Pikniki z klasyką #6: O czterech Marchównach to piosenka albo o "Małych kobietkach" L. M. Alcott


Jest coś fascynującego w książkach w rodzaju „Małych kobietek”. Louisa May Alcott napisała powieść, która – gdyby ją porównać do człowieka – stoi w bardzo rozciągniętym szpagacie, bo chciałaby iść i w jedną, i w drugą stronę, a zapomina, że tak się nie da. Nie powiem, czytało mi się ją mimo wszystko bardzo dobrze, chociaż swoje za uszami to ta książka niewątpliwie ma.
 


O co chodzi? Rodzina Marchów przeżywa trudny rok – akcja obejmuje czas od Bożego Narodzenia 1860 do Bożego Narodzenia 1861 z małym haczykiem. Ojciec ruszył jako ochotnik na wojnę, wcześniej tracąc znaczną część majątku. Marchów stać na służącą, ale poza tym cztery córki nie mogą oddawać się swobodnemu leniuchowaniu: najstarsza Meg pracuje jako guwernantka, chłopczyca Jo jest towarzyszką zrzędliwej, bogatej ciotki March, słodka Beth pomaga w domu i tylko najmłodsza, nieco zarozumiała Amy chodzi do szkoły. Matka dziewcząt także pracuje, poza tym stara się pomagać biedniejszym od nich: głównie imigrantom z Niemiec i z Irlandii, żyjącym w okropnych warunkach higienicznych i mieszkaniowych. Marchom pomaga bogaty sąsiad, oczarowany sympatycznymi dziewczynkami i jego wnuk Laurie, który stanie się wkrótce najlepszym przyjacielem Jo.
 
 
 Oczywiście, towarzyszyć nam będą "Przyjaciele", a konkretnie ten
odcinek, w którym Joey czyta "Małe kobietki". Czasami jest mowa o tym
poszerzonym o dalsze losy postaci wydaniu -- moje kończyło się przed ślubem Meg.


I to właściwie tyle. Powieść zbudowana jest z epizodów i bardzo przypomina w swojej konstrukcji „Anię z Zielonego Wzgórza”. Myślę, że LMM musiała znać powieść Alcott (wydaną w 1876 i uznawaną za prekursorską dla całego nurtu realistycznych powieści dla dziewcząt), pisząc swoją „Anię...” (wydaną ponad trzydzieści lat po „Małych kobietkach”). Łączy je nie tylko struktura, ale i pewne wydarzenia: dramatyczne opuszczenie szkoły, gdzie dziecko zostaje niesprawiedliwie potraktowane przez kiepskiego nauczyciela, dramatyczna choroba, która uświadamia wszystkim, że są rzeczy ważne i ważniejsze, postać, która uwielbia trudne, wymyślne słowa, katastrofalny proszony obiad, gdzie sól zostaje pomylona z cukrem, choć w niczym nie topi się żadna mysz i inne elementy, trochę podobne, ale bez przesady. Cały klimat jakoś przywodzi też na myśl „Anię...”, aczkolwiek tutaj muszę już poczynić pewne zastrzeżenie: „Małe kobietki” są potwornie dydaktyczne, co widać i co czasem może sprawić, że uśmiechniemy się pod nosem, a czasem zirytować.

...Opowiedz jeszcze jedną historię, mamo – też z morałem, tak jak ta. Lubię rozmyślać nad nimi później, jeśli są prawdziwe i nie zanadto kaznodziejskie...

No właśnie, ten dydaktyzm ma często podłoże religijne, bo dziewczętom w trudnych chwilach każe się myśleć o Bogu i kierować się różnymi okołoreligijnymi wyznacznikami. Co samo w sobie złe nie jest, ale te fragmenty są najbardziej pompatyczne i przywodzą na myśl fragmenty dziecięcego katechizmu – napisane bez uwzględnienia, że język dziecka nie musi pokrywać się z językiem oficjalnie używanym przez wspólnotę wyznaniową. Ale i tutaj znalazł się bardzo ciekawy wątek: kiedy Amy zamieszkuje na jakiś czas u ciotki, której służąca jest wierzącą katoliczką. Dziewczyna czerpie od niej pomoc w znajdowaniu siły, służąca wspiera ją też, urządzając małej kącik do modlitwy – da jej nawet swój różaniec, którego ta nie będzie używać, bo nie wie, czy to stosowne. Ostatecznie matka Amy uzna, że służąca ciotki postąpiła prawidłowo – liczy się bowiem sam fakt pobożności, bez względu na wyznanie. Nie ma tu kazania o istotnych różnicach, ale delikatna sugestia, że nie są one tak dzielące, a podobieństwa przeważają.
 
 
 
 
Drugim takim elementem, który może dzisiaj dziwić, są dobre rady w rodzaju „nie pokazuj, że się złościsz, ale trzymaj fason”. Nie wiem, czy tłumienie w sobie uczuć to coś, co dzisiaj zarekomendowano by nastolatce. Ta nastolatka zresztą – mowa o Jo – to jest szalenie ciekawy przypadek.

