Co robili bohaterowie książek albo idee, które zawsze chciałam wypróbować


Czy mieliście kiedyś przy czytaniu taki moment, w którym najchętniej rzucilibyście wszystko i pobiegli realizować to, co właśnie przed chwilą zrobili bohaterowie? Nie tylko dlatego, żeby wypróbować, czy to możliwe, ale też dlatego, że wydawało się Wam to takie fascynujące – a równocześnie jakoś w zasięgu Waszych możliwości? Dzisiaj kilka typów takich zachowań, które wypróbowałam albo przynajmniej wypróbować chciałam. Nic ekstrawaganckiego i zastanawiająco dużo kulinariów. Hm.

Wino porzeczkowe: strasznie byłam zafascynowana tym, jakie musiało być to słynne wino porzeczkowe Maryli, skoro było takie wspaniałe, że wszyscy je chwalili, i tak słodkie, że dało się pomylić z sokiem. Swego czasu siostra mojego Domownika weszła w posiadanie książki kucharskiej z przepisami z notatek Lucy Maud Montgomery i wyczaiłyśmy w niej przepis na to właśnie wino (tak, tak, nie tylko mnie ono zafascynowało). Wino przygotowuje się dość długo, porzeczek za dużo nie miałyśmy, ale zostało zrobione, odstawione i... czeka. W sensie: jest już gotowe, ale każda z nas ma po jednej butelce, w związku z czym czeka ono na jakąś dobrą (literacką?) okazję.

Poziomki na słomkach: jedyny słuszny sposób zbierania poziomek dawno, dawno temu już przejęłam z, a jakże, „Dzieci z Bullerbyn”. To tam właśnie zostaje polecona ta metoda: zamiast zbierać w garść, w której poziomki dość łatwo mogą zmienić swój stan skupienia ze stałego w płynny, nabija się je na smukłą trawę albo kawałek słomki. Potem nie dość, że wygodniej się to niesie ze sobą, to jeszcze dostarcza masę radości przy jedzeniu: bo zamiast jednej poziomki mamy od razu kilkanaście, no i można się poczuć jak bohater „Dzieci z Bullerbyn”. Przy czym ta metoda od razu kojarzy mi się ze słońcem, latem i pięknymi miejscami, gdzie w okolicy mego domu rodzinnego rosną poziomki.


 I tak właściwie niech nam te poziomki towarzyszą na rycinach, a co.


Zupa cebulowa: nie wiem, czy pamiętacie, ale w „Wiecznym ogniu” Sapkowskiego jest taka scena, w której Geralt i Jaskier wchodzą do karczmy, gdzie siedzi niziołek Biberveldt i zajada się zupą cebulową. Zupa jest gęsta, smaczna, dużo w niej pysznej, gotowanej cebuli i Jaskrowi ślinka cieknie. No więc mi też zawsze ciekła, aż w końcu w tym roku podczas szybkiej powtórki opowiadania pomyślałam „basta!” i ruszyłam do kuchni, żeby taką zupę zrobić. I wiecie co? Dobra była! Potem ze spokojem ducha mogłam powrócić do lektury, przy okazji lepiej wczuwając się, oczywiście, w realia świata przedstawionego.

Czytanie science fiction: w sumie chyba powinno się to nazwać „czytaniem więcej klasycznej science fiction”. To zostało mi po „Wśród obcych” Jo Walton, książce, która mnie summa summarum rozczarowała, ale zostawiła z długą listą książek, których nie czytałam, bo bohaterka zajmuje się głównie pożeraniem kolejnych pozycji z szeroko rozumianej klasyki amerykańskiej science fiction. Głównie Heinleina, z którym jakoś nie miałam nigdy okazji się zapoznać, ale to, że bohaterka chodzi do małej bilioteki i stara się wyczytywać, co mają (plus ma cudowną możliwość korzystania z wypożyczania międzybibliotecznego) sprawiło, że zapisałam sobie nawet osobny plik z lekturami z „Wśród obcych” właśnie. Po zakończeniu jakoś tak urok osłabł, ale lista została, na zaś. 




Kawa z kożuszkiem: wspominałam Wam kiedyś, że bardzo lubię książki Henryka Worcella? To ten sam, który okazał się skandalistą wydając „Zaklęte rewiry”, za które oskarżano go jako zdrajcę tajemnic kelnerskich i ujawnianie zaplecza ludziom nie z branży, którzy tego zaplecza znać nie powinni. „Zaklęte rewiry” to coś między ciągiem luźno ze sobą powiązanych epizodów a powieścią, w której zostajemy wpuszczeni do życia pracowników dużego hotelu z restauracją. I wiecie co, o ile te wszystkie kieliszki jarzębiaku czy wymyślne dania nie robiły na mnie wielkiego wrażenia, o tyle zamawiana tam i pita na potęgę „kawa z kożuszkiem” fascynowała mnie dość długo. I to nawet jako osobę kawy nie pijącą. W końcu spróbowałam zrobić taki kożuszek ze śmietany, co chyba jakoś trafia w gust epoki, i nie powiem, nie jest to złe, ale ciężkie, że ho, ho. A kawa musi być, oczywiście, z kawiarki.

