Na co nam nagrody literackie albo w oczekiwaniu na Nobla


Mam taki zwyczaj, że rankami słucham radia i zwykle jest to Dwójka. Ale podejrzewam, że nawet gdyby włączyć jakieś inne radio, z pewnością temat „o 13:00 poznamy kolejnego laureata literackiej nagrody Nobla!” przewijałby się tam dość często. Czekając zatem, kto w tym roku zostanie nagrodzony i na czyje książki w księgarniach będzie się można cieszyć, zastanówmy się, po co nam, czytelnikom, są właściwie nagrody literackie?


Zresztą okazja jest podwójna, bo niedawno odbyło się rozdanie Nike, a poza tym temat jest interesujący. Pozwólcie, że ujmę rzecz w punktach, zamiast w ciągłym tekście, bo zauważyłam, że w ten sposób wygodniej mi się ostatnimi czasy pisze. Bo po co pisarzom nagrody literackie – to oczywiście rzecz mniej więcej jasna. Przy czym mam wrażenie, że są pewne punkty, w których czytelnicze i pisarskie „po co” się przecinają, czy wzajemnie z siebie korzystają. Ale może po kolei.

(1) Żeby się orientować. To chyba dość oczywisty wyznacznik i mam wrażenie, że wiele osób właśnie tak korzysta czy to z nagród, czy z nominacji do nich. Wierzymy, że nagrodzeni lub wyznaczeni do nagrodzenia to taka creme de la creme tego, co akurat wyszło w danym roku na rynku księgarskim (Nike) czy generalnie jest godne poznania i podziwu (Nobel). Będę operowała na tych dwóch rodzajach nagród, bo one nieźle oddają pewne dwa najczęstsze sposoby nagradzania – i dobrze pokazują też ograniczenia tego typu nagradzania, bo często mogą i tak zostać nagrodami za całokształt albo nadganianiem i dawaniem nagrody komuś, kto sobie zasłużył już dawniej, ale jeszcze nie dostał. Wracając jednak do tematu: czytając takie książki zwykle po prostu wiemy po pierwsze, co doceniła krytyka, a po drugie, o czym się wszędzie mówi. Jasne, wcale to nie znaczy, że padniemy przed taką książką na kolana (często wcale nie padniemy) albo zgodzimy się z takim werdyktem. Ale zorientowani będziemy.



(2) Żeby poczuć się dowartościowanym. Co wypływa z tego, że się orientujemy, ale nie tylko. Tu właśnie może się krzyżować nasze doświadczenie czytelnicze ze splendorem, jaki przypada w udziale właściwemu nagrodobiorcy, czyli pisarzowi. Oczywiście to pewien model: jak każdy model opuszcza sytuacje, w których ktoś nagrodzony być nie chce albo jest mu zasadniczo wszystko jedno, czy jest, czy nie jest nagradzany. Ale czytając taką nagrodzoną książkę włączamy się jednak do pewnej grupy – zważywszy na to, że w większości przypadków, przynajmniej deklaratywnie, nagradzane jest to, co najlepsze. Z tym zresztą wiąże się druga sprawa: kto nagrody przyznaje. Bo obydwie, które przywołuję jako przykłady, to nagrody wręczane przez pewne gremium, komisję, wyposażoną, przynajmniej tak zakładamy, w pewne kompetencje i składającą z ludzi „znających się na”. Tymczasem mamy jednak jeszcze nagrody przyznawane na przykład przez głosowanie czytelników.



