Jak wzrusza kiedy nie wzrusza albo w poszukiwaniu książki


W biegu przez weekend (tak, tak, ledwo się człowiek wygrzebie z pościeli po chorowaniu, a tu takie rzeczy) postanowiłam podzielić się z Wami refleksją -- czy raczej może: skargą. Czy też: problemem. No, w każdym razie -- ach, czytajcie dalej.
Otóż niewiele już zostało wolnych okienek na mojej tegorocznej wyzwaniowej liście i generalnie wiem, co zamierzam przeczytać do którego. Oprócz jednego hasła, które zawsze sprawia mi problemy: wzruszająca książka. Wzruszająca książka to jest ta pozycja na liście, przy której od razu westchnęłam ciężko, że o, tu będą schody. Bo widzicie, strasznie rzadko zdarza mi się płakać na książkach. Na filmach -- nieco częściej. Na książkach -- jakoś może jestem bardziej znieczulona, ale rzadko zdarza mi się tak przywiązać do bohaterów, żeby uronić z ich powodu łzę. No bo właśnie: jakie są przyczyny wzruszania się na książkach?

Powieść traktuje o czymś smutnym: to chyba najprostsza sprawa. Wybieramy książkę, w której dzieje się coś smutnego -- poziomy tego smutku mogą być różne. Może to być smutek jakoś osobisty, może czytamy o jakimś smutnym czasie historycznym (przy czym większość czasów historycznych jest tak naprawdę smutna), może sięgamy po coś o klasycznej strukturze melodramatu. Przy czym to jest dla mnie dość kłopotliwe, bo albo zwykle się na takich książkach denerwuję (na opartych na faktach w szczególności -- że coś takiego było możliwe i wcale nie jest powiedziane, że wypłynęło tylko z okoliczności, a nie z natury ludzkiej) i zostawiają mnie one w tym stanie. Także tu wzruszenie odpada.

Powieść jest wyciskaczem łez: to trochę inny podgatunek powyższego. Są takie klasyczne tropy, które mają sprawić, że się wzruszymy. Melodramaty -- oczywiście, ale nie tylko. Są całe listy książek, które napisane zostały głównie w celu wyciskania z nas wzruszeń. Ale przekorną istotą będąc -- no cóż, te chwyty zwykle są zbyt przezroczyste. Spodziewam się ich i mam problem z odbiorem na takim poziomie emocjonalnym. Albo, ponownie, pozostaję zirytowana przebiegiem zdarzeń.

Powieść dotyka szczególnego momentu w naszym życiu: rozwińmy temat wspomnianego smutku osobistego. To akurat trudna do uchwycenia kategoria, bo tak naprawdę może się okazać, że wzruszy nas zupełnie niewzruszająca książka, z powodu tego, że trafiła do nas w takim a nie innym okresie naszego życia. Tu właściwie wszystko zależy od kontekstu, a nie od treści czy sposobu napisania książki. W związku z tym trudno doradzić taki typ wzruszającej książki -- czy właściwie: w ogóle nie sposób.

Powieść jest tak plastyczna, że nie sposób nie współczuć bohaterom: gorzej, jeżeli domyślamy się, co też bohaterów spotka -- wtedy możemy się specjalnie znieczulić albo przejrzawszy zamiary autora uodpornić się na przebieg zdarzeń zawczasu. Ale jednak, jeśli wrażliwe z nas dusze, możemy współczuć dobrze napisanym bohaterom (źle napisanym też możemy, ale to jednak w powyższych kategoriach, a nie tutaj).

Podsumowując te króciuchne rozważania -- czy moglibyście polecić jakąś wzruszającą książkę, która jednocześnie nie spełnia powyższych kryteriów? To znaczy odpadają książki o trudnych historycznie czasach, gdzie wszyscy giną oraz książki z wpisanym w nie paradygmatem: a teraz wycisnę z ciebie łzy (czyli melodramaty -- nie). Będę wdzięczna za sugestie!

Weź dokładkę!

24 komentarze

  1. "Oberki do końca świata' Szostaka? Melancholijna już przy okazji tematu, ale chyba nie ma na celu wzruszać? (Mnie wzruszyła).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, nie pomyślałam -- a "Wichry Smoczogór" bardzo mi się podobały. Dobry trop, dziękuję! :)

      Usuń
  2. Wzruszającą książką jest ewidentnie Złodziejka Książek, Nostalgia Anioła, oraz dla miłośników psów: Marley i Ja. Miejscami wzruszała mnie Zostań, jeśli kochasz.
    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, "Złodziejka..." zdecydowanie nie spełnia moich kryteriów (bo i wzrusza dlatego, że tak jest napisana, i dlatego, że dzieje się wtedy kiedy się dzieje -- a mnie to raczej denerwuje, i pozostaję z takim zderzeniem z rzeczywistością). "Nostalgia..." -- bardzo podobnie, była raczej opisem niemocy w zderzeniu z paskudną rzeczywistością, w której takie rzeczy się zdarzają i przerażeniem, a nie wzruszeniem, ostatecznie zaowocowała. A o "Marleyu..." kiedyś wspominałam, że polecono mi go, że jest wzruszający, a okazało się, że strasznie mnie zdenerwował i zasmucił, ale bynajmniej nie wzruszył (i w sumie nie tylko mnie).