Zamieszkać w leśniczówce: nie jestem pewna, czy przypadkiem to nie bohaterowie „Wakacji z duchami” nie przybywają na lato do leśniczówki (och, ta książka domaga się powtórki!), ale na pewno Tosia z „Dziewczyny i chłopaka” Ożogowskiej tak spędza wakacje. I powiem Wam, że zawsze było w leśniczówce coś takiego magicznego dla mnie – jako człowiek wychowany i mieszkający wiele lat na wsi miałam co prawda okazję w różnych leśniczówkach bywać, ale to nigdy nie było coś takiego, jak u Ożogowskiej – nie tylko dlatego, że nie miałam okazji podszywać się pod własnego brata, ale też i dlatego, że trudno jest spędzić lato w leśniczówce, kiedy się nie ma zaproszenia, chlip.




Spać na drzewie: to jedna z tych rzeczy, których próbowałam i wcale nie były takie rozkoszne, ale może to też kwestia tego, że nigdzie w pobliżu nie osiadł na mieliźnie żaden teatr. Piję tu rzecz jasna do „Lata Muminków”, bo w ogóle Muminkowa saga jest cudowną studnią pomysłów „ach, chciałabym tak!”, częściowo jak najbardziej realizowalnych, ale z różnym skutkiem. Samo spanie na drzewie, niezależnie jak wygodnie wyglądało dane drzewo i jak bym się na nim nie umościła, zwykle wcale nie okazywało się dostarczać takich przyjemności, jak obiecywała Jansson. Ale może po prostu jestem za bardzo wygodnicka, kto wie, i daleki jest mi duch surowej Skandynawii.

Tak zdałam sobie właśnie sprawę, że ta lista mogłaby być nieco dłuższa (i znacząco więcej byłoby na niej „Dzieci z Bullerbyn” i rozmaitych wcieleń Ani Shirley), ale może zrobię z tego osobną notkę pod nieco innym kątem. A Wy zainspirowani książką zrobiliście coś w tym stylu albo macie w planach?

Weź dokładkę!

20 komentarze

  1. Zawsze chciałam spróbować lembasów, ale niestety w naszym świecie możliwe do realizacji są chyba tylko marne ich namiastki.
    Z Muminków to zazdrościłam Małej Mi, że mogła spać w koszyku z kłębkami włóczki. Moje dorosłe gabaryty niestety to wykluczają :( Chyba, że zaopatrzę się w baaardzo duży koszyk i dużą ilość włóczki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami dobrze by było mieć takie lembasy, ale rozumiałam też zniechęcenie niektórych członków drużyny, że nic, tylko suchary trzeba jeść i szczerze mówiąc za jedną z ciekawszych scen we "Władcy..." uważam tę z potrawką :). A co do wełny -- bałabym się jeszcze, że trzeba by zdobyć taką niegryzącą, bo inaczej cała przyjemność na nic ;).

      Usuń
  2. Powiem Ci szczerze, że nie przypominam sobie teraz, bym przeczytała o czymś, co konkretnie chciałabym wypróbować. Nie mówię, że czegoś takiego nie było - po prostu pamięć już nie ta ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie widzisz, zwykle jak szukam przykładów, bo mam na przykład trzy od ręki, a chciałabym więcej, to albo przepatruję półki albo ocenione przeze mnie kiedyś książki, bo wiem, że je przeczytałam i a nuż coś mi przyjdzie do głowy :).

      Usuń
    2. Bo tak ogólnie to domyślam się, że przepisy z książki kucharskiej "Uczta lodu i ognia" się nie liczą? ;)

      Usuń
    3. Dobre pytanie -- właściwie to ona jest po to, żeby robić z niej przepisy, chyba, bo to zależy od podejścia :D.

      Usuń
  3. Ooo. To wino porzeczkowe to i u mnie pozostało w głowie na zawsze! Dzieci z Bullerbyn zainspirowały mnie i moją przyjaciółkę z klatki obok, do przesyłania wiadomości w pudełku na sznurku. Skonstruowanie systemu zajęło nam ze trzy dni, ona mieszkała na 3, ja na drugim piętrze, nie tak łatwo było ten sznurek przerzucić. A potem, ktoś z sąsiadów nam sznurek przeciął... i tyle było przesyłania tajnych wiadomości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że jak spytałam mojego Domownika, to on też zakrzyknął: "jak to, nie chciałaś mieć takiego połączenia do wysyłania wiadomości przez sznurek?!". No, ja właśnie może nie tyle nie chciałam, co nie bardzo było jak to zrobić -- ale teraz widzę, że jednak po prostu byliśmy z koleżankami i kolegami za mało kreatywnie. Straszna szkoda, że Wam sznurek przecięto, ale mam nadzieję, że zanim to nastąpiło wysłałyście sobie sporo fajnych liścików :)!