(3) Żeby poczuć się częścią grupy. No właśnie, możemy się poczuć częścią jakiejś grupy nie tylko przez to, że czytamy nagrodzoną książkę, ale i przez to, że sami przyczyniliśmy się do jej nagrodzenia. Wydaje mi się zresztą, że można by tu w ogóle wyróżnić pewną podgrupę, nawet w tych nagrodach, gdzie nie decyduje czytelnik: grupę tych, którzy zgadzają się z wynikiem. To znaczy dużo większą satysfakcję odczujemy raczej wtedy, kiedy pokiwamy po lekturze z ukontentowaniem głową niż podczas lektury, krzycząc „bałwani!”. Przy czym mam wrażenie, że to drugie uczucie bywa tonowane przez to, że choć książka może nam się nie podobać, to jednak coś w niej docenimy (język, kompozycję, pomysł, cokolwiek) i dostrzeżemy w niej jakąś wartość, zamiast stawać w ostrej kontrze. Jakkolwiek, wiadomo, krew nie woda i czasami człowiek musi stanąć w kontrze, bo nie wytrzyma. Warto jednak wtedy dać jeszcze jakąś szansę takiemu pisarzowi – może nie ta książka, a inna?



(4) Żeby wiedzieć, o co chodzi. Ale nie idzie nam o to, żeby czuć się częścią grupy czy być zorientowanym – chcemy mieć takie wstępne rozpoznanie, o co chodzi, wcale nie mamy zamiaru prowadzić potem dyskusji na temat miejsca Laxnessa w skandynawskiej prozie czy wypowiadać się na jakikolwiek temat w tym rodzaju. Kartkujemy książkę dla siebie, może przeczytamy kawałek, a może tylko zaczerpniemy wiedzy o pisarzu z wikipedii. To coś w rodzaju takiego rozpoznania terenu, które może nam się potem przydać w czasie literackich wędrówek. Jak sami widzicie, zwykle z nowościami jestem na bakier, ale lubię wiedzieć, kto to ten nagrodzony, co napisał i co ewentualnie kiedyś w przyszłości, jak się trafi okazja, będę mogła przeczytać.




(5) Żeby się nie zgodzić. To taka ostra postać stawania w kontrze. Właściwie czysto hipotetyczna, bo nie spotkałam chyba nigdy nikogo, kto by czytał nagrodzone książki po to, żeby stwierdzić, że są okropne (a przynajmniej nikt taki się przede mną nie ujawnił). Przy czym jednak zakładam, że taka pokusa, żeby powiedzieć „ależ są lepsze/ależ inne były lepsze/ależ jest taki inny pisarz, który...” jest zawsze duża. Ale w sumie trzeba brać pod uwagę to, że nagrody literackie nie są jedynym wyznacznikiem wartości, nie wspominając już o tym, że siłą rzeczy nie uwzględnią absolutnie wszystkiego. Choćby dlatego, że niektóre książki przechodzą bez echa, nie odkryte przez kogoś, kto o takiej nagrodzie decyduje, nie mają przekładu na język, który jest znaczący albo zostają przyćmione przez inne, które wyszły akurat w tym samym czasie i, no cóż, przyćmiewają.

Co nie znaczy, że jestem tym stoickim przykładem, który zawsze kiwa głową, że kurczę, w porządku. Niektórych decyzji komisji noblowskiej nie rozumiem – ale też zważywszy na moje próby dawania drugich szans, jest szansa, że pojmę kiedyś. A Wy jak podchodzicie do nagród literackich?

Weź dokładkę!

18 komentarze

  1. Jak podchodzę do nagród? Mówiąc krótko: olewam całkiem. Gratuluję Switłanie Aleksijewicz Nobla. Czy przeczytam jej książkę? Tak, bo zainteresowała mnie na BBF2015, choć niestety nie mogłam iść na jej spotkanie.
    Nagrody traktuję dosyć pragmatycznie - jak coś jest nagradzane, będzie łatwiejszy dostęp do tego. Ale nagrody generalnie traktuję je jako część marketingu, i tak samo dużą uwagę im poświęcam. ;) No, może mały wyjątek zrobiłabym dla Angelusa...

