Ładna, czyli jaka albo o okładkach


Podejrzewam, że tak jak każdy blog książkowy powinien mieć wpis o zakładkach, tak i okładki są tematem wdzięcznym i dobrym do opisania. Ale ja właściwie nie chciałabym pisać, co mi się podoba, a co nie, tylko tak trochę ten temat ugryźć od innej strony. No bo czemu jakaś okładka mi się podoba, a inna z kolei nie?


Z okładkami jest tak, że nie łudźmy się, często wybieramy książkę z ładniejszą okładką. Raz zdarzyło mi się to nawet w antykwariacie. Szukałam takiego czeskiego socrealizmu, strasznie duże nakłady, więc taniuchny, przychodzę, przedstawiam swój problem, a pani antykwariuszka znosi mi coraz to inne wydanie. I chociaż wiedziałam przecież, co jest w środku i generalnie kupowałam dla treści przecież – to wzięłam to wydanie, które miało najładniejszą okładkę. I co z tym zrobić? Chyba nic. Problem pojawia się wtedy, kiedy książka jest interesująca, ale okładka – no, mówiąc ładnie, nie bardzo.

Kiedy coś na okładce nie gra. Znacie ten problem, na pewno. Bo czasami jest niby w porządku, ale jednak nie do końca. Jakiś dziwny element: na przykład grafik coś komuś gdzieś dokleił i tę doklejankę widać. Albo zdjęcie wydaje się szalenie znajome – może dlatego, że już je gdzieś widzieliśmy (te serie powtarzających się okładek albo okładek, które przypominają inne okładki, żeby zasygnalizować nam, z jakim gatunkiem literackim mamy do czynienia). Albo na przykład tytuł i nazwisko autora polecanki jest dużo większe niż autora książki w ogóle. Albo typografia jest w ogóle zastanawiająca – oprócz imienia i nazwiska autora oraz tytułu umieszczono na okładce dużo dziwnych rzeczy, które mogłyby się spokojnie znaleźć na jej czwartej stronie. Takie zabiegi wprowadzają dziwny dysonans do oglądania okładki – czasami wyglądają zabawnie, ale często też można się zasmucić, że przecież tak generalnie to dałoby radę zrobić tę okładkę ociupinkę inaczej, a efekt byłby super.
 
 
 Żeby nam nie było smutno, wpis ilustrują czarno-białe zdjęcia ludzi czytających książki tak,
że zazwyczaj nie widać okładek. Czasem jest to prezydent Finlandii...
 

Kiedy okładka jest o czymś innym niż książka. Niby nic wielkiego, ale muszę przyznać, że często taki zabieg powoduje, że zamiast skupić się na treści książki, analizuję, skąd się wziął pomysł na taką okładkę. I to może mieć kilka stron: oczywiście okładka może być niezależnym projektem artysty, który ma pewną swoją wizję, luźno nawiązującą do książki. Okej – to nawet ciekawe, bo w pakiecie dostajemy dwa dzieła. Natomiast co zrobić z takimi okładkami, jak od dawien dawna dostaje fantastyka? Gdzie na okładce bywa standardowy zestaw król-smok-półodziana kobieta/kobieta w płaszczu z kapturem-krasnolud z mieczem-Tajemniczy Ktoś? Zawsze mnie to jakoś zastanawia, bo przecież fabuła zwykle dostarcza takich niesamowitych pomysłów do grafik, a tam ciągle ten król-smok-półodziana i tak dalej. Wiem, że to też trochę klasyka gatunku, ale jednak – smuci.
 
 
 ...czasem po prostu jakiś pan...
 

Kiedy okładka jest chałupnicza. I od razu się zastrzegę: wierzę, że istnieją bardzo fajne chałupnicze okładki. Problem pojawia się tam, gdzie taka okładka jest przekombinowana i nie starczyło umiejętności, żeby wprowadzić pomysł w życie. A tu ma być rozbuchana grafika, łącząca kolażowo fowizm z późnym Giottem. Wiecie, jak to jest. Właściwie zresztą ten przymiotnik „chałupnicza” nie oddaje do końca sedna problemu, bo przecież takie okładki czasami powstają zupełnie nie chałupniczymi metodami – a zupełnie profesjonalnie. No, wątpię trochę w to „zupełnie”; powiedziałabym raczej „z braku czasu” albo coś w tym guście.
 
