Pikniki z klasyką #8: Nieprawdopodobna historia albo o "Samotni" Ch. Dickensa


Nasz kraj jest bardzo wielki, bardzo wielki, szanowny panie! Nasz system prawny jest bardzo wielki, bardzo wielki, szanowny panie! Naprawdę! Proszę mi wierzyć.
Charles Dickens, „Samotnia”, wydanie Czytelnika z 1975 roku, s. 1003.

Gdyby zacząć od zaproszenia na Piknik, pewnie trzeba by było opowiedzieć tonem wielebnego Chadbanda o tym, że czemuśmy się tu zebrali? Czy dlatego, żeby porozmawiać o głębokich przepaściach psychologii bohaterów? Nie potośmy się tu zebrali. Czy zebraliśmy się tutaj, żeby zachwycić się zakrętami fabuły? A może po to, żeby wyrazić uznanie dla kreacji głównej bohaterki? Nie, nie w tym celu się tu zebraliśmy, moi drodzy. Więc dlaczego się tu zebraliśmy? Dlatego, że to kolejny Piknik z Klasyką i chcemy porozmawiać o „Samotni” Charlesa Dickensa. A porzucając pana Chadbanda i jego specyficzny ton prowadzenia, hm, rozmowy: „Samotnia” – to dopiero jest powieść na listopadowe wieczory!


Widzicie, kiedy sięgnę do mojej czytelniczej autobiografii, to jak dotąd spotkania z Dickensem zaczynały się i kończyły u mnie na „Opowieści wigilijnej”. Mam zatem wielką wyrwę w życiorysie, jeśli o to chodzi, więc cieszę się, że Tarnina zaproponowała, żebyśmy w listopadzie poczytały „Samotnię”. I wiecie co? Miałam w czasie lektury taki bardzo fajny moment, który zdarza się czasem przy czytaniu klasyki, że nagle różne puzzle powskakiwały mi na swoje miejsce. Dla przykładu całe pokłady odniesień u Pratchetta nagle zaczęły być zupełnie widoczne (czy Nobby nie jest aby Bartem Smallweedem, którego wziął pod swoje skrzydła ktoś rozsądniejszy od pana Guppy'ego?). To cudowne, kiedy sięgnięcie po dobrze znaną w jakiejś kulturze książkę pomaga uporządkować wiedzę – choćby w zakresie odniesień. No dobrze, a teraz może coś w końcu o samej „Samotni”.

„Samotnia” to grube tomisko, ponad tysiąc stron, wydane u nas ostatnimi czasy chyba tylko raz w przekładzie Tadeusza Jana Dehnela (o przekładzie będzie dalej; są jeszcze wydania z XIX wieku i z okresu międzywojennego, ale to jest pierwszym – i jak na razie chyba jedynym – pełnym, bez skrótów). O co w nim chodzi? Historia dzieje się w Londynie oraz w siedzibie Johna Jarndyce'a, tytułowej Samotni, a także w dworze Chesney Wold, domu baroneta Leicestera Dedlocka. Obejmuje kilka planów, każdy plan zawiera krzyżujące się ze sobą wątki danych bohaterów, splatające się w ten czy inny sposób z wątkami innych bohaterów na innych planach. Gdyby rozebrać „Samotnię” na wątki, byłoby ich, z grubsza licząc, około pięćdziesięciu dwóch (a już teraz widzę, że o czym zapomniałam). Zobaczcie, starałam się to rozrysować, podejmując rozpaczliwą próbę przybliżenia akcji i generalnego „o co chodzi” mojemu Domownikowi (można to uznać za mało czytelny i umiarkowany spojler, jeśli chcecie, wtedy lepiej ominąć ten, hm, graf):




