6 książek, które zobaczyłabym na ekranie albo kręćcie, panie i panowie!


Nie wiem jak Wy, ale ja mam czasami takie uczucie, czytając książkę, że szalenie chętnie zobaczyłabym na ekranie to, co przy czytaniu pojawia mi się w głowie. Jasne, nikt nigdy nie zekranizuje tego dokładnie w ten sposób – ale jest jakaś dziwna przyjemność w oglądaniu, jak znane z papieru postaci biegają, uśmiechają się czy skaczą z klifu.


Magia ekranu to jest coś, co chyba faktycznie istnieje. W tym sensie, że jak znajdę gdzieś wiadomość o tym, że ktoś gdzieś przenosi na tenże ekran książkę, którą lubię, to cieszę się i czekam na efekty. Ba, to nawet nie musi być książka, którą lubię – są pewne powieści napisane w taki sposób, że z dużą chęcią zobaczyłabym, jak te efekty z fabuły wyglądałyby przy zastosowaniu środków filmowych. Są też pewne książki, których wcale bym nie chciała zobaczyć w kinie czy w telewizji, głównie dlatego, że ich największy urok polega na środkach literackich, jakie zostały zastosowane przy ich pisaniu. Tak czy inaczej od jakiegoś czasu myślałam, żeby zastanowić się, jakie dzieła z chęcią oddałabym w ręce dobrej ekipy filmowej i czekała na efekty (choć, jak kiedyś już pisałam, ekranizacje dostarczają pewnych problemów). W ten sposób powstała ta krótka lista, na której są rzeczy, jakie najbardziej oddziałały na moją wyobraźnię w ostatnim – i nie tylko – czasie.

"Fiasko" Stanisława Lema: to zdecydowanie jest ta książka, którą wskazałabym, gdyby nagle pojawiła się przede mną hollywoodzka wróżka mówiąc coś w rodzaju "zgodnie z twoim życzeniem zostanie zrealizowany wysokobudżetowy film, nakręcony przez zdolnego reżysera, napisany przez kompetentnego scenarzystę i z wymarzoną obsadą, i efekt będzie spektakularny". Jasne, szalenie trudno byłoby przenieść wszystko, co znajduje się w tej książce, do filmu (Lem zresztą, jak wiadomo, nie miał specjalnego szczęścia do ekranizacji), ale wyobraźcie sobie niektóre z tych scen – marsz przez Tytana, lunoklazm, rozmowy na statku o tym, kto powinien żyć i czy próba kontaktu z Kwintanami to jest w ogóle dobry pomysł. Kurczę, to by był szalenie nastrojowy film, trochę straszny, trochę melancholijny, a równocześnie mógłby być widowiskowy i dałoby się go oglądać tak, żeby za każdym razem dostrzegać coś nowego. Nie mam tutaj ani wymarzonej obsady, ani żadnej konkretnej wizji, ale jak myślę o ścieżce dźwiękowej, to na myśl przychodzi mi "Thank you, Poland" Klausa Schulze (mam wrażenie, że pasuje do tej pewnej surowości "Fiaska", no i jest trochę retro, a trochę nie). 


