Banda niesympatycznych typów albo o „Rozważnej i romantycznej” J. Austen


Jak może zauważyliście ostatnio w komentarzach, wybrałam sobie na kolejną książkę Austen do przeczytania „Rozważną i romantyczną”, ale jakoś mi zupełnie nie szła ta lektura. Ale od czego są podróże? W podróży człowiek siada i czyta – a że wczoraj podróżowałam, to przeczytałam. A jak przeczytałam – to śpieszę się podzielić spostrzeżeniami. No właśnie: to nie jest w żadnej mierze recenzja, ale właśnie spostrzeżenia, głównie o bohaterach i o obyczajowości, ale nie tylko. Ciekawi?


Tytuł jest może trochę prowokacyjny, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie ma właściwie w „Rozważnej i romantycznej” żadnej postaci, którą się po prostu lubi. Mnie w każdym razie większość irytowała – narratorka stara się nam dostarczyć kompleksowej i wielostronnej obserwacji wszystkich delikwentów, więc początkowo właściwie wszyscy są dość mocno eksponowani jako leniwi, bezmyślni lub nietaktowni. I właściwie poza Eleonorą – tak się też zachowują. Wliczając w to Mariannę, która co prawda w końcu dochodzi do pewnych wniosków, niemniej wydaje się, że to są raczej postanowienia niż jakiś plan na przyszłość. Eleonora zaś popełnia coś, czego u bohaterów literackich bardzo nie lubię: chodzi i cierpi w milczeniu, podczas gdy mogłabym jednym słowem sprawić, że chodzenie i cierpienie nieco by zmalało. Oczywiście ma to na celu pokazanie szlachetności jej duszy, wydaje mi się jednak, że szlachetność pokazywana w ten sposób wydaje się mocno przesadzona. Przy czym to, że wszystkie postacią są mniej lub bardziej irytujące nie jest, zastrzegam, wadą samą w sobie i nie o to tu chodzi. 


Tak, sama zrobiłam zdjęcia do tego wpisu. O moich przygodach z nimi jeszcze
będzie, a na razie możecie zobaczyć, jak Kot przysiadł się do "Rozważnej
i romantycznej", pięknie się komponując.


No właśnie: zastanawiam się, na ile moja lektura „Rozważnej...” wynika z tego, że czytam ją tu i teraz, i wydaje mi się, że dość znacznie. Ale chyba nie tylko: bo Austen i tu gra ciągle tymi samymi typami (małomówny mężczyzna, w głębi skrywający złote serce; niestały przystojniak z inklinacjami do uwodzenia nieletnich; inteligentna obserwatorka życia codziennego bez wielkich szans na intratny mariaż; lekkomyślna nastolatka marząca o sercowych porywach; matka chcąca wydać córki jak najlepiej za mąż, a przy tym żyjąca jakby obok rzeczywistości; spadkobierca majątku, który uważa, że samym swym istnieniem i „przemyślnymi” radami wynagrodzi kobietom to, że dziedziczyć nie mogą; wredna krewna płci żeńskiej, nie chcąca dopuścić do ślubu bohaterki i bratem rzeczonej wrednej krewnej; nestorka rodu uważająca się za ostoję moralności, gdy właściwie jest kompletnie odwrotnie; trzecia siostra, której nikt nie zauważa, bo jest za młoda).

Prawda, że te opisy pasują i do „Dumy...”, i do „Rozważnej...”, a częściowo i do „Opactwa Northanger” („Mansfield Park” i „Emma” jeszcze przede mną)? Ano właśnie. Tyle że nie ma w tym nic złego, a nawet jest to dość odświeżające, bo Austen przebudowuje konstelacje, w jakich te typy występują: niestały przystojniak, choć ostatecznie wcale nie taki godny litości, dostaje swoją scenę katartyczną, inteligentna obserwatorka wcale nie wychodzi tak dobrze za mąż, lekkomyślnej nastolatki los nie kara mężem-lekkoduchem (trudno mi się było pozbyć wrażenia, że Marianna uniknęła swojego Wickhama), matka okazuje się jednak sympatyczna i niegłupia, a spadkobierca to najbliższy krewny. I tak dalej. Ale to, co najbardziej rzuca się w oczy, to przedziwny miejscowy pan Darcy. Ale o tym za chwilę. 
 
 
 Korzystając też z pomysłu Tarniny na zakładki oraz starego opakowania po ptasim
mleczku, sporządziłam sobie odpowiednie zakładki wspomagające lekturę.
 

Punkt wyjścia „Rozważnej...” to trochę przearanżowany punkt wyjścia „Dumy...”: tak jakby pan Bennet umarł na początku fabuły – w tym mniej więcej miejscu zaczynają się próby pani Dashwood i Dashwoodówien. To ciekawe, że znowu rozchodzi się o niemożność przepisania nieruchomości na córki – w tym sensie obie prozy Austen, które tutaj ciągle przywołuję, zwracają mocno uwagę na problem, jakim jest ta nierówna pozycja krewnych obu płci. Przy czym sceny z udziałem Johna Dashwooda, owego spadkobiercy, są cudownie farsowe: to przejście od „będę je wspierał!” do „powiem im, kto je wspierać może!” opisane jest z dużym zmysłem komicznym: trochę to społeczna satyra, a bardziej jeszcze taki klasyczny monolog aktora w farsie, który staje z boku sceny i zwraca się do widowni z potokiem tego, co ma akurat na myśli.