 
 

Kiedy okładka jest przekombinowana. Bo przecież musi być i to, i to, i blurb, i zapowiedź, i coś o autorze, i ta postać w kącie, i jeszcze może jakaś reklama. I rozbuchana grafika. Wierzę, że to może wyglądać dobrze, nieźle ze sobą połączone, ale na pewno jest to trudne. A kiedy jest ze sobą połączone kiepsko, a raczej wymieszane z nutką rozpaczy, to wygląda jak robiony na ostatnią chwilę plakat filmowy. Czasami faktycznie mniej znaczy więcej, ale minimalistycznych okładek jest mało. Mnie podobają się często takie, na których nic niemal nie ma – na przykład takie przypominające stare zeszyty. Jasne, nie do wszystkiego coś takiego pasuje, ale wiecie, o czym mówię. Co za dużo, że tak znowu przywołam przysłowie, to niezdrowo.
 
 
 

Kiedy okładka jest odstraszająca od książki. Zdecydowałam się ująć to w osobnym punkcie, bo tak po prawdzie to przecież może być wypadkowa wszystkich powyższych, ale i wynikać z innych rzeczy. Na przykład z tego, że okładce niby nic nie można zarzucić, ot, estetyczna taka, ale zupełnie bez ducha albo sugerująca, że książka ma zupełnie inny klimat, niż ma. Może taką książkę wygładzać (zerka na nas spod zmarszczonych brwi standardowy młodzian, a tu w środku opowieść o psychopacie bijącym zwierzęta) albo odwrotnie, wskazywać na to, że treść będzie straszliwa, podczas gdy jest na przykład spokojną opowieścią o pensjonariuszach domu spokojnej starości. Przy czym okładki też się przecież starzeją – jako dziecko bałam się części wydań klasyki, bo sugerowały, że jak ją wezmę w ręce, to mi je odgryzie. Potrafi być przecież w okładkach coś groźnego.

Oceniacie po okładce? A może wszystko powyżej jest Wam zupełnie obojętnie i jak treść, to treść?

Weź dokładkę!

32 komentarze

  1. Ściśle mówiąc, wpisy o zakładkach mają nie wszystkie blogi książkowe lecz tzw. blogaski :-) a odnosząc się do Twojego pytania dotyczącego okładki, to mam wrażenie, że dzisiaj pełni ona w większości tylko rolę opakowania i tylko z rzadka można znaleźć coś naprawdę interesującego. Zalew badziewia niewątpliwie odbił się także na całej stronie graficznej książki, w tym także okładce. Wystarczy popatrzeć choćby na takie klasyki jak okładki Młodożeńca np. do "Złego", "Pierwszego kroku w chmurach", "Kota i myszy" itp. itd. Dzisiaj okładka to mniej lub bardziej umiejętnie przerobiona graficznie fotografia, zwykle do bólu dosłowna. Ale skoro takie książki znajdują nabywców, to pewnie tak ma być :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale właśnie: okładka to zwykle jest opakowanie -- tyle że może występować w różnych formach (w końcu opakowanie też może być sztuką, od poziomu ambalażu jako takiego zaczynając, a na tej okładce jako pewnym osobnym projekcie kończąc). Powiem szczerze, że teraz bardzo lubię okładki Młodożeńca, ale pamiętam z dzieciństwa, że wtedy mnie przerażały ;).

      Przyznam: nie lubię słowa "blogasek". Przede wszystkim jego brzmienia, ale i nie zgodzę się z tym, że "blogasek" to jest taki -- jeśli dobrze rozumiem Twoje intencje? -- "gorszy" rodzaj bloga. Bo mnie się podoba to, że na blogach książkowych pojawiają się w ogóle tematy związane z czytaniem (a zakładki są niewątpliwie z czytaniem związane), bo przecież książka bez czytania to już jest zjawisko nieco inne ;).

      Usuń
    2. To obecnie okładka została sprowadzona do roli opakowania tak jak książka jest produktem. Liczy się masowy odbiorca, a ten nie potrzebuje "treści intelektualnie nośnych" i chce mieć rzecz podaną "ładnie" - i taką też dostaje.
      Nie wiem, czy "blogasek" to gorszy rodzaj bloga - myślę, że dla wielu osób wręcz przeciwnie, to kwestia tego czego oczekuje się od bloga.

