W jaki sposób reagujemy na nie najlepsze książki albo o emocjach i kulturze


Wiecie co, miałam ostatnio strasznie dziwną sytuację. Otóż oblałam się wrzątkiem (to jeszcze nie jest dziwne) i zaczęłam straszliwie płakać. Nie, żeby mnie tak znowu bolało, a jednak ryczałam jak bóbr, aż się mój Domownik wystraszył, że trzeba jechać do szpitala, a tu tymczasem oparzenie z gatunku tych, po których robi się „auć”, wkłada rękę pod wodę, i tyle. I tak im dłużej myślę, co mnie doprowadziło do tego płaczu, tym bardziej jestem przekonana, że była to książka, którą skończyłam właśnie czytać przed nastawieniem wody na herbatę. Co doprowadziło mnie w konsekwencji do pomysłu na dzisiejszy wpis.


Reakcja może Wam się wydać dziwna (mnie się wydaje, ale troszkę, nie będę się przecież oczerniać – widocznie jednak zależy mi na dobrej literaturze, skoro „złą” opłakuję nad kuchennym zlewem), ale przecież skala reagowania na wytwór kultury, który nas przytłoczył tym, że był, no cóż, „zły”, jest dość szeroka. Może się jej razem przyjrzymy, co Wy na to? Jak można zatem reagować na takie wydarzenie w życiu, jak przeczytanie „złej książki”?

Gniew

To, wydaje mi się, reakcja pierwsza. Już podczas czytania krzyczymy „co to ma być?!” i raczymy osoby przechodzące nieopatrznie obok naszego fotela długimi tyradami na temat tego, jak paskudnie się autor/ka z nami obchodzi. Czasami wyładowujemy gniew, rzucając książką (nie zdarzyło mi się jeszcze, ale może dlatego, że najczęściej są to książki biblioteczne – a może taki fakt wyparłam z pamięci?) o ścianę albo zakopując w ogródku, a na zakopanej rozpalamy ognisko z zagrabionych opadłych liści, odczyniając uroki złej literatury. Potem, w zależności od tego, czyśmy przedstawicielami ludu piszącego czy raczej mówiącego, piszemy o swoich odczuciach albo rzucamy się na innych użytkowników biblioteki z okrzykiem „panie, nie bierz pan tego!”. Ewentualnie myślimy sobie mściwie o książce albo klniemy w duchu własną głupotę. Bo ten gniew się może przenosić: na nas, na ludzi, którym się ta książka podobała, na bibliotekarza, który nas nie ostrzegł, na wydawnictwo, że coś takiego wydało i tak dalej. 
 
 
 Lepiej lub gorzej dobrane dzisiejsze ilustracje pochodzą stąd albo stąd.


Smutek

Stało się – przeczytaliśmy. Zapowiadało się nieźle. Albo może wcale nie, od pierwszej strony wiedzieliśmy już, że chała, straszna chała, ale opis na okładce taki dobry! Ciotka z Wejherowa chwaliła! Ocena na Biblionetce prawie pięć! Kolega z pracy czytał i mówił, że bawił się nieźle! A tu klops. Przeczytaliśmy i tak nam żal: zmarnowanego pomysłu, naszego czasu, ładnej okładki do kiepskiej treści, autora utrzymywanego w przekonaniu, że jest Mannem bis, tego jednego bohatera, co wydawało się, że wyjdzie na ludzi... Innymi słowy, jest nam smutno i nie wiemy, co z tym smutkiem zrobić. Nierzadko zmienia się on potem w gniew. I znowu klniemy własną głupotę. Jeśli jesteśmy z tych, którzy się z tym pogodzić nie mogą, może piszemy fanfik „na motywach”, żeby naprostować fabułę? Albo chociaż rozmyślamy, jakby tu naprawić taką zmarnowaną historię? Ewentualnie wybuchamy z niewiadomych przyczyn rozpaczą, jak to opisałam na początku, po jakimś małym wydarzeniu z książką niezwiązanym. 
 
 
 
 
Radość

Właściwie nie wiem do końca, ale zakładam, że jest taki rodzaj czytelnika, którego po prostu radują „złe książki”. I nie chodzi mi tu o to, że czasem każdy lubi taką lekką książkę (wcale nie koniecznie „złą”!) przeczytać. Raczej o to, że czyta się je wtedy z uśmiechem i notując co pikantniejsze potknięcia autora. Coś jak wtedy, kiedy w „Community” Troy zakłada konto na twitterze, gdzie postuje co bardziej gorszące odzywki Pierce'a. Jakoś tak za pośrednictwem medium głupota jest mniej porażająca, a bardziej skłania ku zastanowieniu, czemu tak jest. Nie wiem, ale przypuszczam, że to możliwe. Powiem zresztą, że kiedyś mnie to jakoś bardziej bawiło, teraz książka musi naprawdę wspiąć się na wyżyny „złości”, żeby wywołać we mnie reakcję taką jak śmiech. Starzeję się chyba, nie ma co. 
 