Ale wróćmy do pana Darcy'ego, tfu, Edwarda Ferrarsa. Ja wiem, że Eleonora jest w nim zakochana takim rozsądnym uczuciem, przywiązaniem, docenianiem zalet. Ale nie mogłam się pozbyć wrażenia, że bardzo rozmija się to, co Edward robi, z tym, jak te działania opisuje narratorka (piszę „narratorka”, bo Austen gra tu trochę z taką ideą kroniki prasowej, zaznaczając swoją jako autorki obecność – stąd pozwalam sobie na tę formę żeńską, bo to jest właśnie bardziej ona niż on, ten narrator). O ile skrytość Darcy'ego okazała się nosić w sobie faktycznie szlachetne serce, a sam bohater starał się swoje błędy odkupić, o tyle skrytość Edwarda ma być dobrym zachowaniem najbardziej w kontraście do brata hulaki. Nie ma w niej za wiele dobrego: oszukiwanie Eleonory, nie wyjawienie jej tajemnych zaręczyn, przez co jest ona zmuszona do nieustannych konfrontacji z Lucy Steele (tu z kolei moją uwagę przykuło co innego: że najbardziej zachwyceni Lucy są w ostateczności służący; jakie to ma na nich i na nią rzucić światło? Ciekawe, prawda?), zwalanie całej winy za swoje zachowanie na... matkę, która go finansuje i „zmusza do bezczynności”. Serio, Edwardzie? 
 
 
 No wiem, że na tych zdjęciach jest przede wszystkim kot gniotący koc, ale
popatrzcie na to jak na kolejną próbę zilustrowania wpisu ładnym
zwierzęciem. A do tego jest tym razem nawet książka w temacie w tle.
 

Z drugiej strony mamy pułkownika Brandona, w podeszłym wieku trzydziestu pięciu lat. Ta z kolei postać również jest skryta, ale w inny sposób: faktycznie bardziej z niego taki lokalny „pan Darcy”. Przy czym tu z kolei, moim zdaniem, szczęśliwa małżonka in spe tego bohatera wcale nie jest taka znowu szczęśliwa: wiemy na koniec, że to nie jest związek z zakochania, a raczej z rozsądku, w dodatku zaś moje mieszane uczucia budzi cała umoralniająca historia pierwszej ukochanej Brandona. Jasne, rozwody w tamtych czasach to było zupełnie co innego niż dzisiaj – a jednak nie mogłam się powstrzymać od myśli, czy aby pułkownik nie szukał jej za wolno właśnie przez to, że nie bardzo wiedział, co zrobić z rozwódką, jak tylko ofiarować jej współczucie, o ułożeniu sobie z nią życia nie wspominając. 
 
 
 A że książkę kupiłam początkowo ze względu na okładkę
(tak, ta seria jest cudna), to ją sobie w tej kategorii bez skrupułów
zaznaczam.
 

I jeszcze może dwa słowa o głównej bohaterce. „Rozważna”, Eleonora to obserwator i filtr. Ona wie o wszystkim – bo przez nią te sprawy przechodzą (jak choćby sprawa wyznań Willoughby'ego). W tym sensie jej historia miłosna stoi niejako w tle: jasne, dotykają ją komplikacje i cierpi, ale równocześnie przez cały czas jest takim filarem, na którym opierają się kolejne wątki i motywy, kolejne historie, w których jest zmuszona uczestniczyć, choćby przez to, że ich wysłuchuje. Do niej przychodzi Lucy, pułkownik Brandon, jej swoje plotki opowiada pani Jennings (początkowo wydająca się figurą odpychającą, od połowy narracji zaś jej widzenie zmienia się na miłą, choć gadatliwą staruszkę – nie mieliście takiego wrażenia?), ona musi w sobie gromadzić te wszystkie historie, bo jest także zaporą między rzeczywistością a jej siostrą i matką. To jest zabieg bardzo ciekawy i budujący ten wizerunek Eleonory, który Austen chciała – sądząc po tytule – stworzyć, niemniej mam tutaj takie wrażenie, że ostatecznie bohaterka dostaje nagrodę za swoje moralne postępowanie, a ta nagroda, jak się jej człowiek przyjrzy, wcale taka fajna nie jest.

A co Wy sądzicie? 
 

Weź dokładkę!

38 komentarze

  1. "Rozważna i romantyczna" to moja najmniej ulubiona powieść Austen. No ale nawet najmniej ulubiona powieść Austen plasuje się jednak dosyć wysoko na liście lektur, do których mam ochotę wracać. Przyznaję, że "RiR" największą przyjemność sprawia mi jako opis (satyryczny) obyczajów. To jest po prostu doskonałe, te wszystkie scenki składania sobie grzecznościowych kwadransowych wizyt, wyjazdu na sezon do stolicy i ogólnie stylu życia tej sfery społecznej, która, jak to świetnie Austen pokazuje, wcale nie była tak wykształcona i elegancka, jak można by sądzić.

    W powieściach Austen rzeczywiście występuje kilka charakterystycznych typów bohaterów, którzy pojawiają się regularnie, najbardziej wyrazistym jest chyba uwodzicielski łajdak (Willoughby; Wickham w "Dumie i uprzedzeniu, Crawford a "Mansfield Park"; Churchill w "Emmie", w pozostałych dwóch powieściach też są bohaterowie, którzy pełnią podobną funkcję, ale są jednak nieco inaczej skonstruowani). Ale wydaje mi się, że trochę na siłę chcesz wtłaczać wszystkie powieści Austen w jeden schemat. One oczywiście są podobne, ale bez przesady, w "Rozważnej i romantycznej" pana Darcy'ego nie ma. A Ferrars to niestety najbardziej nijaki z austenowskich bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, jak zresztą wspominałam, cudowne są te z lekka farsowe sceny, w które Austen wplątuje bohaterów. Często doprawia to ślicznym komentarzem, takim trochę ironicznym, a trochę po prostu stwierdzającym fakt. Tam nawet w niektórych miejscach nie musiała tego robić, bo podaje nam postaci na talerzu. Odkryłam zresztą, że jest tą pisarką, która umie stworzyć bohaterów faktycznie mnie irytujących na takim mocno rzeczywistym poziomie -- chyba dlatego, że są dość uniwersalni i nie starzejący się. No i nie są tylko po to, żeby zapewnić widzowi katharsis -- w końcu w "Rozważnej..." nie wszyscy "źli" zostają ukarani, a nie wszyscy "dobrzy" wynagrodzeni. No i to, co piszesz a propos elegancji i wykształcenia: dla mnie tam jeszcze widać, że te dwa przymioty mogły zupełnie co innego znaczyć -- dobrze to widać w dwupaku Edward-Robert.

