Historia pewnego rozczarowania albo o "Motylku" K. Puzyńskiej


Zbierałam się, zbierałam, ale nie ma przebacz. Zebrałam się w końcu. Dzisiaj napiszę Wam o tej książce, przez którą zalałam się rzewnymi łzami rozpaczy, jak już wspominałam we wpisie o reakcjach na nie do końca dobre książki. A będzie to wpis o „Motylku” Katarzyny Puzyńskiej – książce, do której podchodziłam z ogromną dawką optymizmu, który wyczerpywał się w miarę czytania.


Książkę w ogóle zdobyłam nieco pokątnie, bo w bibliotece chodzi bez ustanku, ale akurat przewinęła się w moim pobliżu i oczyma kota ze Shrecka udało mi się przekonać odpowiednie osoby, że to ja jestem tym czytelnikiem, który mógłby to właśnie teraz przeczytać. I a jakże, od razu zabrałam się do lektury, żeby nie być gołosłowną. „Motylek” to proza stosunkowo nowa, jak na moje zwykłe wypożyczenia z biblioteki, ale dla porządku powiem mniej więcej, o co chodzi. Senny komisariat w Lipowie niedaleko Brodnicy zostaje uwikłany w śledztwo w sprawie tajemniczych, brutalnych morderstw dokonywanych w tymże Lipowie na kobietach. Pierwszą ofiarą pada nieznana nikomu zakonnica, która nie wiadomo po co miała zawitać do wsi. Jest zima, nie ma turystów w tej zwykle turystycznej okolicy, a policjanci biorą się do pracy. W tle – życie miejscowości, w tym ogólna ekscytacja plotkarską stroną o Lipowie, którą prowadzi jakiś tajemniczy bloger oraz nie mniejsza ekscytacja rudowłosą psycholożką, która po rozwodzie z mężem kupuje w Lipowie dworek. O, to tyle na wstępie.

A miało być tak pięknie! Przecież rzecz wydawała się jak skrojona pode mnie: mała miejscowość, gęstniejąca atmosfera, opisy życia wsi, długa galeria postaci z różnych sfer... No to co jest z „Motylkiem” nie tak? Dla porządku w punktach razem z argumentami. 
 
 
 A dla odstresowania pooglądajmy panoramy jezior z Pojezierza Brodnickiego. Źródło.
 

Numer jeden: postaci

Autorka wybiera bardzo trudną formę: powieść skonstruowana jest tak, żeby losy postaci i ich interesy krzyżowały się ze sobą. Ma to być też nieustająca sieć zmyłek dla czytelnika, który też chce się przecież dowiedzieć, kto zabił. Tyle że autorka równocześnie z niewiadomych dla mnie powodów traktuje tegoż czytelnika jak stworzenie mało domyślne, bo ciągle pisze o bohaterach z imienia, nazwiska tudzież stopnia policyjnego. Serio. Przy niemal każdym wstąpieniu postaci na scenę zostaje ona odpowiednio utytułowana. Tak jakbyśmy zapomnieli, jak się nazywa, chociaż zaraz, czy trzy wersy wyżej nie ma czegoś o...? A jakże, jest. Rozumiem ten zabieg w przypadku postaci wąsatego aspiranta, bo ma on wprowadzać pewien komizm sytuacyjny w skądinąd wcale niekomicznej sytuacji bohatera. Ale czemu pozostali są ciągle „starszym sierżantem Markiem Zarębą” na przykład? Cały czas? Druga sprawa to kreacja postaci – mam wrażenie, że jest ich tyle, żeby miał kto reprezentować typy: wiecie, brutalny policjant, czuły, ale niedoceniany dowódca po trzydziestce, arogancki bogacz, piękna przyjezdna i tak dalej. Bo z tymi postaciami problem jest taki, że słabo oddane zostało tło psychologiczne, na jakim funkcjonują. Piękna przyjezdna postanawia nagle zabawić się w detektywa. Trwa to dwie sceny – skąd się wzięło, po co? Żona brutalnego policjanta potrzebuje impulsu, żeby się od niego uwolnić, po czym chodzi i pyta, czy może już mieć innego mężczyznę. Postaci dość szybko i bez większych ceregieli zakochują się i odkochują, skrywają tajemnice i paplą o nich naokoło, nie wspominając już o tym, że przy tej liczbie bohaterów niektórzy nie doczekują się właściwie niczego poza bycia figurami w teatrze w rodzaju drugiego halabardnika, który jest potrzebny, żeby powiedzieć „o, król idzie”. 
 