      Usuń
    3. Nie wiem, czy to na pewno jest wymysł naszej zepsutej cywilizacji ;). Bo przecież w początkach swojego istnienia książki były właśnie "pakowane" w okładki: trwałe, nie zawsze piękne, mające jeszcze podbudowywać świadomość, że właściciel jest bogaty (choć już samo to, że posiadał książki, dobrze o tym świadczyło).

      Nadal nie za bardzo umiem umiejscowić to słowo, bo dla mnie ma wyraz raczej pejoratywny. Rozumiem, że autor może tak mówić o swoim blogu i wtedy to jest ironiczne czy takie z przymrużeniem oka.

      Usuń
    4. Wiadomo, szmira i kicz zawsze były obecne w kulturze ale jeśli mówimy o grafice książkowej, to w porównaniu z niedawno "minioną epoką" nie da się ukryć, że wolny rynek otworzył się szeroko także i na nie. Wystarczy porównać okładki książek z lat 60-tych i 70-tych. Aż tak daleko wstecz, jak Ty, nie sięgam - nie jestem tegumentologiem :-)

      Usuń
    5. Ale, jak trafnie zwracają uwagę dziewczyny w komentarzach niżej, i dzisiaj mamy sporo wydawnictw inwestujących w okładki. Bo trzeba wziąć pod uwagę, ile się dzisiaj wydaje -- poszło to w drugą stronę: nakłady są mniejsze, ale tytułów jest więcej. Poza tym sięganie daleko wstecz dobrze pokazuje, że pewne rzeczy wcale nie są takie znowu nowe i że czasami nabywają innych znaczeń w czasie (a w ogóle, to poznałam nowe słowo, nie wiedziałam, że istnieje coś takiego jak togumentologia -- jak by to było: oprawoznawstwo?).

      Usuń
    6. Oczywiście, że są, tylko to co dzisiaj sprawia wrażenie chwalebnego wyjątku, kiedyś mogło być uważane za zasadę.

      Usuń
  2. Ja oceniam, bo jestem estetką. I zauważam, że na ogół podoba mi się zupełnie coś innego, niż większości: raczej minimalizm, niż rozbuchane grafiki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie jak się moje gusty sytuują w stosunku do gustów większości, to nie wiem :). Ale też bardzo lubię minimalistyczne okładki: nawet nie w takim sensie, że ma być na nich mało elementów, ale że są w jakiś sposób spójne i przemyślane (jak seria Angielski ogród -- nie wiem, czy też nazwałabyś ją minimalistyczną, ale coś w tym jest, moim zdaniem).

      Usuń
  3. Do dzis nie odkupilam sobie Niekonczacej sie historii ktora pozyczylam komus na wieczne nieoddanie, bo wszystkie okladki sa po prostu tak okropne ze glowa boli. (Chyba ze bylo jakies wznowienie ostatnio, musze sprawdzic). Na ogol jestem malo wymagajaca, liczy sie tresc a nie fizyczna forma, ale naprawde zla okladka potrafi mnie odrzucic. Jesli jest kilka do wyboru zdarza mi sie kupowac uzywana ksiazke zeby miec bardziej odpowiednia okladke. Ale slyszalam o osobach, ktore wyrywaja z okladek i robia wlasne z kartonu.

    Fantasy i science fiction czesto cierpia na okladkoze.. Polnaga bohaterka z mieczem wystarczy abym ksazke odlozyla na polke i nawet smok w tle tego nie uratuje, A jak jeszcze rzeczona polnaga bohaterka z mieczem i smokiem zdobi powiesc typu space opera to po prostu smiech i satyra. Wciaz chyba pokutuje ten stereotyp, ze czytelnikami science fiction sa przede wszystkim mezczyzni i trzeba ich jakos skusic a taki sposob wymaga najmniej wysilku i czesto nie trzeba nawet placic dobremu grafikowi. Ma sie wrazenie, ze po prostu siostrzeniec redaktora naczelnego bierze sie cos gotowego i miesza w Photoshopie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, mój Domownik kupił wydanie ze Znaku, tam wychodzi taka seria dla dzieci i młodzieży (Paddington tam wyszedł na przykład). Nie zachwyca, ale nie odrzuca, moim zdaniem.

      Jest to jakoś fascynujące, że można chcieć robić własne okładki, chociaż szczerze mówiąc jest to też trochę przerażające (bo to wyrywanie). Ale to też jakiś sposób na stare, rozpadające się książki, których się nie chce oddać do introligatora.