...Siedzieć w domu z trzema samolubnymi siostrami i dorosłym chłopakiem, to wystarczy, by wyczerpać cierpliwość Boaza...

Bo widzicie, ten trudny rok w życiu Marchów przypada na czas, kiedy w domu nie ma żadnego mężczyzny i szóstka kobiet (wliczając służącą) radzi sobie sama. Momenty, w których podkreśla się, że teraz już minęły czasy dziedziczenia fortun i kobieta musi zarabiać na swoje utrzymanie, zdarzają się dość często. Do tego dochodzi właśnie postać Jo: która zachowuje się niezgodnie z kanonem epoki, uznając, że chłopcom można więcej, ona zatem chciałaby być chłopcem – mówi zresztą o sobie w formie męskiej, prosi, by nie mówić do niej „Józefino”, ale właśnie „Jo”, bo to bardziej męska forma, Laurie też zwraca się do niej per „mój stary”. To ciekawe, że otoczenie nie krytykuje tego zachowania – może oprócz Meg, która marzy o dystyngowanej siostrze – ale akceptuje je z pewnym pobłażaniem. Częściowo czekając, aż Jo „wyrośnie” z takiego zachowania (o czym usiłuje nas na końcu przekonać autorka, ale ja mam wątpliwości – raczej ta sugerowana „męskoosobowość” Jo nabiera nieco innego charakteru), częściowo ciesząc się, że dziewczyna jest przedsiębiorcza. Nawet ojciec March ruszając na wojnę podkreśla, że Jo... zostaje jedynym mężczyzną w domu. 
 
 
 

Można by zatem czytać „Małe kobietki” jako lekturę podkreślającą siłę kobiet: bohaterkom zależy co prawda i na tym, by być pięknymi i dobrze wychowanymi, ale w partiach umoralniających to siła jest na pierwszym miejscu. Jo staje się tutaj trochę taką figurą androgyne: z uroczej chłopczycy wyrasta silna bohaterka, łącząca w sobie to, co najlepsze u obu płci, stojąca pomiędzy kulturową wizją „kobiecości” i „męskości”. Nawet powrót ojca z wojska nie zahamuje tego, że jest „mężczyzną w domu”, a jedynie pozwoli jej przesunąć się na wadze nieco bardziej w stronę „bycia kobietą”.

...Przyszłam tu, by uczyć moralności, a nie słuchać o rzeczach, które mnie od niej odwodzą...

To Jo rozbija zresztą zwykle podniosłość kazań i umoralniających pasaży, dodając jakiś żarcik czy puszczając oko do czytelnika i do swoich sióstr. W tym sensie właśnie „Małe kobietki” stoją w rozkroku: mają być lekturą „moralną” w duchu epoki, a z drugiej strony są szalenie nowoczesne (postać Jo, wskazywanie na to, że kobieta musi pracować, podejście do nauki w szkole, małżeństwo nie wskazywane jako jedyny cel w życiu kobiety i tak dalej) i poza tę „moralność” wychodzą. 
 
 
 

Może jeszcze słówko o stylu – i o tłumaczeniu. Nie mam do końca pewności, na ile pewne rzeczy wynikają z tego, jak pisze Alcott, a na ile coś się z nimi stało w tłumaczeniu Ludmiły Melchior-Yahil. Dobrym przykładem jest postać służącej Marchów: posługuje się ona łamaną angielszczyzną, w przekładzie oddają jak brak zdolności fleksyjnych. Czy służąca jest ciemnoskóra? Na początku określa się ją jako „Hannę Brown”, ale na listach podpisuje się jako „Hanna Mullet”. Laurie prosi, by nie używać jego imienia, ale od połowy powieści Jo zwraca się do niego per „Teddy”. Postaci nie są wprowadzane, ale po prostu nagle się pojawiają i trzeba się z kontekstu zorientować, co to za Hortensja. Nie są to może rzeczy utrudniające czytanie, ale miałam czasami wrażenie, jakby strasznie dużo działo się w tle, a autorka zapominała nas o tym powiadomić. Zastanawiam się też nad samym tytułem: dla mnie "kobietka" to słowo zawierające pewien odcień negatywny (jak "kokietka"), a Alcott właśnie coś takiego piętnuje. Sugeruje takie "małe dorosłe", ale zdaje się, że w innym sensie, niż wydarzenia powieści.

Koniecznie zajrzyjcie do wpisu Tarniny i zobaczcie jej zdanie o „Małych kobietkach”. Zobaczcie też, co napisała Ćma książkowa, która pisała o powieści w sierpniu. Przypominam, że próbujemy ogarniać dyskusję piknikową i w tym celu prowadzimy ją w jednym miejscu – tym razem tutaj. Zapraszam! A za miesiąc pochylamy się nad "Samotnią" Dickensa -- jeśli macie ochotę, czytajcie z nami!

Weź dokładkę!

0 komentarze