 Popodglądajmy sobie zatem plany filmowe (i telewizyjne). Źródło
 

"Straż! Straż" Terry'ego Pratchetta: to jest marzenie, które ma się spełnić, skoro BBC ma wyprodukować serial o straży, niemniej póki nie ma, to może nadal figurować na tej liście. Jestem tak w ogóle fanką dotychczasowych telewizyjnych interpretacji próz Pratchetta (najbardziej chyba "Going Postal" – toż to jest mój Moist! Moja Adora! Mój starszy poczmistrz Groat! No... w ogóle moje wszystko!). Jest coś takiego w tych książkach, co umiejętnie przeniesione na ekran powoduje bardzo podobne uczucia (przynajmniej we mnie) przy odbiorze. Jest trochę zabawnie, trochę ciepło, trochę ironicznie, czasami smutno, no, cóż. Jeśli chodzi o wymarzoną obsadę, to nie mogę się oprzeć, by nie widzieć Samuela Vimesa z twarzą Clinta Eastwooda, ale tak z czasów "Brudnego Harry'ego". Dzisiaj właściwie nie wiem, kto byłby w odpowiednim wieku – może Daniel Craig nie byłby wcale złym pomysłem? Podoba mi się też Hugh Laurie, Jerome Flynn i Rupert Graves (choć każdy z innego powodu). Co ciekawe jednak, zupełnie nie mam swoich typów, jeśli chodzi o pozostałe postaci. Nie wiem, czy to po prostu Vimes kojarzy mi się filmowo, czy po prostu w przypadku innych jestem jakoś przywiązana do osobistych wyobrażeń.

"Wiedźma.com.pl" Ewy Białołęckiej: to by mogło być pewne przełamanie w długiej linii ekranizacji powieści, w których kobieta przenosi się na wieś szukać szczęścia. Bohaterka "Wiedźmy..." co prawda niby to robi, ale głównie dlatego, że ma dość mieszkania w jednym pokoju u rodziców z dzieckiem, a poza tym domostwo, do którego ma się sprowadzić, robi wrażenie (głównie podejrzane). Myślę, że mógłby to być nastrojowy film, który fajnie by się odnajdywał w różnych segmentach: bo i wieś dałoby się w nieco inny sposób pokazać, i silna kobieca bohaterka, i wątek tajemniczo-magiczny... Jasne, budżet musiałby być nieco większy, żeby nie wyszło coś wprost przeciwnego do zamierzeń, ale dałoby się to zrobić. Bo to taki trochę horror, trochę obyczajówka, trochę też w tym elementów komedii – myślę, że by się sprzedało. A ja bym z chęcią obejrzała.




"Najtrudniejszy język świata" Henryka Worcella: to co prawda zbiór opowiadań, ale jakie by to było piękne! "Najtrudniejszy..." to w sumie bardzo dziwna, pogmatwana historia, gdzie bohaterowie przechodzą jedni w drugich, zmieniają się personalia, czasy, poglądy na sprawy, a wszystko dzieje się zaraz po wojnie na Dolnym Śląsku. Tygiel kulturowy powoli zmienia się w monokulturę, nowi osadnicy nie bardzo wiedzą, jak żyć z pozostającymi jeszcze we wsi Niemcami, bo ci Niemcy przy bliższym poznaniu są trudni do nienawidzenia, bo okazują się po prostu ludźmi, a do tego wszystkiego wspólna praca wcale nie sprzyja narodowościowym animozjom, bo ludzie przede wszystkim chcą zebrać zboże i przeżyć. To taka historia bez fajerwerków, którą można by nakręcić jako takie spokojne kino obyczajowe – a równocześnie ileż w niej jest pięknych, klimatycznych scen, które dobrze nakręcone mogłyby zapaść w pamięć niejednego widza. Przy czym znowu: filmów o powojennej rzeczywistości jakoś w nadmiarze nie ma, a już takich,w których w gruncie rzeczy nic się nie dzieje, ot, ludzie po prostu usiłują żyć, to zdecydowanie za mało. Worcella już ekranizowano (ciekawe "Zaklęte rewiry" i ciężki "Grzech Antoniego Grudy", zresztą osadzony w podobnych klimatach, co "Najtrudniejszy...").

