4 powody, dla których uwielbiam książki dziejące się w liceum albo w kierunku literatury za szkolnym murem


Pisałam Wam kiedyś, że bardzo lubię powieści stylizowane na dzienniki nastolatek. Ale właściwie jest tu jeszcze jedna rzecz: właśnie to, że dzieją się one w liceum. Przy czym mam wrażenie, że ten motyw (amerykańskiego) liceum, który do nas przeniknął może bardziej nawet dzięki filmom i serialom, niż literaturze, jest w nich często bohaterem pierwszoplanowym.


Składa się z kilku takich składników, które często (ale nie zawsze!) są niezbędne, żeby powstała odpowiednia mieszanka: nieśmiertelne szafki, w które można wkładać wiadomości i liściki, drużyna futbolistów jako zbiór powszechnie podziwianych osobników, nawet jeżeli nie ma po temu wielu przesłanek natury innej niż to, że są w drużynie, cheerleaderki jako piękne obiekty zazdrości, często mało sympatyczne (ponownie: nie zawsze), zagubiony bohater/bohaterka, w jakiś sposób różniący się od reszty, wyróżniający się z jakiegoś powodu nauczyciel. Na tych elementach da się wznieść konstrukcje bardzo różne, od prostej komedyjki po dramat szkolny. Zasadniczo to jest pierwsza rzecz, którą bardzo lubię w tym – hm, trudno to nazwać gatunkiem – w tym rodzaju pisania: ustawianie tła w sposób bardzo różny, tak że ze znajomych elementów powstaje nowa historia. Niby ją znamy, a jednak trochę nie znamy.

No właśnie, bo to są historie, które bardzo często czerpią z różnych archetypicznych opowieści. Czasami robią to lepiej, każąc naszym sportowcom i nerdom grać role sięgające korzeniami tragedii greckiej czy dobrze znanego mitu, czasami gorzej, testując, co by było, gdyby szkoła faktycznie przeniknęła się ze strukturą mityczną i jak czuliby się bohaterowie będąc naprawdę tymi postaciami (tak, mówię o „Liceum Avalon” Meg Cabot – zmęczyła mnie ta książka strasznie, chociaż i Cabot, i mit arturiański bardzo lubię; mam wrażenie, że zabrakło tu subtelności, tego odniesienia do historii, a jednocześnie nie ubijania opowieści łopatą). I to jest drugi powód, dla którego czytanie takich książek sprawia mi masę radości.
 
 
 

Bardzo mnie też zawsze fascynuje, kto dostanie rolę „tego złego”, a kto ma być „dobry”. Bo wbrew pozorom to wcale nie jest takie oczywiste – a w każdym razie przestaje być w pewnym momencie oczywiste. Wzory się wyczerpują i wymagają przetworzenia. Aż czasem by się chciało znowu wrócić do takiego prostego świata, ale powrotu, jak się okazuje, nie ma: dlatego futbolista może się okazać kimś zupełnie innym, niż wymaga wzorzec kulturowy, silnie przecież utrwalony („Charlie”), a cheerleaderka to wcale nie jest ta zła podgryzająca naszą bohaterkę hetera, ale ktoś, kto poszukuje empatii, wiecznie wystawiony na oceny innych. Takie granie z kanonem, który to tło samo wytworzyło, jest szalenie barwną rzeczą do obserwacji – i trzecim powodem, dla którego z chęcią sięgam po takie powieści.

