Czego się nauczyłam od książek albo wpis okolicznościowy


Pamiętacie, że dzisiaj Dzień Nauczyciela? To jest takie dziwne święto, które cieszy, kiedy chodzimy do szkoły, bo można mieć wolne, a potem jakoś się o nim zazwyczaj zapomina, chyba że ma się w domu nauczyciela. Tak się składa, że w moim domu rodzinnym nauczyciel się znajduje i składam jej tutaj niniejszym serdecznie życzenia! To taki zaprawiony w bojach nauczyciel, ale przecież życzeń nigdy nie za wiele. Ale ja właściwie nie o tym chciałam -- ale żeby wykorzystać ten dzień jako pretekst do zastanowienia się, czego właściwie nauczyłam się, czytając? I nie chodzi mi o jakąś konkretną wiedzę, ale bardziej ogólne kwestie?
Że są inne światy: to może brzmi nieco pretensjonalnie, ale to jest zdaje się jedna z takich refleksji, które towarzyszą mi od dość dawna. Coś nie tak? Brzydka pogoda? Przepracowanie? Może dzieje się coś przykrego, o czym trudno się myśli i człowiek czuje się coraz gorzej? Jeśli zrobiliśmy już wszystko, co możliwe -- możemy zajrzeć do książki, zanurzyć się w czekający tam na nas świat: rozwiązywać zagadkę kryminalną, śledzić losy czyjegoś związku, ruszyć na wyprawę na biegun, przygotowywać rewolucję i tak dalej. I nie, nie chodzi tu o taki prostu eskapizm w rodzaju "coś mi nie idzie, to poczytam książkę". Chodzi raczej o relaks, odstresowanie się, coś jakby mieć szafę z Narnią w pokoju i w trudnych momentach, kiedy już przegadaliśmy wszystko, rozważyliśmy "za" i "przeciw", i mamy poczucie, że w tej chwili nic więcej dla rozwiązania problemu zrobić nie możemy, otwierali drzwi tej szafy i patrzyli, co też się akurat dzieje w Narnii. Muszę powiedzieć, że naprawdę lubię takie wytchnienie i pocieszenie, jakie dają książki. Nawet jeśli akurat czytam coś raczej niewesołego, bohaterowie giną tuzinami i tak dalej -- to jednak zawsze jest ten inny świat, czyli coś odmiennego, przy czym nie muszę myśleć o tym, co dzieje się w tym moim, przynajmniej na chwilę.

Że nie ma czegoś takiego jak "za dużo książek": co prawda regularnie ktoś trafia na bloga wpisując w wyszukiwarkę dramatyczny apel "nie mam gdzie trzymać książek!", ale mam wrażenie, że jednak to jest trochę nie tak postawiony problem (aczkolwiek starałam się pokazać kilka możliwych odpowiedzi). Być może mam taką Hantiową obsesję jak ze "Zbyt głośnej samotności", a książki w domu niemal wszędzie, ale nie mogę się oprzeć, kiedy widzę na przykład ubytkowane książki biblioteczne i wiem, że jeśli ich nie wezmę, to zapewne trafią na przemiał albo kiedy słyszę, że ktoś znajomy rozdaje książki, bo chciałby się wyprowadzić albo wyjeżdża. Co prawda nie raz zdarzało mi się, że obiecywałam sobie, że już nigdy więcej żadnych książek -- zwłaszcza przy przeprowadzkach (jednego razu przygotowując się do takowej wysyłałam książki w paczkach pocztą, żeby ich nie przewozić) -- ale to potem jakoś mija. Książki mają takie właściwości. Albo może to też i fakt, że mój Domownik również nie może przejść obojętnie obok książki, która czeka, żeby ją zabrać i przeczytać. Co nie znaczy, że wszystkie książki z naszego księgozbioru już przeczytaliśmy. Ale się staramy.


