Pyza w 11 odpowiedziach albo coś niecoś


Właściwie to wczoraj skończyłam czytać książkę i miałam pisać dzisiaj o niej, ale wstałam, patrzę, świat jakiś taki szarawy, słońca nie ma, deszczu aż za dużo i pomyślałam, że zaraz zasnę z powrotem. Dlatego zamiast zasypiać, postanowiłam odpowiedzieć na pytania Serenity z cudownego bloga, z którego można się dowiedzieć na przykład co jest nie tak z gotykiem albo jak zacząć czytać "Władcę Pierścieni". Także wiadomo, że jak autorka pyta, to trzeba się zebrać i odpowiedzieć.
 
Pytań jest jedenaście i odpowiedzi będzie jedenaście. Tym razem nikogo nie nominuję (wiem, ostatnio też nie nominowałam, ale następnym razem już nie będę psujzabawą i nominuję, słowo), ale gdyby ktoś chciał wskoczyć w kolejne oczko łańcuszka, to nie wahajcie się i wskakujcie. Pytania są trudne, niektóre odpowiedzi z pewnością dość banalne, ale właściwie to nie jest tak, że w banale tkwi coś złego -- w życiu. W książce -- to już inna sprawa. 


Wpis ilustrują stare ryciny z sowami, bez żadnego konkretnego powodu,
po prostu wydają mi się przyjemne dla oka. "Pan i Pani Sowa" D. S. Walkera (1921).


1. Jeżeli miałbyś/miałabyś nadać tytuł swojej biografii (książkowej/filmowej), jaki tytuł by nosiła?
To jest szalenie ciekawy problem -- nie sam tytuł, ale w ogóle pisanie biografii (skupię się na tej książkowej). Bo dla mnie taką kwintesencją tego, czym jest biografia, są "Pamiętniki Tatusia Muminka", gdzie Jansson daje nam możliwość konfrontacji zmyślenia i prawdy (och, jak Tatuś Muminka okropnie zmyśla!), żeby na koniec wprowadzić wszystkie te postaci -- wymyślane często przez Tatusia tylko po to, żeby innym poprawić humor -- naprawdę na scenę, bo przecież ważne, że zmyślenie miało tylko uprzyjemnić wszystkim dzień, nikogo nie krzywdzić i sprawić, że sama narracja szacownego ojca Muminków ich zainteresuje. Także to by musiało być coś takiego -- ale niczym rzeczony Tatuś zasiadłabym do niej po latach, z fajeczką w zębach, odłożywszy starannie cylinder na bok (na jakieś krzesło, nie na bok biurka, nie cierpię mieć na biurku więcej rzeczy niż absolutnie muszę i potrzebuję). Trudno zatem powiedzieć, jaki mogłaby mieć tytuł, ale często, kiedy zdarzy się mi coś dziwnego albo wartego odnotowania, śmieję się, że to byłby dobry tytuł biografii: wiecie, coś w rodzaju "Byłam podpórką pod kota" albo coś w tym rodzaju. Tylko że to biografia pisana pod konkretnego odbiorcę, żądnego sensacji ("to ona była podpórką pod kota!"). A ja bym preferowała raczej tę wolno snującą się narrację, z której nie zawsze coś wynika, bo to jest takie układanie życia pod pewne schematy narracyjne właśnie. A tytuł "Pamiętniki Tatusia Muminka" jest już zajęty, niestety.