Nie bez powodu przywołałam na początku ten przymiotnik „amerykański” w nawiasie. Bo gdybym miała wymienić czwarty powód, to niewątpliwie jest nim to, że od jakiegoś czasu można u nas zauważyć taką próbę przetransformowania, czy oswojenia, tych amerykańskich właśnie realiów. Stąd biorą się próby tłumaczenia chearleaderek, czyli te wszystkie pomoponiary wraz z regionalnymi odmianami, stąd trzeba stawiać na jakiś sport. Chociaż wydaje mi się, że główną różnicą w polskiej wersji takiej powieści dziejącej się w liceum jest to, że bardzo duża część akcji wychodzi poza liceum i dzieje się poza nim. Jasne, w pewien sposób i pozostałe, te „oryginalne” powieści dzieją się również poza szkołą, która jest w nich istotna, ale same działa uczniów mają ogromne znaczenie i poza nią – tyle że w polskich realiach mam wrażenie widać nawet lepiej, że szkoła to jest pewna trampolina: można w niej kogoś poznać, oczywiście, ale to, co najistotniejsze i tak będzie działo się poza nią („Kwiat kalafiora” – tu dochodzi też kwestia realiów, „Czynnik miłości”). Nie mówiąc już o potteriańskiej szkole „całodobowej”. W tym sensie szkoła nie będzie zatem „całym światem” powieści, a jedynie jej fragmentem, o tyle mniej znaczącym, że istotność wydarzeń pozaszkolnych – choć ze szkołą związanych – będzie mniejsza.

I to by były moje cztery powody.

Weź dokładkę!

39 komentarze

  1. Ja też rozczytuję się w opowieściach ze szkołą w roli głównej ;) Może dlatego Hogwart wciąż żyje w mojej głowie.
    Polecam książkę "Kruk", Kelly Creagh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Hogwart jest w ogóle dobrym przykładem: bo z jednej strony to szkoła, wiadomo, funkcjonująca jak wszystkie szkoły, mamy uczniów, nauczycieli i lekcje, z drugiej -- to jednak szkoła magii, więc uczą się tam czegoś, czego nikomu uczyć się nie było dane, więc myślę, że dlatego mocno można się zżyć z tym, co się dzieje. No i z trzeciej strony jeszcze: wykorzystuje ten motyw szkoły z internatem w tylu brytyjskim, drugi chyba tak popularny po amerykańskim liceum z szafkami i drużyną futbolową ;). O, o "Kruku" nie słyszałam, a opis jest całkiem ciekawy. Dzięki :)!

      Usuń
  2. Przypomniały mi się stare, polskie hity w rodzaju "Słoneczników" Haliny Snopkiewicz albo "Jeziora osobliwości" Siesickiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam "Słoneczniki" na swojej krótkiej liście :). Na pewno o nich napiszę, jak uda mi się do nich dobrać :).

      Usuń
  3. O matko, ja też czytałam "Liceum Avalon” i też się rozczarowałam! Sięgnęłam po tę książkę, licząc na ciekawe nawiązania/przetworzenia, a tu nic z tego. ;) Lubię od czasu do czasu literaturę szkolną, przyjemnie się czyta Niziurskiego i śmieje z jego bohaterów. Najbardziej przypadł mi do gustu "Sposób na Alcybiadesa". ;) Interesują mnie też książki o grupie dziewcząt i/lub młodzieńców (generalnie wolę dziewczęta, rzecz jasna, ale jeśli nie mam wyboru, to i o młodzieńcach poczytam) będących pod wpływem charyzmatycznego wykładowcy (i znowu: wolałabym profesorkę od profesora, ale to się rzadziej trafia, teraz przypomina mi się głównie "Madame").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pyzo, Kasjeuszu, jeśli nie znacie, przeczytajcie koniecznie "Nauczyciela" Franka McCourta. Ta powieść z nawiązką zaspokaja niedosyt ambitnych lektur "dziejących się w liceum". A potem sięgnijcie po inne książki autora z genialnymi "Prochami Angeli" w pierwszej kolejności. Nie pożałujecie! ;-)
      http://lubimyczytac.pl/ksiazka/50998/nauczyciel

      Usuń
    2. Dzięki za podpowiedź! Już sobie zapisałam ten tytuł. ;)

      Usuń
    3. @leżę-i-czytam, ja też dziękuję, na pewno poszukam :).