 
 
 
Strach

To chyba zwłaszcza po przeczytaniu kilku takich powieści z rzędu. A co, jeśli nie ma już dobrych książek? Zniknęły? A może nigdy ich nie było? A może to z nami jest coś nie tak – nic nam się nie podoba, wiecznie kontestujemy i narzekamy? Nie mówcie, że nigdy nie byliście w stanie w rodzaju zadawania sobie pytań „czy naprawdę dobra literatura, a przynajmniej taka, która mi się podoba, skończyła się w latach 80.?”. I tak czytamy, oczy nam okrągleją i zaczynamy wątpić w to, że sięgając po coś spoza naszej strefy komfortu osiądziemy zawsze na mieliźnie raczej kiepskiej literatury.
 
 
 

Zdziwienie

Mnie ono często towarzyszy, ale zwykle przekształcając się w smutek lub gniew, im dłużej taką niedobrą książkę czytam. Ale może da się na tym poprzestać? Czytamy i dziwimy się, że jak ktoś mógł to napisać? Ale tam, jasne, papier jest cierpliwy – ale kto to wydał, na wszystkie bóstwa opiekuńcze literatury? Zadziwia nas składania, neologizmy wcale nie takie znowu artystyczne, a bardziej nieporadne, a to, że bohaterowie zachowują się ze sceny na scenę coraz dziwniej i jak nie oni – przechyla już czarę zdziwienia. Nie wspominając o tym, że dziwimy się, jakim cudem żeśmy się na tę książkę skusili. 
 
 
 

Wstyd

No czasem nam głupio. Możliwe, że dlatego, że poświęcamy czas na doczytanie czegoś, o czym wiemy, że jest po prostu kiepskie, czasami dlatego, że walczy w nas czytelnik „co z tego, że złe, skoro mi się podoba!” z czytelnikiem „jak może mi się to podobać, jeśli jest tak napisane?”, a czasami dlatego, że wszyscy naokoło też wiedzą, że to jest złe, a my czytamy sobie to siedząc w autobusie i świecąc okładką. Ten ostatni powód nie do końca umiem uzasadnić: nie ma się co wstydzić tego, co się czyta, choćby to był pochłaniany z wypiekami na twarzy harlekin. Możemy też przeżywać takie zażenowanie z drugiej ręki – kiedy jest nam osobiście głupio, że autor napisał, co napisał. 
 
 
 
 
A Wy jak reagujecie na „złe książki”, które zdarzyło się Wam przeczytać? Podzielicie się zestawem reakcji?

Weź dokładkę!

41 komentarze

  1. Hmmm... jestem trochę zawiedziona, bo jak czytałam tytuł moje oko opuściło słówko "nie" i sądziłam, ze ten płacz był reakcją na literaturę najlepszą (bardzo chciałam się dowiedzieć, jakaż to książka wywołała w Tobie tak gwałtowne emocje).

    Ale cóż, skoro znów o złych książkach, to podzielę się refleksją, że jest w nich jednak coś takiego, że kusi nas, żeby je czytać, jak już wpadną nam w ręce. I nie chodzi o to, że książka się podoba, choć ten wyrobiony czytelnik w nas mówi, że nie powinna. Nie, wiemy, że jest zła, wcale nam się nie podoba, a jednak jej czytanie sprawia nam jakąś - chyba uprawnione jest tu określenie: perwersyjną - przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno jak się rozpłaczę na arcydziele doniosę o tym ;). Może to jest jakiś pomysł na notkę -- jak reagujemy na literaturę bardzo dobrą? Bo jak teraz o tym myślę, to najczęściej towarzyszy mi wtedy poczucie ekscytacji (że takie dobre albo żeby autor czegoś nie zepsuł na sam koniec) i podobnie jak w przypadku "złej literatury" mam wewnętrzny mus dzielenia się z otoczeniem moimi przemyśleniami, tyle że oczywiście same przemyślenia są nieco inne ;).

      No właśnie -- ta perwersyjna przyjemność jest takim uczuciem, które w moim przypadku jest jakoś ograniczone czasowo. To znaczy ostatnio to jest mi już wyłącznie smutno. Nawet zamknęłam ostatnio książkę po pierwszym rozdziale, bo stwierdziłam, że jednak póki co muszę sobie zrobić przerwę po tej książce, co to mnie skłoniła do płaczu ;) i odpocząć. A kiedyś faktycznie jakoś tak chyba nie miałam. I zastanawiam się właśnie, co nas tak ciągnie do tej "złej literatury".

      Usuń
  2. A ja właściwie jestem jeszcze dziwniejsza, bo reaguję czasami takim niekontrolowanym i nie do końca dającym się określić stanem, który wygląda jak nerwica połączona z wkurzeniem i nadpobudliwością. Muszę się czymś koniecznie zająć, co zazwyczaj mi nie wychodzi, bo ręce się trzęsą, a głowę zaprzątniętą mam innymi myślami.

    Jeżeli książka nie była najlepsza, ale zżyłam się z bohaterem (z jakiś dziwnych powodów) to dochodzi jeszcze do tego taka gniewna euforia, że najchętniej wyrywałabym płyty chodnikowe i rzucała w przejeżdżające auta ;)

    Najczęsciej jednak jestem zniesmaczona. Że jak to, ja poświęciłam swój cenny czas, a książka okazała się gniotem. Nie mogę tego wybaczyć autorowi i zazwyczaj nie sięgam już po jego kolejne pozycje. Natomiast jeśli jednak daję mu drugą szansę to po długim, długim czasie, czym w mojej ocenie sadzam go na takiego solidnego karnego jeżyka.