      Właśnie, właśnie -- też mi często towarzyszy takie poczucie, że to jest takie "niech ktoś siądzie i tam coś wklei". Ewentualnie dziwne inspiracje Vallejo ;).

      Usuń
  4. O, właśnie mi przypomniałaś, że już dawno miałam zrobić wpis o okładkach pewnej serii. Tak, takich które wybitnie mi się nie podobają ;).
    Ale żeby nie popadać w takie smętne tony: co prawda polskie okładki książek to ciągle tragedia, ale pojawiają się też jaskółki nadziei i to coraz częściej. Np. za bardzo dobre uważam prawie wszystkie okładki wydawnictwa Książkowe Klimaty, widać tu pewien spójny zamysł zrealizowany na dobrym poziomie. Podobają mi się też okładki serii klasyki wydawanej przez Znak.
    A czego nie lubię? Tych "ślicznych" fotografii. Np. książka jest o więźniarkach gułagów albo o kobietach z powstania warszawskiego, a na okładce pojawia się fotografia umalowanej modelki o nieskazitelnej urodzie, ubranej w strój nieco przypominający ten z epoki. Jest to tym dziwniejsze, że takie książki często zawierają bogaty materiał zdjęciowy, który można by było wykorzystać na okładce. Tak jest np. w przypadku książki "Dziewczyny wojenne" Łukasza Modelskiego - akurat mam pod ręką - też wydanej przez Znak. W ogóle fotografia na okładce to na ogół śliska sprawa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tutaj mogłabym się podpisać :) Do Książkowych Klimatów dorzuciłabym jeszcze Karakter. To zwycięzcy w moim prywatnym rankingu okładek.

      Usuń
    2. @Tarnina, super, zrób! Macie w ogóle rację z @Ekrudą, że to jest post w rodzaju narzekających, ale nie dlatego, że uważam, że wszystkie okładki są paskudne, bo zgadzam się, że sporo się dzieje rzeczy fajnych: dodałabym okładki z Dwóch Sióst jeszcze, a poza tym bardzo spójne graficznie serie, jak z Czarnego na przykład. I też lubię te Znakowskie okładki klasyki (wydają się takie schludne!).

      O, to jest taki dziwny trend z tym wyestetyzowaniem osoby na okładce kosztem treści. Nie wiem, skąd to się wzięło -- może to jakaś próba opakowania treści w inną formę? Taką bardziej "atrakcyjną" na pierwszy rzut oka? Bo jeśli to dotyczy w większości kobiet na okładkach (myślę, czy mężczyzn też, ale nie mogę teraz znaleźć w głowie przykładu), to dochodzi jeszcze do tego takie zjawisko "kobieta zawsze ma być ładna i dobrze się prezentować", co prowadzi do takich dziwnych sytuacji, jakie opisujesz, @Tarnino.

      Usuń
  5. A ja dodam jeszcze, że twórców tych dobrych okładek moglibyśmy zacząć doceniać. Rozmawiałysmy o tłumaczach, a tutaj jest druga "niewidzialna" grupa osób, które maczają paluchy w tworzeniu książek :) Mogłabym sobie Trójkę Ekrudy tematyczną zmajstrowac, zainspirowałaś mnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak wyżej już skomentowałam -- zgadzam się i podpisuję! Są! Tak trochę narzekam, ale nie znaczy, że nie doceniam. Może powinno się pojawić więcej notek doceniających ;). A Trójkę Ekrudy w temacie -- koniecznie; dumnam jako muza ;).

      Usuń
  6. Z reguły, jeśli chcę przeczytać daną powieść, to okładka jest dla mnie bez większego znaczenia. Zdarzyło mi się jednak kilka razy, że kupiłam daną książkę tylko dlatego, że spodobała mi się jej okładka :) Kilka razy był to nawet trafiony wybór. O reszcie wolę nie pamiętać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ze względu na okładki właśnie to skusił chyba Angielski ogród, poza tym raczej sobie nie przypominam, żebym kupowała książkę _dla_ okładki. Ale mojemu Domownikowi się zdarza, więc rozumiem :).