      @kasjeusz, to jest nas spora grupa. "Liceum Avalon" nie znalazło chyba bardzo dużego uznania, chociaż jest serial (przetrwałam pół odcinka, jakoś... no nie, wszystko było aż zbyt blisko "atmosfery" książkowego pierwowzoru ;)). Tak, masz rację, że jest coś w tym, że częściej tym charyzmatycznym liderem okazuje się częściej nauczyciel niż nauczycielka -- w sumie jak tak przeszukuję pamięć, to nie mogę nikogo znaleźć. Bo w "Madame" bohater jest pod wrażeniem romanistyki chyba głównie dlatego, że jest piękna i tajemnicza, a nie charyzmatyczna (moim zdaniem, w każdym razie)?

      No i: "Sposób na Alcybiadesa" uwielbiam, choć z innymi książkami Niziurskiego miałam zawsze kłopot.

      Usuń
  4. Bardzo ciekawy post i w dodatku uświadomiłaś mi jak dawno ostatni raz ja czytałam tego typu książkę ze szkołą :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Z chęcią bym wróciła do tych licealnych, naiwnych poczytadełek :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ostatni raz czytałam książkę o szkole, gdy sama w tej szkole byłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, a książki dziejące się w szkole pozwalają sobie wrócić pamięcią do takich czasów ;). Plus jakoś tak mam wrażenie inaczej się je czyta, kiedy się samemu w szkole nie jest -- bo niby doświadczenie mamy, ale na motywacje i zachowania bohaterów spogląda się (czasami zupełnie) inaczej.

      Usuń
  7. W młodszej młodości zaczytywałam się w serii książek "Nie dla mamy, nie dla taty, lecz dla każdej małolaty"- czy jakoś tak. ;) Czasem budzi się we mnie sentymentalna iskierka, która pragnęłaby znów wrócić do tamtych lekturek (chyba właśnie dlatego, że cenię to co ujęłaś w swoim powodzie numer 1 i 3 ;)). W tym roku czytałam "Anioły stąd odeszły" (trochę przez wzgląd na wyzwanie książkowe) i to już całkiem przeważyło szalę, każąc mi odkopać książki, o których w swoim komentarzu wspomniała Efka. :) Mnie jeszcze w takich licealnych powieściach chwyta wątek romantyczny. Bo on tak pięknie kiełkuje, tak wyrasta, często niespodziewanie. Ach! :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, czekaj, była taka seria, była... Ale kurczę, chyba nic w niej wydanego nie czytałam (co za przeoczenie!). I tak, zgadzam się co do wątku romantycznego -- o ile nie jest on wynikiem takiego, hm, imperatywu narracyjnego: że właściwie to nie wiadomo, co bohaterów do siebie ciągnie oprócz woli autora ;).
      I oczywiście również pozdrawiam ;).

      Usuń
    2. To jeszcze wspomnę o "Tabliczce marzenia" :)

      Usuń
    3. Zdecydowanie muszę pogłębić swoją znajomość z prozami Snopkiewicz :D.

      Usuń
  8. Ja z tego samego powodu mam słabość do seriali w realiach licealnych. W ogóle myślę, że jest coś fascynujące w patrzeniu na perypetie i rozterki z czasów okołoszkolnych z perspektywy osoby nieco starszej, bardziej zdystansowanej. Dla mnie istotny jest jeszcze jeden element - częste obcowanie z przemyśleniami i emocjami młodych (być może nieco bardziej naiwnych, mniej obytych i doświadczonych) bohaterów przypomina mi, że sama też kiedyś miałam młodość durną i chmurną. Myślę, że to ważne - zbyt często z wiekiem zbaczamy w stronę podejścia "w Waszym wieku to ja nigdy..." gdy w istocie to typowy przykład "zapomniał wół jak cielęciem był". Mam wrażenie, że obcowanie z literaturą i popkulturą z szeroko pojętego nurtu YA pozwala mi pamiętać własne problemy, rozterki, sukcesy i błędy z tamtego okresu. Nie wiem, czy też tak masz, Pyzo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie! Przy czym mam wrażenie takiego "rozdwojonego" postrzegania: z jednej strony czytam/oglądam (bo seriale dziejące się w liceum też, jak najbardziej :D!) i rozpoznaję własne zachowania, marzenia, aspiracje, zmagania z rzecztwistością (tu się zgadzam), a z drugiej strony jednak towarzyszy mi taki uśmiech w rodzaju "kurczę, ależ człowiek miał problemy, naprawdę czymś takim tak się przejmowało? Teraz zrobiłabym tak a tak". Przy czym mam świadomość, że jasne, wcale bym nie zrobiła, bo będąc znowu w danej sytuacji nie wiedziałabym tego, co wiem teraz i tak dalej. Więc to naraz taka przypominajka, lustro, spojrzenie zza węgła i kilka pewnie innych rzeczy jeszcze ;).

