Miasto, jakie jest, każdy widzi albo o reprezentacji


Jak pamiętacie, jestem wielką fanką opisów – i powieści z ich szczątkową formą zwykle wcale mnie nie cieszą. To, co w opisach interesujące, to że dają nam wgląd w tło, na którym rozgrywa się historia. Bo że historia musi się gdzieś dziać, to sprawa oczywista. I postanowiłam dzisiaj zajrzeć pod podszewkę i zastanowić się nad pewnym szczególnym miejscem takiego dziania się: nad miastem.

Pierwsza sprawa, która rzuca się w oczy, to fakt, że miasto wywalczyło sobie wysoką pozycję na mapie różnorakich lokalizacji powieściowych. Ba, są nawet takie gatunki, które bez miasta nijak się obejść nie mogą (weźmy dla przykładu – o ile istnieje – urban fantasy). Przy czym trzeba tu zauważyć jeszcze inną rzecz – ta notka siłą rzeczy nie będzie wpisem „miasto w literaturze” w ogóle, ale jedynie pewnym wycinkiem spraw, które wydają mi się najbardziej frapujące – niektóre gatunki niejako naturalniej zasiedlają miasta niż wsie. Jasne, taki kryminał może dziać się w wiejskim dworze z dala od siedzib ludzkich albo w pociągu, czy też w niewielkiej miejscowości nie będącej tym, co mamy w głowie, kiedy myślimy o „mieście”, niemniej jeśli by tak stworzyć coś w rodzaju siatki skojarzeń z kryminałem, myślę, że miasto, brudne, z ciasnymi uliczkami, gdzie czyha wiele niebezpieczeństw, byłoby gdzieś na czele listy najbardziej charakterystycznych lokalizacji.
 
 
 Strajk mojego komputera w zakresie grafiki trwa, więc pooglądajmy ładne zdjęcia miast po prostu, o stąd.


Druga sprawa to fakt, że nie tyle chodzi o oddanie pewnego stanu faktycznego, ile raczej charakteru, atmosfery czy klimatu. Innymi słowy: nie chodzi nawet o to, żeby schodzić za bohaterem całą Warszawę z mapą w ręku, ale żeby dało się w jakiś sposób „poczuć” dane miasto – jeśli mamy do czynienia z miastem faktycznym – albo „wczuć” się w miasto fikcyjne. Co ciekawe, jak się tak spojrzy na różne strategie spotykane w powieściach, samo wyliczanie nazw ulic niewiele w gruncie rzeczy nam, jako czytelnikom daje. Co oznaczałoby, że damy radę wybaczyć jakiś oczywisty byk w topografii, ale z trudem przełyka się miasta zupełnie bez charakteru. Chyba w gruncie rzeczy chodzi tu o to, że w niewielkim stopniu takie miasto gra swoją rolę w fabule: równie dobrze rzecz mogłaby się dziać w bazie na Marsie, wsi w Nepalu albo na wyspach na Pacyfiku.
 
 
 

Trzecia sprawa, że miasta mają swoją atmosferę często wpisaną już w tradycję. Gdyby się tak przyjrzeć temu, co częściej dzieje się w powieściowym Krakowie – weźmy dla przykładu cykl o kuzynkach Andrzeja Pilipiuka – to zobaczymy, że ta aura, którą Kraków dysponuje w świecie rzeczywistym, daje się wykorzystać w świecie fikcyjnym. Fascynujące, zważywszy na to, że ta tradycja może być przetwarzana w bardzo zręczny sposób – co zrobił chociażby Wit Szostak w „Dumanowskim”: Kraków jest tak tradycyjny, że aż duszący, trudno się z niego wyrwać, choćby się nawet chciało, magia działa, ale wcale nie tak, jakbyśmy chcieli. I w „Dumanowskim”, i w „Kuzynkach” – książkach z dwóch różnych rejestrów – Kraków dostaje swoją porcję magii, ale to jest magia działająca w bardzo różny sposób i na bohaterów, i na czytelnika. Nawet jak już dostajemy jakiś kryminał (wiem, że tutaj dobrze by się było powołać na „Tajemnicę domu Helclów”, która jakoś wpisuje się w moje rozmyślania, ale przywołać jej nie mogę, bo nie miałam jeszcze niestety okazji czytać), to Kraków okazuje się tym tradycyjnym aż do przesady miastem, gdzie rzeczywistość zdaje się ciągnąć i wciągać (ale jednak przykład będzie: „Jedenaście”, „Dwanaście” i „Trzynaście” Świetlickiego). Inna rzecz, to – przy dobrej znajomości tematu – można wyłuskać w mieście przedstawianym dużą wariantywność (jak opisała kiedyś powieściowy Poznań AnnRK). 
 