 
 

Numer dwa: styl

Dużym problemem „Motylka” jest to, w jaki sposób został on napisany. Styl jest albo przezroczysty, albo trudno nie powstrzymać wrażenia, że coś jest z nim nie tak (jak w przypadku tego nieustannego „aspiranta Janusza Rosoła” i tym podobnych). Innymi słowy, „Motylek” sprawia wrażenie książki napisanej po to, żeby opowiedzieć historię – co w tym złego, powiecie? Moim zdaniem jednak powieść nie służy wyłącznie samej historii, ale istotne są rzeczy takie właśnie jak sposób jej opowiedzenia: czy to język, czy styl, czy konstrukcja. A ten język jest niewystarczający dla opowiedzenia tej historii: tło wydaje się puste, postaci mocno papierowe, konstrukcyjnie całość też zawodzi. Dlaczego? Nie dość, że bohaterowie, jak wspominałam, potrafią nagle robić coś zupełnie nie leżącego w ich charakterze albo po prostu coś robić, co nie ma większego znaczenia dla fabuły ani w niej nie rezonuje, to dostajemy do tego wgląd w przemyślenia zbrodniarza. Tak jak narzekałam na to u Miłoszewskiego w „Ziarnie prawdy”, tak narzekam na to tutaj – prawdopodobnie chodzi o budowanie atmosfery tajemnicy, ale mam wrażenie, że to są pasaże, które szalenie trudno napisać, żeby nie były kiczowate i żeby faktycznie coś wnosiły. Tymczasem autorka przeplata akcję z „teraz” z akcją z przeszłości, a do tego mamy jeszcze te fragmenty myśli mordercy. To wszystko nie dość, że powoduje, że łatwo się domyślić, kto zabił (ale może trochę narzekam, bo podejrzewam, że nie biorąc pod uwagę wszystkich zmyłek sprawa się faktycznie komplikuje), to jeszcze każe się zastanawiać nad realizmem. 
 
 
 

Numer trzy: realizm

Realizm można rozumieć różnie, mnie chodzi tutaj akurat o prawdopodobieństwo. A cała akcja wydaje mi się miejscami bardzo mocno naciągana. Składają się na to różne elementy. Począwszy od starutkiego proboszcza nie na emeryturze, choć bez wikarego, od mordercy, który jest straszliwie poplątany i wiemy, że miał problemy z zachowaniem, a jednak teoretycznie teraz trudno go podejrzewać (nie wspominając już o niektórych aspektach jego origin story), przez rodzinę bogaczy zachowujących się jak postaci z „Mody na sukces” (i nie, to że bohaterka na kolacji z nimi konstatuje, że to wszystko wygląda jak z opery mydlanej nie sprawia, że mam poczucie świadomego zabiegu, ale ratowania tonącego okrętu), po dziwne nierównomierności w mówieniu o zarobkach (mąż bohaterki, policjant, jest w stanie kupić jej dworek „na rozstanie”, podczas gdy lokalni policjanci narzekają na wysokość pensji), które robią na mnie wrażenie pisanych w momencie, w którym akurat coś takiego było potrzebne, a nie zaplanowane z góry. Przy tym wszystkim autorka często posługuje się karykaturą (nie wiem, czy celowo, przypuszczam, że nie) – takie wrażenie robiły na mnie chociażby portrety nastolatków.

Widzicie, oparłam się pokusie i nie napisałam o „Motylku” od razu po lekturze, ale dałam sobie czas, żeby ochłonąć. Jasne, pewne elementy zatarły mi się przez to w pamięci, inne za to mogłam sobie uświadomić z całą mocą. I teraz pytanie: czy warsztat autorki rozwija się wraz z kolejnymi tomami? Bo sięgnęłam po ten kryminał dla rozrywki, a okazał się być dość frustrujący. Przy czym, no właśnie, może dalej jest lepiej? Doradzicie?

Weź dokładkę!

25 komentarze

  1. Pyzo, nie doradzę, bo ja się od takich powieści trzymam z daleka. Po przeczytaniu Twojego wpisu przypomniałam sobie, że ta książka już mi mignęła w jakiejś blogowej notce i wtedy sobie pomyślałam, że to musi być właśnie coś takiego, co opisałaś. Tak, teraz już się nie dziwię Twojej reakcji ;) No i ten nieznośny motyw przenosin na wieś lub ogólnie na prowincję, koniecznie do dworku, którego remont dostarczy nam jakże romantycznych problemów, albo jakiejś innej sielskiej siedziby z duszą, jesteśmy po rozwodzie, ale idę o zakład, że odpowiedni kandydat do naszej ręki już się czai w okolicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może łatwowierna jestem, ale książkę głównie chwalono, poza tym myślałam, że może to będzie takie odczarowanie polskiej wsi. Ale właśnie, gdzież tam: rzecz jasna pojawia się nasz ukochany motyw ;) -- remontujemy dworek, pełen oczywiście pięknych antycznych mebli (sic!), które nic, tylko odkurzyć i będą jak nowe, ogrzewanie wprawdzie nie działa, ale opisane to jest jako pewna niedogodność przy wychodzeniu spod prysznica (w styczniu, sic!), a jak się naprawi z lekka stajnię, to już zostaje sprowadzić ukochanego konia i marzyć o założeniu stadniny. A to wszystko dzięki pieniądzom po rozwodzie z policjantem. A wszyscy wokół nic, tylko plotkują, jaka nasza bohaterka piękna i miastowa, więc kandydatów do ręki -- zgadłaś -- nie brakuje. Pozostaje mi powiedzieć: ech, ale łzami rzewnymi już się zalewać nie będę ;).