2. Możesz spędzić dzień z ulubionym bohaterem. Jak wyglądałby ten dzień i z kim go spędzisz?
Nieodmiennie powtarzam, że wybrałabym się do Ankh-Morpork i posiedziała na posterunku Straży Miejskiej. I po prostu sobie poobserwowała, co też się dzieje, jak zachowują się ci wszyscy bohaterowie, których znam i lubię, w rzeczywistości. Może zaszłabym za Marchewą do Muzeum Chleba Krasnoludów? Może Angua nie zdemaskowałaby szybko przybysza z innego świata? Czy komendant Vimes by na mnie nakrzyczał, że siedzę bez sensu w kącie? No i trzeba uważać na kieszenie, ze względu na Nobby'ego, więc lepiej zostawię portfel w domu. Widzę dwa problemy: pamiętając pana Pesymala mogłabym być pewna, że siedzenie na posterunku straży sprawi, że będę musiała uwikłać się w jakąś aferę, a w porze obiadowej raczej z trudem znajdę coś w moim guście. Już z góry odrzucam możliwość zatrzymania się przy podejrzanych kiełbaskach Dibblera, ale nie wiem do końca, czy gdzieś podają tam coś, co bym bez obaw przełknęła.




3. Na wakacje dostajesz bilet do wybranego przez ciebie miejsca z książek/filmów/gier. Dokąd byś pojechał/a?
Do Ankh-Morpork! Widzicie, tak właściwie to nie mam potrzeby poznawać innych bohaterów czy miejsc, ale w Ankh-Morpork jest coś magnetycznego, może dlatego, że na pierwszy rzut oka to paskudne miejsce, wcale nie ukrywające, że jest paskudne? Jasne, dość trudno być tam turystą (ale jak wiemy -- da się) i lepiej nie zapuszczać się do niektórych dzielnic, ale kogóż też można przy okazji spotkać! I chyba dlatego bym się tam zapuściła. Uważając, żeby odpowiednio opłacić się w zainteresowanych gildiach i zawsze mieć jakiegoś przedsiębiorczego strażnika w zasięgu wzroku. I zapas kanapek.

4. W dzieciństwie chciałem/chciałam być…?
Astronomem! Wspominałam o tym kiedyś we wpisie o moich dziecięcych fascynacjach książkami o astronomii. W związku z czym głównie siedziałam w książkach, a jeśli się udało, to po nocy również siedziałam, zawsze z akuratnie wyliczoną pozycją na podwórzu, z której było widać dane coś. Zdecydowanie pragnienie zostania astronomem nasilało się w okolicach sierpnia (Perseidy), zaćmień słońca i księżyca albo kiedy udało mi się zaobserwować coś nowego (przy czym nie mam na myśli czegoś zupełnie nowego, ale nowego dla mnie -- na przykład którejś planety). Moim największym rozczarowaniem było chyba to, kiedy miałam okazję skorzystać z teleskopu i obserwować Jowisza, który był duży, jasny i świecił. Żadnego gazowego olbrzyma, kolejna kropka, tyle że większa, nic z metafizycznej grozy. Ale że zwykle staram się realizować swoje postanowienia, to naprawdę nieźle wyćwiczyłam się jako astronom-amator. I nie zostałam tym astronomem głównie dlatego, że doszłam do wniosku, że to, co najbardziej mnie fascynuje w astronomii, to właśnie książki o Kosmosie i to moje amatorskie obserwowanie nocnego nieba, a profesjonalizując się będę głównie odzierała kolejne obiekty z tej metafizyki, jaką mają na zdjęciach, bo będą dużymi świecącymi kropkami. Ale hobby mi pozostało.

5. Jakie magiczne stworzenie chciałbyś/chciałabyś posiadać?
Z magicznymi stworzeniami jest ten problem, że one zwykle coś kombinują i nie wychodzi się do końca dobrze na trzymaniu ich blisko siebie. Zresztą, jak wiecie, w mym domu mieszka kot, a koty są szalenie magiczne: mają właściwości uzdrowicielskie (rezonują), umieją pojawiać się zawsze tam, gdzie ktoś otwiera puszkę, właściwie znikąd, wyglądają czarująco lub dostojnie nawet trzymając w pyszczku coś obrzydliwego, słowem -- właściwie nie zorientowawszy się uprzednio, wpuściłam do domu magiczne stworzenie. Z posiadaniem sprawa jest bardziej skomplikowana, bo on tu w zasadzie mieszka i nie jest posiadany. I w sumie twierdzi, że nic nie kombinuje.