 I żeby nie było bez ilustracji, i żeby przypominało o dzisiejszym święcie:

Że ktoś już coś takiego kiedyś: nie wiem jak Wy, ale ja czerpię zwykle otuchę z faktu znalezienia w książce bohatera w jakiś sposób podobnego do mnie -- czy znajdującego się akurat w mojej sytuacji. Oczywiście jeśli trzy strony później autor nie każe mu skoczyć z klifu, bo wtedy jest mi smutno -- ale jest coś urokliwego w sytuacji, kiedy odkrywamy, że nasze fale umysłowe musiały sobie wędrować gdzieś w okolicach pisarskiego biurka jakiegoś pisarza albo może odwrotnie? Jasne, to nie znaczy, że teraz dowiemy się, jak mamy postępować (często byłoby to bardzo ryzykowne założenie, zwłaszcza że bohater postępuje tak, żeby akcja działała wedle zaplanowanej przez autora konstrukcji), ale jakoś tak przyjemnie jest wiedzieć, że ktoś -- w znaczeniu: autor książki -- może podobnie myśleć i nie jesteśmy sami. Ba, gdzieś tam odnajdujemy się na kartach powieści. Oczywiście to raczej opis takiej przyjemnej sytuacji -- bo odnalezienie jakiejś swojej nieprzyjemnej, delikatnie mówiąc, wcale już takie pokrzepiające nie jest.

Że czas nie płynie zawsze tak samo: na pewno też to zauważyliście. Kiedy byłam mała był taki czas, że musiałam spędzać każdej niedzieli godzinę na dworcu, czekając na autobus. Strasznie mi się ta godzina ciągnęła, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Aż w końcu zaczęłam wtedy czytać książki (nie, nie, nie wpadłam na to zupełnie sama, to zasługa podróżującej ze mną mej Mamy) -- do dzisiaj Andersen kojarzy mi się właśnie z tym dość mało przytulnym dworcem, zwłaszcza historia ślimaków ze "Szczęśliwej rodziny". I ta godzina się jakoś skurczyła. Teraz z kolei dojeżdżam do pracy -- i też mam takie wrażenie, że droga mija mi jak z bicza trzasnął, bo mam już przećwiczone, ile stron zwykle udaje mi się przeczytać w autobusie (biorąc pod uwagę wszystkie zmienne). Tak samo z każdą sytuacją, w której muszę na coś czekać -- czy to w kolejce w sklepie, która wije się i zakręca, czy u lekarza, czy na przystanku, tak naprawdę właściwie gdziekolwiek. Zresztą to działa też w drugą stronę: czas może się okazać bardzo krótki, kiedy zamierzyliśmy sobie, że jeszcze doczytamy to i tamto, a tu okazuje się, że trzeba wychodzić albo właśnie jesteśmy trzydzieści minut spóźnieni.

Że nie każdy musi robić to samo w tym samym czasie: są takie książki, co do których zakładamy, że spodobają się każdemu, ale rzeczywistość weryfikuje nasze poglądy w tej sprawie. Wydaje mi się jednak, że najzdrowiej założyć, że one się po prostu nie muszą podobać każdemu w tym samym czasie. Mamy przecież książki, które nas kiedyś odrzucały, a dzisiaj dziwimy się naszym dawnym "ja", że coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć. Dobrze to widać też na lekturach szkolnych -- często nasza dzisiejsza ich lektura odbiega dramatycznie od tego, jak czytało się je nam (albo i nie) w szkole. Myślę, że takie podejście do książek też bardzo ułatwia patrzenie na wiele innych spraw. Odpowiednio czytane książki (to znaczy bez podejścia: a teraz siądź i czytaj "Potop", gdyż albowiem!) uczą, że ludzie są różni i to, że ktoś nie przeczytał czegoś, nie czyta albo czyta wyłącznie mroczne kryminały nie znaczy, że coś z nim nie tak. Bo nie każdy musi robić to samo w tym, co my, czasie. Przypomnijcie sobie, jak czytaliście "Łyska z pokładu Idy". Mnie odrzucił. A dzisiaj uważam, że to bardzo ważna książka. Ale kiedy ktoś powie, że nie -- to raczej doradzę zaczekać, może kiedyś wrócić. Bo jest czas i jest czas.