      Usuń
  2. Przeczytałam dotychczas wydane wszystkie książki Puzyńskiej i nie ukrywam, że czytając Twoją opinię niejednokrotnie uśmiechałam się "pod wąsem", bo mimo iż książki oceniałam wysoko, trudno mi się nie zgodzić z niektórymi Twoimi przemyśleniami.
    Niestety w każdym kolejnym tomie będzie nadal gęsto od "komisarzy", "aspirantów" młodszych czy też starszych. Pojawią się nowe postacie, placków wypieczonych przez matkę Podgórskiego będzie do urzygania, poza tym dalej karykatury (jak to określiłaś) będzie sporo. Mnie coś do tych książek ciągnie (chociaż w 4 tomie ("Z jednym wyjątkiem" doceniłam przede wszystkim pomysł na intrygę, bo coraz więcej rzeczy mnie irytowało...). Myślę, że jeszcze "Więcej czerwieni" mogłabyś ocenić, a jeśli całkiem, ale to tak definitywnie NIC nie chwyci Cię w twórczości Puzyńskiej, to cóż... nie ma co zapychać czasu dalszymi tomami, bo lepiej nie będzie. ;)
    Na osłodę, gdybyś szukała ciekawych kryminałów z naszego polskiego podwórka, to polecam twórczość Zajasa ("Ludzie w nienawiści" - pierwszy tom trylogii) albo zagraniczną wycieczkę do niemieckiej twórczości Nele Neuhaus (polecam zacząć od "Śnieżka musi umrzeć"). :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, a tak liczyłam, że może to po prostu taka pierwsza książka, a dalej się to wszystko upłynni... Bo opis "Więcej czerwieni" mnie zniechęca, myślałam, żeby przeskoczyć może do najnowszej części i zobaczyć, jak teraz autorka pisze (czy pod względem fabuły się połapię? W sensie: czy nie zachodzi coś takiego, że jednak będzie mi trudno się czytało, bo nie będę wiedziała, o co wszystkim chodzi i do czego się odwołują?).

      Dziękuję Ci za rekomendacje, rozejrzę się na pewno, jak zapragnę znowu się zagłębić w kryminalne zagadki polskie bądź niemieckie :). Opis "Ludzi w nienawiści" co prawda wywołuje we mnie pewne obawy ("Pojawia się kobieta z Warszawy..."), ale jak będzie w bibliotece, sprawdzę. Myślałam jeszcze z polskich kryminałów o wypróbowanie w najbliższym czasie książek Mariusza Czabaja i tych historycznych bardziej: Wrońskiego na pewno, a dalej zobaczymy. Czekam, aż biblioteka uzupełni zapasy ;).

      Usuń
    2. Dam znać jak będzie po "Utopcach", bo to świeżak, co się ma wykluć niedługo.

      Jeśli chodzi o przeskoki, to w "Trzydziestej pierwszej" (III tom) pojawiają się nowe postaci (jak dla mnie przewidywalne :P), które wpłyną na postawę niektórych bohaterów (Podgórski będzie jęczał i biadolił jak Szacki :P). Samej "rudowłosej kobiety po przejściach" będzie jak na lekarstwo, bo zdecydowanie głównym bohaterem jest maminsynek Danielek.
      W "Więcej czerwieni" poznajemy bliżej Klementynę, utoniemy w morzu wypitej przez nią coli. Będzie sporo jej charakterystycznej mowy (chociaż w tomie IV będzie już przegięciem...), wciąż pełno tytułowania i pisania pełnymi imionami i nazwiskami.

      A tak czytając komentarze poniżej, to hmmm... czy Puzyńska jest fenomenem? Nie znam twórczości Camili Lackberg do której jest przyrównywana, więc nie umiem spojrzeć na nią pod takim kątem, a może inni patrzą? Zdecydowanie bardziej cenię sobie twórczość Rudnickiej. Ale ja jestem nieobiektywna, bo mam jakąś słabość do polskich autorów, więc nie wdaję się w polemiki, bo zdecydowanie nie mam miliona argumentów i bazuję na moich podobamisiach, które często mnie również zaskakują. :P

      Usuń
    3. Tytuł jest bardzo obiecujący, w każdym razie :).

      Dziękuję za przedsmak tego, co jest w kolejnych tomach. Muszę powiedzieć, że akurat ta, jak ją nazwałaś, "mamisynkowatość" Podgórskiego mnie akurat się podobała -- w sensie jasne, to nie było może najbardziej oryginalne wyjście, przede wszystkim dlatego, że wątek poprowadzony był tak, a nie inaczej, ale przy okazji dawało drugie dno temu bohaterowi (niby policjant, niby syn bohatera, niby mieszka odzielnie, ale...).

      Wiesz, trudno mi powiedzieć, bo Lackberg nie czytałam. Ale nie da się zaprzeczyć, że znaczna większość wypowiadających się o "Motylku" go chwali.