      Jasne, ja tego nie zarzucam -- raczej chodzi mi o to, że tutaj to są jeszcze schematy nie do końca poustawiane -- tak, jak później (w tym sensie widać, że to debiut, później się to rozkręca) -- i że się niekiedy wymykają narracji (postać pani Jennings). Nie formułowałabym z tego zarzutu zresztą: mnie się bardzo podoba, że Austen się cały czas obraca wokół różnych konfiguracji tych samych elementów.

      Co do tego, że "nie ma pana Darcy'ego" -- mnie się jednak wydaje, że Edward jest pisany w podobny sposób. Inaczej jest ustawiony, ale zasadniczo jest cichym mężczyzną, dodatkowo krępowanym przez ograniczenia swojej klasy i zbyt zaborczą matkę. W tym sensie nazywam go miejscowym Darcym :).

      Usuń
    2. Ale ja właśnie o tym, tzn. wydaje mi się, że robisz tu odpowiednik szukania "polskiego Tolkiena" (zapożyczam z jednej z Twoich notek), doszukując się w "Rozważnej..." odpowiedników bohaterów "Dumy...". Darcy to przecież samiec alfa (do czego predysponuje go majątek i urodzenie), a Edward Ferrars jest na drugim końcu spektrum męskości. Ta "cichość" jest podobieństwem całkowicie powierzchownym. Jesli już ktoś maiłby tu być Darcym, to raczej pułkownik Brandon.

      Usuń
    3. A, już rozumiem, o co chodzi. Wydaje mi się, że charakterologiczne pokrewieństwo faktycznie mogło mnie zwieść (w końcu z tego, co wiemy z narracji, Edward jest podobno bardzo przyjemnym towarzyszem rozmów), ale Edward kompozycyjnie jest tutejszym Darcym (w sensie roli pełnionej w fabule). Podczas gdy chodzi o dobrodziejstwa czy wątek zrozumienia dla problemów z młodym uwodzicielem -- jasne, nie.

      Usuń
    4. Za to ja nie bardzo rozumiem, wypowiedziałaś się trochę zbyt skrótowo :). Ale co do kompozycji - jasne, w fabule obaj pełnią rolę obiektu uczuć głównej bohaterki, ale w każdym romansie ktoś musi pełnić taką rolę, więc zgaduję, że masz na myśli co innego.

      Usuń
    5. Chodzi mi właśnie o to, że kompozycyjnie pełnią podobne role, natomiast charakterologicznie niekoniecznie są sobie odpowiadający 1:1. Przy czym podkreślam, że uważam, że nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie, mnie się bardzo podoba to budowanie różnych konstelacji z podobnych (nie tych samych!) elementów. Także tak, obaj są głównymi obiektami uczuć głównych bohaterek, przy czym początkowo uznałam, że wiąże ich też ta skrytość uczuć, która okazuje się mieć nieco inne przyczyny niż na pierwszy rzut oka. I trochę jednak wiąże ;).

      Usuń
    6. A, jeśli pod pojęciem "Darcy" rozumiesz obiekt uczuć głównej bohaterki, to jak najbardziej. A Wroński jest Darcym "Anny Kareniny" ;)

      Usuń
    7. No, nie bardzo :P. Chodziło mi o wewnętrzne austenowskie typy ;).

      Usuń
  2. A widziałaś ekranizację z Alanem Rickamanem? Jeśli nie, obejrzyj koniecznie! Tylko uprzedzam, można po niej zastanawiać się głęboko, czo ta Marianna, że na początku wolała Willoughby'ego ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo byla Marianna :) Dla tego typu osoby w wieku pulkownika Brandona i o jego osobowosci sa po prostu niewidzialne. Brandon moze wygladac i mowic (OCH!) jak Alan Rickman i niestety, niestety Marianny swiata tego pozostana nieczule :)

      Usuń
    2. A ja zawsze żałowałam, że Rickman nigdy nie zagrał Knightleya. Uważam, że do tej roli byłby idealny, bo na Brandona jednak go trochę szkoda ;). Wydaje mi się zresztą, że jeśli odczuwam jakąkolwiek sympatię wobec tej postaci, to tylko dlatego, że właśnie kojarzy mi się z Alanem Rickmanem, w przeciwnym razie współczułabym Mariannie. Bo w tej szlachetności Brandona jednak jest coś takiego, co z naszej dwudziestopierwszowiecznej perspektywy raczej wydaje się cokolwiek podejrzane.

      Usuń
    3. Nie, jeszcze nie widziałam :). Ja właśnie co do "Rozważnej..." to w ogóle nie wiedziałam, jak się potoczą losy postaci, bo właśnie nie widziałam jeszcze żadnej ekranizacji :). Także powiem Wam, że w ogóle miałam takie poczucie "ale co się zaraz stanie?!" i do końca nie byłam pewna, czy nie będzie twistu w rodzaju "okazuje się, że pułkownik faktycznie kocha się w Eleonorze, pokazując jej to przez troskę o Mariannę". Przy czym właśnie to zakończenie, gdzie Marianna tak trochę z rozpędu pada w ramiona Brandona, nie do końca mnie usatysfakcjonowało. A że Alan Rickman, mówicie? Sprawdzę! :)

      Usuń
    4. Khem, ja miałam czternaście lat, kiedy oglądałam ekranizację po raz pierwszy i wystarczyło, że Brandon się odezwał ;).
      Pyzo, zapomniałam napisac wcześniej, masz pięknego kota i absolutnie nie musisz się tłumaczyć z umieszczania zdjęć tej istoty na blogu. Ponieważ kot!