      Usuń
    2. #mamtaksamo :D
      Najbardziej w tym wszystkim mnie bawi to, jak z obecnej perspektywy błahe wydają się problemy mojej młodzieńczej codzienności. A przecież wiem, że nawet gdyby Teraźniejsza Mysz próbowała wytłumaczyć Przeszłej Myszy, że "klasówka z matmy (albo chłopak który cię rzucił) to nie koniec świata", to Młodsza Ja spojrzałaby na mnie jak na raroga... bo przecież dokładnie tak samo patrzyłam na moich rodziców, gdy mówili mi, że "jutro będzie lepiej". Is it just me, ale czy im człowiek jest starszy, tym nie odkrywa coraz więcej przykładów takiej nieco-śmieszniej, nieco-okrutnej ironii? ;)

      Usuń
    3. Chyba nie tylko Ty -- wydaje mi się, że to tak działa. I że nawet jak sobie człowiek w nastolęctwie myślał, że nie, albo chociaż usiłował sobie powiedzieć, że "pewnie tak będzie, ale...", to i tak to jest jakiś dziwny mechanizm w życiu, że nagle się okazuje, że tak jest, a nie wiadomo do końca, jak do tego doszło ;).

      Usuń
    4. W sumie mam wrażenie, że ten tragikomizm życia - że nawet gdybyśmy byli w stanie cofnąć się w czasie i przemówić sobie do rozsądku, to i taka nasze Młodsze Ja wciąż popełniłoby te same błędy i tak samo ciężko przeżywało niepowodzenia, bo jedyny sposób w jaki człowiek jest się w stanie uczyć to na własnych błędach, i pewne rzeczy rozumie się dopiero z perspektywy czasu... - bardzo rzadko jest rozpatrywany w dziełach o podróżach w czasie. Mind you, nie czytałam wiele książek z tym motywem, ale popkultury o time-travel trochę pochłonęłam i mam wrażenie, że to gatunek wybitnie "życzeniowy" - jego celem jest właśnie NAPRAWIĆ to co (naszym zdaniem) zrobiliśmy źle, a nie uświadomić sobie, że nasze życie potoczyło się tak, a nie inaczej z konkretnych powodów. I że więcej szczęścia (i gorzkiego uśmiechu) przyniesie nam pogodzenie się z tym, niż puste rozważania "co by było, gdyby..."

      Usuń
    5. Dlatego tak fajnie rozegrane jest to w "Straży nocnej" Pratchetta (nie wiem, czy czytałaś, ale polecam na zaś całym sercem): bo ładnie łączy właśnie realizm z życzeniowością, spojrzenie na to młodsze "ja" z takim podejściem "ale co mogę -- jeśli coś mogę -- zrobić". No i to, że właściwie przecież ten "ja" przenoszący się w czasie, to jest (tutaj nawet trochę dosłownie) zupełnie inny człowiek. Nie wspominając o tym, że pamiętamy jedno, a dziać mogło się zupełnie co innego -- a patrząc na to z boku i mając to w pamięci jeszcze inaczej można to ocenić ;).