      Usuń
    4. Wtrącę się, bo właśnie skończyłam drugi tom, czyli "Więcej czerwieni". Według mnie jest lepiej niż w "Motylku".

      Na plus działa na pewno to, że nie spotykamy się na każdym kroku z jakąś mniejszą lub większą tragedią życiową. Owszem, są, ale dosłownie kilka. Ponownie są mniejsze i większe powiązania między bohaterami, a tych nowych jest trochę - starzy poszli niemal w odstawkę. Ale i te tragedie życiowe, i nowi bohaterowie jakoś tak bardziej spójnie są ze sobą powiązani. Zwłaszcza, jeśli chodzi o morderstwa; jest jeden konkretny wątek, który je nieźle spina. Nie jest to niestety główny motyw mordercy; jego motywy oraz zakończenie mimo wszystko słabe. Jeden z bohaterów dostanie ciut więcej czasu; dostaniemy coś z przeszłości i to jest nawet ok, ale watek współczesny całkowicie od czapy.

      Jakoś mniej mnie irytowało ciągłe powtarzanie nazwisk i stanowisk poszczególnych bohaterów, machnęłam ręką na tych wszystkich aspirantów itd. ale "kajakarz Marcin Wiśniewski"? Serio? Jeszcze jedna rzecz, na którą zwróciłam uwagę po Zwierzowych doniesieniach z Festiwalu Literatury Kobiecej - prawie żaden z bohaterów nie ma normalnego imienia. Feliks, Eryk, Bernadeta, Klementyna, Żaneta... jest tego trochę i z kolejnym tomem dochodzą następne. Nawet Daniel czy Weronika nie jest tak często spotykanym imieniem. Widać mieszkańcy Lipowa i okolic lubują się w nietypowych imionach i takich też przyjezdnych ściągają - trochę dziwne, jak na niezbyt bogatą czy wykształconą społeczność. Izaura nie pojawiła się jeszcze żadna, ale będę szczerze zawiedziona, jeśli w końcu tam nie zawita w ten czy inny sposób :P

      Przekartkowałam też trochę tom trzeci i póki co zgrozą napawa mnie fakt, co też mogło się zalegnąć w głowie autorki i jak wykorzysta nowych bohaterów. Zgroza nie dotyczy zbrodni, bo tej jeszcze nie mogę oceniać, ale powiązań między bohaterami i potencjalnej kolejnej ich "tragedii" czy też "problemu życiowego". Oczywiście, nowy bohater jest powiązany ze znaną już postacią, ale mam nadzieję, że nie w sposób w jaki sobie wyobrażam, że autorka sobie wymyśliła; bo powiązania owszem, czasami są niezłe, tak samo jak nie tak różowe i wymuskane życie ludzkie, ale Puzyńska tak mocno wymiętoliła te dwie sprawy i przedstawiła już aż nadto przykładów w dwóch pierwszych tomach, że mam tego serdecznie dosyć.

      Mimo, że i tak zaczęłam podchodzić do tych książek z lepszym nastawieniem, to i tak wizja, że jest tego już pięć tomów wcale nie napawa mnie optymizmem; trzy jakoś lepiej bym przyjęła, ale pięć? Trochę oklapłam po przeczytaniu tej informacji. Ze dwie za dużo wg mnie. Nie nazwałabym twórczości Puzyńskiej grafomanią, bo to gruba przesada, ale nie jest to też literatura dobra. Widać pewne ciekawe pomysły, ale jakoś realizacji pozostawia wiele do życzenia co też po części stanowi źródło czytelniczej frustracji. Myślę, że z lepszą opieką wydawniczą mogłaby to być przynajmniej solidna średnia półka, a tak to ciężko mi książki umiejscowić. Autorkę tak samo, bo wydaje mi się, że można by więcej od niej warsztatowo wymagać.

      Usuń
    5. PS: Zamiast Izaury zjawił się Tytus. Jeśli dołączą do niego Romek i A'Tomek będę uszczęśliwiona :)

      Usuń
    6. Twarda z Ciebie zawodniczka :). Widzisz, ale jeśli jest drobna poprawa, to może mój pomysł, że przeskoczyć aż do "Utopców" wcale nie jest taki zły? Bo zgadzam się z Tobą całkowicie: gdyby te książki wziął na warsztat redaktor, to by były bardzo przyjemne kryminały do poczytania popołudniami. Właśnie taka "solidna średnia półka". Przy czym nie, grafomania to nie jest, od złej literatury do grafomanii jest jednak jeszcze daleko :).

      O, z tymi imionami to jest faktycznie ciekawa sprawa, też zwróciłam na to uwagę, ale jednak jakby tak poszperać, to nie jest wcale źle, mamy trochę Kaś, Marków i Pawłów, nawet u Puzyńskiej :). To znaczy Zwierz pisała głównie o obyczajówkach, ale rozszerzyłabym te poszukiwania, bo wydaje mi się, że to też kwestia tego, że autor chce, by czytelnik zapamiętywał postaci, więc w powieści rzadziej znajdziemy pięciu Michałów, trzy Kasie i sześć Ani niż w zwyczajnym życiu, to też jakoś odsyła do takiego przekonania, że literatura wcale nie odbija rzeczywistości tak dokładnie ;). I w tym sensie dlatego mamy tego Tytusa ;). Tak w każdym razie myślę.