      Usuń
    5. Dzięki -- przekazałabym mu komplement, ale on teraz nie ma czasu ze mną rozmawiać, jako że odkrył uroki perpetuomobilealnej zabawy, jaką jest zabawa z kauczukową piłeczką, która się ciągle odbija, pozostaje w ruchu i generalnie dostarcza mu wiele zajęcia i jest aktualnie przedmiotem ukochania ;).

      Usuń
  3. Po pierwsze - to jest jej debiut. Jak to ujela Emma Thompson w komentarzu do Rozwaznej i romantycznej - to jest ksiazka, w ktorej Jane dopiero uczyla sie pisac mezczyzn. To bylo przed panem Knightleyem i panem Tilneyem. (Stad na przyklad w adaptacji postac Edwarda jest o wiele bardziej rozbudowana, pokazujac jego autentyczna serdecznosc, niesmialosc, czulosc - zwlaszcza w takim braterskim zwiazku z Malgorzata. Widac tez poczatek jego zwiazku z Eleonora, to jak dobrze sie dogaduja potrafia wspolnie wyciagnac Malgorzate spod stolu inteligentnie grajac na jej slabosci do geografii - i sami sie przy tym swietnie bawiac. Wolga ze zrodlami w Wimbledonie do dzis mnie rozbraja.)
    Powaznie, uwazasz, ze usprawiedliwienie Edwarda faktem, ze jest zalezny od woli matki jest za malo wystarczajace? To potezny ciezar, zarowno finansowo jak i emocjonalnie w takiej sytuacji. Edward jest bardzo empatyczny, odbiera uczucia innych na bardzo wysokim poziomie, kims takim, zwlaszcza kiedy jest mlody bardzo latwo manipulowac stosujac poczucie winy i wykorzystujac wrazliwosc. (I jego matka robi to bez skrupulow). A jednak, kiedy Lucy w swojej bezgranicznej glupocie wyjawia pani Ferrars prawde o swoich zareczynach Edward staje przy niej rezygnujac ze wszystkiego i narazajac sie na wyklecie. To co musisz myslec o panu Darcym, ktory jest od Edwarda sporo starszy, o wiele bardziej odporny na opinie ludzka i bezwzgledny w dazeniu do tego czego chce, OD DAWNA NIEZALEZNY FINANSOWO I EMOCJONALNIE OD RODZINY - i nadal obwinia rodzicow za to ze go zle wychowali, bo mu poblazali, i to jest jego zrodlo problemow ze soba i swoim charakterem teraz. (On naprawde tak sie Liz tlumaczy).

    Bardzo lubie Rozwazna i romantyczna, bo w pewnym sensie kolejne lektury pokazuja mi jak bardzo sie zmieniam. Na poczatku podziwialam Eleonore. Teraz tylko i wylacznie mnie drazni, wydaje sie postacia z teza, takim prototypem Fanny Price, nawet narratorka uprawia MORALY i mowi nam drukowanymi literami, ze mamy Eleonore podziwiac. A Marianna, ktora przy pierwszej lekturze nieznosnie mnie wkurzala teraz wydaje mi sie tak autentyczna, tak pelna zycia i tak bardzo jest uchwyceniem pewnego typu nastolatki ze to az wzruszajace. To te dziewczyny, ktore uwazaja, ze milosc jest tylko dla mlodych, co te stare, dwudziestosiedmioletnie babcie moga o tym wiedziec. Nastepuje przemiana, czy dojrzewanie i rzeczywiscie, to nie jest jakis spojny plan, bo Marianna wymknela sie narratorce. Przy calej ilosci zgorszonych komentarzy jakich ta narratorka jej nie szczedzi - Marianna pozostaje tym kim jest a nie tym kim powinna byc. I oczywiscie - jak to Marianna - postanawia, ze zmieni sie hurtem od poniedzialku. Ten typ tak ma. Zawsze bylam bardzo ciekawa, na jaka kobiete wyrosla. Eleonora zupelnie mnie nie wzrusza, tak, tak dostala swoj happy end, niech sobie zyje dlugo i szczesliwie, zawsze taka sama i plawi sie w samozadowoleniu. (Bo dla samej Eleonory to JEST happy end). Opowiedzcie mi raczej jak zmieniala sie Marianna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno obejrzę adaptację (na razie mam już przygotowaną i oczekującą na obejrzenie tę z 1981).

      Nie, nie, nie chodziło mi o uzależnienie od woli matki. Chodziło mi o argumentację "nic nie mogę zrobić, bo matka mnie wtrąca w bezczynność". Bo musi siedzieć w domu. Jakby, wydaje mi się, ta bezczynność rozciąga się tu na wszystkie sfery życia, nie tylko na tę podstawową zawodową, o której chce mówić Edward. W pewnym momencie zdziwiło mnie, jak bardzo jako jedyne źródło swoich problemów Edward spostrzega właśnie rodzinę. Co prawda napomyka o tym, że zaręczyny z Lucy to kwestia jego młodego wieku i zadurzenia, bo nie znał zbyt wielu innych dziewcząt, ale i tak powtarza, że roczny pobyt w domu między powrotem od Pratta a Oxfordem to było jego największe nieszczęście przez matkę. I ten argument "z matki" ma wystarczyć, zdaje się, za wszystko inne.