 
 

Czwarta sprawa to – jak się okazuje – problem z tą aurą. Bo jeśli przyjrzymy się temu, w jaki sposób reprezentowane są inne polskie miasta (zostańmy przy polskich, żeby zawęzić sobie pole do podawania przykładów), to można zauważyć, że ten genius loci jakiegoś rodzaju gdzieniegdzie jest, a gdzie indziej go nie ma. Problematyczne są chyba zwłaszcza miasta „odzyskane” na północy i zachodzie. Gdańsk wydaje się tutaj wyrywać z przegródki, bo doczekał się już swoich własnych pisarzy polskich (weźmy choćby Huellego czy Chwina), którzy włączają jego przeszłość do swoich dzieł. Ale już taki Szczecin na przykład ma nieco większego pecha – jasne, mamy tam powieści takich autorów jak Inga Iwasiów czy Artur Liskowacki, ale nie odniosłam wrażenia, żeby Szczecin na literackiej mapie Polski się jakoś wyraźnie odznaczał. Wrocław – idąc tym tropem – stał się na czas jakiś stolicą kryminalnych przypadków, ale ponownie: nie odznaczył się w taki sposób jak Gdańsk. Mamy tam co prawda ostatnio „Wypędzonego” Inglota, ale jedna jaskółka, jak mówią... I tu znowu pojawia się problem: bo przecież te miasta mają swoją literaturę – ale w języku niemieckim, często w ogóle na polski nie przełożoną. Jakiej jednak rzeczywistości dotyczą: Gdańska czy Danzigu (jak choćby Grass), Szczecina czy Stettinu? No właśnie.
 
 
 

Piąta sprawa to fakt, że można zaznaczyć takie miasta, w których non stop coś się powieściowo dzieje i inne, gdzie można zapytać „ale co właściwie może dziać się w Łomży/Pile/Jeleniej Górze”? Ciekawe, czy to kwestia tego, że często te małe miasta mają ogromny potencjał, ale nie dostrzegany – może wydają się za mało uniwersalne, może wydaje się, że mogą czytelników zainteresować tylko lokalnie, a może, ponownie, są niezłą scenerią dla kryminału, ale co poza tym? Wydaje się, że nawet w lekkich prozach, gdzie duże miasto służy głównie do uciekania z niego po jakimś życiowym przeżyciu, małe miasteczka nie mają swojego miejsca, bo wypiera je jakaś idylliczna, na wpół wyobrażona wieś. I znowu zagospodarowuje je kryminał, który dość skutecznie ostatnio wędruje poza duże miasta, wydaje mi się jednak, że tam jest materiału na coś więcej niż tylko na historie kobiet, które chcą rozpocząć nowe życie albo opowieści o snujących się i cierpiących za miliony detektywach.
 
