5 książek, których nie skończyłam albo praktyka do teorii


Jakiś czas temu napisałam notkę, w której zastanawiałam się, dlaczego nie kończymy książek – a potem zastanawialiśmy się wspólnie, w komentarzach. Gdyby chcieć to podsumować w kilku zdaniach, wśród powodów pojawiały się...


...znudzenie lekturą, fakt, że należała ona do gatunku „złych książek”, ale przewijał się także brak czasu, nieodpowiedni nastrój, za bardzo sugestywna treść książki, kończący się termin w bibliotece, rozczarowanie tym, że książka okazała się o czymś innym niż zakładaliśmy albo to, że zaczynamy czytać inną, a ta idzie w odstawkę czy właśnie to, że na za długo ją odłożyliśmy. Dzisiaj będzie za to, jak się wówczas zobowiązałam, ilustracja do tychże tez, tym razem na materiale moich „niedokończonych”. Siłą rzeczy więc notki będą krótsze, bo książki są niedokończone.

Kraina wódki Mo Yan

Wytrwałam równe sto stron, ale szczerze mówiąc ani jednej więcej. To taka książka, której – co już kiedyś przyznałam – zamysł rozumiem, ale to nie znaczy, że mnie to nie odrzuciło. W dodatku nie wiem, czy to kwestia języka, czy pewnej monotonii porównań, ale cała metaforyka była na tyle jednostajna, że po kilku stronach wiedziałam już, jaki jest cel, ale sama droga ku niemu ani mnie nie zafascynowała, ani nie wciągnęła na tyle, żeby czytać dalej. Obiecuję sobie kiedyś wrócić do Mo Yana, ale już nie do Krainy wódki.


 
 Źródło. Skoro niedokończone książki, to może
niedokończone mosty?


Starcie królów George R. R. Martin

Tak, przyznaję: Gra o tron wydała mi się całkiem interesująca, ale Starcie królów porzuciłam bez większego żalu. Głównie dlatego, że zdążyłam się zorientować w całej sytuacji cyklu, a i akcja mnie jakoś nie wciągnęła na tyle, żeby się w to z głową i nogami pakować. Pamiętam dokładnie moment, w którym odłożyłam książkę (a działo się to w pociągu do Wrocławia) i takie poczucie, że autor buduje napięcie, żeby je kilka razy w ciągu fabuły połamać.

Z mgły zrodzony B. Sanderson

Ostatnio pojawiło się wznowienie i książka ponownie poszła w czytanie, także nawet myślałam, żeby się złamać, bo nie zabrnęłam w Sandersona zbyt daleko, chociaż próbowałam kilkukrotnie. Miałam jednak poczucie niewysłowionej nudy, która nie pozwalała mi się w żaden sposób zaangażować ani w świat przedstawiony, ani w to, co ma się stać z bohaterami. Być może niesłusznie i powinnam dać mu naprawdę kolejną szansę.

Śmieszne, makaron rośnie! B. Winklowa

To jest książka, którą porzuciłam jako pierwszą. Może to zabawne, że pamiętam, co to była za książka, ale pamiętam. Głównie dlatego, że do dzisiaj mam w pamięci poczucie cierpienia, jakie miałam czytając ją (natomiast zupełnie nie pamiętam, o czym ta książka była). Męczyłam się tak jakiś czas, aż dostrzegła to moja Mama i zauważyła, że nie muszę kończyć każdej książki, jaką zacznę, nawet takiej z biblioteki. Co okazało się zbawienną radą, uratowało moje czytelnictwo i nie zepsuło mi charakteru. I tak książka przetrwała w mej pamięci, przynajmniej z tytułu.



Źródło.


Załatwiaczka M. Wójtowicz

Tej książki nie skończyłam zupełnie bez powodu. Czy właściwie: ledwo ją zaczęłam, odłożyłam i... nie wróciłam. Ba, dwa razy ją sobie z biblioteki przyniosłam i dwa razy kończyło się tak samo. Nie umiem wskazać, co też tam jest takiego, co sprawia, że automatycznie odkładam ją na miejsce za każdym razem, kiedy przebrnę przez początek – ale zdaje się mieć ona jakąś magiczną moc w ten sposób na mnie działającą.