      Prawda? Jest w Eleonorze coś, co nie pozwala się z tą bohaterką do końca pogodzić. Powiedziałabym, że to ta kwestia "cierpienia w milczeniu, które uszlachetnia", z drugiej strony jednak -- nóż się w kieszeni otwiera, kiedy Eleonora znosi wszystkie zniewagi, bo jedynie to znoszenie daje jej przewagę, jako że zachowuje się zgodnie z kanonami społecznymi. W tym ją, szczerze mówiąc, podziwiam bardziej niż Mariannę. Która jest napisana konsekwentnie (bo wydaje mi się, że jak najbardziej chodzi o ten kontrast zachowania i narracji w tym przypadku), co nie znaczy, że budzi moje bardzo ciepłe uczucia, kiedy łka za Willoughbym, z całą świadomością zresztą tego, jak to wygląda i do czego może prowadzić. Zastanawiam sie zresztą, czemu nie zmieniła mokrych butów -- przede wszystkim to niewygodne, chodzić w takich ;). Z drugiej strony -- Marianna jest w swoim zachowaniu bardzo współczesna, co jest szalenie ciekawe, bo zazwyczaj nie wierzymy w takie bohaterki, kiedy się je pisze dzisiaj rzutowane na wtedy, a tu proszę, protoplastka :).

      Usuń
    2. Hannah, czy aby na pewno to było "przed panem Tilneyem"? "Opactwo..." było pierwszą powieścią, którą Austen przygotowała do druku, choć ukazało się dopiero po jej śmierci. Wiem, że "Rozważna..." i "Duma..." były przeróbkami jej młodzieńczych utworów, więc być może zarysy postaci powstały rzeczywiście wcześniej, ale ostateczny kształt nadała im po skończeniu pracy nad "Opactwem...". To oczywiście jest kwestia drugorzędna, bo naszej oceny bohaterów przecież nie zmienia fakt, że byli dla autora materiałem do ćwiczeń. Ja wiem, że Edward Ferrars ma wiele zalet, dobre serce i wrażliwość. Ale nic nie poradzę, dla mnie zawsze pozostanie sympatycznym safandułą. Tak, wiem, że w końcu potrafił się przeciwstawić matce, ale to jakoś nie zmienia ogólnego wrażenia - a przeciwnie, raczej je pogłębia.

      Usuń
    3. Ja chciałam a propos drugiej części Twojego komentarza, @Tarnino: odniosłam takie wrażenie, że on się nawet nie tyle przeciwstawia, co zostaje postawiony przed faktem dokonanym? To znaczy: jeśli chce wyjść z twarzą, musi się matce postawić, ale gdyby nie zbiegi okoliczności mogłoby być różnie. I w tym sensie to Edward jest właśnie taki, jak to niżej napisała @ann-wlkp: tu pojedzie, to zrobi, tam się przesunie, ale to nie "on", ale "nim".

      Usuń
    4. Pyzo, no właśnie coś takiego miałam na myśli. On się tylko dostosowuje do okoliczności, starając się co prawda w tych okolicznościach postąpić właściwie, ale wydaje się pozbawiony całkowicie mocy sprawczej. Więc Eleonora za swoje szczęście powinna podziękować Lucy.

      Usuń
    5. A propos bohaterów, co "nimi", a nie "oni sami" - ciekawa rzecz, że Bingleya nie odbieram tak, jak Edwarda. A chyba niesłusznie. Bo przecież Karolka też siostra z przyjacielem przestawiają sobie po szachownicy z lewa w prawa. I Bingley nie ma nawet wytłumaczenia w postaci zależności finansowo-emocjonalnej - bo ani siostra, ani przyjaciel to nie to samo co matka.
      Swoja drogą, właściwie lubię taki schemat - z biernym bohaterem i ogarnięta bohaterką - ale to mi się sprawdza w zupełnie innych formach, niż powieść obyczajowa.

      Usuń
    6. A ciekawa rzecz rzeczywiście, bo ja chciałam właśnie Pyzie napisać, że Edward nie jest Darcym "Rozważnej...", za to Bingley jest Ferarsem "Dumy i uprzedzenia", jeśli już koniecznie musimy przykrawać wszystkie powieści do jednego schematu ;)

      Usuń
    7. No właśnie nie wiem, przez chwilę się zastanawiałam, ale nie wiem, czy Bingley to Ferrars "Dumy...". Bo podobieństwo między nimi leży właśnie nie w pełnionej funkcji w fabule (a przynajmniej tak mi się wydaje), ale w tym, że są opisani podobnie skrótowo: chociażby to, że rzadko widzimy ich samych w akcji. Stąd może inaczej się widzi Bingleya? A może i to, że jednak nie na nim koncentrują się uczucia głównej bohaterki? Tak głośno myślę, w poszukiwaniu dobrej hipotezy :).

      Usuń
    8. Ale naprawde opcje Edwarda sa ograniczone a matka utrudnia mu jak moze podjecie jakiejkolwiek pracy, bo to nie uchodzi. Edward jest najstarszym synem, ma przejac tytul i posiadlosc i plawic sie generalnie w bezczynnosci przedtem (chyba ze mialby robic cos prestizowego). A juz na pewno nie zostanie duchownym, ta sciezka kariery otwarta jest wylacznie dla mlodszych synow, ktorzy nie odziedzicza tytulu i posiadlosci wiec i bezczynnosc nie dla nich. (Tak ze zarowno obyczaj jak i matka sa przeciwko niemu i to jest dla Edwarda szalenie trudne. Wydaje mi sie to prawdopodobne - ze czlowiek taki jak Edward bedzie mial trudnosci z przeprowadzeniem swojej woli wbrew woli innych ktorym moca prawa zwyczajowego nalezy sie jego szacunek. On nie lubi konfliktu i konfrontacji, bedzie ich unikal. Tak wlasnie mozna wykorzystac jego ugodowosc i mozna manipulowac poczuciem winy jak pisalam wczesniej. Dlatego Lucy de facto wyswiadczyla jemu i Eleonorze przysluge zmuszajac Edwarda do wyjscia ze skorupy. Bo Edward jest bardzo prawy i kiedy to naduzycie i manipulacja maja go zmusic do skrzywdzenia kogos - Edward sie postawi, na przekor wszystkiemu i wszystkim. (Tu sie rozni od na przyklad Franka Churchilla z Emmy). Ma kregoslup. Nie przepadam za nim specjalnie, jest dosc nijaki ale przyznac trzeba ze ma serce we wlasciwym miejscu a honor nie jest dla niego po prostu inna nazwa na proznosc.