6. Możesz wybrać jedną supermoc. Co by to było?
Teleportacja! Nie wiem, czy się liczy, ale to jest ze wszystkich tego typu rzeczy coś najbardziej kuszącego, bo co prawda w czasie podróży dużo czytam, ale może dzięki teleportacji uniknęłabym takiego Reisefieber, jakie zwykle mi towarzyszy, zwłaszcza przed udaniem się samej gdzieś dalej. A tak poza tym, to gdyby istniała taka supermoc, że można by każdemu, kto właśnie zrobił coś niemiłego komuś innemu z czystej głupoty albo innej niepięknej motywacji, od razu uświadomić, że tak zrobił, żeby on to mógł poczuć w środku i tak wewnętrznie zobaczyć, co zrobił i że kogoś skrzywdził albo mógł skrzywdzić, i żeby już wiedział, żeby tak nie robić -- o, na taką supermoc to ja się piszę.

7. Nieśmiertelność czy bycie nadludzko bogatym?
Za dużo czytania książek sprawia, że zarówno nieśmiertelność (widzisz, jak bliscy odchodzą, ludzie polują na ciebie jak na wampira/obiekt eksperymentów, świat się zmienia nie zawsze tak, żeby ci się podobać), jak i nadludzkie bogactwo (robisz się skąpy, twoje myśli przejmuje góra skarbów i budzisz się zionąc ogniem) kojarzą mi się w mało kuszący sposób. Bo problem z takim "albo-albo" zwykle jest taki, że jedno bez drugiego wcale nie jest takie atrakcyjne albo zakłada, że można być biednym nieśmiertelnikiem lub krezusem-jętką. Zresztą wiecie, naprawdę lubię drogi środka: w tym sensie powinnam sobie chyba sprawić jakąś koszulkę z Arystotelesem czy coś.

8. Wymarzony prezent to…?
Wiecie, że zawsze mam taki problem, że jak mam odpowiedzieć na takie pytanie, to nigdy nie pamiętam, czego ja sobie znowu tak życzę i o czym marzę? Teraz też.

9. Jak chciałbyś/chciałabyś umrzeć?
Myślę, że to jest takie pytanie, na które mniej więcej wszyscy odpowiadają tak samo (chyba, że jednak znajdzie się ktoś, kto śmiało zakrzyknie: na szycie wieży Eiffle'a, robiąc jaskółkę i recytując Rimbauda w tej a tej wiośnie życia!). Wydaje mi się, że w człowieku leży coś takiego, co sprawia, że chce on zostawić po sobie coś dobrego, żeby być pamiętanym od dobrej strony (inna sprawa, że nie zawsze to, co uznaje za dobre, faktycznie jest dobre, czasami tylko "dobre"), żeby nie obciążać sobą bliskich, odejść w taki przyjemny sposób, nie nagle, bez bólu, w starości, ale takiej aktywnej, zdrowej, ze wszystkimi zachowanymi funkcjami i tak dalej. I żeby mieć wszystko mniej więcej poukładane. Nie wiem, czy to do końca możliwe, ale zakładam, że są ludzie, którym się udaje.




10. Porywają cię kosmici. Przekonaj ich, by pozwolili powrócić ci na Ziemię.
Hej, czy jesteś Doktorem? Czy to TARDIS? E, to chwilowo nie wracam. Ale przypominam, że w dobrych starych latach 60., o ile ktoś nie pochodził ze starożytności, była szansa, że odstawisz go do domu albo w inne przyjemne miejsce. Także miejmy to oboje na uwadze.

11. Do jakiego domu w Hogwarcie byś należał/a?
Aaa, pytanie mojego życia! Bo nie wiem. Czy są gdzieś jakieś testy, jakaś czekająca na mnie Tiara Przydziału? Bo bardzo bym chciała wiedzieć, a nie wiem. Mogę przypuszczać, że albo Hufflepuff, albo Ravenclaw, nic z tych wielkich bojujących ze sobą na pierwszym planie domów. Ale nie wiem, serio. Gdzie mogę się dowiedzieć?