      Usuń
  3. Oto kolejna polska autorka, której twórczością wszyscy się zachwycają nie wiadomo dlaczego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie poszperałam potem w sieci i takich malkontentów jak ja jest mało, a samą książkę wszyscy bardzo chwalą. Tylko że nie do końca rozumiem, czemu -- bo kumam jakby to, że się kryminały tego typu czyta dla oddechu, ale we mnie książki czytane dla rozrywki nie mają prawa wywoływać rozgoryczenia, że właśnie straciłam czas na coś, co jest kiepsko napisane. Dlatego też dopytywałam, czy dalej jest lepiej, bo mam wrażenie, że przy solidnej redakcji (i językowej, i merytorycznej, to aż się prosi o przemyślenie niektórych wątków) nie byłoby to złe.

      Usuń
  4. Książka fajna, ciekawa lecz taka surowa, musi nabrać ogłady, że tak powiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jak książka -- już została wydana, więc nie bardzo ma jak nabierać ;). Ale bardzo jestem ciekawa, jak autorce dalej idzie, bo może właśnie jednak się to wszystko bardziej wygładza. Bo tak, zdecydowanie to jest "do wygładzenia" (chropowaty język może być chropowaty a tło surowe zamierzenie, ale tutaj wygląda jak niedopracowane, jakby nie starczyło do napisania tego tak, jak autorka to widziała -- takie odniosłam wrażenie).

      Usuń
  5. Nie podpowiem, czy w dalszych częściach cyklu jest lepiej, poprzestanę bowiem na lekturze "Motylka" - ta decyzja jest nieodwołalna! ;-)
    Książkę przeczytałam, żeby zrozumieć fenomen jej popularności (dalej go nie pojmuję;-) ) i, podobnie jak Ty, po lekturze musiałam ochłonąć (bynajmniej nie z czytelniczej rozkoszy). Papierowi bohaterowie i naciągana historia, a na dokładkę mój "ulubiony" motyw kobiety po przejściach, która po przeprowadzce na wieś - jakżeby inaczej! - znajduje nową, wspaniałą miłość. Importowany do powieści kryminalnej, ten schemat irytuje podwójnie (zresztą, miałyśmy już okazję o podobnych literackich zabiegach rozmawiać). Uff!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to widzę, że może podstawy do świeżego denerwowania się na tego typu motyw miałyśmy nawet w tym czasie podobne ;). Ta historia, myślę, dałaby się obronić, ale w innej realizacji (nie wspominając o tym, że mocno irytowało mnie to, jak schematycznie wychodziły rozwiązania wątków pobocznych, choćby tego z księdzem Piotrem). I jeszcze miłość bohaterki, jak miłość, ale te opisy remontowania dworku i -- o czym pisałam wyżej w odpowiedzi @Tarninie -- to niedziałające ogrzewanie jako urocza niedogodność ;).

      Usuń
  6. Przesadza Pani w tej krytyce! Może chodzi o to że blogerki książkowe lubią jak co jakiś czas skrytykują pisarzy. Z tej analizy nie da się zrozumieć czemu książka jest słaba. Pani coś sobie pisze i pisze a czytelnik nie wie jakie myśli Pani snuje i dlaczego książka jest zła. Zeby pani w jednym zdaniu wymieniła co jest złe to tak.
    Pozdrawiam
    Wiesław