      Usuń
    6. *cichutko*... nie lubię Pratchetta... Ale Krzysiek z Myszmasza mnie bardzo namawia, twierdząc że "jeszcze nie trafiłaś na -swojego- Pratchetta". Skoro mówisz, że tam się ten motyw pojawia, zapamiętam sobie by przepchnąć "Straż nocną" na szczyt listy :)

      Usuń
    7. Spróbuj! Nie wiem, czy zadziała tak samo, kiedy się nie przepada za Pratchettem, czy inaczej: za Strażą ze Świata Dysku, bo właściwie tak poza tym to "Straż nocna" jako powieść broni się sama. I zgadzam się: człowiek musi trafić na swojego Pratchetta!

      Usuń
  9. Ekhem... "Czynnik miłości" owszem dzieje się w liceum, ale nie ma ono nic wspólnego z liceum amerykańskim, nie ma nawet szafek, że o drużynie futbolowej nie wspomnę. Podobnie zresztą jak stary dobry "Kwiat kalafiora" - nie kopiują amerykańskich wzorców, nie próbują ich oswajać (Kwiat kalafiora nawet by nie mógł, bo w czasach, gdy ukazał się po raz pierwszy nikt by nie zrozumiał amerykańskiej dekoracji, wydałaby się (i byłaby) udziwniona i pozbawiona sensu) Zatem obie wspomniane przez Ciebie książki, chociaż dzieli je co najmniej 20 albo i 30 lat, raczej odwzorowują rodzime realia, czyż nie?
    Czy to Twoim zdaniem, Pyzo, dobrze czy źle? Dlaczego realia amerykańskiego liceum uznałaś za istotne dla czytelnika? Za istotniejsze niż realia "zwykłego" LO?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale przecież i "Czynnik...", i "Kwiat..." przywołuję jako przykłady takich próz licealnych, w których to, co najważniejsze, odgrywa się właściwie poza szkołą. Nie ma tutaj żadnej transformacji systemu amerykańskiego (high school przywołałam głównie dlatego, że powieści dziejące się tam mają pewne skodyfikowane elementy, łatwe do wyróżnienia -- co nie znaczy, że nie można skonstruować takiego schematu dla rzeczy dziejących się w polskim liceum, przy czym jednak takich wyraźnie funkcjonujących wyróżników chyba kulturowo funkcjonujących nie ma, właśnie w rodzaju cheerleaderek czy futbolistów). Przy czym pisząc, że w "Kwiecie..." dochodzi jeszcze kwestia realiów, miałam na myśli właśnie epokę, w której się dzieje -- w tym sensie właśnie to, że klub ESD powstaje poza szkołą, choć jego członkowie mniej lub bardziej znają się z tej czy innej szkoły, jest właśnie istotne, że dzieje się poza pewnym systemem, przez który przepływają określone treści, w tym wypadku peerelowską szkołą (upraszczając sam model, ale chyba czytelnie).

      Usuń
    2. Hmm... Nie czuję się mocna w temacie amerykańskich high schools, jakoś mnie nudzą (poza może Greenem), być może właśnie przez trudność w "odczuciu" tamtejszych realiów (chyba że włączymy pozycje typu "Zmierzch", gdzie w sumie najważniejsze rzeczy TEŻ właściwie dzieją się poza szkołą). Zastanawiam się, czy w ogóle istnieje jakaś polska książka, dziejąca się w polskim liceum z jego wszystkimi realiami, gdzie to, co najistotniejsze odbywa się właśnie w szkole, a nie poza nią. W tej chwili przychodzi mi do głowy tylko "Miłość pod Psią Gwiazdą" Anny Łaciny, ale nie wiem czy to dobry przykład, bo wprawdzie bohaterowie poznają się, spotykają i zakochują w pewnym sensie "w granicach" liceum, ale jednak do tych granic nie pozwalają się zamknąć. (No i są wątki poboczne, ale to temat na inną dyskusję). Byłoby zresztą dziwne, gdyby cała akcja miała dziać się - jak w sztuce teatralnej - zachowując jedność miejsca ;) Ale odpowiednik "Kwiatowego" ESD powstaje jednak w szkole i pozornie na potrzeby szkoły, choć cel jego istnienia jest zupełnie odmienny niż w przypadku ESD. (Czytałaś?) Nie wiem jak z LO-terią Małgorzaty Piekarskiej, bo jakoś mi się nie składa, by po nią sięgnąć. U Ewy Nowak bohaterowie też znają się z liceum, ale wszystko dzieje się jednak "poza" - Może "Rezerwat niebieskich ptaków" byłby takim przykładem? Jak myślisz? Ale tam z kolei samo liceum jest nietypowe.
      Znasz jakąś polską książkę, która wpasowałaby się w podane przez Ciebie kryteria?