      Emma Thompson tez to zauwazyla o Mariannie - She's such a modern character. Koniecznie obejrzyj adaptacje! Ona humanizuje Eleonore, pokazuje, ze - przy calej swojej dumie i zachowywaniu spokoju na zewnatrz Eleonora cierpi i wiele rzeczy sprawia jej bol. A Marianna jest tam znacznie bardziej nieznosna niz w ksiazce. I widac jej przemiane naprawde. Kiedy sobie pomysle ze Kate Winslet miala siedemnascie bodaj lat kiedy to grala to jestem pelna podziwu. A potem zajrzyj na youtube, gdzie Emma Thompson dziekuje za Golden Globe w stylu Austen. Osobiscie musze sprawdzic ten serial BBC. DAN STEVENS! On mnie nawet do Edwarda moze przekonac:)

      Usuń
    9. @ Tarnina: Jesli wierzyc angielskiej Wikipedii Sense and sensibility bylo pierwsze. Zarowno jesli chodzi o czas rozpoczecia pracy nad manuskryptem, jak i ostateczna redakcje/publikacje. Owszem, Austen planowala wydac Northanger wczesniej, ale nic z tego nie wyszlo, a ostateczne rewizje, poprawki i redakcja "Opactwa..." nastapily juz dlugo PO publikacji Rozwaznej i romantycznej.
      Ja tam Edwardowi nigdy zalet nie odmawialam :) Pisze o tym wyzej.

      Usuń
    10. Hannah, to prawda, że pracę nad "Rozważną..." Austen zaczęła wcześniej (o czym pisałam wcześniej), ale to "Opactwo Northanger" było jej pierwszą ukończoną powieścią. Manuskrypt sprzedała wydawcy w r. 1803 za bodajże 10 funtów, ten jednak go nie wydał. Dopiero osiem lat później wydała "Rozważną...". W czasie, kiedy Jane Austen nadawała ostateczny kształt Edwardowi Ferrarsowi, Henry Tilney czekał sobie spokojnie w szufladzie wydawcy. Potem Austen udało się odkupić manuskrypt i dokonała w nim pewnych zmian i poprawek, a publikacja nastąpiła już po jej śmierci. No i moje pytanie dotyczyło właśnie tego, jak dalece sięgały te poprawki, bo tego nie wiem. Wątpię jednak, żeby zaczęła wtedy wymyślać Henry'ego na nowo. Więc nie przekonałaś mnie, że to na Edwardzie Jane uczyła się, jak się pisze męskie postaci :)

      Usuń
    11. Nie wiemy jak dalekie byly zmiany jakie wprowadzila (wiemy ze tytul zmieniala trzykrotnie...) - ale trudno mi uwierzyc zeby postacie pozostaly niezmienione, ze nie nadala im szlifu. A wlasnie szlifu (pisarskiego) Edwardowi brakuje. Kiedy Malgorzata Musierowicz wznawiala Malomownego i rodzine praktycznie napisala inna ksiazke, bo po tylu latach tyle sie nauczyla, ze nie potrafila nie skorzystac z okazji naprawienia bledow mlodosci. (PRzepraszala fanow starszej wersji, proszac o wyrozumialosc, ze NIC nie zostalo z tej dawnej ksiazki). Oczywiscie nie wiemy jak daleko idace byly poprawki w Northanger (musialabym chyba wypozyczyc oksfordzka wersje zeby to sprawdzic...) - ale ja jestem sklonna zalozyc ze mogly byc bardzo daleko idace, lacznie z totalnym przepisaniem bohaterow.

      Usuń
  4. A propos pani Jennigs - podobało mi się, że, jak piszecie powyżej, ona "się wymknęła". I że - podobnie jak pan Palmer - pokazała ludzkie oblicze (ludzkie oblicze pani Bennet jest, jak dla mnie, bardziej po stronie czytelnika, niż autorki).

    Natomiast co do tego "kto kończy z kim" - naprawdę nie widzę związku Marianny z Brandonem. Nawet nie, że związku małżeńskiego; po prostu nijakiego związku, ani przyczynowo-skutkowego, ani towarzyskiego, ani nawet frazeologicznego :) A powód jest jeden - nie mają ni jednego wspólnego dialogu, żadnej interakcji opisanej bezpośrednio. I - jak Hannah pisze powyżej - skoro Marianna postanawia zmienić się hurtem od poniedziałku, to mam wrażenie, że tak samo wychodzi za mąż - żeby wszyscy, których kocha i ceni, mieli swój happy end.
    Poza tym, jednakowoż, Brandon faktycznie jest nie za bardzo. O ile innych bohaterów widzę jako ludzi, którzy coś robią poza sceną (nawet jeśli tylko - jak Frank - jeżdżą do Londynu po pianina), o tyle Brandon niby jest tym pułkownikiem i właścicielem ziemskim, ale ja tego kompletnie nie czuję. Jakby Brandon istniał tylko po to, by rozmawiać z Eleonorą o tym, że Marianna wygląda dziś na nieszczęśliwą. Aż czasem żałuję, że jednak John Dashwood nie miał racji i Brandon nie machnął się z Eleonorą - byłaby to opowieść o ludziach, co przeżyli wielkie miłości i weszli w nowy związek z sympatii i poczucia, że coś trzeba z tym życiem dalej zrobić, po czym odkryliby, że chrzanić wielkie porywy i dramatyczne tragedie - prawdziwa miłość znajduje się między śniadaniem a herbatą. :) (tylko kto to by napisał, ja się pytam. Literatura cierpi na poważny niedobór takich fabuł, a szkoda wielka...)