 
 

Szósta sprawa, że tak się zastanawiam, jakie jest miejsce Warszawy w tym wszystkim. To w końcu miasto, w którym – patrząc, jakie fabuły się w nim osadza – może dziać się wszystko. Na czym polega ta uniwersalność Warszawy: czy chodzi o to, że to stolica? Duże miasto? Czy przekłada się tutaj takie popularne twierdzenie, że stwarza „więcej możliwości” (tu: fabularnych)? Bo Warszawa ma swoją działkę klasyki, ma kryminały, ma powieści obyczajowe, jest nawet warszawska fantastyka. Czy w związku z tym Warszawa jako literackie miasto ma swojego ducha, czy jednak chodzi bardziej o to, że wydaje się na tyle elastyczna, że da się w niej umieścić każdą historię? Szczerze mówiąc zastanawiam się, czy w pewnym momencie nie staje się po prostu – jako stolica i największe miasto – takim wytrychem i miastem „wyobrażonym” (nawet jeśli bohater faktycznie chodzi sobie po Warszawie, to na ile to jest „Warszawa”, a na ile „duże europejskie miasto”/ „centrum” i tak dalej).

A jak Wy sądzicie? A przy okazji: jeśli znacie jakieś powieści dziejące się w mniejszych polskich miastach – zdradźcie się z tym!

________________

Z ogłoszeń drobnych: zastanawiam się nad wprowadzeniem moderacji komentarzy, przynajmniej na czas jakiś (hm, szczerze mówiąc nie sądziłam, że coś takiego może być potrzebne, ale jak widać blogowanie ma jeszcze wiele stron, których się nie spodziewałam), ale trochę się waham, bo jak wspominałam lubię, kiedy macie możliwość rozmowy tutaj między sobą, nawet kiedy mnie nie ma w pobliżu. Z drugiej strony – zawsze można potem wrócić i pogadać, kiedy komentarze się już pokażą. Jak sądzicie?

Weź dokładkę!

24 komentarze

  1. Mama wrażenie, że Warszawa jest traktowana jako symbol, nie prawdziwe miasto- albo jako straszak (straszna i zła metropolia z której ucieka się na Mazury) albo jako miasto z baśni, gdzie wszystko jest możliwe. No i gdzie niby osadzić akcję, jeśli jeden z bohaterów ma być drapieżnym biznesmenem/pracownikiem telewizji/artystą? Tylko w Warszawie :).

    Co do ogłoszenia, to bardzo mi przykro, że spotkało Cię coś takiego. Ale to Twój blog, powinnaś się na nim czuć komfortowo, jeśli moderacja ma w tym pomóc, zastosuj :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, też mam takie odczucia. To znaczy chyba za mało jest zamienników dla Warszawy, jeśli fabuła ma być prawdopodobna i pod tym względem właśnie wykorzystuje się Warszawę w taki sposób, jak piszesz :). I ona robi równocześnie za miejscowy Nowy Jork, Londyn, Wielkie-Miasto-Dokąd-Jedzie-Bohaterka i City ;). Chociaż znowu: taką powieść o pracowniku telewizji regionalnej z -- bo ja wiem -- Olsztyna, Jeleniej Góry czy Koszalina to bym przeczytała :D.

      Dziękuję :). Mnie też jest przykro (serio, nie sądziłam, że coś takiego się zdarza i że tak wygląda). Na próbę wprowadziłam moderację, zobaczymy :). Chciałabym, żeby można było się tutaj dobrze czuć, przede wszystkim, bo miejsc, gdzie się da czuć nieprzyjemnie, jest dość sporo i tak (choćby poczekalnia u dentysty ;)).

      Usuń
    2. Jesli chcesz ksiazek o pracownikach lokalnej telewizji na przyklad w Szczecinie to Szwaja sie nada. Jej cykl o Wice Sokolowskiej i jej kolegach to bardzo sympatyczne czytadla.

      Usuń
    3. Mam już tę Szwaję na oku od jakiegoś czasu, żeby zobaczyć, jak też się będzie to czytało (bo w pamięci mi słabo majaczy, że jakąś jedną jej powieść czytałam, ale nic mi jakoś nie zostało z tej lektury), ale jakoś nie miałam świadomości, że będzie o Szczecinie. Dobrze wiedzieć :)!