      Usuń
    3. To jest bardzo dobre pytanie! Wydaje mi się, że u nas nie wykształcił się do końca taki kanon literatury "licealnej", jak w Stanach "highschoolowej", bo nie ma aż tak wyrazistych wzorów. Gdyby poszukać, coś by się może znalazło (na przykład, bo ja wiem, typ dobrego nauczyciela i złego nauczyciela? Chociaż to chyba za proste), po prostu sztafaż jest zupełnie inny i chyba dużo mniej charakterystyczny. Nie ma też u nas w kulturze, wydaje mi się, takiego przekonania, że liceum to taki ważny i ciekawy czas w życiu, jakie bije z amerykańskiej kultury (w każdym razie tak to odbieram, patrząc też na mnogość dzieł jakoś koło tematu oscylujących). Wydaje mi się za to, że jednak można znaleźć takie powieści polskie, gdzie szkoła jest ważnym doświadczeniem i główną scenografią -- do głowy przychodzi mi na pewno "Sposób na Alcybiadesa" ("Miłości..." jeszcze nie czytałam, kiedy zabrałam się za powieści Anny Łaciny, ostatnią były "Kradzione róże", mam teraz sporo do nadrobienia, bardzo jestem ciekawa tych nawiązań!). A Ty jak uważasz?

      Usuń
    4. Zastanawiam się czy brakuje przekonania, że "liceum to taki ważny i ciekawy czas", czy przekonania, że w ogóle szkoła to taki ważny czas (stąd takie powodzenie fantasy). Właściwie Niziurski lokował swoich bohaterów w jakiejś zupełnie odrealnionej i odjechanej szkole, a w każdym razie takie miałam wrażenie, kiedy czytałam jego książki "sto lat temu" - że zupełnie nie przystają do znanych mi szkolnych realiów. Nie potrafię nawet powiedzieć, które z nich działy się w liceum, a które w podstawówce, ale chyba więcej w tej drugiej. Mam wrażenie, że nawet jeśli akcja działa się po wojnie to jednak realia były przedwojenne albo też ja je za takie uważałam. Bardziej realistyczna była wtedy Ożogowska, ale jej książki też działy się w podstawówce, tylko niektóre w tych starszych klasach, które teraz zagospodarowało gimnazjum.
      Więc nie wiem czy Niziurski i Ożogowska są dobrym przykładem. Potem mam chyba sporą lukę czytelniczą, bo do głowy przychodzi mi tylko Musierowicz i Siesicka. A może ta luka rzeczywiście się pojawiła i przez jakiś czas nikt poza "starą gwardią" nie pisał młodzieżówek? (Była Boglar, Borski i jeszcze paru, ale wykruszyli się dawno przed transformacją ustrojową)
      No i zaczynają się współcześni autorzy jak Ewa Nowak, Barbara Ciwoniuk, czy przywołana już Anna Łacina (ciekawe, że nie ma autorów, są tylko autorki, a przynajmniej mnie żaden nie przychodzi na myśl) - których bohaterowie zwykle są w wieku licealnym. (A, jeszcze Małgorzata Gutowska-Adamczyk.) Wydaje mi się, że wspomniane autorki też uważają, że "liceum to taki ważny i ciekawy czas w życiu" ale przecież życie to nie tylko szkoła. Normalny człowiek do szkoły chodzi, ale żyje też poza nią i to co najistotniejsze przeważnie dzieje się poza szkołą, nawet jeśli w szkole się zaczyna.
      Ciekawe... przyszło mi do głowy, że historie dziejące się w całości w pracy (przeważnie w korporacji) jakieś romanse biurowe albo "medical romance" to też wymysł amerykański. My chyba po prostu nie wtapiamy się tak, jak Amerykanie ani w szkołę ani w pracę - ciągle jeszcze pozostajemy indywidualnościami mającymi swoje własne życie jako jednostki, a nie trybiki.
      Może też być tak, że normalni Amerykanie też są normalni pod tym względem, a jedynie amerykańska literatura popularna kreuje i lansuje takie wzorce homo corporationis czy homo licealis, cokolwiek miałoby to znaczyć. Jak myślisz?