Że warto myśleć o tym, co myśli ktoś inny: jasne, to nie jest tak, według mnie, że książki mogą nas nauczyć empatii. Ale myślę, że mogą pogłębić ją, jeśli posiadamy jakieś jej zalążki. Ciekawa jestem bardzo, czy też macie podobnie jak ja, to znaczy znajdując się w jakiejś sytuacji przywołujecie z pamięci podobną, gdzieś wyczytaną i zaczynacie patrzeć wielostronnie na motywacje ludzi, z którymi się w tej sytuacji znaleźliście? Oczywiście, to nie jest ani proste, ani przyjemne -- ba, jest właściwie dość męczące, bo bardzo często prowadzi do tego, że nie umiemy o żadnej sytuacji powiedzieć "białe" albo "czarne", nie wydajemy też jasnych sądów, więc poruszamy się w takiej strefie półcienia i prawdopodobnie nie wystąpimy w programie śniadaniowym, ale za to można mieć takie poczucie, że ze światem wcale nie jest aż tak źle. To znaczy: nie jest idealnie, czasami jest źle, ale nie aż tak źle. Bo wszystko ma różne strony, tak, tak, zazwyczaj wcale nie dwie.

Czy Wy też macie poczucie, że nauczyliście się tego typu rzeczy dzięki książkom?

Weź dokładkę!

16 komentarze

  1. Mam takie małe wrażenie, że trochę nadużyłaś 'ale' we wstępie do tego posta. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Ze sa rzeczy (duzo) wieksze w srodku. Fizyka kwantowa dla pieciolatka - okladka i historia.
    2. Ze mozna sie zaprzyjaznic z kims, chociaz ten ktos zyl dwa stulecia wczesniej. Albo z kims wymyslonym. Ze ci ludzie sprzed dwoch stuleci przechodzili bardzo podobne walki.
    3 Ze istnieje wiele rodzajow prawdziwosci i ta naukowa nie zawsze wygrywa i nie zawsze ma racje bytu.

    A poza tym nauczyly mnie takiej prostej wdziecznosci. Za to ze sa, choc wcale nie musialo ich byc. Za to, ze moge je czytac bo umiem i sa dla mnie dostepne. To wcale nie jest oczywiste.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, masz rację. To, że w ogóle można zajrzeć do książki, mieć na nią czas, siłę, że te książki są i nic, tylko je brać i czytać -- choćby nie były to może książki najnowsze albo bestsellery, ale że są. I że zostałam nauczona, jak czytać i nikt mi nie zabraniał, to faktycznie bardzo ważne (a przy tym dość "przezroczyste" dzisiaj tutaj -- przy czym masz rację, że to wcale jednak w skali globalnej nie jest oczywiste).

      A do punktu drugiego dodałabym, że można się zadurzyć w postaci literackiej i nie ma w tym nic złego tak naprawdę. Nie wspominając o tym, że tak bardzo można się przejmować, co się stanie z kimś wymyślonym.

      Usuń
  3. Wszystko ujęłaś to co i mnie po głowie chodzi w związku z książkami.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja bym jeszcze dopisała, że dzięki książkom człowiek nigdy nie jest sam i że ułatwiają kontakty międzyludzkie. Zwłaszcza kiedy jest się nieśmiałym introwertykiem. Można się za książką schować. Albo zacząć o niej rozmowę. Albo uśmiechnąć się porozumiewawczo do kogoś, kto czyta lubiany przez nas tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to jest chyba sprawa taka mocno zależna jeszcze od charakteru czytelnika właśnie: też uważam, że książki nie powinny być tarczą przed światem i sposobem na ucieczkę od niego w taki właśnie mocno eskapistyczny sposób. Więc to chowanie się za książką czasami pozwala się oswoić z nową sytuacją, ale czasami sprawia, że wcale się zza tej książki nie chce wyjść. Bo że książki pomagają zza siebie wychodzić -- jak najbardziej, ale trzeba jednak postawić ten pierwszy krok i zacząć rozmawiać albo się uśmiechnąć :).