      Usuń
    4. Masz rację Pyzo, że Szczecin również na literackiej mapie to prowincja. Chyba najlepiej opisany jest przez Liskowackiego, bo już Iwasiów, powiedzmy sobie szczerze, czyta się dość trudno.
      Jeżeli pojawia się w dobrej literaturze to raczej jako tło, np. w całkiem niezłej powieści Brygidy Helbig "Niebko".
      Jako ważny bohater pojawia się w utworach lżejszego gatunku: tzw. literaturze kobiecej (Szwaja, Paulina Grych i inne lokalne pisarki), horrorach (powieść o wampirach!) czy kryminałach/powieściach sensacyjnych, z których multum dzieje się w przedwojennym Stettinie (autorzy zazwyczaj popisują się znajomością lokalnych historycznych ciekawostek i map miasta sprzed 1945).

      Usuń
    5. Nie przebrnęłam do dzisiaj przez "Niebko", przyznaję się szczerze. Teoretycznie fabuła jak dla mnie stworzona, ale językowo mam problem, nagle grzęznę i ni w ząb (ale nie tracę nadziei). Co do Liskowackiego -- nie skończyłam "Eine kleine" (mam jak widać jakiś problem z tym ;)), co do Iwasiów się zgadzam (chociaż strasznie mnie to denerwuje, bo gdyby "Bambino" było napisane nieco inaczej, byłoby jedną z najlepszych powieści w temacie).

      A teraz zdradź mi namiary na tę powieść o wampirach i jakiś szczeciński kryminał, bo tu jestem zielona (i zaciekawiona!) :D.

      Usuń
    6. Łatwo z tym Szczecinem nie jest! Jeżeli chodzi o powieść o wampirach i kryminały z góry zaznaczam, że reklamacji nie przyjmuję. Niektóre z nich potrafią być wyjątkowo wątpliwej jakości ;).
      "Pamięć krwi" Izabeli Dębogórskiej, podobno jest też druga część "Krew to nie wszystko". To oczywiście szczecińska wersja "Zmierzchu" (horror horrorem, ale miłość musi być).
      Co do sensacji i kryminałów: są powieści Bartosza Ulki (pseudonim) z serii Perła Europy, Wojciecha Burgera (coś w rodzaju tryptyku/trylogii)i takie perełki jak Tadeusza Wojciechowskiego "Na Dzikim Zachodzie" napisane 50 lat temu czy wyjątkowych lotów grafomania "Sprawiedliwy" Tomasza Kaliszewskiego o Szczecinie lat 90tych. Ostatnim lokalnym bestsellerem jest "Sedinum. Wiadomość z podziemi" Leszka Hermana.
      Gdybyś chciała bardziej pogrzebać to podrzucam linkę, chociaż mam wrażenie, że o niektórych książkach tam umieszczonych nawet najwytrwalsi szczecinianie nie słyszeli ;). http://www.szczecinczyta.pl/category/szczecinska-polka/

      Usuń
    7. Dzięki! Z rzeczy tuż powojennych (no, do lat 50.) jestem mniej więcej oblatana, ale o Wojciechowskim tylko słyszałam (za to nie wiem, czy znasz -- nie szczecińskie co prawda, ale ziemioodzyskane -- Dymnego "Droga Dziki Zachód"? Mnóstwo radości, wietrzę podobną przy Wojciechowskim :)).

      Usuń
    8. Sztuczka z Wojciechowskim polega na tym, że książka napisana 50 lat temu, ale wydana została dopiero w 2007 roku. Z powodów politycznych. Jest tu Werwolf, źli hitlerowcy i dobrzy Niemcy, którzy odbudowywać będą swój kraj z gruzów, podli przestępcy, dzielni milicjanci i oczywiście piękne kobiety. A oprócz Szczecina jeszcze Koszalin i Świnoujście.
      A Dymny jakoś mi umknął, muszę mu się przyjrzeć.

      Usuń
    9. Aha, nawet dokładnie przez ten Koszalin go kojarzę, bo szukałam z ciekawości powieści dziejących się chociaż jako tako w Koszalinie (trudna sprawa) i gdzieś ten tytuł wyhaczyłam. Tym bardziej muszę go popchnąć na liście czytelniczej do góry :)!