    Kolejny problem dla mnie - to Małgorzata. A raczej jej brak. Małgorzatę można by skreślić i nikt by się nie zorientował; podejrzewam, że nawet sami bohaterowie. W innych książkach nadprogramowe siostry dostały jednak swoje trzy grosze do wtrącenia (Mary i Kitty w "DiU"; Susan i Betsy w "MP").

    No i Edward - jakoś często porównuje się go z Edmundem z "MP". Otóż Edmund jest nabombany, jest buraczany, jest niekonsekwentny - ale, na Boga, przynajmniej coś robi. A Edward to tak się snuje po świecie: tu się zaręczy, tam się zakocha, tam mu prebenda spadnie z nieba... Do marynarki jest za stary i temperamentu mu brakuje, do rozbijania się powozem nie ma inklinacji, może by tak pastorem zostać... a może nie... może lepiej pojadę siostrę odwiedzić.

    No i jak dobrnęłam do końca to wychodzi mi jeszcze jeden problem - wbrew wszystkiemu zawsze odczuwałam sympatię od Lucy. Ot, taka wulgarna panienka, ale swoje wywalczy w świecie. I czy Lucy Steele nie wraca już w nieco starszej i rozsądniejszej wersji jako pani Clay w "Perswazjach"?

    A narzekanie na rodziców, że źle wychowali to u Austen norma. Sir Thomas nie zadbał, że jego córki odróżniały konwenanse od zasad moralnych, pan Bennet nie utemperował Lydii i Kitty, pani Dashwood nie dała Edwardowi rozwinąć skrzydeł, Franek zasłaniał się przybraną matką i jej kaprysami, a pan Woodhouse pozwolił wierzyć Emmie, że jest najbystrzejszą osobą na w rodzinie, a i na na świecie zapewne. Na szczęście, jedna Katarzyna nie wzdycha "Ach, rodzice moi, czemuś z mnie nie kształcili?" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, zapomniałam napisać: bardzo mi się podobała postać pana Palmera i kiedy był mrukiem (jego komentarze robiły całe sceny!), i kiedy doznał odmiany w skutek wejścia w posiadanie potomstwa ;).

      Też miałam nadzieję na podobne rozwiązanie, bo to, że Marianna jednak kończy z Brandonem, to coś jak "epilog po latach", żeby pokazać, że jednak postaci miały takie swoiste "happy endy" (w tym przypadku, jak słusznie zauważasz, raczej dla otoczenia, niż dla siebie). W takiej optyce Marianna staje się bardziej nagrodą dla Brandona za jego cierpienia (jest nawet podobna do pierwszej ukochanej i to podobieństwo go przyciąga -- ciekawe, czy jest takiś ciąg dalszy "Rozważnej...", tak jak rozliczne ciągi dalsze "Dumy...", gdzie ten wątek ktoś podejmuje? Bo podobnie jak @Hannah, chciałabym bardzo zobaczyć dalszy ciąg życia Marianny i te wątki powyciągane na wierzch).

      Edward i Magłgorzta może cierpią na podobną przypadłość (choć może nie do końca): kompozycyjną. W sensie ich role w fabule nie są do końca zakomponowane w taki sposób, żeby coś robili zgodnie z charakterem (lub żeby w ogóle mieli charakter). Powiem szczerze, że o Magłorzacie zdarzało mi się przy czytaniu zapominać i myślałam sobie, że pani Dashwood siedzi sama w domu, gdy córki w Londynie, aż tu nagle mnie oświecało, że tam jest jeszcze ta jedna córka przecież!

      O, racja, jeszcze "Perswazje" przede mną. Tu akurat widziałam ekranizację i dużo sobie po książce obiecuję :).

      Usuń
    2. Ja akurat potrafie sobie wyobrazic Marianne z Brandonem, zwlaszcza po adaptacji z Alanem i Kate :) Mysle, ze wspolczesnie nie doceniamy ze Marianna otarla sie o smierc, jak najbardziej doslownie. To byl szok dla niej. I jeszcze oczywiscie ta cala afera z Willoughbym uswiadomila jej, jak bardzo sie mylila, jak bardzo byla powierzchowna. To jest dorastanie szokowe. I ona rzeczywiscie widzi wszystko i wszystkich w zupelnie innym swietle. W ksiazce jest po prostu powiedziane, ze po raz pierwszy zdala sobie sprawe ze pulkownik jest w niej zakochany po raz pierwszy zadala sobie trud zrozumienia punktu widzenia zupelnie odmiennego niz wlasny. W filmie jest ta prosta i chwytajaca za serce scena, kiedy Brandon przywozi pania Dashwood do Marianny - nikt o tym nie mowi, ale wszyscy zakladaja, ze przywozi ja po to, aby mogla pozegnac corke. Marianna jest w ekstazie widzac matke, pulkownik chce sie wycofac bez slowa i to wlasnie Marianna go zatrzymuje, i mowi tylko "Dziekuje". Od razu widac ze to Marianna - taka sama ale zupelnie inna. Kiedys uznalaby za oczywiste, ze jakis emerytowany wojskowy zadaje sobie tyle trudu bo ona chcialaby czegos. Przeciez ona jest mloda i romantyczna a zycie pulkownika juz sie de facto skonczylo, teraz to juz tylko wegetacja. Ta nowa Marianna zauwaza inne rzeczy. I ta nowa Marianna moglaby sie w pulkowniku zakochac.(Zwlaszcza jesli czytal jej romantyczne wiersze glosem Alana Rickmana ;)

      Usuń
    3. PS I jestem w szoku. Gdybym miala wybierac miedzy Edmundem a Edwardem nie mialabym ani chwili watpliwosci. To Edmund wlasnie NIC nie robi. Pozwala, aby rzeczy sie dzialy dookola niego (jak ten nieszczesny teatr), bez zadnych skrupulow wyrzeka sie kobiety ktora rzekomo kochal, bo jej brat okazal sie zamieszany w skandal, a caly czas jest dyskretnie przekonany o swojej moralnej wyzszosci. Edward przynajmniej ma na tyle samowiedzy, zeby przyjac odpowiedzialnosc i poniesc konsekwencje swoich czynow, rozpoznaje swoj w nich udzial. Edmund nie. Wszyscy sa winni, tylko nie on (no i nie Fanny...)