"Niecierpliwi" Zofii Nałkowskiej: kurczę, to bym zobaczyła! Po pierwsze dlatego, że to jest niezwykle piękna opowieść, a po drugie dlatego, że myślę, że wszystkie duchy żyjące w głównym bohaterze, taka przeszłość, która się nie da wyegzorcyzmować, w bardzo ciekawy sposób dałaby się przełożyć na efekty filmowe (może nawet niechby te duchy dostały swoją fizyczną postać? A co!). I nie przesuwałabym tego w czasie, niechby się działo u schyłku lat 30., kręcąc to dzisiaj dałoby się tę walkę z przeszłością wkomponować też w poetykę epoki, w końcu "Niecierpliwi" ukazali się tuż przed wojną,więc "zagłada domu Szpotawych" pokrywa się z końcem pewnego okresu w ogóle. I znowu, ja wiem, że to by był taki film, w którym niewiele by się działo, ale gdyby to "niewiele" dobrze przenieść na ekran – to czemu by nie? Sprecyzowanych typów obsadowych tu nie mam, głównie dlatego, że, jak może zauważyliście, wybieram powieści do adaptacji raczej po ogólnej "atmosferze", nic na to nie poradzę.




"Urocze wakacje" Natalii Rolleczek: znowu – to by był film! Bo "Urocze wakacje" są trochę taką historią końca i początku naraz, próbą odnalezienia sensu w tym, co się przydarzyło nam i przy okazji też innym ludziom, jaki sens jest w tym, czego doświadczyła nasza rodzina i nasze państwo, i jeśli w ogóle jakiś sens istnieje – to gdzie i jaki. Do tego znowu mamy tutaj duchy, a szczególnie jednego, bardzo upartego ducha, to by było naprawdę dobre kino, mało pretensjonalne, zbaczające z utartych ścieżek, ale szalenie trudne do zrobienia. Nie mam pojęcia, czy "Urocze wakacje" dałoby się w ogóle sfilmować, bo są bardzo eseistyczne, wpadają w dygresje, akacja przenosi się z jednego miejsca i czasu w drugi. Ale skoro dało się sfilmować "Nieznośną lekkość bytu", to kto wie. Ról tutaj nie obsadzam, ale myślę, że mogłoby być pięknie.

Jak widać, dominuje u mnie polska literatura, ale co zrobić, światowa jakoś częściej widać ląduje na ekranie – przynajmniej ta, która przyszła mi na myśl przy pisaniu tego wpisu. A Wy zobaczylibyście takie filmy? A może macie własne typy, jakie książki powinny zostać zekranizowane?

Weź dokładkę!

22 komentarze

  1. Gail Carriger. Gołe wilkołaki :P

    A bardziej na poważnie - chciałabym obejrzeć ładną animację (wolałabym tradycyjną) "O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół krainy czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym" Catherynne M. Valente.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam tylko "Bezduszną", ale z takim rosnącym poczuciem, że tych gołych wilkołaków tam coś za dużo i że robi się tłoczno od tych wątków romansowych, po czym serię rzuciłam (warto jednak pokusić się o czytanie dalej?). Co w sumie nie oznacza, że nie byłby z tego przyjemny film na wieczór ;). A ta animacja musiałaby być super, wnioskując po tytule (i to może taka akwarelowa albo coś w tym rodzaju... :)).

      Usuń
    2. Warto się pokusić, ale do tomu trzeciego włącznie. Czwarty jest słabszy, a piątego nie ma po polsku wcale.

      Właśnie nie wiem, czy akwarelowa wersja "O pewnej dziewczynce..." nie byłaby za mało wyrazista, widzę to w mocnych, głębokich kolorach. A książka super, niby dla dzieci, ale czytałam z wielką przyjemnością (po angielsku, nie wiem, jak się sprawdza polskie tłumaczenie, bo fragment promocyjny brzmiał gorzej od oryginału). Przeczytaj jak będziesz miała okazję, lubisz baśnie, więc ma szanse Ci podejść.

      Usuń
    3. Okej, zostawię sobie na jakieś chmurne popołudnie, kiedy potrzeba takich lektur! ;) Na pewno rozejrzę się też za "O pewnej dziewczynce...", bo faktycznie wygląda jak coś dla mnie :). Dzięki!