    Wiem, że te dziwne emocje z pogranicza wyglądają na jakieś zaburzenie i niestabilność emocjonalną, ale cóż. Nie jestem chyba uleczalna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Ty jesteś takim groźnym czytelnikiem -- dla otoczenia chyba też, więc lepiej dla autorów, żeby nie mieszkali blisko Ciebie ;). Tak sobie myślę, że intensywne przeżywanie literatury -- czy w formie zachwytów, czy gniewu właśnie, póki się je trzyma w ryzach nie nie rzuca autorowi kamieniami w okno, nie jest szkodliwe. Gorzej, jak zaczynamy myśleć o tym wybijaniu okien i stalkowaniu autora po sieci. Przy czym chyba nie do końca trafia się na to przy "złej literaturze", a raczej przy dzikim fanowaniu (ale kto wie).

      Usuń
    2. Ojej, ależ nie jestem groźna (a przynajmniej nic o tym nie wiem ;)). Nie rzuciłabym w autora płytą chodnikową, to raczej odczuwam takie wewnętrzne napięcie, które musi znaleźć ujście w jakimś czynie - do tej pory takim czynem było napisanie recenzji krytycznej i bardzo długiej (jak coś mi się nie podoba wpadam w słowotok).

      Wiem, że niektórzy literaturę przeżywają bardzo skrycie, a ja jestem dosyć ekspresyjna i ekspansywna przy tym. Nic więc dziwnego, że zarówno dobre, jak i bardzo złe książki powodują u mnie konieczność wyrażenia własnych emocji. Zresztą tak mam z każdym dziełem kultury. Ostatnio oglądałam "Everest" i o niczym innym nie potrafię rozmawiać tylko o wyprawach wysokogórskich, poręczówkach, chorobie wysokościowej i zamęczam moich znajomych hipotezami na temat wypadków górskich, życiorysów znanych alpinistów, szczegółów z wyprawy ukazanej w filmie. Oczywiście nie ma tego złego - bo znalazłam też książkę o tej wyprawie, a nigdy nie lubiłam takich "górskich" lektur, więc poszerzam horyzonty.

      Usuń
    3. O tak, taki obsesyjny charakter z lekka też mam -- kiedy coś mnie na tyle mocno przyciągnie, to zwiedzam dalej różne zakamarki z tym związane, czytam, oglądam, podpatruję, a potem dzielę się informacjami ;). Trochę czasami z tym walczę -- bo mam świadomość, że to może być męczące dla otoczenia -- ale też zaczęłam zauważać, że otoczenie zazwyczaj wcale nie reaguje negatywnie. Dobre otoczenie sobie wybrałam :).

      Usuń
  3. U mnie jest spokojnie, czuję zaledwie rozczarowanie, ale i tak przedstawiam listę zażaleń Ukochanemu. Niech mnie ktoś pożałuje, niech się nad moim straconym czasem pochyli, niech przyzna, że mam rację i na wyjątkowy gniot trafiłam :) A potem lecimy z następną książką i zapominamy o sprawie. Albo nie zapominamy, jeśli miałam o książce napisać na blogu. Piszę, ale staram się uwagi uargumentować i rozczarowanie jakoś uzasadnić. Zupełnie jakbym nie mogła być rozczarowana, bo tak :) A może właśnie bloger nie może?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale mnie się wydaje, że to nigdy nie jest rozczarowanie, bo tak. Zawsze mamy jakieś powody i argumenty, chociaż czasem trudne do uchwycenia czy rozproszone -- ale to inna sprawa, żeby je zebrać. Przy czym zgadzam się z Tobą, jak się człowiek wyżali drugiej osobie to jakoś mu lepiej; dlatego chyba najwięcej frustracji może wzbudzić taka książka, która jest "zła", ale bardzo powszechnie chwalona -- człowiek zostaje ze swoim gniewem sam, więc biega za bliskimi, czyta im podkreślone fragmenty, patrzy oczyma kota i czeka, aż go poklepią i powiedzą, że ma rację ;).

      Przy czym sądzę też, że to zależy od specyfiki bloga czy danej notki. Jasne, rzucanie kalumniami "bo tak" nigdy chyba nie wygląda dobrze. Ale jednak zazwyczaj nie piszemy "hej, to było złe, tak złe, że to w sumie koniec notki", ale dodajemy argumenty, choćby pobieżne (albo całkiem rozbudowane -- to jakaś forma terapii :)).

      Usuń
    2. No jasne, w recenzji "głupie, bo tak" nie przejdzie i będzie paskudnie nie fair, nie praktykujemy :) I chyba jednak racja, skoro zawsze znajduję argumenty, znaczy że nie doświadczam tego "bo tak". Mądrą Pyzą jesteś, Wędrowniczko :)

      Usuń
    3. :)

      Tak sobie też myślę, że "bo tak" w pierwszym odruchu może wynikać właśnie ze złości, że książka okazała się być "zła". I wtedy człowiek tupie, krzyczy i pokazuje jej język, a dopiero potem myśli na poważnie, o co mu chodzi ;).