I to właściwie wszystko – większość książek jednak, jak się okazuje, w bólach, bo w bólach, ale kończę. Być może zawieruszyło mi się w pamięci coś jeszcze, czego nie skończyłam, ale widać nie skończyłam do tego stopnia, że nawet nie zakonotowałam sobie tej sprawy.

Weź dokładkę!

30 komentarze

  1. Mo Yan'a polecam "Żaby". Przez "Obfite biodra, ..." nie przebrnęłam, ale "Żaby" bardzo mi się podobały. Poruszająca i momentami pięknie napisana książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Żab" nawet do tej pory nie uwzględniałam w planach (myślałam właśnie o próbie podejścia numer dwa do Mo Yana przez "Obfite..."). Dziękuję, na pewno wezmę pod uwagę!

      Usuń
  2. Dlaczego moja Mama nigdy mi tak nie powiedziała? :D Nie miałabym dziś takich wyrzutów sumienia po każdej nieskończonej książce :) Do dziś dręczy mnie "Rogaś z doliny Roztoki", ambitnie podchodziłam do tego nudziarstwa trzy razy i za każdym razem kończyłam gdzieś w połowie.
    Ale tak naprawdę dopiero studia polonistyczne nauczyły mnie triku - jeśli nie masz czasu na skończenie lektury, przeczytaj zakończenie, to prawie tak jakbyś przeczytała, a do tego przydaje się na egzaminie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinien być jakiś taki poradnik dla mam w tej sprawie ;). Bo to naprawdę było bardzo ożywcze, do dzisiaj pamiętam tę ulgę, że nic się nie stanie, jeśli oddam do biblioteki nieprzeczytaną czy niedokończoną książkę. Hm, "Rogasia..." akurat lubiłam bardzo w dzieciństwie (mimo że zakończenie mnie wtedy za każdym razem rozczarowywało), natomiast zastanawiam się, jak odebrałabym go dzisiaj. Może powinnam sobie zrobić taką akcję, czytania książek z dzieciństwa na nowo, właśnie sięgając nie do baśni, a do tego typu powieści? Ciekawe, jak by to wyszło :).

      Mówisz? Bo w sumie zawsze myślałam, że nie tyle chodzi o fabułę, ile o to, jak ta książka jest napisana ;). W sensie: że to bardziej ten styl się liczy -- że do niego się odnoszą inni pisarze i tak dalej. Chociaż prawda, do zakończeń i rozwiązań fabularnych też. Już chyba w trakcie pisania komentarza zrozumiałam taktykę ;).

      Usuń
    2. Ja też źle się wyraziłam, nie mówię o czytaniu wyłącznie zakończenia, tylko o tym momencie, gdy nagle odkrywamy, że książkę mamy przeczytać do jutra, a tu jeszcze 300 stron do końca ;) Coś z początku jednak warto przeczytać, choćby żeby ogarnąć bohaterów i styl, o którym wspominasz.

      Ale to było na studiach. Teraz mam inne patenty na czytanie książek, które muszę skończyć szybko, ostatnio np. szef zażądał ode mnie napisania artykułu o 700-stronicowej książce... na następny dzień. Cóż, napisałam. Natomiast zabawne jest, gdy widzę swoje patenty np. u recenzentów w gazetach (podobała mi się zwłaszcza recenzja zaczynająca się od czegoś w rodzaju "ta książka jest zbyt przejmująca, żeby znaleźć słowa dla jej opisania. Niech przemówią fragmenty" i resztę zajmowały cytaty z książki ;)

      Usuń
    3. Ach, czyli to tak powstają te recenzje :)! Teraz wszystko jest dla mnie -- no, może nie jasne -- ale na pewno jaśniejsze. Kiedyś przemknęło mi przez myśl, że może stać za tym motywacja tego rodzaju, ale stwierdziłam, że chyba przesadzam ;). Swoją drogą, to chyba jest też związane raz że z tym, że bardzo dużo (w każdym razie: dość dużo) wychodzi u nas książek, a dwa, że z takim "trzeba być na czasie, musimy opublikować recenzję tego, koniecznie teraz". Tak sobie dumam w każdym razie ;). I wtedy taki recenzent faktycznie jest na takiej podminowanej pozycji, wierzę.