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem, czy zwracać się "Pani", czy może "Ty", bo nie widzę nigdzie informacji o Tobie, a głupio by mi było, gdyby się okazało, że masz 80 lat, wspomnienia z wojny, okupacji, kolejek Polski Ludowej, sztuczną szczękę i protezę biodra, a ja (młoda i z pełnym zestawem uzębienia) tak bezczelnie Ci tykam jak człowiek niewychowany. W każdym razie zaufam intuicji, że w sieci na ogół nie publikują starowinki, i że nie czytają tylu książek, bo im spadają okulary.
    Mój komentarz nie będzie odnosił się do notki, bo ta książka to nie moje klimaty i piszesz, że jest słaba, ale ta notka jest najnowsza, więc zostawiam komcia tutaj.
    Od twojego bloga odstraszała mnie długi czas Pyza Wędrowniczka, bo nie znoszę suki od najmłodszych lat. Uraz z dzieciństwa, zbyt przaśna dla mnie, sorki. A twój blog przewijał mi się w przeglądarce kilka razy, bo zdaje się, że często komentujesz u Moreni (która ma świetnego bloga i zasługuje na większą popularność, chociaż ja sama rzadko u niej komentuję, z naciskiem na wcale). No ale Pyza mnie odrzucała i już!
    W każdym razie, Twój blog jest rewelacyjny. Nie jest nadęty, nie przytłacza niszowymi tytułami, trochę klasyki, trochę nowości, tego i siamtego, no i "Duma i uprzedzenie", mieszanka idealna. Doczytałam wyrywkowo do lipca i jak znajdę znów ochotę na blogaski, to pewnie wrócę i będę czytać dalej.
    Masz całkiem niezły, prosty styl (ale nie odbieraj tego jako obelgi :D), w sam raz do wieczornego podczytywania sobie notek, w dodatku publikujesz chyba codziennie, ekstra.
    Do tego masa trafnych spostrzeżeń, ale bez nadęcia i zadęcia. Bardzo fajne teksty, bez zbędnego pierdolamento, szczególnie to "okołoksiążkowe". Idealnie.
    A przechodząc do meritum i dlaczego piszę w ogóle ten komentarz, załóż sobie konto na facebooku, bo chciałabym cię czytać dalej, ale jak mi nie będzie nowy tekst wyskakiwać przed oczy na fejsie, to zapomnę, a naprawdę miło mi się spędza na twoim blogu czas :( No chyba, że masz naprawdę 80 lat i nie umiesz, ale możesz zawsze poprosić wnuki albo prawnuki, sąsiada albo chociaż pielęgniarkę z domu opieki. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a tak btw, to ja też czytałam "Dzieci z Leszczynowej Górki" dziecięciem będąc. Pamiętam z niej tylko, że tam coś było o wiewiórce.
      O, taką o miałam: http://img17.allegroimg.pl/photos/oryginal/56/23/87/29/5623872969 , co może być podpowiedzią ile mam lat :)

      Usuń
    2. No właśnie, gdybym pokazała moje podstawowe wydanie "Dzieci z Leszczynowej Górki" to już na pewno uznałabyś, że mam te osiem krzyżyków na karku i się kryguję ;). Ale to dlatego, jak wspominałam, że egzemplarz książki znalazłam w składziku bibliotecznym, gdzie trzymano książki skazane na zapomnienie (raczej nie ideologicznie, a wychodząc z założenia, że się po prostu nie będzie dalej wypożyczać, bo się rozpada -- oczywiście uprosiłam ten egzemplarz do wypożyczenia, nawet karty już nie miał, zdaje się). A tak ad rem: jasne, przyjęłam założenie, że na blogu wszyscy są ze sobą na "ty" :).

      Wiesz, że mnie się ta przaność właśnie wydaje intrygująca, muszę chyba kiedyś napisać o losach Pyzy u Januszewskiej! A tak w ogóle to cieszę się, że Ci się tu podoba (a Moreni ma świetny blog, zgadzam się!). Zastanawiam się nad tym kontem na FB, a ja się długo zastanawiam, ale jak już się zastanowię, to zwykle realizuję swoje postanowienia z zapałem ;).

      Usuń
    3. Karuzela na Koparce - jak miło spotkać w sieci kogoś, kto też nie znosił Pyzy Wędrowniczki! Witaj w klubie!
      I nie, nie pytajcie mnie dlaczego - po prostu nie trawię Pyzy i już!
      (Po latach okazało się że poznańskich pyz też nie jadam - próbowałam - nic mnie nie przekona że to jest jadalne.)

      Usuń
  8. Niby nieprzychylna opinia, a jednak zachęciłaś mnie, Pyzo, do sięgnięcia po książkę. Po pierwszych stronach chciałam sobie pluć w brodę, ale...

    Jestem jeszcze w trakcie, dokładnie na 68 stronie. Kryzys miałam na 29, gdy stwierdziłam, że jak zaraz nie zacznie się coś lepszego dziać, to rzucę w kąt. Od strony 50 porzuciłam złość i logikę i czytam aby sprawdzić, czy autorce uda się w "Motylku" zmieścić wszystkie bzdury, schematy i stereotypy, jakie tylko mogą przyjść do głowy podczas czytania tego typu książki. Bawię się przednie, bo to jest tak złe, że aż śmieszne. I proszę mi nie próbować tego założenia nie niszczeć, bo zacznę żałować czasu, jaki już poświęciłam tej książce. :P