      Koniecznie, gwarantuję, że jeśli siedzisz w takich klimatach, będziesz zachwycona :).

      Usuń
  2. Jest jednak różnica pomiędzy Gdańskiem opisywanym przez Grassa i Chwina. Ten pierwszy pisze o mieście w czasach, które znał i przeżył, Chwin tylko wykorzystuje sentyment i podstawia niemieckie nazwy w miejsce obecnych (to samo na potęgę robi też Krajewski). Trochę inaczej jest z Huelle w przypadku "Weisera Dawidka" - jego akcja rozgrywa się co prawda w czasach, z którymi Huelle się trochę rozminął ale kiedyś czas "biegł wolniej" i dzieciństwo lat 60-tych nie było odległe od dzieciństwa lat 50-tych, stąd też zapewne świetny klimat książki.
    Ten genius loci da się wyczuć tam, gdzie autor bazuje na własnych doświadczeniach - tak jest w przypadku Warszawy i "Złego", Ełku i "Muzeum ziemi ojczystej", czy sztandarowy przykład Sowirogu i "Dzieci Jerominów". Tam gdzie jest to tylko próba rekonstrukcji wypada to już bez przekonania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście. Zresztą wydaje mi się, że Chwin obrywa tu trochę niezasłużenie, bo z jednej strony jasne, chwyta się tego sposobu ze wstawianiem niemieckich nazw, ale potrafi też wykorzystać tę "podwójność" miasta: chociażby w tej scenie ze "Złotego Pelikana", gdzie bohater wędruje po kanałach i spotyka siedzących tam uciekinierów (jedna z lepszych scen u Chwina w ogóle, mimo że nie jestem jakąś wielką fanką jego pisania to ta akurat zapadła mi w pamięć). Z Huellem to faktycznie jest tak, że ten Gdańsk dostaje podwojoną dawkę atmosfery -- ale zobacz, że Huelle umie ładnie ograć tę niemieckość, chociażby w "Opowiadaniach na czas przeprowadzki".

      To ciekawe twierdzenie, generalnie zgodziłabym się, ale przecież czy taka rekonstrukcja nie ma w sobie nutki tworzenia? I wtedy: czy nie jest w tym przywoływaniu duchów podobna do pisania miasta fantastycznego? A przecież są udane miasta fantastyczne ze swoim genius loci ;).

      Usuń
    2. Chwina znam tylko z "Hanemanna", tak że swoją uwagę formułuje w oparciu tylko o tą jego książkę. Huelle ma niewątpliwe wyczucie stylu - widać to dobrze w "Castorpie" w sumie pastiszu Manna, tyle że rozgrywającym się w Gdańsku.
      Oczywiście, że taka rekonstrukcja tworzy i w tym cały sęk, bo ci którzy dotknęli opisywanej rzeczywistości ją odtwarzają. Pierwsi budują coś zupełnie od nowa, ci drudzy odbudowują to co było.

      Usuń
    3. "Hanemana" czytałam jeszcze w liceum i muszę powiedzieć, że oprócz tej samej metody opisu, to zostały mi po tej powieści dobre wspomnienia (głównie właśnie atmosfery -- nie miałam też takiego wrażenia, że Chwin epatuje tutaj historią, raczej było to skrzętnie pochowane). Natomiast "Castorpa" bardzo lubię, całkiem przyjemnie Huelle ten Gdańsk "robi", przy czym, no właśnie: tutaj niewątpliwie swoją działkę ma i to, że on go rekonstruuje w konkretnym celu -- tego dopowiedzenia Manna. I, moim zdaniem, całkiem nieźle mu to wychodzi. Zresztą akurat i w "Hanemanie", i w "Castorpie" to jest nawet nie tyle Gdańsk, co takie miasto w czasie przemiany (i w "Opowiadania na czas przeprowadzki" w sumie też) -- nie tylko z niemieckiego w polskie ("Haneman", "Opowiadania..."), ale takiej większej zmiany, gdzie jakaś epoka wyraźnie się kończy, inna zaczyna, ale jeszcze nie wiadomo właściwie, co to będzie za epoka.