      Usuń
  2. Super lista, dzięki ! Muszę nadrobić zaległości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, jeżeli traktować to jako listę książek, to każdą jedną polecam :). Natomiast jakby jakiś filmowiec chciał nadrobić braki filmów na podstawie tych książek, to też bym się nie obraziła ;).

      Usuń
  3. A ja bym chciała zobaczyć sensowną ekranizację Mistrza i Małgorzaty - dziwię się, że takowej jeszcze nie nakręcono, może dlatego, że to książka nieanglojęzyczna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też chcę "Mistrza i Małgorzatę" :)

      Usuń
    2. Macie rację, mogłoby być super. Jak dotąd w sumie widziałam dwa spektakle teatralne i nie powiem, oba były robiące wrażenie, więc nie odczuwam niedostatku, ale wiadomo, że film to co innego. A na ekranie widziałam tylko ten dziwny serial, który był taki sobie, szczerze mówiąc (ten Behemot!).

      Usuń
  4. A co gdyby ekranizacja powieści nie miała wiele wspólnego z oryginałem. Dla mnie takim zaskoczeniem była ,,Zimowa opowieść" Marka Helprina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie w tym podlinkowanym wpisie o ekranizacjach zastanawiałam się nad tym problemem. Bo faktycznie czasami jest tak, że film jest o czymś zupełnie innym niż książka i wtedy albo zostajemy oburzeni, że co to było, albo zachwyceni, że mamy takie rozwinięcie historii, które jest w sumie czymś zupełnie innym :).

      Usuń
  5. Ja chętnie zobaczyłabym ekranizację "Sanditon" Jane Austen i pewnej damy :)

    Karmena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że jest serial vlogowy tej samej ekipy, która zrobiła "The Lizzie Bennet Diaries" (pisałam o tym tutaj)? Nie widziałam jeszcze, ale podobno bardzo ciekawie się ogląda, znając książkowy pierwowzór, więc możesz dać im szansę :) (są drobne przeróbki, łączące w tym wydaniu "Dumę..." i "Sandition", tak uprzedzam).

      Usuń
    2. Potwierdzam, to bardzo przyjemna, choć nieortodoksyjna, ekranizacja.

      Usuń
  6. Filmowy Sam Vimes! Jak najbardziej chętnie bym go sobie pooglądała. Marzy mi się też sensowna ekranizacja "Wiedźmina" i jak już wspomniano w komentarzach, "Mistrza i Małgorzatę". Chciałabym też zobaczyć animację dla nastolatek z Wolhą Redną z cyklu Olgi Gromyko. W ogóle chyba najbardziej mi się marzą ekranizacje fantastyczne, chyba po to aby doznać jeszcze raz świata fantasy na wielkim ekranie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest coś kuszącego w fantastyce, to prawda -- mam wrażenie, że nie tylko dlatego, że chciałoby się zobaczyć te postaci na ekranie, ale też ciekawie zapowiadają się tu zwykle efekty (czasami przez "efekty" wcale nie rozumie się wielkiego CGI, ale pomysł, jak coś pokazać). Zwłaszcza te fantastyczne światy, bo to jest coś, co ciekawie zobaczyć poza własną wyobraźnią ;). Ach, a sensowna ekranizacja wiedźmina... :)