      Usuń
    5. Nie do końca rozumiem to połączenie między uważaniem szkoły za czas ważny a popularnością fantasy -- możesz rozwinąć?

      Zgadzam się, że powieści Niziurskiego dzieją się w rzeczywistości odrealnionej, ale "Sposób na Alcybiadesa" jednak dość mocno -- w mojej pamięci -- osadzony jest w konkrecie (muszę aż sprawdzić, czy aby na pewno). Ożogowska z kolei też wysyła bohaterów poza szkołę (chociażby do tajemnic blokowych w "Tajemnicy zielonej pieczęci") -- bohaterowie wprawdzie są w wieku szkolnym, do szkoły chodzą, ale w imię tego, że inaczej się nie da. Sama szkoła nie ma tam, mam wrażenie, za wiele do roboty.

      Możliwe, że u nas nie do końca (jeszcze? w ogóle?) rozwinęły się takie "miejscowe" powieści, ale w przypadku liceum -- jak sądzę -- naprawdę brakuje dobrego przełożenia. Liceum w kulturze (w sensie: w dziełach) funkcjonuje na innym poziomie odniesień niż w USA, gdzie ten "high school" jest wspominany bardzo często z całym entouragem (okej, u nas teoretycznie też jest motyw studniówki, ale raczej we wspomnieniach rzeczywistych niż w kulturowych, natomiast "prom" to jednak jest coś, co się przewija u bohaterów amerykańskich bardzo często, nawet w dziełach nie poświęconych czasom licealnym bohaterowie wspominają o swoich balach -- a to tylko jeden element). I teraz: nie wiem, czy to jest tak, że kultura kształtuje wzorzec -- mam wrażenie, że nie, że zachodzi tu działanie w obie strony: z jednej liceum jest ważne, więc ma swoją ramę odniesień reprodukowaną w dziełach, z drugiej pojawia się w dziełach na tyle często, że przenika do kultury jako ważna jej część. Z odbiorem jednostkowym zaś -- tu trudno wyrokować (w sensie: na ile kultura ogólna przekłada się na to, co uważa jednostka).

      Usuń
    6. "Nie do końca rozumiem to połączenie między uważaniem szkoły za czas ważny a popularnością fantasy -- możesz rozwinąć?"
      Chodziło mi o to, że skoro czas szkolny uważany jest za nieistotny epizod wobec 24 godzin każdej doby, raczej przymus niż coś fascynującego, to chcąc odpocząć z książką licealista nie będzie uciekał do liceum, nawet jeśli literackiego, tylko raczej wybierze świat odrealniony im mniej podobny do przymusowego ograniczenia wolności, jakim jest szkoła - tym lepiej.
      Być może to właśnie jest powód dla którego po literaturę YA sięgają wszyscy, tylko nie licealiści?