      Usuń
  3. Pierwszą książką, której nie skończyłam czytać były Noce i dnie. Po prostu nie zdzierżyłam Barbary! Drugą Conrada lektura z liceum. Trzecią J.L.Wiśniewski Samotność w sieci - bardzo chciałam, no ale nie dałam rady, żadna książka mnie tak nie wynudziła. Czwartą była Zima Helikonii, ale zamierzam ją skończyć, tylko czekam na lepszy nastrój. Porzuciłam ją przy drugim czytaniu, za pierwszym razem weszła gładko. No i mam nie skończone Kroniki Czarnej Kompanii, ale to się nie liczy ponieważ jest w trakcie czytania...od pół roku wprawdzie, ale nie porzucona - odłożona.
    Więcej książek nie skończonych nie pamiętam. Póki co :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barbara jest straszna, ale warto skończyć "Noce i dnie", żeby zobaczyć, jak dobrze Dąbrowska wykończyła jej wątek (do dzisiaj robi to na mnie spore wrażenie). Poza tym im dalej w fabułę, tym więcej Agnieszki :D! Poza tym nie mogę narzekać, bo mnie "Noce..." wciągnęły okrutnie, mimo zdenerwowania na Barbarę. I "Samotność..." też przeczytałam, ale wiem, o czym mówisz ;).

      Usuń
  4. Sięgnąłem do blogowej pamięci i popatrz co znalazłem :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to możemy przybić sobie piątkę :D. Chociaż po Twojej notce wnioskuję, że jednak zabrnąłeś w "Załatwiaczkę" dalej niż ja, ja żadnych trolli nie pamiętam ;).

      Usuń
  5. Rozumiem problem z Krainą Wódki tak bardzo - ja niestety zabrałam się za książkę pod przymusem, nie przeczytałam jej, a i tak zrobiłam o niej prezentację na seminarium. Nie jestem z tego dumna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale w sumie tam po kilku stronach wszystko wiadomo i można analizować, tak zakładam. To mnie zresztą chyba też do niej zniechęciło (chociaż może nie powinnam nic mówić, może tam jest jakiś twist pod koniec, który wywraca całą interpretację do góry nogami ;)).

      Usuń
  6. Szczerze mówiąc, zazwyczaj nie pamiętam książek, których nie doczytałam. Chyba, że rzeczywiście były bardzo złe albo bardzo mnie irytowały. Jeśli tylko nudziły, to ulatują mi z pamięci gdy tylko znikną z pola widzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie chyba prawidłowo ;). Nabrałam zwyczaju zaznaczania sobie książek, których nie skończyłam, żeby o nich pamiętać właśnie -- coś między planem a ostrzeżeniem na przyszłość ;).

      Usuń
  7. Z reguły czytam książki do końca, ale jest jedna, której nie mogłam doczytać: "Uświęcony dziennik Adriana Plassa (lat 37 i 3/4)". Nudziła mnie już od samego początku i po prostu nie dałam rady dojść do końca. Książkę oddałam do biblioteki i oddałam się lekturze "Władcy Pierścieni" (choć miało to miejsce wiele lat temu, to doskonale pamiętam ten moment ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie przełomowe porzucenie książki się pamięta ;). W sensie, niekoniecznie pierwsze, ale takie z jakiegoś powodu decydujące: bo zamieniliśmy książkę nudną na ciekawą, kiepską na świetną, albo po prostu nam ulżyło, że jednak nie czytamy tamtej porzuconej dalej ;).

      Usuń
  8. Zacznę offtopem, ale proszę o wybaczenie. ;) Gratuluję wygranej za recenzje Lema! Szczere i serdeczne pokłony za tak dojrzałe treści!

    A wracając do Twojego posta, to sama mam zamiar zacząć przygodę z Sandersonem od tej książki... i kurcze, wystraszyłaś mnie. :P Ciekawe, czy u mnie będzie podobnie? Muszę się wkrótce o tym przekonać. :)

    Życzę jak najmniej nieudanych prób czytelniczych i pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, dziękuję, miło mi :). Strasznie się cieszę i pewnie się w końcu pochwalę ;).

      Nie, nie, nie bój się zupełnie: podrzucam na zachętę zdanie Moreni i notkę Gryzpióra. Mnie samą od tego czasu kusi, żeby może dać mu drugą szansę ;). Ale z kolei przypominam sobie niechęć przy czytaniu i mój zapał ostyga ;). Ale najlepiej samemu przetestować :).