Weź dokładkę!

15 komentarze

  1. A potem budzisz się zionąc ogniem - cudowne :D
    Teleportacja jest kusząca, ale zawsze przypominają mi się te filmy, w których facet ląduje w środku szafy tzn. nie w jej wnętrzu, ale staje się tak jakby częścią jej. Ups, szuflada mi wystaje z pępka. Bolesne.
    Przy okazji witam się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam również :). Tak, teleportacja zasadniczo chyba jest dość kłopotliwa, ale może taka asystowana, wiesz, że jak już wylądujesz w szafie abo zostawisz za sobą lewe ucho, to ma kto ci pomóc dojść z tym do ładu? Przy czym mam niestety wrażenie, że to nie jest takie proste ;).

      Usuń
  2. Tu masz link do testu, który robi się też na Pottermore:
    http://www.gotoquiz.com/pottermore_sorting_hat_quiz_2 :)

    Widzę, że jesteś równie tendencyjna w odpowiedziach, jak ja w swoich.;) Też rozważałam wakacje w Ankh-Morpork, ale doszłam do wniosku, ze jednak nie, bo nie miałby mnie kto oprowadził (straży przecież nie będę odrywać od obowiązków)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobię i dokonam odpowiedniej edycji odpowiedzi :). Dzięki!

      Ba ;). Bez oprowadzacza na wakacje do Ankh-Morpork bym się nie wybrała, bo bym się jednak bała ;). Ale może lady Sybil? Na pewno z ochotą opowiedziałaby nam o smokach bagiennych, a potem zabrałybyśmy się z nią i Samem Juniorem na spacer. Myślę, że jakoś udałoby się przeżyć :D.

      Usuń
    2. Tiara Przydziału twierdzi, że na 81% Hufflepuff, więc całkiem nieźle się sama przydzieliłam. Tak czułam! :)

      Usuń
  3. ekhem, Jowisz ma jeszcze cztery księżyce galileuszowe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, ale wiesz, że utkwił mi w głowie ten jasny, świecący Jowisz, który nie wyglądał jakoś szczególnie? To samo miałam zresztą z Saturnem, którego mi kiedyś pokazano przez teleskop -- liczyłam na więcej, bo jednak pierścienie i w ogóle, a tu, no cóż, z daleka wyglądają jak wyglądają ;).

      Usuń
  4. Jak bardzo źle o mnie świadczy, że lektura kolejnych książek/oglądanie kolejnych filmów tylko mnie utwierdza w tym, że idea nieśmiertelności jest mi niepokojąco bliska? :P
    PS. Strasznie fajnie się Twoje odpowiedzi czytało. Od siebie dodam, że zawsze mam problem z wymyśleniem zwierzęcego sidekicka (choć np. tytuł autobiografii jest mi od lat znany), ale chciałabym mieć daemona, jak w His Dark Materials Pullmana. A drogą długiego, ekstensywnego researchu doszłam do wniosku, że moim daemonem byłaby szynszyla (choć pojawiły się głosy, że mógłby to być manul)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? Mnie im więcej czytam i oglądam, tym bardziej nieśmiertelność kojarzy się z takim smęceniem w rodzaju "wszyscy odeszli... świat się zmienił... ach, moja ukochana rozpadła się w proch..." ;). To znaczy mam wrażenie, że to jest szalenie częsty trop jakoś ostatnio: ta mroczna strona nieśmiertelności. A takiego dziarskiego nieśmiertelnika to bym nawet zobaczyła/poczytała o nim ;).