      Usuń
  7. Wchodzę przeczytać post, a tam prezydent Finlandii czytając książkę i od razu morda się cieszy <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam chyba komfortową sytuację, bo złych/ brzydkich/ nudnych okładek nie zapamiętuję, nie zauważam, nie rejestruję. Za to jak widzę ładną, to mi się buzia uśmiecha i oglądam z przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie to, że ja jakoś masochistycznie kolekcjonuję okładki, które mi się nie podobają -- to raczej kwestia generalnej natury powyższych stwierdzeń ;).

      Usuń
    2. Rozumiem, tylko że ja powyższych stwierdzeń nie byłabym w stanie skonstruować, brak by mi było materiału :)

      Usuń
    3. Rozumiem -- ale zamierzam teraz spojrzeć na bright(er) side of life i skupić się na ładnych okładkach, tak afirmatywnie ;). Nawet dzisiaj w notce o "Rozważnej i romantycznej" wyrażam moje stałe zachwyty nad okładkami tej serii :).

      Usuń
  9. Dla mnie okładka jest ważna. Staram się w niej wyczytać zapowiedź książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem właśnie, czy tak się do końca da. Bo czasami słabe książki dostają z rozpędu bardzo przyjemne dla oka okładki, a książki, których okładki nas odpychają, mogą okazać się czytelniczym strzałem w dziesiątkę. I zrób z tym coś człowieku! :)

      Usuń
  10. Lubię ładne okładki - w sensie, jeśli okładka mi się podoba, to czerpię z dobrej książki tym większą satysfakcję. Poza tym zauważyłam, że jeśli myślę o danej książce, często najpierw w myślach widzę jej okładkę (a potem mentalnie "otwieram książkę", czyli zagłębiam się w jej świat) - czyli dobra okładka sprawia, że książka mocniej zapada w mi pamięć. No i ładną książkę jakoś przyjemniej się poleca innym ;)
    Z drugiej strony jest coś w "generic covers", np. wydawnictwa Kameleon - niegdyś tylko oni wydawali książki Anne Rice (także erotyki) i do dziś gdy myślę o książkach Rice, potrafię widzieć w głowie te zupełnie bezpłciowe, często niezwiązane z niczym okładki.

    A jeśli mogę sprowadzić dyskusję na inny tor, zauważyłam ostatnio (i rozmawiałyśmy o tym odnośnie białego wydania Sapkowskiego), że mam problem z reedycjami książek. Przykładowo, nowe wydanie "Achai" mi nie przeszkadza, bo bezpośrednio odwołuje się do książek (choć nadal z sentymentem patrzę na stare wydanie, abstrahując w ogóle od opinii na temat "Achai" jako książki). Za to mam straszny problem z 5(!) kolejnymi wydaniami serii "Kuzynki" Pilipiuka - stare wydanie miało piękne, pobudzające wyobraźnię grafiki na okładkach, a co teraz wyjdzie kolejne wydanie, jest tak usilnie stylizowane na aktualną modę YA. I jeszcze na stronie wydawnictwa (zarówno Ziemiańskiego jak i Pilipuka wydaje Fabryka Słów) czytamy: "Do tej pory seria ukazała się w pięciu wersjach. Za każdym razem był to wynik decyzji o rozszerzeniu grupy jej odbiorców, z roku na rok bowiem pojawiali się nowi czytelnicy o nowych gustach." I mnie to strasznie denerwuje. Bo przecież treść książki się nie zmieniła, to dlaczego wydawnictwo próbuje ją sprzedać jako "nowy" produkt, dla innego konsumenta?... zaczyna mi to podpadać pod "false advertising" i zastanawiam się, czy gdybym nie znała tej serii i sięgnęłabym po nią z założeniem "okładkowym" że jest to YA, to czy nie poczułabym się zawiedziona?... jak myślisz, Pyzo? Na ile dawanie okładek niezwiązanych tematycznie z treścią albo okładek pod konkretną modę jest szkodliwe, a na ile korzystne (np. marketingowo)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że mam nawet sentyment do tych okładek Kameleonów? Jasne, one są takie wtapiające się w tło jako konkretne egzemplarze, ale z daleka widzę, że to Kameleon. To raczej kwestia treści, poszczególnych książek, i generalnego sentymentu w tym wypadku, niż urok okładek, ale jednak ;). Rozpoznawalności im odmówić nie można ;). I właśnie też mi się one jawią czasami, bo też mam tak, że myśląc o książce myślę o konkretnym wydaniu (nawet właśnie: o wydaniu, a nie tylko o okładce). I jak dostałam w zeszłym tygodniu na wyprzedaży w bibliotece "Dziennik Bridget Jones" w tej właśnie serii to się cieszyłam, jakby znalazła białego kruka ;). Aczkolwiek nieco w ciut za dobry stanie mam teraz tę książkę, ale chociaż seria i okładka właśnie się zgadza ;).