    Po pierwsze: postaci. Tak papierowe, że aż szeleszczą. Co więcej, jakoś nie dają się polubić. No, może jednej, dwóch na razie bym nie skreślała, ale generalnie, to jest dramat - w ogóle nie obchodzi mnie ich dalszy los, a jeśli już, to kibicowałabym Temu Złemu, aby wszystkich wybił co do nogi, ale raczej się na to nie zapowiada. Autorka chyba czytała dużo kiepskich romansów i kilka słabych kryminałów, bo właśnie coś takiego próbuje połączyć w jedną historię.
    Po drugie: realizm. Nie ma go. Zaczynając od tego, że autorka prawdopodobnie włożyła w głowę bohaterki własne przemyślenia na temat pochodzenia ciepła w domu, tzn. że nigdy jej to nie interesowało, a tak poza tym to dla niej magia. Dla mnie magią jest, jak nasza pierwsza zapoznana bohaterka nie zamarzła w wielkim, starym, wymagającym remontu domu w bardzo mroźnym styczniu - nie raz i nie dwa kolejni bohaterowie mówią o siarczystym mrozie itp. I wiecie, jakoś mogę sobie tłumaczyć, że autorka mogła nigdy poza miastem nie mieszkać i nie wszystko musi wiedzieć, ale przy scenie prana ręka sama szukała czoła. Chyba właśnie wtedy coś we mnie pękło, porzuciłam realizm - czytam opowieści z równoległego świata. Niby bardzo podobny do naszego, ale jednak się różni. Dla zainteresowanych: jeśli ktoś chce sprać krew z ubrań, to postarać się jak najszybciej wrzucić ciuch do zimnej wody i prać ręcznie. Jak krew zdąży zaschnąć, to pozwolić się wymoczyć przez dłuższy czas. Nie do ciepłej, nie do pralki, bo wtedy to krew zostanie w tkaninie na wieki. Dlatego gdy wiekowa, wiejska bohaterka postanawia wyprać krew ze spódnicy, bo pralka nie dała rady plamom i wrzuca ta kobiecina spódnicę do miski z wodą i ta woda od krwi robi się momentalnie czerwona, to nie ma już nic, co by autorkę książki ocaliło. Totalny brak jakiegokolwiek researchu, nic, nul, zero. Praca policji... znaczy "praca", to za dużo powiedziane. Nie wiem, jakie skandynawskie kryminały czytał miałki Daniel, ale śmiem twierdzić, że bardzo kiepskie, czyli takie, które raczej nie są tłumaczone na inne języki; synuś Daniel musi zatem znać szwedzki, brawo, pierwsza ciekawa cecha tej postaci. Jasne, że seriale czy kryminały nie oddają prawdy, ale policjanci z tej książki mogliby przynajmniej wzorować się na tych z "Ojca Mateusza" i już byłoby lepiej. "Ojca Mateusza" uwielbiałam oglądać do śniadania swego czasu, więc wiecie ;)
    Na koniec: styl. To nie jest dobrze napisana książka. Widać, że autorka chciałaby, aby czasami coś zabrzmiało groźnie, tajemniczo itp., ale wychodzi bardzo niezgrabnie. Irytujące są te pojawiające się ni z gruchy ni z pietruchy uwagi bohaterów; jakby zostały wpisane tam, bo tak, już teraz powinno się coś podobnego zadziać, ale nie ma tła do tego, nie ma jakiegoś logicznego ciągu. A czasami pojawiają się zdania napisane tak, że nie wiem, czy to są obserwacje jakiegoś wszystkowiedzącego narratora, czy jednak ostatniego bohatera, któremu zaglądano do głowy, gdy rozmyślał o tym, jak jest mu zimno.

    Kiepsko. Tekst zyskuje, jak się nie bierze go na poważnie. Wtedy parska się z rozbawienia, a nie z irytacji - polecam takie podejście. Aż sama jestem ciekawa czy zmieni się coś w mojej ocenie, gdy już z "Motylkiem" skończę. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj koniecznie znać, jak skończysz, ciekawa jestem, co powiesz o rozwiązaniu zagadki ;). Bo tam jeszcze na koniec to rozwiązanie -- ech... Nie będę spojlerowała :). Widzisz, ale to jest podobny poziom frustracji chyba, tylko z innym podejściem (Twoje jest jednak zdrowsze, mam wrażenie, ale jakoś tak... Sama nie wiem, może to kwestia tego, że miałam bardzo pozytywne opinie o "Motylku" cały czas z tyłu głowy i to mnie mocno nastawiło na "tak", po czym z każdą stroną przekonywałam się, że jednak "nie"?).

      Zgadzam się, że od strony romansów różne typu jest słabo. Ale nawet nie przez to, jak to jest zaplanowane, ale właśnie przez realizację (zaczekaj, aż dojdziesz do sceny spontanicznego zrzucania ubrań) -- tu się między innymi objawiają kłopoty ze stylem. Bo napisałam, że on jest przezroczysty, ale jest też miejscami egzaltowany, a to jednak gorzej. I obrywają nim sceny generalnie trudne, jak sądzę, do napisania, jak choćby te romansowe właśnie.

      O rety, wyparłam z pamięci to pranie. Ależ tak, tam faktycznie jest ladymakbetowska spódnica, co się nie spiera i barwi krwią po praniu w gorącej wodzie ;). A o ogrzewaniu wspominałam w komentarzach wyżej, widzę, że nie tylko mnie to tak mocno rzuciło się w oczy (serio, bohaterko -- nie działa ci ogrzewanie w siarczyste mrozy w starym dworze, a ty o tym pamiętasz tylko wychodząc spod prysznica?).

      Usuń
    2. Skończyłam, a przy zakończeniu uśmiałam się przednie. Przy posłowiu nawet na głos, bo nawet jeśli rozumiem potrzebę wydawania i takich lżejszych książek, to raczej nie chciałabym być wymieniana z imienia i nazwiska jako osoba z wydawnictwa odpowiedzialna za autora "Motylka". ;)

      Podejście wiele zmienia, ale przyznam szczerze, że mimo Twojego głosu na nie, i tak początkowo byłam mocno zirytowana, że straciłam czas na tę książkę. Zmiana nastawienia pomogła mi poradzić sobie i z tym nieprzyjemnym uczuciem straty czasu, bo jakoś ostatnio nie mam go zbyt dużo.