      Usuń
    4. Chwin nie epatuje historią jako taką tylko niemieckimi nazwami. Mnie również w liceum "Hanemann" bardzo się podobał, gdy czytałem go po latach wyszło już szydło z worka.
      Jeśli chodzi o Huelle, to przyznaję ma talent do "podrabiania" - nie tylko, zresztą Manna, bo przecież także i Hrabala czy Grassa, za każdym razem daje to świetne rezultaty, a jego książki są znacznie lepsze niż Chwina.
      Ani w "Hanemannie" ani w "Castorpie" nie znalazłem obrazu miasta w czasie przemiany - wręcz przeciwnie, to nawiązanie do czasów, w których nikomu się nie śniło, że Danzig będzie nazywał się Gdańsk.

      Usuń
    5. Muszę w takim razie koniecznie wrócić do "Hanemana" (mnie się ta nazwa z błędem bardziej podoba, przyznaję, bo dobrze oddaje tę "przemianę" -- będę się przy tym upierała -- to znaczy nazwisko niby niemieckie, ale coś w nim nie gra; podobno redakcja poprawiła to Chwinowi i wcale nie był on z tego powodu szczęśliwy ;)), zresztą kusi mnie już od jakiegoś czasu. Z tym epatowaniem chodziło mi o to, że on nie tłumaczy, zakładając, że wchodzimy w ten świat z pewną bazową wiedzą (na przykład czym był Wilhelm Gustloff). I, przyznaję, też wolę Huellego niż Chwina (coś podejrzanie często się ostatnio zgadzamy ;)).

      Nie no, w "Hanemanie" jest ten Gdańsk odmieniający się: w końcu Hanemann dostaje do domu polską rodzinę i sam siedzi w pokoju, czuwając, przeżywając żałobę, zanim z niego ostatecznie wyjdzie. Ten dom tutaj jest takim mikroświatem, mikromiastem (może?), ale samo miasto też przecież po wyjściu okazuje się inne. No a w "Castorpie" jest ta zmiana epoki, ostatnie tchnienie pewnego stylu myślenia o świecie, które się wkrótce zmieni, Castorp wyjedzie na czarodziejską górę, z której wychynie, kiedy zacznie się wojna. A zapowiedzi już tam są, chociażby w tych spotkaniach studenckiego kółka.