    1. Żeby się orientować... e tam, to o niczym nie świadczy. Jest sporo świetnych książek, które nie dostały nagród. A zresztą są pewnie miliony nagród na całym świecie. Co za różnica? I tak nie zawsze najlepsze są nagradzane.
    2. Żeby się dowartościować. Znam własną wartość, nie potrzebuję się dowartościowywać, snobować czy ogrzewać w odbitym blasku.
    3. Żeby poczuć się częścią grupy. Nie, dziękuję, nie potrzebuję. Mam się jeszcze szufladkować?
    4. Żeby wiedzieć o co chodzi. Jeżeli ten autor (zwłaszcza ktoś z tych bardziej znanych) jeszcze w ten czy inny sposób nie znalazł się na mojej liście, to znaczy, że nagroda raczej tego nie zmieni.
    5. Żeby się nie zgodzić. No ja np. nie zgadzam się z Noblem dla Sigrid Undset czy nagrodą Bookera dla Eleanor Catton. Przy czym ta druga i tak była lepsza od tej pierwszej. Przy okazji - Krystynę przez lata miałam w zasięgu rąk i tak nie zdecydowałam się jej przeczytać przed wyzwaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego piszę właśnie o tych wszystkich zastrzeżeniach w kolejnych punktach. Stąd wychodzę z założenia, że powody mogą być różne -- w różny sposób też mogą je odbierać inni czytelnicy. Jeśli ktoś traktuje nagrodzone książki jako pewien drogowskaz, to dlaczego nie? Sama staram się czytać noblistów, bo jestem ciekawa, jak zmieniały się gusta szwedzkich akademików. Przy czym, no właśnie, nagrodzone książki łatwiej po prostu w dzisiejszych czasach dostać i przeczytać: ale to wcale nie oznacza, że generalnie nagrodzonych dawniej obejmuje ta sama zasada. Pierwsi noblowscy laureaci zwykle tkwią w antologiach (zwłaszcza poeci), ale ciągle liczę, że przy jakiejś okazji tego typu ktoś ich wyciągnie ze strefy zapomnienia :).

      Usuń
    2. Ja nie jestem ciekawa jak zmieniały się czyjeś gusta, czy jaki wpływ miała polityka na przyznanie nagrody. Jak drogowskazem mogą być nagrody z powodów politycznych? Skoro starasz się czytać noblistów, powiedz mi czy widzisz tam jakąś grupę większościową (w sumie dwie) i oglądanie świata przez jej pryzmat? Bo jak dla mnie jedna grupa to biali faceci (głównie Europa Płn. i Zach/USA), druga to piszący w językach europejskich. Nie sądzę, żebym się zbyt wiele dowiedziała o świecie i poznała inny punkt widzenia czytając noblistów (z pewnymi wyjątkami). Trochę to dla mnie niemożliwe, żeby obiektywnie rzecz biorąc głównie te 2 grupy zbierały nagrody, bo tam się rodzą najlepsi pisarze.
      Podobne rzeczy są z różnymi innymi listami "najlepszych" książek. Ostatnio czytałam jak jeden z "ekspertów" zachwycał się w antologii najlepszych tekstów (2014) innym punktem widzenia ("kolektywizmem") u chińskiego autora science-fiction. Śmiać mi się chciało, bo te tematy były np. poruszane już w 1959 r. w Japonii w świetnej zresztą książce "Czwarta epoka" Abe Kobo, która, tak jak dzieła Lema, wciąż jest aktualna.Ten sam ekspert swoją drogą olał całą "queerowość" której ponoć pełno w usańskim sf, jeden z nielicznych tematów, które mogłyby mnie zachęcić do przeczytania usańskiego sf, którego już mam po dziurki w nosie. Ale mam nadzieję, że wkrótce na blogu napiszę więcej.