      Co do romansu - nie rozumiem po co w ogóle ten wątek był wprowadzony; Weronika to najbardziej zbędna bohaterka. Do tego teoretycznie główna bohaterka, ale tak szybko została porzucona, że trudno ją za taką uważać. Owszem, jej głupota się później na coś przydała, ale to jak P. powrócił do grona tych dobrych... no trudno mi to skomentować. W ogóle jego wątek i to, jak postrzegany jest przez kolegów, a już zwłaszcza jego szef na końcu go niemal rozgrzesza wrr...

      Nagromadzenie tragedii i patologii nagromadzonych w jednej nawet nie jakoś bardzo długiej historii, bardzo szybko przekroczył dopuszczalny poziom. Twój poziom frustracji przy "Motylku" jest chyba bardzo podobny do tego, który ja odczuwałam podczas lektury "Piaskowej Góry" Bator (której swoją drogą nie skończyłam, bo chcąc się dowiedzieć dlaczego wzbudzała ta książka zachwyty trafiłam na jakiegoś pomulyńca, który zdradził dość istotny, kolejny telenowelowy wątek powiązany z główną bohaterką). Nagromadzenie tragedii życiowych i schematów damsko-męskich na bardzo zbliżonym poziomie, nawet to zbytnie przeplatanie się losów bohaterów podobne, nie można jednak odmówić Bator stylu; chociaż jej bohaterowie strasznie irytowali, to czytało się sprawnie i nie znalazłam jakiś piramidalnych głupot, jak z tym brakiem ogrzewania w styczniu ;)

      Zakończenie... to taka kwintesencja tego wszystkiego co było już wcześniej z nawiązką. Najgorsze co można było zrobić z przesunięciem narracji do głowy mordercy, Puzyńska zrobiła właśnie tam. O ile przy mordowaniu, planowaniu morderstw itp. to ma to sens, zwłaszcza jeśli jest sprawnie napisane, tak tutaj... SPOILER jak można było to zrobić podczas zatrzymania, no jak? Przecież to jakaś farsa była. Drętwota i słaby styl porażał w tym fragmencie jeszcze bardziej.

      Zastanawiam się jakie kolejne tragedie życiowe niosą ze sobą kolejne tomy, skoro tych w "Motylku" było aż za dużo. Zwłaszcza, jak wywnioskowałam w wcześniejszych komentarzy, mamy tam do czynienia z tą samą niemal zgrają bohaterów. Teraz jak tak myślę, to wychodzi mi na to, że Weronika została wprowadzona do historii tylko po to, żeby można było skreślić z listy "rozwód".

      Czy sięgnę po następny tom? O dziwo, chyba tak, bo ciekawam czy dalej będzie to podobnie złe. Jeśli nie zmienię nastawienia, to powinnam przetrwać ;) A doświadczenie już z takimi książkami mam; zwłaszcza jedna seria mnie tak irytowała, że przeczytałam do końca, bo nie wierzyłam, że aż taka grafomania może przynieść komukolwiek miliony zysku. Przy Puzyńskiej podejście bardziej jak do komedii, więc wierzę, że będzie lepiej się czytało. W końcu śmiech jest zdrowszy niż złość ;)

      Usuń
    3. Zgadzam się, że Weronika to jest postać napisana dziwnie. Teoretycznie ma być chyba takim klucznikiem, co nas wprowadzi w świat Lipowa -- ona nowa, my nowi -- ale potem narrator traci nią zainteresowanie, a jak sobie przypomina, to wychodzi kuriozalnie (wątek "detektywistyczny"). Ten wątek z Pawłem mógł być dobry: pokazywać, jak trduno wyrwać się ze współuzależnienia w przemocy rodzinnej, ale ponieważ został poprowadzony tak, jak został -- to znaczy Grażyna zostaje niestabilna psychicznie (wątek przepytywania księdza, czy już może sobie kogoś znaleźć) -- to jest właśnie tak, jak piszesz.

      Ano właśnie: też miałam wrażenie, że tego jest za dużo. A jak za dużo, to efekt bywa odwrotny do zamierzonego, zwłaszcza jeśli wątki się sypią. Hm, mówisz, że będziesz czytać dalej? Podziwiam ;). To znaczy nie mówię, że sama się w przypływie jakiejś dziwnej ochoty nie skuszę, ale raczej dopiero na te "Utopce", żeby zobaczyć, czy coś z tego wyewoluowało, czy zostało, jak było.

      Usuń
  9. :) Zazwyczaj nie piszę głupawych komentarzy w stylu nastoletnich dzierlatek, ale tym razem napiszę :) Super blog. Dzięki. Tak trzymaj, dziewczyno. Nas, czytaczy, gromadź tutaj.

    OdpowiedzUsuń