      Usuń
    4. Sęk w tym, że zawsze miałam argumenty i chyba jeszcze nigdy nie było "bo tak", ale zastanawiało mnie, czy w ogóle mogę "bo tak" :) Nie wiem, czy w przyrodzie pt. Ekruda w ogóle "bo tak" występuje. Chciałam sobie pozwolić na "bo tak", ale po co, skoro go nie ma? :D

      Usuń
    5. Tak sobie teraz myślę, że generalnego "bo tak" w ekosystemie Pyzy też chyba nie ma ;). Ale jest takie nagłe, ze zdenerwowania, zaraz po odłożeniu książki. Czasem. Bo jednak już w trakcie lektury człowiek myśli, że wpadł w kanał ;). I liczy, że może jednak się z niego wydobędzie. Albo zastanawia się, jak odreagować ;).

      Usuń
  4. Ja zwykle po wszystkim reaguję już tylko ulgą, że koniec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, tak zaraz po odłożeniu książki też mi się zdarza, ale potem -- jeśli wracam do niej myślą, co jednak najczęściej ma miejsce -- zaczynam się robić albo zła, albo smutna właśnie. Chyba taka czysta ulga występuje w konkretnych warunkach: kiedy naprawdę długo się z książką wożę, a do tego mam takie poczucie, że chcę ją jednak skończyć. Przy czym nie wiem, czy najczęściej nie czuję ulgi po skończeniu dobrej książki -- że jednak autor nic nie zepsuł i wszystko było takie dobre :).

      Usuń
  5. No cóż, chyba jestem raptusem, bo na "złe" książki jestem po prostu wściekła ;-) Moje gwałtowne książkowe reakcje zmuszają mnie często do porzucenia takiej lektury. Coś na kształt strachu również mnie czasem ogarnia, zwłaszcza, gdy trafi się "czarna seria". Utyskuję, że "nie ma co czytać", że "człowiek by poczytał, a nie ma co" itp. Ale wstydzić się? Raczej nie... Niech się wstydzi ten, co książkę napisał :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ale z drugiej strony mamy przecież czasem takie poczucie zażenowania z drugiej ręki (czasem się na tym łapię): że autor napisał i w ogóle jakoś nie poczuł, że to jest takie... takie... no ;). A czarne serie są straszne, czasem się człowiek na dłużej zniechęca i zastanawia się, czy w ogóle są jeszcze dobre książki właśnie ;).

      Usuń
  6. Gniew i zazenowanie. Gniew jest bardzo potezny, bo wierze w moc literatury i zla naprawde wyprowadza mnie z rownowagi. Mnie tez potrafia sie trzasc rece a raz zdarzylo mi sie wyrzucic ksiazke do smieci. RAZ. Bylam tak zla ze czerwona mgle mialam przed oczami. Ani przez moment nie rozwazalam sprzedazy tej ksiazki, oddania jej do antykwariatu - bo moze jest po prostu zla dla mnie. Byla to ksiazka pozujaca na popularnonaukowa i udajaca rzeczowa a zawierajaca tyle bledow i zacietrzewienia ze nie chcialam miec zadnego udzialu w jej dalszym krazeniu.

    Zazenowanie (polaczone ze zdumieniem) ze ktos to w ogole wydal i podpisal. To uczucie najczesciej dotyczy redaktorow i w ogole wydawnictw. Z pewnoscia kazdy redaktor wart swojej soli jak to sie ladnie mowi po angielsku rozpoznaje prawdziwa, gleboka grafomanie od pierwszego rzutu. Pozwalanie na publikacje czegos takiego zwlaszcza u generalnie dobrych wydawnictw jest wlasnie - zenujace.

    Nijaka powoduje zniecierpliwienie. Nie ma czasu na nijakie ksiazki, szkoda drzew na nijakie i zle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, z tymi nijakimi to mam wrażenie, że czasem jest tak, że przy pierwszym czytaniu są nijakie, a potem w jakiejś chwili nam się przypomina jedna-dwie sceny czy fragment dialogu, wracamy i okazuje się, że jednak coś tam jest, bo książki odbieramy też -- jakby to ująć? -- czasowo. Może nam się coś dobrego wydać okropne, nijakiego niezłe, złego nie najgorsze i tak dalej. Ale wiem chyba, o jakim rodzaju książek mówisz a propos gniewu -- są takie.

      Właśnie, bo to jest też zażenowanie (i, w moim przypadku, smutek), kiedy niezłe wydawnictwo wydaje coś mocno średniego, używając eufemizmu, i twierdzi, że jest niezłe, daje ładną okładkę, redaktor się pod tym podpisuje -- i co? Nie wiem nigdy, co wtedy o tym myśleć, bo strategia finansowa strategią, ale w całości powstają takie luki, które mnie często smucą (może nawet bardziej niż zawstydzają). Bo jasne, wydawca musi zarabiać -- ale mam często wrażenie, że chodzi raczej o powiększanie kręgu odbiorców; a ono powinno się odbywać inaczej niż przez wydawanie kiepskich książek (na przykład już na takim podstawowym poziomie: przez pokazywanie, jak takie "złe książki" czytać, o czym kiedyś zdaje się pisałam). I wiem, że to nie jest żaden stuprocentowy przepis.