      Usuń
  5. O, właśnie - taka nagroda dla Brandona. I wszyscy zacierają ręce, że ten szlachetny człowiek wreszcie dostał do losu, co mu się słusznie należało. Podali mu tę Mariannę na srebrnej tacy.

    Joan Aiken spłodziła kiedyś "Córkę Elizy", rzecz o dziecięciu, co je Willoughby spłodził z wychowanicą Brandona. W sumie nie polecam, ale Marianna pojawia się tam już po zgonie Brandona, jako kobieta bez celu w życiu, którą w dodatku mąż włóczył po frontach całej Europy, żeby nie przebywała zbyt blisko byłego ukochanego. Poza tym gros sequeli, które idą albo ścieżką "a" (Brandon okazuje się przemocowcem/podolcem/Bóg-wei-czym i Marianna zmywa się z Willoughbym, niemalże z okrzykiem "La liberte, la liberte", głosząc chwałę miłości, wolności i wolnej miłości); albo ścieżką "b" (Marianna po chwilowych zaćmieniach/intrygach/podejrzanych spotkaniach Willoughby'ego, który wpadł przypadkiem z tragarzami itd. - pada w ramiona męża, zakochana w nim do grobowej deski, a w tle zachodzi słońce i kwilą makolągwy).

    A którą ekranizację "Perswazji"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, żadna z tych wersji nie wygląda na spełniającą oczekiwania ;). Ale jeszcze poszukam, bo może a nuż się coś trafi w odmętach sieci, ale jeśli chodzi o ciągi dalsze, chyba "Duma..." bardziej zaognia wyobraźnię. Ciekawa jestem bardzo "Rozważnej...", która wyszła w The Austen Project (bo chyba już wyszła), przy czym to ma zdaje się być przede wszystkim retelling.

      Tę z 2007, jestem niemal pewna, bo pamiętam Sally Hawkins biegnącą po tej jednej ulicy, przy której zawsze wszyscy mieszkają ;).

      Usuń
    2. Jakbyś coś znalazła, to bym się chętnie dołączyła. Fanfiction do Austen kwitnie i owocuje; i to na papierze, i to w necie (choć przykład Pameli Aidan pokazuje, że granica jest płynna - niby piszesz bloga czy innego fika, a tu naraz dzieło w druku), ale owoce najczęściej mało strawne. Choć kiedyś dokopałam się, że istnieje retelling "Perswazji" w postaci listów między Williamem Elliotem a panią Clay, bardzo chciałbym kiedyś to dorwać.

      Wszyscy mieszkają przy jednej ulicy i jakby się człowiek doszukał, to pewnie noszą trzy kiece i dwa spencerki na krzyż. Zero rozrzutności a la Hollywood. :)
      Przyznam, że chyba wolałam tę starszą, z Hindsem i Root. Zakończenie było bardziej po mojej myśli, niż w tej z 2007.

      Usuń
    3. Będę szukała, na pewno jak coś znajdę, to dam znać.

      O, mam chyba właśnie tę ekranizację w pożyczonej kolekcji starszych ekranizacji próz Austen :). Więc zapewne coś o niej napiszę, z ciekawością obejrzę.

      Usuń
  6. Przepraszam za spam, ale właśnie mi się przypomniało :). Jeśli chodzi o pułkownika Brandona, to ważny jest też, moim zdaniem, fakt, że nie poznajemy całej historii. Austen napisała, ile mogła, ale musiała wiele rzeczy przemilczeć, bo w tamtych czasach się o tym nie mówiło i nie pisało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że właśnie załapałam się na tym: myślałam, że Willoughby dziewczynę uwiódł i kiedy się okazało, że musiała gdzieś zostać umieszczona na czas połogu, byłam zdumiona. Ale tak, oczywiście masz rację, że znamy historię z delikatnych, bądź co bądź, omówień. Przy czym to nadal nie wyjaśnia tego, że pułkownik jest dość bezradny niekiedy.

      Usuń
    2. Ja go zawsze odbierałam jako postać, która miała bardzo niewiele do czynienia z kobietami i że on chce dobrze, ale nie wie jak ma działać. Dla tej swojej pierwszej ukochanej i tak zrobił więcej niż mu przyzwoitość nakazywała. Z drugiej strony to oznacza, że akceptuje więcej niż przeciętny mężczyzna na jego pozycji, bo nie do końca działa według zasad społecznych. Ale ja tę postać bardzo lubię, więc mogę mu dopisywać pozytywne cechy.

      Usuń
    3. Bardzo mi się ta wizja ten postaci podoba. To zresztą jest ciekawe, że losy Brandona są z góry zdefiniowane przez to bardziej, czego nie zrobił (nie uciekł z ukochaną) niż to, co zrobił (zapewnienie jej bytu na ostatnie lata, zajęcie się jej córką -- bo to w optyce społecznej nie było wcale takie godne pochwały). Przy czym on akceptuje więcej, ale jednak nie wychodząc poza najszersze ramy (zrozumiałe w epoce, chociaż smutne mimo wszystko). Tak się zastanawiam, bo ostatecznie szuka tej dawnej ukochanej nie po to, żeby sobie z nią ewentualnie ułożyć życie.

      Usuń