      Usuń
    7. Zaćmiło mnie! Przecież cała seria "Pamiętnika nastolatki" Beaty Andrzejczuk jest mocno związana ze szkołą i szkolnymi realiami. Nawet jeśli sporo dzieje się "poza" to jednak szkoła (gimnazjum i/albo liceum) jest bardzo wyeksponowane - to chyba jest właśnie ten przykład, którego szukałyśmy :)

      Usuń
    8. Ach, już rozumiem, ciekawa hipoteza. Natomiast co do "Pamiętnika nastolatki": przyznam się, że mam stosunkowo złe zdanie o tej książce, przeczytałam tylko jeden tom, ale uproszczone realia, nieinteresujący język i irytująca główna bohaterka mnie pokonały -- nie mam tego na świeżo, więc trudno mi pogłębić te argumenty, przy czym nie neguję, że książki mogą się wpisywać w nurt, którego poszukujemy :) (a przy okazji: jest jeszcze "Ala Makota", ale i tam szkoła zajmuje mało miejsca w porównaniu z życiem okołodomowym).

      Usuń
    9. A który tom PN czytałaś? Bo ja zaczęłam gdzieś tak od połowy cyklu i z tomu na tom było coraz lepiej, więc może po prostu zaczęłaś czytać za wcześnie? Bardzo mi się też podoba "Julka" (To nowa seria, bo Natka już dorosła). Cykl jest dobrze stargetowany i rzeczywiście dla gimnazjalistek jest czymś w rodzaju "przewodnika po życiu", takiego podpowiadacza jak można z pewnymi sprawami, które na pewno je spotkają się zmierzyć. "Ala Makota" nie czytałam. Widziałam w bibliotece ale jakiś mnie odrzucało. Myślisz, że warto posmakować? (w celach czysto poznawczych, bo wiekowo to już troszkę ;) wyrosłam) Bo oglądając okładki odniosłam wrażenie, że to takie puste amerykańskie kalki bez głębszych treści. BTW znasz "Bezsennik" Liliany Fabisińskiej? Mniej "szkolny" niż PN ale też jednak w szkolnych realiach się dzieje. Z tym że to też literatura dla młodszej młodzieży (10-13? coś koło tego)

      Usuń
    10. Pierwszy -- skoro mówisz, że dalej robi się lepiej, to zerknę przy okazji tak w połowie, jak to wygląda. Bo seria wyglądała jak stworzona do czytania dla kogoś, kto lubi tego rodzaju książki, więc zawód był tym dotkliwszy na tym pierwszym tomie ;). Co do "Ali Makoty" -- nie jest to wielkie dzieło, ale zasadniczo dość przyjemnie się czyta, podobał mi się zwłaszcza koncept wykorzystania przestrzeni ciasnego mieszkania jako takiej sceny akcji, gdzie wszyscy wychodząc do przedpokoju wpadają na siebie, ujawniając swoje mroczne tajemnice ;) (żartuję, ale da się to tak czytać). Fabisińskiej nie znam, a tu widzę, że to jest kilkutomowy cykl, zerknę na pewno, dzięki :)!

      Usuń
  10. Fajnie by było, gdybyś zrobiła spis Twoich ulubionych książek związanych z liceum :) bo ja nie wiem po jakie by sięgnąć, a bardzo mnie to interesuje. Polecisz coś? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, fajny pomysł :)! Przemyślę, na pewno. Natomiast co do poleceń: niezmiennie uważam "Pamiętnik księżniczki" Meg Cabot za bardzo fajną serię (pisałam o niej w początkach bloga), za bardzo dobre powieści z wątkiem licealnym uważam też powieści Anny Łaciny: chociaż liceum nie jest tam zupełnym "środkiem świata" (ale zobacz, na przykład, "Miłość pod Psią Gwiazdą").

      Usuń
    2. Meg Cabot czytałam i także bardzo lubię tę serię. Poza tym Dziewczyna Ameryki też ma się przyzwoicie. Zerknę na tę Łacinę ;-) Dzięki!

      Usuń
    3. "Dziewczyna Ameryki" mi właśnie niespecjalnie podeszła, ale może spróbuję znowu, tak po latach ;). Jakbyś chciała się potem podzielić wrażeniami z lektury powieści Łaciny, zapraszam, z chęcią pogadam :).

      Usuń