy -- w porządku, można znieść początkową irytację. Gorzej, jak taki zostaje przez całą fabułę.

      Usuń
  8. Uch, mnie irytują momentami typowi zwłaszcza dla polskiego fantasy MBU, czyli Mężczyźni Bez Uczuć. Nie może być zwykły cynik, odmiana zapijaczonego policjanta, tyle że w karczmie, o nie! Te uczucia trzeba mu z głowy wytłuc całkowicie, jak Wiedźminowi tymi wszystkimi próbami traw, Drakkainenowi Cyfralem, Daimonowi Freyowi i Mordimerowi Maddercośtam boską interwencją, bo przecież gdyby facet łzę uronił, to byłoby niedopuszczalne i jeszcze zostałoby uznane za literaturę kobiecą. Co zabawne, oni wszyscy tak naprawdę wykazują ludzkie uczucia, a czasem wręcz pałają emocjami, tylko narrator tak tego nie nazywa, bo facet i uczucia? O NIE!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ba. To jest taki dobry przykład tego, jak rozjeżdża się kreacja postaci i prowadzona narracja: bohater robi jedno, narrator nam klaruje, że jednak zrobił drugie. Madderdin to jest w ogóle niezły przykład, bo miałam po lekturze mocne wrażenie, że jest taki półprzezroczysty, a to w wyniku tego zapewniania, jaki z niego MBU -- podczas gdy, jak się tak na to spojrzy, to emocji to on ma w sobie od groma, tyle że narrator go tak ciosa z kamienia.

      Usuń
  9. Niektóre klisze jeszcze da się znieść. Jak dla mnie - chyba te mniej na serio: dziadziuś (ewentualnie babunia), która pojawia się deus-ex-machicznie i jednym, celnie dobranym porzekadłem rozwiązuje cały kilkustronicowy konflikt; postaci charakterystyczne typu lekarza-żartownisia, porządnego, acz grubiańskiego sierżanta czy oderwanej od życia ekscentrycznej ciotki; ba, nawet duet "ona jest bystra, on rozsądny i razem szukają trupa w pociągu" jest całkiem strawny, jak się go ugarniruje na lekką przygodówkę. Gorzej z kliszami na poważnie, tam to faktycznie boli, kiedy autor wmawia mi, że to pełnokrwiste postaci, a ja słyszę jak tektura szeleści. To widać choćby w tym inspektorze - alkoholiku. Jeśli inspektor pije, bo taki sztafaż, że wóda, spirt i inne wiskacze leją się strumieniami - to mnie w to graj; niech sobie będą ci zakonserwowani procentami kombinatorzy, szlachetne cwaniaki, ojcowscy komendanci i reszta menażerii od kielicha (do Ćwirleja tu piję :)). Jak inspektor pije i służy to głównie podkreśleniu jego traumy/nieprzystosowania do społeczeństwa/kompleksów - to zależy od wykonania. Podobnie z inną figurą, tak chętnie ostatnio eksploatowaną - z "aspołecznym geniuszem" skrzyżowanym z "błyskotliwym chamem". Jak ktoś chce napisać o facecie, który jest bystry, inteligentny i uczciwy, ale jest też inteligentnym, acz zakompleksionym chamem, który nie zawaha się kopnąć leżącego w imię wyciągania prawdy - to ja się cieszę i zacieram ręce, ale, niestety, najczęściej wychodzi z tego, że bohater w sumie jest straumatyzowanym króliczkiem i kopie głównie oślizgłych bedgaji, którym i tak się należało, po czym zapija wódeczką i idzie dalej walczyć z podłym światem.
    A z typów kobiecych szczególnie nie znoszę "uwodzicielskich i bystrych jak brzytwa intrygantek u władzy, którym udaje się wszystko (wersja b - prawie wszystko)". Niezależnie od tego, po której strony mocy stoją i czy noszą ołówkowe spódnice czy kiece z aksamitu. Nudy na pudy, zero humoru, a z rzeczywistością ma tyle wspólnego, co reklamy margaryny. To już nawet z "panny w opałach" da się coś wykrzesać, a ta intrygantka nieszczęsna - jak płyta paździerzowa.
    W kwestii maczo, wymiatających jedną ręką - przyznam, że bawią mnie takie postaci, ale tylko w wykonaniu rosyjskim. Jak czytałam takie "Warto umrzeć za księżniczkę", to czułam się niczym bohaterka powieści Agathy Christie, zatopiona w lekturze o silnych mężczyznach, co to potrafią położyć wroga jednym ciosem. Natomiast w wersji jakiejkolwiek innej - to nie trawię nawet po ugotowaniu i obtoczeniu w panierce ciekawej fabuły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo w ogóle chyba schemat potraktowany z przymrużeniem oka -- albo narracja prowadzona tak, żeby równoważyć dramę humorem -- nie jest tak irytujący. Bo autor/ka puszcza do nas oko, pokazuje, gdzie lecą szwy, a nie trzyma się sztywno mówiąc "szwy? jakie szwy? toż to czysta prawda i samiuśki obiektywizm poznawczy". Stąd zresztą się biorą, mam wrażenie, na przykład te przesadzone intrygantki -- bardzo łatwo tu przesadzić i stworzyć właśnie taką postać, o jakiej piszesz: chyba też dlatego, że wkomponowanie w nią tej niteczki humoru jest trudne, bo można się obawiać, czy to nam aby nie rozbije charakteru tej postaci. I wychodzi, jak wychodzi (a najgorzej, że na takiej postaci się często odbija złość książkowego świata i z nią się dzieją w rezultacie rzeczy straszne, przez które ma się poczuć jakieś tchnienie sprawiedliwości -- i nawet nie straszne, że makabryczne, ale straszne, bo często zupełnie spłaszczające na sam koniec postać, budowaną bez tego humoru jako Mroczna i Głęboka).