      Usuń
    2. Mowiac o nijakich mialam na mysli fale popluczyn po innych sukcesach literackich. W moich doswiadczeniach dotyczy to czesto literatury young adult. Te wszystkie popluczyny po Zmierzchu albo po Igrzyskach Smierci wywoluja wlasnie zniecierpliwienie. Raz sie sprzedalo, raz byl hit wiec bedziemy mnozyli klony.Widac bardzo wyraznie, ze to jest najczesciej robione dla pieniedzy. Zdarzaja sie wsrod nich ksiazki poprawne, calkiem fajne, choc naprawde dobrych jeszcze nie znalazlam. Najczesciej sa wlasnie - nijakie. I to wyzwala zniecierpliwienie.

      Usuń
    3. Jasne -- przy czym to chyba też czasami jest tak, że sięgamy po nie dalej, bo a nuż coś fajnego się jednak w takim klimacie znajdzie ;). Właśnie -- może nie fajnego, ale dobrego, po prostu. Mnie się często zdarza, że sięgam po chwaloną książkę, która okazuje się być dość nijaka właśnie (chyba z "Bezduszną" tak miałam jakiś czas temu).

      Usuń
  7. Zdziwienie, zdecydowanie zdziwienie. Często uzupełnione historiami w głowie o tym, dlaczego ktoś wydał taką słabą książkę, że na pewno to tylko taki test, który ma nam uzmysłowić, jak dać o składnię i logikę tekstu. I tego się głownie trzymam. ;)
    Choć przy "Alchemiku" pojawiła się irytacja, specjalnie nawet czytałam jak najszybciej, żeby chociaż zakończenie naprawiło ten niedosyt. Niestety irytacja pozostała i właśnie strach, że może nie umiem docenić książki na którą jest taki szał. Na szczęście dzisiaj Paulo Coelho już ma nieco inną "pozycję", więc mogę dalej snuć się zdziwieniu i tłumaczyć sobie literaturę długodystansowymi strategiami edukacyjnymi lub badawczymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oho, właśnie, właśnie: takie zdziwienie "ale jak to, przecież wszyscy chwalą" i strach "ej, wszyscy chwalą przecież, co jest nie tak?". Często miewam. Czasami po namyśle stwierdzam, że byłam wobec książki niesprawiedliwa (ale nie "złej książki", tylko takiej, która była solidna, ale nie zachwycająca). Widzę zresztą, że mamy podobne doświadczenie lektury "Alchemika" ;). Sama -- jako że daję autorom szanse -- sięgnęłam potem jeszcze po 2-3 książki Coelho i "Alchemik" przy takim "Pielgrzymie" to jest małe piwo ;).

      Usuń
    2. Czasami to zdziwienie bywa i efektem rozczarowania. I sobą, i książką. Bo jak to, tyle czekałam, bo wszyscy z ciotką na czele polecali, bo miała być zwieńczeniem tej wspaniałej trylogii. Ale nie wyszło. I teraz pytanie czy to ja się nastawiłam, czy mnie nastawiono, czy autor po prostu się nie wykazał. Zwłaszcza, że to nie musi być zła książka, po prostu nie jest tak dobra jak poprzednia część, albo spodziewaliśmy się innego rozwiązania. Jednak w konkretnej chwili urasta rangą do najgorszej literatury świata.
      Do Coelho zraziłam się jak przy drugim podejściu ktoś podrzucił mi fragment innego tekstu. Podziękowałam i uznałam, że nie dla mnie. Choć czasem myślę, żeby jednak spróbować, toteż dziękuję za ostrzeżenie. :)

      Usuń
    3. Nic nie polecę, bo sama trafiłam na chyba jakieś najbardziej kuriozalne jego książki ;). Być może reszta też jest taka, nie wiem, nie będę już próbować, w każdym razie te mnie do siebie mocno zdystansowały. Ale rozeznanie jakie takie przynajmniej mam :).

      Tak, to prawda -- jest jeszcze ten powód mocno emocjonalny, że tak jesteśmy z jakiegoś powodu rozeźleni na książkę wcale nie złą, że staje się ona, przynajmniej na czas jakiś, fatalna. Dobrze, że jednak potem człowiek może ochłonąć i zweryfikować opinię ;).

      Usuń
  8. Hm, ale czy to trochę nie zależy od tego, z jakiego powodu uznaliśmy książkę za nie najlepszą?

    Jeśli książka jest po prostu słabo napisana, to ja jestem z tych, którzy szczerzą się i zacierają ręce. Mam coś w rodzaju mechanizmu obronnego na takie książki, który gniew czy smutek automatycznie przerabia na mściwą ironię, którą bardzo przyjemnie przelewa się na papier, względnie klawiaturę. (To w ogóle ciekawa sprawa: czujemy potrzebę zemsty na książkach, które nas rozczarowały... właściwie dlaczego?). Poza tym czytanie kiepskich książek jest jakoś pouczające: potem łatwiej mi powiedzieć, czym jest dobra literatura i czego powinnam unikać, kiedy sama piszę. Ba, czasem mi się wydaje, że złe lub przynajmniej ambiwalentne książki skłaniają mnie go głębszej, mądrzejszej analizy niż te dobre, tak jakby bezczelnie się domagały odpowiedzi na pytanie, dlaczego mi się nie podobały.

    (Znacznie gorzej jest, kiedy ową złą książkę napisał mój ulubiony autor. Zakopanie jej w ogródku, palenie nad nią ogniska i odprawianie egzorcyzmów to wtedy dopiero początek zabawy).