      Usuń
  4. Jako że mój tata namiętnie robi wina (porzeczkowe też): nie czekaj. Domowe wino owocowe nadaje się do picia dość krótko, ze dwa lata, może trzy, jak masz szczęście. Potem zaczyna tracić smak i kolor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie! To teraz mnie przeraziłaś (muszę swoją drogą sprawdzić, jak to jest z tą trwałością wina w "Ani..."). Trzeba szybko się zakrzątnąć wokół jakiejś dobrej książkowej okazji w takim razie!

      Usuń
  5. Liściki na sznurku, też przesyłałam zainspirowana "Dziećmi...". Tylko, że miałam do dyspozycji okno łazienkowe i nie było to zbyt wygodne. Teraz czasami patrząc na nową zabudowę myślę sobie, że ustawienie bloków okno-w-okno idealnie sprzyja takim pomysłom.
    Natomiast coś, co zawsze chciałam zrobić, ale nie zrobiłam, to wypróbowanie, jak to jest z tą żarówką. Jest w Jeżycjadzie taka scenka z żarówką, która rozbawiła mnie do łez i jedyne, co mnie powstrzymuje przed sprawdzeniem, to to, że tam wszyscy kończyli w szpitalu, że o innych niebezpieczeństwach z tym związanych nie wspomnę :P
    Zawsze za to chciałam mieć Księgę Jimmy`ego, jak Emilka ze Srebrnego Nowiu. Nawet udało mi się coś podobnego stworzyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie liściki na sznurku cieszyły się dużym powodzeniem. Faktycznie układ okno-okno jest tutaj wygodniejszy, ale jak widać po komentarzach dawało się i inaczej radę (naprawdę aż żal, że nigdy nie wpadłam na to, że można wykorzystać ten klasyczny układ okien ;)). A historię z żarówką bardziej niż z Jeżycjady kojarzę z takiego dowcipu, który kiedyś krążył -- niezależnie jednak od źródła, pomysł mnie nigdy nie kusił, zwłaszcza że rozwiązanie problemu jest raczej mało przyjemne ;).

      Usuń
  6. Nie zasnęłabym na drzewie, bo przez cały czas bałabym się, że spadnę, bo ponoć strasznie się wiercę w nocy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przynajmniej nie odpłynąłby Ci sprzed nosa teatr ;).

      Usuń
  7. Ja po przeczytaniu 'Sagi o Ludziach Lodu' zapragnęłam poszukać mandragory.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Saga..." w ogóle była kopalnią tego rodzaju pomysłów. Był tam też ten wątek z kamieniem: że przynosiło się kamyczek ze starożytnego cmentarza wikińskiego i duch jakiegoś biednego wikinga rozbijał się takiemu komuś po domu ;).

      Usuń
  8. Ja też się zastanawiałam nad winem porzeczkowym u Ani, zwłaszcza zdumiewał mnie fakt, że żadna z nich nie poczuła różnicy w zapachu. Kiedy miałam te dziesięć dwanaście lat właśnie zapach wina w kieliszkach dorosłych napełniał mnie zdumieniem, że ktoś to w ogóle chce pić.
    Natomiast już jako osoba dorosła skosztowałam w Hiszpanii właśnie takiego wina w zasadzie domowego (to była restauracja, która miała własne, praktycznie domowe nalewki i wina) i się zachwyciłam. Rzeczywiście piło się to jak superpyszny sok owocowy z nutką niespodzianki, każdy łyk był ciekawy, a alkohol zupełnie niewyczuwalny*. A wszyscy wiemy, że Maryla słynęła ze swego wina i nawet pastor robił wyjątek w swojej wstrzemięźliwości o ile pamiętam. Od tego czasu wierzę całkowicie. Napisz później jak tam wasze doświadczenia. Bo wiesz, że wino nie powinno stać zbyt długo, prawda?

    *Jak to ujął mój szwagier drugiego stopnia - musiało to wino mieć niską zawartość tanin ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bo to powinien być właśnie taki rodzaj wina: że jak pijesz, to w ogóle nie czujesz, że tam jest jakiś alkohol, a potem się okazuje, że jednak był ;). Poinformowana, że wino nie powinno stać za długo (mądry Polak po szkodzie), sprawdziłam -- nasze wyszło słodkie, to prawda, ale jednak otwarte wcześniej byłoby dużo przyjemniejsze, bo teraz już się trochę, hm, zwinniło (trochę masło maślane, ale faktycznie czuć, że stało za długo). Na przyszłoroczne zbiory porzeczek przeznaczę trochę na zrobienie nowego, bo aż żal :).

      Usuń
  9. Przepraszam za wykopaliska. To było raczej "Lato leśnych ludzi"... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy :). Całkiem być może! Chociaż nie jestem do końca pewna, czy czytałam, ale to jedna z tych książek, które trzymam w szufladce "prawdopodobnie czytałam -- trzeba przeczytać raz jeszcze, żeby się upewnić" ;).

      Usuń