      Bardzo ciekawy problem! Wydaje mi się, że takie zmienianie okładki ma kilka różnych oblicz:
      (1) na pewno jest tak, że taka okładka pozwala "odświeżyć" książkę; trochę jak z nowymi wydaniami klasyki -- więcej czytelników może się skusić na Stedhala w ślicznej okładce niż takiego w szarej okładce z małym drukiem w środku
      (2) ale to "odświeżenie" może mieć też to oblicze, o którym piszesz: że ono wpasowuje książkę w trend, w który sama książka -- treściowo -- się wcale nie wpisuje; to nawet nie jest już tylko jakaś manipulacja czytelnikiem, ale wytrącanie książki z pewnego jej miejsca, w inne, do jakiego nie musi pasować -- a przez to zmieniać jej odbiór, nie zawsze na korzyść;
      (3) wydaje mi się, że to też jest dość specyficzne pod względem kolekcjonerskim -- bo prowadzi do tego, że różne wydania różnie się postrzega, nie ze względów sentymentalnych czy treściowych właśnie (jak z tymi Kameleonami), ale w ogóle tak, hm, "rzeczowo".
      (4) to niedopasowanie treści okładki do treści książki to w ogóle jest chyba do rozpatrzenia na innych polach: bo ono może tak "uniwersalizować" książkę -- nie zawsze słusznie, czasem wpychając ją do szuflady (jest o silnej kobiecie? dajemy kobietę odwróconą tyłem. Coś o innym kontynencie niż Europa? Dajemy zbliżenie kobiety w chuście. Jakaś XIX-wieczna Anglia? Kobieta w sukni tyłem. I tak dalej ;)). Albo działać jako "pierwsze wrażenie" na zasadzie "nie ważne co, ważne, żeby było ładne i nośne".

      Tak w każdym razie sądzę, ale mam wrażenie, że tu jeszcze może być sporo do dodania :). A Ty jak sądzisz? Bo podejrzewam, że są książki, których nowe okładki witamy z radością, a są takie, w których, no właśnie, dziwimy się albo zastanawiamy, o co chodzi.

      Usuń
    2. Prawda. Niby pojedyncze egzemplarze potrafią być nieco bezpłciowe, ale przynajmniej jako seria wydawnicza, całość jest bardzo spójna. A moja wewnętrzna perfekcjonistka bardzo lubi, gdy książki na półce wyglądają spójnie :D
      Te konkretne wydania Kameleona zresztą lubię do dziś - jakość tłumaczenia i edycji, skład, rodzaj papieru, format... mam do tych książek ogromny sentyment. I nie dziwię Ci się, że ucieszyłaś się z Kameleonowego znaleziska w postaci "Dziennika Bridget Jones" :)

      1) Niby tak - w sensie zgadzam się, że nowe, ładne wydanie potrafi być kuszące, zwłaszcza w przypadku klasyki - tyle tylko, że te nowe okładki (np. Pilipiuka) wcale nie są jakość wybitnie ładne czy artystyczne. Ot, kolejne "generic YA book cover"
      2) no właśnie to jest ten aspekt, który mi chyba najbardziej przeszkadza. A także fakt, że IMHO Fabryka dość otwarcie na swojej stronie się do takowej manipulacji przyznaje. Ten tekst o "nowych czytelnikach o nowych gustach" dość dobitnie o tym świadczy :/
      3)... co masz na myśli?
      4) Też prawda. Szczerze, gdybym miała wrażenie, że nowe okładki Pilipiuka mają książki "zuniwersalizować" (czyli np. zachęcić kogoś kto nie czyta polskiej fantastyki do sięgnięcia po obiektywnie dobrą książkę o tej tematyce) to nie miałabym z tym problemu. Ale w tym wypadku jest to dla mnie czysto marketingowe zagranie - próbujące się wpasować zarówno w modę wydawniczą na YA, jak i próbę wtłoczenia treści "Kuzynek' w nurt młodzieżowy (z którym, moim zdaniem, mimo posiadania młodej wiekiem bohaterki, a nawet tematyki YA fantasy - wszak wampiry, alchemia, itd - nijak nie podpada pod YA novel)