    Jeśli natomiast książka jest przyzwoicie napisana, ale nie podoba mi się z powodu, hm, treści (np. obrazu świata, implikowanych poglądów autora, traktowania postaci kobiecych), to rzeczywiście zaczynam się gniewać. To pewnie w 99% kwestia osobistego stosunku do tych kwestii. Zawsze wtedy zastanawiam się nad tym, gdzie leży granica sprawiedliwego i niesprawiedliwego krytykowania takiej książki - granica, za którą krytyka zamienia się w osobisty manifest światopoglądowy. No, ale to pewnie temat na inną notkę. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, bo to przecież też kwestia tego, jak ze "złymi książkami" jest (o czym rozmawiałyśmy jakiś czas temu -- teraz nie wdawałam się już w rozróżnianie, a jedynie potraktowałam cudzysłowem).

      Co do korzystania ze "złej literatury" to jestem zdania, że a jakże, da się -- ale w pewnym momencie dopiero dostrzegamy, że coś jest kiepskim posunięciem fabularnym, a coś nie gra językowo. Także w gruncie rzeczy wydaje mi się, że jednak i to wymaga pewnej edukacji, w sensie niektóre rzeczy dostrzegamy dopiero post factum i to czasem post długie factum ;).

      Dobre pytania stawiasz bardzo: to o manifeście jest zdecydowanie do rozwinięcia. Bo do tego dołącza się na przykład argument "epoka była inna" (stąd na przykład pozytywny bohater ma niewolnika) albo taki odnośnie mentalności epoki (stąd jak pozytywny bohater twierdzi, że kobiety są głupsze, to wynika z epoki, w jakiej to mówi -- i w jakiej napisano książkę). Z drugiej strony mam zawsze wątpliwości, bo przecież są książki z czasów niewolnictwa niewolnictwo piętnujące i pozytywni bohaterowie z XIX wieku doceniający umysłowość bohaterek. I co z tym zrobić?

      A co do zemsty na książkach -- nie wydaje Ci się, że to właśnie próba odreagowania stresu czytelniczego? Że książka nas zawiodła, zmarnowała czas i tak dalej -- na człowieku byśmy nie odreagowywali, a wobec książki mamy dużo mniejszy dystans, jeśli chodzi o przemoc. Nawet spokojnym ludziom się zdarza potrząsnąć książką -- to chyba wynika z podejścia do rzeczy, do przedmiotu, tak sądzę. Inna sprawa, to czy to dobrze, czy nie do końca.

      Usuń
    2. Znaczy się, te nasze mściwe złośliwości, te ironiczne komentarze, te bardzo krytyczne recenzje byłyby formą przemocy? Niepokojąca myśl. Tylko czy ta zemsta na książkach na pewno bierze się z tego, że traktujemy je jak rzeczy? Czy może wręcz przeciwnie? Bo przecież rzeczy nam na pretensje nie odpowiadają - nie bronią się, nie wyrażają skruchy, nie obiecują poprawy - więc zemsta na nich nie ma większego sensu. Poza tym mówimy przecież, że książka nas "zawiodła", że "zmarnowała nam czas". Uczłowieczamy ją? Na to wygląda. Może dlatego tak silnie reagujemy na złe książki. To jak rozczarowanie nową znajomością?

      Argument "epoka była inna" zawsze budzi we mnie niepokój. No, bo okej, książkę napisano 200 lat temu w innych realiach, ale ja czytam ją teraz i przecież nie wyłączę swojej wrażliwości, bo czytelnik czytający tylko głową to naprawdę marny czytelnik. Poza tym argument taki sugeruje, że cała epoka myślała to samo, a przecież - jak zauważyłaś - tak nie było. Z drugiej strony takie całkowite ignorowanie kontekstu historycznego też wydaje mi się nie fair w stosunku do autora, który mógł być przecież bardzo śmiały w swoich czasach, a teraz wydaje się irytująco wsteczny. Ale to i tak nic w porównaniu do problemów z autorami współczesnymi. No, bo co począć z książką, która jest wprawdzie dobrze napisana, ale której nie potrafię zaakceptować ze względu na fundamentalną niezgodność z moim obrazem świata i z moimi wartościami?

      Usuń
    3. Wiesz, to tak jak z wyrzucaniem komputera przez okno. To się nazywa, zdaje się, "computer rage", ale "book rage" jest już zajęte ;). Chodziło mi o to, że traktujemy książki tak jak inne rzeczy, na których się wyżywamy -- komputery, walizki, uparte zatrzaśnięte szuflady i tak dalej. Więc jakoś je uczłowieczamy, ale w taki mało przyjemny dla nich sposób (chociaż przecież też mamy swoje ulubione, które traktujemy często też "po ludzku", na przykład, bo ja wiem, głaszczemy okładki). I tak, wydaje mi się, że to jednak jest jakaś forma przemocy -- tak długo, jak długo nie wobec autora, to jeszcze poza obrębem etycznego rozważania, ale jednak coś w tym jest. Co nie znaczy chyba jednak, że nie będziemy tego robić -- patrz: odreagowanie. Przynajmniej tak sądzę.