      Usuń
  9. Nie pamiętam tytułów swoich niedokończonych książek, ale widocznie nie były warte zapamiętania. Tak od razu nie zniechęcam się książką. Jak nie przebrnę przez pierwszy rozdział, czytam kilka kartek w środku, a jak i to nie pomoże czytam zakończenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, zakończenia to akurat zwykle nie czytam, ale i mnie się zdarza takim "przeskokiem" sprawdzić, czy się dalej co ciekawego nie dzieje i czy może nie warto dać książce jednak szansy ;).

      Usuń
  10. Gratulacje z okazji wygranej w konkursie na recenzję książki Lema :) Naprawdę zasłużyłaś sobie na to !!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeśli o Sandersona chodzi - ja też porzuciłam "Z mgły zrodzonego", jakoś nie umiał mnie wystarczająco zainteresować. Ale. Zdecydowanie mogę polecić "Drogę królów" jego autorstwa, to jest naprawdę znakomite fantasy, wieeele poziomów wyżej niż wcześniej wspomniana książka. :)
    Jakiś czas temu stworzyłam sobie na goodreads półkę pod wiele mówiącym tytułem "dnf" (did not finish), bo ostatnio coraz więcej książek porzucam. Żal mi czasu na coś, co nie sprawia mi przyjemności lub mnie czegoś nie uczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to jest jakiś pomysł na kolejne podejście do Sandersona! Zapamiętam, jak będę w nastroju, na pewno przetestuję :). I tak, taki spis nie jest wcale zły -- jak pisałam wyżej: trochę to taka półka planów na ewentualnie doczytanie, a trochę przestroga. Ale bywa i tak, że czasem się wraca i wrażenia są zupełnie inne, więc warto pamiętać :).

      Usuń
  12. Martina przeczytałam i będę czytać dalej - przede wszystkim dla Sansy, mojej ulubienicy. ;) Ale jeśli chodzi o Sandersona, miałam podobnie, tyle że doczytałam do końca, by potem wdawać się w dyskusje na temat tej książki (czy też raczej: by rzetelniej ją krytykować ;). Ale serio, myślę, że nic nie tracisz, nie wracając do tego autora. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, lubię zasadniczo dawać autorom kolejne szansy, zwłaszcza kiedy wiele osób mówi, że jednak warto. Może nie, że rzucę się od razu na tę czy inną książkę Sandersona, ale będę mała na uwadze, żeby jeszcze coś jego spróbować przeczytać :). A jeśli chodzi o Martina, to postanowiłam kiedyś, że jeśli ta seria się jednak jakoś skończy, to może wtedy się skuszę ;).

      Usuń
    2. Prawda, Martina trudno oceniać, bo cykl jeszcze nieskończony. To też część tego, co w nim lubię: to oczekiwanie, uczestnictwo w fandomie, spekulacje, rozmowy z innymi czytelni(cz)kami. :)
      No wiadomo, jeśli Sanderson kiedykolwiek wyda coś w moim stylu, nie będę bojkotować, może nawet zajrzę do środka. ;) Ale ta konkretna seria moim zdaniem nie jest warta kolejnego podejścia. ;)

      Usuń
    3. Właśnie dla mnie Martin za bardzo jakoś, mam wrażenie, ingeruje w te domysły. Czy, precyzyjniej mówiąc, mam takie wrażenie, że on sprawdza, czy aby nikt nie jest blisko odgadnięcia zadanych przez niego zagadek, a jeśli jest, to szybko zmienia ciągi dalsze, żeby nie był. Nie wiem, czy mam rację, ale mam wrażenie, że cykl rozciąga się w czasie też dlatego ;).

      Usuń
  13. O mało co nie porzuciłam "Gry o Tron" - jakoś nie mogłam wpaść w konwencję, czy to magia, czy polityka i to skakanie po postaciach i lokalizacjach.....Podobało się, ale nie mogłam rytmu załapać. Ale już przy drugim tomie (nawet w końcu pierwszego) zostałam jednym z tych koszmarnych fanów-wyznawców, co to będą nieistotne słowo na stotrzynastej stronie roztrząsać. Więc oficjalnie ci nie wybaczam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to nie, zupełnie w innych rewirach się poruszamy ;). Bo mnie "Gra..." nawet wciągnęła, ale potem poczułam się -- też z powodów wymienionych wyżej -- jednak zmęczona tym, co się w Westeros dzieje i sposobem, w jaki się dzieje.

      Usuń