      Och, jestem przekonana, że moja niechęć do uparcie przywałowanych przeze mnie jako przykład "Kuzynek" to niechęć jednostkową (choć wiem, że moja przyjaciółka też reaguje na te nowe wydania awersją). To w sumie ciekawe, że są książki obdarzone przeze mnie sentymentem do których reedycji się nie czepiam (kolejne wydania Carrie mi nie przeszkadzają, mimo mojej złej opinii o filmie z 2013, którego plakat teraz często ląduje na okładce jako tie-in do filmu), a są takie które mi bardzo przeszkadzają.

      PS. A jeszcze wracając na moment do Rice w kontekście Kameleona - bardzo mi się podoba, że Rebis wydał CAŁĄ Rice w jednolitej serii. Zrobili to mądrze, ładnie i z pomysłem. No i wykorzystali niszę, bo Kameleon nigdy nie wydał -całej- Rice, a jeszcze starsze wydania (np. bodaj dwuczęściowe wydanie "Opowieść o złodzieju ciał") były nie do dostania poza antykwariatami.

      Usuń
    3. Tak, mam regały, gdzie książki w ogóle ze sobą nie korespondują, ale teraz mam i taki, gdzie sobie ustawiam serię "Angielski ogród", bo to chyba pierwsza taka, która mnie uwiodła sposobem wydania. Ale jest kilka starszych serii, które bym chciała zebrać, jak "Biblioteka Młodych" na przykład. No i Kameleony, jako się rzekło, bardzo lubię :). Ale wszystkich bym zebrać nie chciała ;).

      W (3) chodziło mi o to, że powstaje też taki nurt "zbiorę tę serię" albo "zbiorę wszystkie serie", albo "nowa seria jest paskudna". Coś jak z tym naszym upodobaniem do białej serii wiedźmińskiej, ale nie do końca: to znaczy różnicuje się serię treściowo o tym samym, przez wzgląd na jej formę. I tak nowe wydanie okazuje się gorsze (albo lepsze) "rzeczowo", mimo że w środku mogła zostać dokładnie ta sama treść (nadal nie wiem, czy coś wyjaśniłam?).

      "Kuzynki" chyba też średnio pasują do YA przez to wciskanie przez bohaterki czytelnikom niektórych poglądów na siłę. Czytałam dość dawno, ale ten motyw "jestem dzielna, wykąpię się w rzece, nie to, co bezdomni" do dzisiaj pamiętam. A tak w ogóle, to zupełnie nie mogę sobie przypomnieć okładek mojego wydania "Kuzynek", to znaczy tego, które czytałam. Strasznie tajemnicze, bo zwykle właśnie kojarzę książkę z konkretnym wydaniem -- a tu ni w ząb!

      Usuń
    4. Ja mam bardzo dużą satysfakcję gdy np. całą półkę/rząd regału zajmują książki tej samej wysokości. Dlatego np. lubię literaturę anglojęzyczną, bo tam nawet jeśli książki są różnych autorów/wydawnictw, mam wrażenie, że rynek wydawniczy stosuje tylko kilka formatów i szanse na to, że książka się "wpasuje" w te stojące na półce jest większa niż przy polskich wydaniach.
      Marzy mi się, żeby np. mieć całą Anne Rice w wydaniu REBISa - jest ich tyle, że chyba akurat zajęłyby całą jedną półkę.

      Hm, chyba rozumiem o co ci chodzi. Sądzę, że jednak mój punkt widzenia zaburza sentyment do starego wydania - zwyczajnie nie rozumiem czemu, nawet "rzeczowo", ktoś mógłby chcieć to nowe wydanie postawić sobie na półce (albo je specjalnie "zbierać") :P

      No ba, Pilipiuk w ogóle pod tym względem jest, mam wrażenie, równie subtelny co prawy sierpiowy ;)

      Usuń
    5. Mam tak samo :D. Co często prowadzi do wymiany zdań z moim Domownikiem w rodzaju "ale przecież te książki nie mają ze sobą nic wspólnego!" - "ale są tego samego rozmiaru i dobrze razem wyglądają" - "ale to bez sensu, inna książka tego autora stoi tam!" - "ale zobacz, jak to ładnie wygląda" - "ale to nie ma sensu!" ;).

      Usuń