      No właśnie. Zastanawiam się wtedy, czy to aby jest na pewno książka "dobrze napisana". Bo jednak pewne fundamenty społeczeństwa się zmieniają, nie zawsze na lepsze, ale często ku większej empatii jednak, dlatego nas tak razi ten pozytywny bohater z niewolnikiem i poglądem, że kobiety to tacy nieudani mężczyźni. Bo co to znaczy, że coś jest "dobrze napisane" -- sam warsztat? No, on jeszcze nie czyni z książki książki "dobrej". Może właśnie jeszcze coś innego, tak jak jest ze "złymi książkami"?

      Usuń
  9. U mnie rządzi skrajna huśtawka: albo śmiech, albo gniew. Śmieję się z fatalnych dialogów, papierowych postaci i żałosnego poziomu. Chyba istnieje coś takiego: tak złe, że aż śmieszne :)
    Zła zazwyczaj jestem, gdy miałam wysokie oczekiwania, gdy temat mnie zainteresował, a w trakcie lektury okazało się, że oczekiwania zostały zawiedzione po całości, a autor nie ma pojęcia, o czym pisze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie tak, za pewną granicą już się nie można gniewać, bo rozbraja nas absurd. Ale mimo to po takim śmiechu nadal może się czytelnikowi zrobić smutno.

      Usuń
  10. Zdarza mi się wkurzyć na autora, mieć mu za złe, że miał taki dobry pomysł na książkę i po prostu go zmarnował. Chociaż ostatnio, w trakcie lektury pewnej powieści, poczułam... zażenowanie. Książka na LC ma oceny z kosmosu, więc przed lekturą byłam raczej optymistycznie nastawiona, w końcu kilkadziesiąt osób musi mieć rację. No raczej nie... Czytając zastanawiałam się co ludziom aż tak podobało się w tej historii, że tak dobrze o niej mówią? Dla mnie była płytka, z papierowymi postaciami, a humor był tak wulgarny i niesmaczny, że nawet ja, osoba, która lubi rubaszne poczucie humoru, autentycznie krzywiłam się w niektórych fragmentach. Tytułu nie zdradzę, bo nie będę robić autorowi kryptoreklamy, ale autentycznie byłam zażenowana, że ta książka wpadła w moje ręce i musiałam poświęcić/zmarnować czas, by ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że tu właśnie też nasze rozczarowanie/złość/zażenowanie przenosi się poza książkę: na autora czy na współczytelników, którzy nas jakoś "wpuścili w maliny". Przy czym jeśli chodzi właśnie o taką ocenę portalową, to często narzeka się wtedy na "ludzkość", a nie na "ciotkę Bożenę" czy "Piotrka z pracy". W sensie: inaczej się rozkłada to przenoszenie i można pokiwać głową "co też ludzie czytają", ale nie "rety, wydawał się taki w porządku, a takie bezeceństwa czyta" ;).

      Usuń
  11. Wstyd to w trakcie. Że ktoś zobaczy, jakie kiepskie lektury mam i jeszcze o taki gust posądzi ;) (bo ja nie porzucam i do końca katować będę)
    Złe książki powodują u mnie potrzebę uzewnętrzniania się - o ile dobra lektura chyba satysfakcjonuje mnie sama w sobie i często wystarcza mi "świetne, sam/-a sprawdź" to nad złą będę siedzieć i i analizować, aż jedna sucha nitka nie pozostanie. Co gorsza, muszę się tym podzielić :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle często mam wrażenie, że o znakomitych książkach trudno mówić -- bo takie dobre, że aż się by chciało, żeby inni sami tego bezpośrednio doświadczyli, zamiast tylko nas słuchać ;).

      Usuń
    2. O, wstyd w trakcie to też ciekawa sprawa. Raz nawet zdarzył mi się wymuszony, jak wyszłam z książką Michalak z biblioteki. Podszedł wtedy do mnie chłopak rozdający gazety i podarował mi jedną ze słowami "Niech pani ją lepiej tym zasłoni". Nie wiem czy to taki dobry marketing, czy rzeczywiście zasugerował zasłonięcie "Gry o Ferrin". ;)

      Poza tym, zgadzam się z Wami, złe książki wzmagają potrzebę o nich opowiadania, natomiast dobre się głównie poleca, bo przecież bronią się same.

      Usuń
    3. Ciekawe -- nie lubię, jak mi ktoś sugeruje, że powinnam się wstydzić tego, co czytam. Niezależnie, czy naprawdę czytam jakąś straszną chałę, czy coś, co według tego kogoś jest powodem do wstydu. Jakoś tak -- po prostu nie. Ale trzeba przyznać, że pan miał fantazję, jeśli chodzi o sposoby rozdawania gazet ;).

      Usuń
  12. Jak podoba mi się, jak autor pisze, ale nie podoba co - to raczej gniew, taki na zasadzie: muszę kogoś dorwać i mu opowiedzieć, jaka to by była dobra książka, gdyby autor nie dopisywał wciąż bohaterom jakiejś idiotycznej wrażliwości społecznej, spod płaszczyka nie wychodziło przekonanie, że kiedyś kobiety były piękne, a faceci mądrzy, a w ogóle po co to lansowanie jakichś tam idei odrodzenia?
    To chyba podobne podejście, jak "Jeśli natomiast książka jest przyzwoicie napisana, ale nie podoba mi się z powodu, hm, treści (np. obrazu świata, implikowanych poglądów autora, traktowania postaci kobiecych), to rzeczywiście zaczynam się gniewać" - zwłaszcza jeśli takich dokuczliwych cierni zbiera się zbyt dużo.