      Usuń
  3. Ja praktycznie przy każdej książce ryczę, za to moja przyajciółka; również miłośniczka książek, wogóle. Nie mogę napisać tutaj książek, które są dla mnie wzruszające, ponieważ komentarz byłby dłuższy od posta ;)
    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Również rzadko wzruszam się przy książkach a jednak Nostalgia Anioła, Córka opiekuna wspomnień, Zielona miła to książki autentycznie poruszające. Polecam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O "Nostalgii..." wspomniałam w komentarzu wyżej (mnie głównie opowieści o takich kwestiach właśnie denerwują: że czemu to się zdarza, czemu świat tak działa, czemu niewiele można zrobić, za to w ogóle nie wzruszają). O, a "Zielona mila" z kolei jednak nie za bardzo przeraża (obejrzałam film, nie wiedząc, że to ekranizacja Kinga, i do dzisiaj się go boję) ;).

      Usuń
  5. Ile ja łez wylałam jak czytałam książki. Ale po kolei:
    - "Wygrać życie" Kamila Durczoka - to była chyba najbardziej przepłakana książka w moim życiu,
    - "literatura obozowa", Ludzie bezdomni, Mendel Gdański, Powracająca fala - czytane w liceum - też przepłakane, wiele nocy nieprzespanych było za mną,
    - Pan Wołodyjowski - wzrusza do dziś,
    - Snajper, Saper, Komandos, Przetrwać Belize - emocje, emocje jeszcze raz emocje,
    - Długi marsz - jw,
    - a z wzruszeń, że a mi wstyd - Samotność ma twoje imię - nigdy więcej takiej książki, po niej tylko kamień na szyje i do rzeki - niby miała dawać nadzieję i być ciepłą opowieścią, a jest czynnikiem depresyjnym jakich mało

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, "Pan Wołodyjowski" faktycznie jest wzruszająco napisany (ale też głównie dlatego, że taki ma być -- i to w sumie widać, ten efekt, który Sienkiewicz chciał osiągnąć). Natomiast jak wspominałam -- powieści dziejące się w złych historycznie czasach nie powodują u mnie wzruszenia, a raczej zdenerwowanie, stąd literatury obozowej czy łagrowej nie uwzględniam w tej kategorii (chyba też dlatego, że czytam ją pod innym kątem: jako analizę pewnych mechanizmów, które doprowadzają człowieka do granicy -- i to jest przerażające i bardzo pouczające).

      Usuń
  6. Polecam "Czasami wołam w niebo" Tamary Zwierzynskiej-Matzke.

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślę, ze to trudna sprawa. Zwłaszcza, że, jak piszesz, ta chęć wzruszenia czytelnika często wręcz wygląda zza linijek tekstu. Nie mówię o nachalnym epatowaniu łzawymi obrazeczkami, ale wystarczy, że czytelnik poczuje, że ma się wzruszyć, i już wzruszenie go odbiega - bo skoro myśli się o tym, co autor miał na myśli, to nie myśli się bohaterach.
    No i są te walce historii. Wiadomo, że jak ktoś pisze o tzw. trudnych czasach, to raczej wesoło nie będzie, a jeśli już będzie - to raczej w stylu czarnego humoru. I że nie trzeba płakać nad Iwanem Denisowiczem, żeby czuć, że raczej nie jest to powiastka o tym, że ruski człowiek zawsze da radę.
    Przyznam szczerze, że mam jedną powieść, nad którą zawsze nie tyle płaczę, co czuję, że chciałabym się rozpłakać. To "Czynnik ludzki" Greene'a. czasy nieszczególnie trudne, ale zwyczajne, podobnie jak miejsce - ot, zimna wojna w Anglii, ot, wywiad, ale żadne tam centrale i kontrole a la LeCarre, ot, zwyczajny, poboczny wydział, gdzie przekłada się papiery z lewa w prawo i nawet, jak te papiery dotyczą jakiejś tam inwazji, to ta inwazja nie dochodzi do skutku. A płakać mi się chce, bo walec przejeżdża po wszystkich - po bohaterze, po jego rodzinie, po jego znajomych. I zakończenie wieje beznadzieją - bo jest źle i nie będzie lepiej, i trzeba się pogodzić z tym, że źle jest nie tylko tobie, ale i ludziom, na których ci zależy. Plus świadomość, że cała ta tragedia nie miała żadnego sensu, jak te papiery mieszane z lewa w prawo. Przy czym ta beznadzieja jest tym gorsza, że to w sumie książka pełna uroczych scen - ze słodyczami dla dzieci w rodowej, srebrnej zastawie, z rozmowami pracownianymi o tym, gdzie najlepiej zostać szpiegiem, z domami pełnymi porcelanowych kotów. No, człowiek się uśmiecha, a potem robi się coraz gorzej i gorzej, zwierzaki zdychają w piwnicach, przyjaciele - we własnych łóżkach, a na końcu zostaje tylko telefon.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "wystarczy, że czytelnik poczuje, że ma się wzruszyć, i już wzruszenie go odbiega" -- właśnie tak. Tak samo jest z powieściami, o których wiem, że mają być smutne (bo są na przykład opisem choroby). Natomiast wspomniałaś o tym tragikomizmie -- i to w sumie chyba najbardziej zwykle mnie uderza, bo zestawienie sprawia, że trudny temat zostaje przełamany, i przez to przełamanie tym lepiej uwidacznia się to, co ma czytelnika poruszyć. A przy tym formalnie taki zabieg wydaje mi się ciekawszy. Greene'a mam na liście dzięki Tobie od dłuższego czasu, na pewno wypróbuję w końcu!