      Usuń
    3. Choćby takim, żeby zobaczyć, jak zmieniało się pojęcie polityczności? Co doceniano kiedyś, a co teraz? Można się zdziwić, jak czasami postępowa była Akademia i załamać ręce, jak strasznie konserwatywna potrafiła być w tym samym czasie :). Nie uważam, żeby rozpatrywanie nagrodzonych książek w perspektywie czasowej było czymś nagannym. W dodatku zamykanie się i na takie perspektywy -- bywa zgubne. Jasne, to jest szwedzka nagroda i miejscami jest aż gęsto od szwedzkich czy szerzej: skandynawskich pisarzy. Jasne, nagrodzonych pisarek jest mniej niż pisarzy. Co nie znaczy, że jest mało dobrych pisarek czy piszących poza Skandynawią. Mówię o czymś innym: o szerszym spojrzeniu na historię literatury jako taką. Bo bojkotowanie niczego nie daje -- bo zamyka perspektywę. Trzeba, innymi słowy, widzieć i kolektywizm w chińskiej sf i queer w amerykańskim sf. Nie ma w tym nic złego. Kłopoty zaczynają się, kiedy agresywnie odrzucamy któryś biegun, twierdząc, że nic wartościowego tam nie ma. Podobnie jest z ekspertami: to są ludzie. Mają swoje upodobania, czytali coś, a czegoś nie. Trzeba brać na to poprawkę -- jasne, wkurzamy się, bo coś wydaje nam się oczywiste, co rozumiem -- ale, no właśnie, od tego jest branie poprawki :).

      Usuń
    4. Nie napisałam, że jest naganne rozpatrywanie książek w perspektywie czasowej, za to bardzo ograniczające - przynajmniej w kontekście literackiego Nobla. Co jest zgubnego w tym, że nie chcę się sugerować gustem określonej grupki osób, która (jak dowodzi historia) nie stara się choćby zachować pozorów obiektywności?

      Jak ja się zamykam na historię literatury bojkotując jako wyznacznik jakości nagrody przyznane tam przez kogoś według swojego klucza? Przecież to ta grupka jest dosyć hermetyczna i nieotwarta na "coś innego". Ja nie mówię, że ci nagrodzeni to badziew i nie umieją pisać, bo książki niektórych noblistów do mnie trafiły bardzo cenię i fakt, a Nobel mi nie przeszkadza. :P Ale nie czytałam ich, bo są nagrodzeni. Mi chodzi o samą nagrodę, że nie jest wyznacznikiem jakości i że niepotrzebnie się do niej przywiązuje dużą uwagę. Nagroda Nobla jest świetną łatką marketingową i tyle.

      Rozumiem, że ja jako czytelnik mam brać poprawkę na gusta redaktora (eksperta), a redaktor nie ma brać poprawki na gusta czytelników? I to ja jestem ta zła, że nie biorę poprawki, że nie wszystko jest dla wszystkich oczywiste (sorry, ale skoro ktoś rości sobie pretensje do wybierania NAJLEPSZYCH opowiadań zagranicznych, to jest to jego obowiązek, żeby wiedział). Nie oszukujmy się, redaktor nawalił i nie brał poprawki na to, że to nie jest antologia tylko dla niego.

      Gdzie jest to szersze spojrzenie na historię literatury? Przecież właśnie cały czas staram się, żeby je promować (nie tylko na blogu). W wyzwaniach podaję różnorodne przykłady lektur, te "marketingowe" jak i te mniej znane, ale ważne z różnych względów czy te mniej znane i lekkie. Na co dzień i od święta - np. twórczość karaimska, ale też książki o innych mniejszościach etnicznych/religijnych obecnych w Polsce. Dookoła świata - co chwila przewijają się propozycje lektur z Europy (także tych mniej medialnych krajów) Azji, Ameryki Południowej, Afryki... Nie jestem fanką kryminałów, literatury wojennej, romansów a jednak i one pojawiają się w wyzwaniach. Ba, nawet na liście moich lektur - właśnie czytam jeden kryminał. Jak zamykam sobie perspektywę nie kierując się gustem "ekspertów"?