      Usuń
    2. Zgadzam się, że nie należy się na świat zamykać, ale osobiście wiem, że możliwość ucieczki przed światem w książki bardzo wiele mi dała. Po część dzięki wspomnianej przez Ciebie, Pyzo, empatii (wierzę, że lektura czy w ogóle popkultura, jeśli trafi na podatny grunt, potrafi -ogromnie- wpłynąć na rozwój empatii i oswajanie zagadnień, których w innych warunkach moglibyśmy się obawiać), a po części dzięki wspomnianej przez Ćmę możliwości nawiązywania nowych znajomości. Na przykład, równie mocno cenię sobie te wspomnienia z gimnazjum, gdy odcinałam się od wybryków znajomych z klasy poprzez zagłębienie się w książkę, jak i ten moment gdy kolega z klasy zobaczył, że czytam Sapkowskiego na przerwie - zaczęliśmy gadać i od słowa do słowa... efekt jest taki, że przyjaźnimy się do dziś:)

      Usuń
    3. Właśnie, właśnie, ale ten grunt powinien być podatny. W tym sensie nie wierzę, że jeśli ktoś nie ma sobie choćby zalążka tej empatii, to lektury ją u niego rozwiną. Wydaje mi się, że czytanie pomaga rozwijać coś, co już mamy w sobie. Natomiast ta ucieczka -- jasne, potrzebujemy jej czasami wszyscy, sęk w tym, żeby się potem nie zamknąć w tym na dobre, ale chociaż czasem wracać, tu się chyba zresztą zgadzamy :). Poza tym, no właśnie: książki uczą różnych rzeczy na różnych etapach życia, jak sądzę :).

      Usuń
    4. Prawda, ale to samo można powiedzieć o innych dziedzinach popkultury - filmy, seriale, gry, etc... to wszystko musi trafić na podatny grunt, musi tam istnieć zalążek np. empatii. I podobnie, każda z tych dziedzin jest korzystna jako "ucieczka" tak długo jak nie staje się be-all, end-all naszej egzystencji. Umiar trzeba znać we wszystkim ;)

      Usuń
  5. Książki, a dokładniej reportaże, nauczyły mnie jak z pozornie nieistotnych elementów rzeczywistości, która gdzieś nam zazwyczaj ucieka, można uszczknąć ten zaczątek opowieści, którą można by snuć i snuć. Książki nauczyły mnie opowiadać historie i jestem im za o bardzo wdzięczna. Poza tym, książki zagraniczne nauczyły mnie wychwytywać to jak zmienia się nasz sposób myślenia i postrzegania, w zależności w jakim języku opisujemy dane wydarzenia czy przestrzeń. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że czasami łapię się na tym, że właśnie "myślę książką" i oczekuję, że jak zwracam na coś uwagę, to pewnie będzie jakimś istotnym elementem dalej ;)? Co w sumie nie zawsze jest przyjemne (bo tak działa wyobraźnia i na przykład zwraca uwagę na jakieś podejrzane elementy, które w powieści grozy zwiastują pojawienie się czegoś groźnego i trzeba się potem cofnąć do takiego zauważenia i zastanowić, czemu nagle czujemy się jacyś niespokojni ;)).

      Usuń
    2. Oj tak, czasem jest to nawet szkodliwe, bo wyobraźnia już nam podpowiada rzeczy też mniej przyjemne i jakoś człowiek się jeży i sam się mniej przyjemny staje. ;) Niemniej "myślenie książką" sprawiło, że ciekawiej i uważniej zwiedza się świat czy poznaje inne kultury. :)

      Usuń
    3. To na pewno -- uczula przede wszystkim na to, że "inne" istnieje i że nie musi znaczyć, że jest dzikie/obce/gorsze. Chyba, że czytamy tylko pamiętnik Cecila Rhodesa ;).

      Usuń
  6. Pamiętałam o Dniu Nauczyciela, stąd się pojawił w październikowej odsłonie mojego wyzwania Na co dzień i od święta. Kombinowałam ostatnio też co napiszę w ramach "czego nauczyły mnie książki".

    OdpowiedzUsuń
  7. 1.I jeszcze można skutecznie zabić czas, trzy godziny mijają nie wiadomo kiedy
    2.Jeśli nie dostajesz czegoś w życiu, zawsze możesz o tym przeczytać
    3. Świat za oknem jest ciemny i zimny- ksiązka skutecznie to zmienia. Tylko potem powrót do rzeczywistości bywa bolesny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, chyba że się czyta przeraźliwie nudną książkę, która nam się dłuży ;). Tak samo z trójką -- czasami czytamy coś tak przygnębiającego, że potem powrót do rzeczywistości pozwala nam odetchnąć z ulgą, że wróciliśmy (to zależy też, jak sądzę, od naszego charakteru: czy jesteśmy podatni na emocje płynące z książki, czy nie) ;).

      Usuń