      Usuń
  8. Generalnie w tym celu polecam Salley Vickers. Anioł panny Garnet albo Twoje drugie ja albo Wakacje pana Łaskawego. To są zdumiewające książki. Są bardzo mało emocjonalne, zupełnie niesentymentalne. Wszystko jest stonowane i ukryte, a to co nie napisane jest tak samo intensywnie obecne jak to co napisane. Autorka była psychoterapeutką zanim zaczęła pisać, a zaczęła pisać dość późno - i oba te czynniki składają się na zupełnie niezwykłą perspektywę. Ma się wrażenie, że ta kobieta rozumie ludzi pod jakimś zupełnie nietypowym kątem. I takie poniekąd typowe historie nabierają blasku i dotykają czegoś bardzo ważnego. Stara panna, znienacka przybywająca do Wenecji, starszy pan na wakacjach w małym domku na prowincji, młody psychiatra i jego zagadkowa pacjentka - to wszystko już było, to wszystko zostaje splecione z prastarymi historiami, biblijną opowieścią o Tobiaszu i ewangelią o Emaus i w ogóle sztuką snucia opowieści jako taką. I nagle człowiek odkrywa że te historie stają się zupełnie nowe, grają w nim jeszcze długo po przeczytaniu książek i poruszają i właśnie nie wiem, wzruszają glebę tego co było ;) Bardzo polecam. Najlepiej w oryginale, bo styl Salley jest trochę nieuchwytny w przekładzie. Zresztą nie przetłumaczono wcale wszystkiego, moim zdaniem ta najlepsza pozostała nieprzetłumaczona.

    Ktoś polecił mi w podobnym celu "Z miłości i cienia" Amosa Oza, ale jeszcze nie czytałam więc nie wiem, czy spełnia warunki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam pomyliłam tytuły bo ta książka funkcjonuje u mnie w różnych wersjach. Amos Oz to Opowieści o miłości i mroku"

      Usuń
    2. Poszukam, czy znajdę, bo brzmi bardzo obiecująco, dziękuję! A Oza mam na liście, polecono mi go też jakiś czas temu -- nie pomyślałam, żeby w tym celu go przeczytać, ale może faktycznie? Zobaczę :).

      Usuń
  9. A - byłabym zapomniała, przepłakałam jeszcze książki Grażyny Jagielskiej

    OdpowiedzUsuń
  10. "Niezagojone rany" Victor del Arbol, wydane niedawno przez Sonia Draga. Nic wiecej nie dodam, poza tym, ze jest to jedyny hiszpanski pisarz, którego polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, brzmi interesująco -- muszę się rozejrzeć, czy jest w którejś z moich bibliotek do dostania. Dzięki!

      Usuń
  11. "Moje drzewko pomarańczowe" Jose Mauro de Vasconcelos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nawet kiedyś przeglądałam w bibliotece, ale nie zachęciło mnie i ostatecznie nie wypożyczyłam (głównie dlatego, że z literaturą południowoamerykańską mam jakiś nieuchwytny do końca problem, który staram się od dłuższego czasu sprecyzować). Może kiedyś spróbuję znowu, nie wykluczam.

      Usuń
  12. "Kwiaty dla Algernona", o mężczyźnie niepełnosprawnym umysłowo, który dostaje szansę na bycie geniuszem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam na jednej ze swoich list, ale z zupełnie innych powodów (jako klasykę fantastyki -- nie pomyślałam, że pasuje do kategorii "wzruszająca książka"). Dzięki!

      Usuń
  13. Hm, mi się właściwie nie zdarza płakać w czasie lektury. A jak już, to wzruszam się raczej tym, że bohaterowi w piątym tomie umarł zwierzak niż dramatami ludzi. Wyciskacze łez na mnie nie działają zazwyczaj, jak piszesz, są zbyt przezroczyste, a ja dość przekorna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie -- przy czym nie zwykle jeszcze przerażają na zasadzie "rety, takie straszne rzeczy się wszędzie dzieją, to nie do pomyślenia" i działają przez to też czasami dosyć toksycznie. Może to skrzywienie charakteru, ale cóż poradzę, po prostu staram się raczej unikać i szukać wzruszeń właśnie w innego typu powieściach :).

      Usuń