      Usuń
  3. Przyznam, że przy czytaniu frazy "miasto jest immanentnym bohaterem tej powieści" (czy coś w ten deseń) ziewam niczym hipopotam. Strasznie się nam zużyło to określenie i w ogóle chwyt, że to tu i teraz, tak, właśnie za rogiem, dzieje się moja historia. Zwłaszcza, że mam z powieściami jadącymi tym chwytem problem, a nawet kilka. Wiele z nich cierpi na coś, co roboczo nazywam "zespołem strasse". A jak widzę kolejny kawałek w stylu:
    "Ziutek skręcił z Grunwaldzkiej w Stolarską, mijając dawny hotel. Teraz pyszniły się tu kolorowe tablice, oznajmujące przechodniom, że Szpitalny Oddział Ratunkowy pełni całodobowy dyżur. Kamienica obok wzbogaciła się niedawno o świeże zacieki na burym tynku - pozostałość po działalności niesławnego Piotra Ś, o którym w swoim czasie pisała nawet Wyborcza. Zza przybrudzonego muru dobiegały dźwięki organów, widać w Świętym Michale trwała msza. Ziutek ominął zatłoczony parking i przeciął Śniadeckich, nie rzucając nawet okiem na okna Collegium Anatomicum, rozświetlonego żółtawym blaskiem halogenów. Minęły go dwie wymalowane dziewczyny, może studentki, a może po prostu uczennice Liceum Ekonomicznego, graniczącego z kościołem. Ziutek szedł powoli, mijając dawnych budynek biblioteki, za którego wystawały szklane dachy palmiarni. Przez kilka sekund wahał się, czy nie skręcić w zatłoczoną samochodami uliczkę i przez zardzewiałą furtkę nie zajrzeć do parku Wilsona, który z nawyku i tak zawsze nazywał parkiem Kasprzaka. Porzucił jednak ten pomysł i szybkim krokiem przemierzył ostatni odcinek Śniadeckich. Do jego uszu dobiegał już dzwonek tramwajów z Głogowskiej..."
    Poniosło mnie, ale jak Boga kocham, wielu autorów ma zwyczaj pisać w ten sposób (choć wiem, że o wiele lepszym stylem). Mnie przywodzi to na myśl fabularyzowanie mapki podchodów na obozie. Oczywiście, to wzruszające i godne pochwały, że autor wykonał risercz, rozłożył plan miasta, wyrysował trasę itd, ale wolałabym już dwustronicowy opis jednej kamienicy, niż taki wyciąg z przewodnika. Bawi mnie to tylko wtedy, gdy sama znam miasto; wtedy jestem gotowa wznosić radosne okrzyki i cieszyć się, że bohater też kupuje chleb w tym samym sklepie, co moja ciotka. Z tego względu trudno mi ocenić kryminały dziejące się w "moich" miastach - bo zwyczajnie nie wiem, czy lubiłabym je, gdyby działy się gdzie indziej. Bo może to tylko magia miejsc, które poznaję. Bo przecież zdarza mi się zgrzytnąć zębami, jak autor rozmija się z rzeczywistością i wsadza w fabułę (ba, czasem nawet czyni ją ważnym elementem intrygi) budowlę, której nie powinno tam być od ponad 30 lat. Albo - domrocznić to, co jest w sumie zwyczajne i przaśne - tak, że człowiek ze zdziwieniem konstatuje, że samo o tym nie wiedząc, przemierzał polski Bronx skrzyżowany z przedwojenna Chitrowką i dzielnicą czerwonych laatarni, a w pamięci ma raptem dwie ulice na krzyż i trzech panów w typu "fura, skora i komóra".
    Z drugiej strony, jak rzecz całkowicie nudna, to jej nie strawię; miasto czy nie miasto. Przyznam, że obejrzałam ze dwa odcinki serialu dziejącego się na Helu, li i jedynie dla przyjemności rozpoznawania znajomych miejsc. Tym niemniej, głos wyłączyłam po 10 minutach, bo dialogi chyba tam Wit Stwosz ciosał.
    Z trzeciej strony, chciałabym przeczytać opowieść mieście. Naprawdę o mieście, a nie o ludziach czy o tym, co się stało. Tak jak w "Córce łupieżcy" Dukaja, gdzie najpierw wydaje się, że jest bohaterka, jest intryga, a potem wychodzi, że bohaterem jest miasto, a reszta - mocno pretekstowa.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, inna sprawa to jeszcze ten sposób pisania ;). Biedny Ziutek został przegoniony, ale jakże dobrze ilustrując przy okazji kłopot z pisaniem miasta: bo nawet w tej świadomości bohatera to "czucie" miasta jednak nie wygląda w ten sposób i taka prezentacja faktycznie może budzić irytację. Inna sprawa, że to się często spotyka tam, gdzie trzeba budować realia: niektóre powieści historyczne mają masę takich opisów (i je się nie zawsze źle czyta, ale mogą budzić pewne wątpliwości co do tego, czy nie jest to aby za proste, zbyt zmasowane, czy nie dałoby się inaczej).

      Chyba oglądałyśmy ten sam serial dziejący się na Helu, ale ja przetrwałam jeden odcinek mrocznych rybaków i podejrzanych rodzin oraz udręczonego policjanta i jakoś nie dałam rady więcej ;).

      Usuń
    2. Z drugiej strony, to pozwala mieszkańcom miasta na poczucie więzi z bohaterem. Szacki zdecydowanie stał mi się bliższy, gdy tak jak ja stał w porannym korku w Warszawie albo przedzierał się przez rozkopany Olsztyn. U Tyrmanda najbardziej podobał mi się opis apteki na Nowym Świecie, bo ona nadal tam jest i wygląda identycznie, a ja z niej korzystałam. I nagle bohaterowie zamiast w krainie Nigdy-Nigdy są tuż za rogiem :). Strasznie fajne uczucie.