    Jak mi się nie podoba, jak autor pisze - to smutek i znużenie. Przekartkuję do końca metodą "szybkiego przelotu", ale potem odłożyć i do zapomnienia. Choć czasem wychodzi, że za kilka lat z takich odłożonych z machnięciem ręki pozycji wychodzą największe olśnienia roku. Bo się w międzyczasie oczekiwania zmieniły i to, co kiedyś mi powiewało, teraz stanowi gwóźdź programu (z Barokiem" tak miałam. Przeczytałam 1/3 pierwszego tomu, westchnęłam i poszłam dalej. I nigdy bym się nie spodziewała, że za cztery lata "Barok" zrobi całe wakacje. Tak się wciągnęłam, że nawet jak mnie choroba chwyciła, to skręcałam się na łóżku, pot ocierałam, Ibupromy łykałam, ale książki z ręki nie wypuściłam).

    No i trzecia kategorie, tzw. nurzanie się w złej literaturze, celowe, zamierzone i bezwstydne. Praktykuję od dawna i dzięki temu zachowuję jaką taką równowagę psychiczną. Mój pierwszy egzamin państwowy zdałam dzięki opowieściom o mrocznych milionerach podrzucających ukochanym czerwone róże i równie mrocznych docentach knujących w otchłaniach państwowych instytutów.

    W kategorii "tak głupie, że aż bawi", to sama nie mam dokonań. Ale lubiłam, jak Barańczak i Pilch rozjeżdżali te opowieści o seksie na pryzmie parkietu i dziennikarzach rzucających "Carramba" (aby podkreślić swą cudzoziemskość, rzecz jasna). I w ogóle lubię czytać o literaturze propagandowo-popularnej; byle zbyt poważnie i naukowo nie było, tylko bardziej dla laików.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zawsze jest już w pewnym momencie szkoda takiego autora, który napisał coś naprawdę złego, zwłaszcza jeśli idzie w zaparte i twierdzi, że ależ skąd, ależ to dobre jest, ale nie dla profanów. Może mam za miękkie serce, nie wiem, ale jakoś tak zawsze sobie myślę, że czym innym jet furia wobec fabuły, a czym innym -- autora. A czasami trudno to rozgraniczyć, jako że ta złość się przenosi.

      Sama nie wiem, czemu jakoś ostatnio "zła literatura" mnie nie bawi. Może to kwestia zmęczenia? Kiedyś potrafiłam całe lato nużać się w dziwnych romansach, a teraz jakoś tak zaczęłam chyba większą uwagę zwracać na to, co jest w tle -- choćby na szkice postaci kobiecych -- i jakoś właśnie mnie to chyba za bardzo denerwuje. Ale jednak trafi mi się czasem coś złego do przeczytania, jak wskazuje wstęp do posta ;).

      Kusi mnie, żeby sięgnąć właśnie po te złe książki opisywane przez Barańczaka. Zwłaszcza że, jeżeli chodzi o socrealizm, to ja wiele znieść mogę, więc te późniejsze, teoretycznie "rozrywkowe" książki, kuszą mnie bardzo ;).

      Usuń
  13. Strach, że nie ma już dobrej literatury parę razy mi się przydarzył, ale na szczęście prędzej czy później trafiałam wreszcie na coś, co mnie z tego marazmu wybijało. Tu tylko pojawia się pytanie: czy tak książka rzeczywiście była -tak dobra- czy po prostu na tle kiepskich poprzedniczek wypadła tak dobrze?... czasem trudno się zorientować. Ale osobiście najczęściej lęk o to, czy są jeszcze dobre książki, łapie mnie przy YA novels - mam wrażenie, że statystycznie rzecz biorąc o wiele łatwiej trafić tam na gniot. A przynajmniej tak wynika z moich doświacdczeń.

    Niezmiernie bliska mojemu sercu jest też reakcja pt. "Czuję potrzebę napastowania innych swoimi wrażeniami" (czy to pozytywnymi czy to negatywnymi). Pamiętam np. sytuację, w której specjalnie poszłam do kogoś do pokoju, tylko po to żeby mu powiedzieć jaki książka miała fajny twist. Do dzisiaj czasami piszczę Lubemu (zarówno online jak i w realu) gdy coś mnie zachwyci albo zdenerwuje.

    PS. Twierdzę, że obserwowanie mnie podczas czytania musi być czasem niesamowitym widokiem, bo miewam niekiedy bardzo żywiołowe reakcje na to, co czytam :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja na złe książki - ale to naprawdę złe - reaguję albo znudzeniem, albo gniewem, ale jeśli to książka tak zła, że aż na śmiech pusty bierze, to uciecha jest niezmierzona. Uwielbiam się potem wyzłośliwiać, zaznaczać najgorsze fragmenty, cytować znajomym...;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie wiem, czemu, ale czytanie "złych książek" i śmianie się przy tym jakoś mi ostatnio nie wychodzi. Może to jesień albo nie wiem, jakoś trafiam na nieodpowiednie do tego "złe książki" ;).

      Usuń