      Usuń
  7. Ooooo też jakiś czas temu wypisywałam na blogu swoją listę i widzę, że pokrywa nam się "Straż! Straż" - moje największe marzenie :) Z tym że w roli Vimesa widziałabym Stellana Skarsgarda - on, bez urazy, wiarygodnie wygląda zarówno z zapijaczoną facjatą jak i w galowym mundurze, jest w nim zarówno ta stanowczość jak i ta gapowatość Vimesa ;) No i co istotne ma syna, który mógłby zagrać młodego Vimesa, gdyby ekranizowana była "Straż nocna" :P No i koniecznie Seth Rogen w roli Marchewy, wiem że jest obleśny i gra u Appatowa ale nie mogę sobie wyobrazić w tej roli nikogo innego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Skarsgard nie za młodo wygląda? Bo mnie się Vimes zawsze widział z taką zmęczoną twarzą, ze zmarszczkami i w ogóle :). (Czy ja przegapiłam Twoją notkę?) Z kolei co do Marchewy to z ręką na sercu -- nie mam zdania. No nie wiem, kto by mi odpowiadał w tej roli, ale liczę, że BBC znajdzie kogoś, kto będzie jak ulał (jak ichniejsza Angua, nie mogę teraz tej telewizyjnej Angui zastąpić własną, tak mi pasuje -- z Moistem i Adorą mam tak samo, tylko Vetinari jest w mojej wyobraźni dość płynny i raz wygląda jak Irons, raz jak Dance, a raz jak z ilustracji Kidby'ego ;)).

      Usuń
  8. Stellan Skarsgard ze zmęczoną twarzą raz! http://medias.unifrance.org/medias/2/7/67330/format_page/media.jpg :) Widzisz, a mnie on się widział jako taki przedwcześnie podstarzały, który jednak przy żonie i synku odżywa i młodnieje (czytając mu bajkę o krówce), żona zaczyna go ubierać w dziwne stroje i okazuje się, że jeszcze nie jest tak bardzo u kresu życia ;)
    A notka jest starawa, jedna z pierwszych na blogu, z czasów kiedy czytałby go tylko mój chomik, gdybym miała chomika: http://bajkonurek.blogspot.com/2014/12/moj-list-do-filmowego-mikoaja-czyli.html.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, nie, właściwie masz rację, coś w tym może być (może nieprecyzyjnie się wyraziłam -- bo jasne, zarówno Vimes, jak i Sybil okazują się być dużo młodsi niż społeczeństwo sądzi, przypinając im łatki "staczającego się pijaka" i "starej zdziwiaczałej panny").

      A komentując Twoje wymarzone filmy ;) -- wiesz, że mnie się ten Jaskier Zamachowskiego podobał? Jasne, nie był kimś, kogo da się wziąć za elfa, ale z drugiej strony mnie się Jaskier jawił w podobny sposób: bardziej umiejący zaczarować niż przyciągający w taki prosty sposób te wszystkie kobiety. "Do następnych mistrzostw" pamiętam cały czas, żeby znaleźć i przeczytać :).

      No i ciekawa jestem, kiedy w końcu powstanie ten serial o straży BBC! Czekam! ;)

      Usuń
    2. Ciekawe, kogo wybiorą na castingu na Vimesa ;) Jakoś niewielu brytyjskich aktorów w tym stylu przychodzi mi do głowy.

      Trzeba przyznać, że Zamachowski miał fajny pomysł na tę postać, swój własny, odmienny od mojej wizji Jaskra, ale szanuję :) Poza tym swego czasu był to jeden z moich ulubionych aktorów, teraz nawet nie wiem co się z nim dzieje poza epizodem w telewizji śniadaniowej.

      "Do następnych mistrzostw" przeczytaj koniecznie ;) Bardzo fajna książka, oryginalnie skonstruowana przede wszystkim - to życie jako spełnianie się (lub nie) kolejnych marzeń jakoś mnie urzekło.

      Usuń
    3. Myślę, że to może być ognista debata (może dlatego jeszcze trzymają nas w niepewności ;)). Pewnie dużo zależy od finansów: może być tak, że to będzie aktor, o którym wcześniej mało kto słyszał, bo grywa głównie w teatrze albo w małych filmach, albo coś w tym rodzaju. Strasznie jestem ciekawa castingu w ogóle.

      Zamachowski na pewno jest na etacie w Teatrze Narodowym (nawet sprawdziłam, gra teraz w kilku spektaklach "z afisza", więc nie jest źle :) -- ale też pamiętam moją zdziwioną minę, kiedy zobaczyłam go o poranku jako prowadzącego; to, zdaje się, długo nie trwało?).

      Usuń