      Ale to jaki, jaki tytuł? Zdradzisz? Bo zwierzęcy pomocnik to jest faktycznie trudna sprawa, jako że masz jeden wybór i kurczę, co dalej? Ten z tobą poleci, ale tamten przyniesie jedzenie, a ten z kolei ładnie wygląda, a tamten... ;) Manule są cudowne, myślę, że odstraszałyby, kogo byś chciała odstraszyć i wabiły, kogo byś chciała zwabić. Szynszyla jest dla mnie tajemniczym zwierzęciem, więc tu trudno mi coś odpowiedzieć :). Czemu szynszyla?

      Usuń
    2. A, bo takiego smęcenia jest najwięcej. Dlatego tak bardzo mi się podobał film Jarmuscha "Only Lovers Left Alive" albo mocumentary "What We Do In The Shadows" - pokazują nieśmiertelność w sposób, który jest bliższy moim wyobrażeniom, a nie jako coś bezdyskusyjnie smutnego i męczącego. Przy czym umówmy się: zdaję sobie sprawę, że tak jak w normalnym życiu trzeba sobie wciąż szukać nowych wrażeń, podobnie - tylko 100 razy ciężej - byłoby w życiu nieśmiertelnym ;)

      Tytuł jest a propos niczego i brzmi "Ogryzek, zgryzek" (po angielsku: "Applecore, Baltimore") :D A czemu szynszyle?... bo to też gryzonie, ale takie nieoczywiste. Poza tym ładnie pachną i są puchate i urocze :D Ale sądzę, że manul bardziej mi pasuje do charakteru ;)

      Usuń
    3. Ale w "OLLA" też trochę smęcą (w sensie: Adam smęci, Ewa wydaje się całkiem zadowolona, ale kto by nie był, móc zabrać ze sobą taką walizeczkę) i w "WWDITS" też (jest tam przecież ten dobrze wychowany i tęskniący za ukochaną wampir z pechowym kamerdynerem ;)). Oczywiście ironicznie, ale jednak ten cień się na nieśmiertelnych kładzie nawet i tam. Ale, co ciekawe, oni chcą zginąć i nie chcą, jak się nadarzy szansa ratunku, to chociaż się nudzą -- chwycą.

      Usuń
    4. Adam smęci, bo ma duszę smęciciela (Wampiryczny Werteryzm :D ) - wiesz, muzyk, romantyk, to i smęci. I myślę że robiły to bez względu na swoją śmiertelność. Przy czym bądźmy szczere: to właśnie do Ewy chciałybyśmy aspirować - właśnie ze względu na walizeczkę ;)
      W WWDITS jest podobna sytuacja - bohater który tęskni to romantyk, produkt swoich czasów. Poza tym ostatecznie dostaje "happy end", a reszta wampirów jest pokazana raczej jako postacie pozytywnie podchodzące do (nie)życia :)
      Myślę, że ich podejście (chcą umrzeć, ale nie chcą) jest tym samym uczuciem, które na co dzień przeżywa wielu ludzi - zniechęcenie, znudzenie, apatia, smutek, żal, ból... każdy chce od tego uciec, ale gdy tylko może, gdy tylko ma okazję, kurczowo się jednak tego życia trzyma. U wampirów po prostu jest to wprost proporcjonalnie silniejsze/większe, ze względu na upływ czasu. W ogóle mam wrażenie, że w zamyśle "współczesne" wampiry to ludzie, tylko że -bardziej- ;)

      Usuń
    5. Dobrze powiedziane, zdecydowanie tak. W tym sensie, że ta ich "bardziejszość" operuje na większych kwantyfikatorach niż to, co mamy w przypadku ludzi. No i oczywiście analogia jest bardzo przekonująca :). I masz rację, ci dwaj bohaterowie to są tacy romantycy w dwóch różnych krzywych zwierciadłach, jeden bardziej wzięty w ironiczny nawias, drugi pokazany trochę karykaturalnie, bardziej satyra na takiego romantycznego wampira niż romantyczny wampir per se.

      Usuń
    6. Tak bardzo w temacie wampirzego "gotyckiego" stylu, nie wiem czy znasz ten skecz: https://www.youtube.com/watch?v=iXpxnxAL62A :)

      Usuń