      Usuń
    3. A to jak najbardziej -- ale tak się zastanawiam, że to szalenie fascynujące, bo tu dochodzi do takiego zetknięcia świata literackiego z "naszym" światem, coś jakby drzwi do Narnii nam się otworzyły i okazuje się, że tam za nimi faktycznie ta Narnia jest. Przy czym tutaj właśnie podnosi się ta kwestia, o której wspomniała @Anonimowa: że nie wiadomo, czy to działa magia pisania, czy po prostu nasze odniesienie sytuacji bohatera w mieście do naszej, jeśli łączy nas to samo miasto ;).

      Usuń
  4. Nie zapominajmy o Szackim i jego przypadkach w Warszawie, Sandomierzu i Olsztynie- lokalizacja jest niezwykle wazna w powiesciach Miloszewskiego. Warszawa to w zasadzie jedna z glównych postaci "Uwiklania". O Wroclawiu pisze Piotr Adamczyk w "Domu tesknot" (czeka na polce po entuzjastycznych recenzjach na wielu blogach). Hm, duzo tych ksiazek, za duzo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Adamczyka też wyczaiłam, jestem bardzo ciekawa. Natomiast co do Miłoszewskiego opinie są podzielone -- mnie się chyba najbardziej podobała Warszawa (ale klimat stwarzały bardziej, moim zdaniem, partie wstępne niż same opisy miasta), natomiast najmniej Olsztyn, bo też w sumie skupiało się wszystko wokół sygnalizacji świetlnej ;), natomiast samej specyfiki miasta mi w tej książce brakowało.

      Usuń
    2. No właśnie, mam wrażenie taki szczegółowy, ale dość bezpłciowy opis nie pomaga w wizualizacji/wczuciu się w klimat itp. i w sumie zyski z tego żadne, chyba że jakiś czytelnik siedzi z ołówkiem i rozrysowuje pieczołowicie kolejne zakręty trasy. Jak ktoś rewiry zna, to, owszem, to go bawi, ale jak nie - to staje się męczące. W dodatku wytarza to poczucie, że bohater przymierza straszne odległości, podczas gdy w istocie odbył piętnastominutowy spacer. Choć, przyznaję, lubię Hagena i Perry, mimo że oboje mają pociąg do "strassowania" bohatera.

      Mroczni rybacy na Helu mnie ominęli,a le urzekła mnie mroczna knajpa zapchana przedstawicielami półświatka, zwłaszcza że za ów przybytek ciemnych interesów robiła jedna z droższych knajp na Helu i normalnie to tam miejsca nie sposób dostać.

      To powyżej to byłam ja, ann-wlkp, ale mnie wylogowuje, więc wychodzę na anonima.

      Usuń
    3. Tak przypuszczałam, że to Ty, ale nie byłam pewna :).

      Ale byli, byli tam mroczni rybacy kryjący mroczne tajemnice, naprawiając sieci przed chatą. Co było jakoś ciekawe: takie nawiązanie do różnych mniej chwalebnych tradycji a la "Siemiu Łebian w niebie", tyle że wyszło dość komicznie w gruncie rzeczy, bo za bardzo starano się ich "umrocznić" i otoczyć gęstą tajemnicą.

      Ewentualnie myślę, że całkiem ciekawe opisy tego typu są też wtedy, kiedy chcemy sobie rozrysować konkretną trasę spaceru po danym mieście śladami bohatera. Ale tak się zastanawiam, że w dużej mierze to sposób na kreowanie realizmu świata przedstawionego, a nie atmosfery miejsca. Autor pokazuje, że się zna i wie o czym pisze, a czytelnikowi rośnie wiara, że autor się zna i wie, o czym pisze. Gorzej, jak wtedy autor gdzieś się potknie, bo przy tak budowanym opisie chyba o to dość łatwo.

      Usuń