      Fakt, że ktoś ma w poważaniu nagrody nie czyni z takiego czytelnika o zamkniętej perspektywie, więc nie uogólniaj.

      Usuń
    5. Zaczekaj, czegoś nie rozumiem. Wpis jest o tym, co mogą nam dać nagrody literackie -- przedstawia pewne punkty widzenia. Nie rozumiem zatem potrzeby konfliktu -- jasne, możemy się sugerować nagrodami, nie musimy, możemy brać poprawkę, nie musimy (i nie sądzę, żeby ktoś tu był "tym złym"). Nie chcę rozmawiać w tonie agresywnym, bo to nic przyjemnego. Rozumiem potrzebę kontestowania wyników takich nagród -- dobrze nie być bezkrytycznym -- ale nie rozumiem, dlaczego piszesz w taki kategoryczny sposób, który brzmi, jakbyś chciała się kłócić. Ja się kłócić nie chcę, bo nie lubię, a na pewno nie w ten sposób. Chodzi o dopuszczanie różnych punktów widzenia, w tym nie ma nic złego.

      Usuń
  2. Noble, Pulitzery i inne nagrody czytelnikowi służą głównie jako tzw. społeczny dowód słuszności. Na zasadzie: nagrodzone=dobre, wartościowe, trzeba przeczytać. Po stronie czytelnika również, mimo że nagrody rozdane, prawo do dyskusji i kwestionowania powyższych, które bardzo sobie cenię :-) A osobiście bardziej mi jakoś po drodze z książkami poleconymi drogą marketingu szeptanego niż przeczytanych pod wpływem decyzji poważnych jury. Choć zdarza się i tak, że odkrywam laureata zanim laury otrzyma i wtedy jest najfajniej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, takie poczucie, że wiem, znam, czytałam, jest niewątpliwie bardzo przyjemne (mnie się rzadko przytrafia, bo zwykle siedzę w starociach albo literaturze nie nagradzanej, ale potem za to już wiem, kto i co, i mogę sobie wyrobić własną opinię ;)). Mam też wrażenie, że ten "społeczny dowód słuszności" działa w dwie strony: może się właśnie nim kierować albo odwrotnie, używać go jako podpórki do naszej postawy kontestującej ;).

      Usuń
  3. Ktoś kiedyś ładnie powiedział po angielsku: Literary awards are like hemorrhoids. Sooner or later every asshole get them.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam problem z takimi powiedzeniami, bo one na pierwszy rzut oka wyglądają zgrabnie, a potem coś zaczyna w nich nie pasować (a mam tendencję do rozbierania takich zdań na czynniki pierwsze). No i nagroda literacka nagrodzie nierówna. W sensie oczywiście miło jest je zapewne dostawać w ogóle, ale inaczej brzmi laureat Nobla, a inaczej, bo ja wiem, wawrzynu konińskiego ;).

      Usuń
    2. Rozumiem co masz na myśli, ale warto też nie fetyszować nagród. Jury składa się z omylnych ludzi. Nie lubię poza tym, kiedy ktoś argumentuje, że taki a taki autor jest dobrym pisarzem, bo wygrał jakąś nagrodę. Nie przekonuje mnie to. Wolę argumenty bardziej rzeczowe i pokazujące, że ktoś przeczytał jego/jej książki.

      Usuń
    3. Jasna sprawa. Przy czym nie widzę też nic złego w tym, że ktoś czyta książki nagrodzone, bo to dla niego pewien wyznacznik -- różne są w końcu sposoby znajdowania książek i różne nawyki czytelnicze :). No i: nagrody zawsze pokazują pewne tendencje, jakie się w danym czasie w literaturze docenia. To dlatego można się łapać za głowę, czytając laureatów nobla z początków nagrody na przykład. W tym sensie może jury konkursowych kapituł jest omylne, jeśli chodzi o ponadczasowość pewnych dzieł, ale w danym czasie nagradza tych, których się oczekuje, że nagrodzi (to zresztą szersza tendencja). Takie "czasowe" patrzenie na nagrody też nie jest niczym nagannym :).