      Usuń
  10. Wedle tvtropes:

    1. Women Are Wiser (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/WomenAreWiser)
    2. Ditzy Genius (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/DitzyGenius)
    3. Defective Detective (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/DefectiveDetective)
    4. Flat Character (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/DefectiveDetective)
    5. Creepy Mortician (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/CreepyMortician)
    6. Idiot Ball (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/IdiotBall)
    7. Mr. Fanservice (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/MrFanservice)
    8. Old Master (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/OldMaster)
    9. Cousin Oliver (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/CousinOliver)

    Tak w ramach osobistego ćwiczenia tvtropes-fu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ja mogłam nie znać tej strony?! To fascynujące, że one wszystkie tam są, te tropy ;). Chociaż siódemka to nie do końca to, co miałam na myśli (czy raczej: tylko częściowo to), bo na przykład Hal Bregg z "Powrotu do gwiazd" jest jak najbardziej "potężnym maczo", a nie jest "Mr. Fanservice" (właściwie to jest dość ciekawe, bo inaczej działa przez literaturę, a inaczej przez film: w filmie chodzi też o to, żeby on te swoje mięśnie pokazywał tudzież w ogóle się pokazywał, w literaturze, mam wrażenie chodzi o to bardziej, żeby coś robił -- opis ma tu nieco słabszą siłę oddziaływania, przynajmniej, mam wrażenie, dzisiaj).

      Usuń
    2. Ad. 7 - jeszcze do głowy przychodzi mi to:
      http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/InformedAttractiveness

      Usuń
    3. No właśnie, zostaje nam opis -- umacniany jeszcze przez to, że inne postaci potwierdzają nam, że postać jest piękna (nie tylko mówiąc o tym, ale i zachowując się w ten sposób). W tym sensie fanservice polegałby zatem na czymś nieco innym, jak podejrzewam. Ale sam trop jest szalenie ciekawy, bo z jednej strony teoretycznie zastrzega się, że nie chodzi o własne odczucia względem postaci -- a z drugiej jednak literatura trochę każe nam tak działać, bo widzimy ją "w głowie" (czasami, do pewnego stopnia, jednak niezależnie od tekstu -- to znaczy wiemy, że bohater jest piękny, wiemy, jak wygląda, a jednak to jest wizja przez ten czysty subiektywizm odbioru różna).

      Usuń
    4. Znalazłem jeszcze kilka pokrewnych tropów - może któryś z nich lepiej odwzorowuje, o co Ci chodzi :)

      1. Eating Eye Candy (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/EatingTheEyeCandy)
      2. Female Gaze (http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/FemaleGaze) - to jest chyba najbliżej

      Usuń
    5. Aha, w sensie "narzędzi" do pokazywania nam, jak to się robi -- chyba ten pierwszy. Natomiast jeszcze wrócę do tego Hala Bregga: on najbardziej zachwyca chyba sam siebie oraz narratora, w takim sensie, że owszem, te elementy opisane pod "Female Gaze" się tam pojawiają (powtarzanie mu, jaki jest wysoki i och, chyba coś zrobił z tym ubraniem, niemożliwe, żeby to były mięśnie), ale główna uwaga nakierowana jest na sceny typu Bregg przegląda się w lustrze (sic) albo zachowuje się tak a tak wśród ludzi, bo jest wyższy/ma więcej mięśni, o czym nas informuje narrator.

      Usuń
  11. osierocony główny bohater nie mający zadnych cech charakterystycznych (procz jakiegos magicznego/intelektualnego talentu), z ktorym mamy sie utozsamiac. Szkoda, ze z taka mamałygą się nie da ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Ale na takie "bycie-człowiekiem-bez-właściwości" w ogóle często zapadają główni bohaterowie. Na zasadzie: jest w nim jakiś talent, akcja toczy się wokół niego, i w sumie tyle, trudno o nim często powiedzieć cokolwiek ponadto.

      Usuń