      Usuń
  4. Ja nagrody traktuję w inny sposób- większą szansa,że jakaś twórczość trafi do Polski i zostanie przetłumaczona- witaj, Modiano- dopisuję sobie kolejne nazwiska do listy i mogę usłyszeć o kimś wcześniej nieznanym - pokłony dla Sarah Waters czy Monroe. Owszem nie zawsze się zgadzam z opinią akademii, ale poszerzam horyzonty. Bo zawsze warto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, tak jak pisałam wyżej: nagrody wabią wydawców, a zwabiony wydawca to książka na rynku i nie trzeba kombinować, żeby się z nią zapoznać. Bardzo bym chciała, żeby to jeszcze obejmowało pisarzy nagrodzonych dawniej, a jakoś teraz mimo wszystko przykurzonych. Możemy uznać, że nie przetrwali próby czasu, ale wolę takie stwierdzenia opierać na własnym doświadczeniu ;).

      Usuń
  5. Ja się zawsze emocjonuje nagrodami, ale nie ma to nic wspólnego z punktami, które wymieniłaś. Mam dziwny stosunek do nagród, tak jak kibice do meczów. Najbardziej się emocjonuję przy Nike, Angelusie, Nagrodzie Gdynia, Paszportach Polityki oraz Noblu. Bywało, że autentycznie mi ciśnienie skakało. Po przyznaniu nike Bieńczykowi nie mogłam sobie miejsca znaleźć, a niejednemu zwiędły by uszy, gdyby chciał usłyszeć co sądzę o wyborze jury. Nie wiem czemu tak reaguję, z jednej strony cieszę się, gdy nagrodę otrzyma pisarz, którego cenię, bo to wiąże się również z finansowymi sprawami. To wynagrodzenie za jego pracę. Tokarczuk nad "Księgami Jakubowymi" pracowała 8 lat. Wyobrażasz sobie? 8 lat!. Stworzyła niesamowite dzieło i jak najbardziej ta nagroda jej się należy i mam nadzieję, że dostanie Angelusa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To trochę jak taki literacki sport, więc rozumiem, o co Ci chodzi :). Nie widzę nic złego w emocjonowaniu się nagrodami -- chociaż sama zwykle robię to długo po fakcie, jak już przeczytam nagrodzonego lub nominowanych ;). "Księgi Jakubowe" mam od dawna na półce, bo dostałam w prezencie -- ale z finalistów Nike to się przyznam, że kibicowałam Jackowi Podsiadle. Bo właściwie Olga Tokarczuk jest na dobrej drodze, żeby dostać wszystkie inne nagrody :).

      Usuń
  6. Wszystkie Twoje punkty bardzo dobrze prezentują, dlaczego różni ludzie się ekscytują nagrodami literackimi. Osobiście staram się to wszystko ogarniać, bo faktycznie to dla mnie rozpoznanie nieodkreytego, a przecież uznanego za wyśmienity, terenu, a jeśli znam nagrodzonego, doceniam i to mój faworyt (jak było z Tokarczuk i nagrodą Nike), jestem szczęśliwa, że uzznano coś dobrego, coś z czym się zgadzam. Czyli masz rację, działa tu trochę mechanizm samodowartościowania się;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, oczywiście, tu dochodzi też taki aspekt "ja się poznałam, oni się poznali, ze mną jest okej i z nimi też" ;). I tak -- no właśnie, to nie zawsze jest takie oczywiste, że książki znane są nagradzane, a nagradzane stają się znane. Przeglądałam kiedyś starsze nagrody przyznane na przykład 10-20 lat temu i niektóre książki jednak się "znaności" wcale nie doczekały. Także to jest jakiś taki spacer po znanym, ale i nieznanym literackim terenie :).

      Usuń