Ogniwem spajającym te wątki jest tocząca się od lat sprawa w sądzie kanclerskim o spadek pozostawiony nieszczęśliwie przez członka licznej, rozgałęzionej rodziny Jarndyce'ów. To stąd wychodzą pierwsze linie, łączące bohaterów: nie tylko wokół samej sprawy, ale i wokół budynku sądu, przy pracach związanych z przemysłem prawniczym (mamy i handlarzy materiałami papierniczymi, i stałych bywalców sądu, i gapiów, i prawników, i pomocników prawników, i szefów firm prawniczych, i ich klientów, i ludzi, którzy po prostu lubią popatrzeć, jak innym się nie wiedzie), bo u Dickensa to z pewnością jest przemysł (jeśli jesteście prawnikami, to podejrzewam, że w trakcie czytania dowiecie się wielu nieprzyjemnych rzeczy o swoim zawodzie). Dickens właściwie wykorzystuje formę powieści – przeplataną bardzo mocno takim nibyreportażem – żeby pokazać funkcjonowanie społeczeństwa i przeprowadzić ostrą krytykę sądownictwa angielskiego.

Jeśli już sięga po wątki powieściowe, a mówiąc powieściowe mam na myśli całe zło, jakie kojarzono wówczas (powieść wyszła w 1853) z powieściami. Czego tu nie ma! Tajemnicze morderstwa, zaginieni członkowie rodziny w masie przekraczającej stężenie krytyczne (aż dziw, że pewna osoba nie okazała się synem z nieprawego łoża innej, byłam nieco zawiedziona), samobójstwa popełniane przy użyciu wyrafinowanych metod, choroby zmieniające rysy twarzy, sprytni detektywi, katastrofa statku na bezludziu, no i oczywiście romanse. Przy czym wszystko to w dużej mierze Dickens bierze w nawias, gromadząc niesamowitości, zwroty akcji, które są mocno nieprawdopodobne, kulminując je z innymi, w których okazuje się, że wszyscy się znali, znają, byli zaręczeni, są własnymi krewnymi i tak dalej. Faktycznie czytając to można było wzdychać nad upadkiem obyczajów, że też takie rzeczy się czyta! Dzisiaj wywołuje to natomiast szeroki uśmiech, bo napisane jest w oczywisty sposób po to, żeby czytelnika wciągnąć, kazać mu czytać dalej w poszukiwaniu odpowiedzi na nieśmiertelne pytanie „ale co to będzie?” i o realizm martwiąc się w znikomym stopniu.

Niemniej faktycznie w dużej mierze Dickens nie szczędząc środków opisuje najgorsze przywary społeczeństwa angielskiego – a po prawdzie to chyba w ogóle każdego społeczeństwa rozwarstwionego ekonomicznie, gdzie są ludzie bardzo bogaci i bardzo ubodzy. Mamy więc obrazki z udziałem fanów akcji charytatywnych, którzy zawsze dołożą się do zbożnego celu, żeby wydać się kimś lepszym, ale nie zauważą zupełnie biednego dziecka głodującego pod ich własnym oknem. Dickens potrafi tworzyć postaci, które mocno działają na nerwy – pani Jellyby, uprawiająca „dobroczynność przez teleskop”, wiecznie pisząca listy w sprawach dotyczących Afryki, nie chce i nie potrafi zająć się własnymi dziećmi; wytworna dama zmusza synów do oddawania kieszonkowego na rzecz rezerwatu Indian, przez co chłopcy są wiecznie niezadowoleni i niskie poczucie własnej wartości wyładowują na osobach postronnych; jest i przyjaciel domu, którego wyrazem filantropii jest, niedostrzegane przez innych, wazeliniarskie zachwycanie się ich „charytatywnością”, przez co jest wysoko ceniony, mimo że nic właściwie nie robi. Są też postaci drugo- i trzecioplanowe, które sprawiały, że mniej więcej na siedemsetnej stronie wyznałam mojemu Domownikowi, że właściwie nie mam wielkich oczekiwań co do zakończenia „Samotni”, ale z radością przyjęłabym epizod, w którym ktoś obnaża lawiracje pana Skimpole'a, a we wszystko zamieszany jest pogrzebacz (zreflektowałam się szybko, ale zakończenie tego akurat wątku mnie nieco rozczarowało, bo wobec emocji, jakie w niego zainwestowałam, brakuje mi w nim zadośćuczynienia). 
 
 
 

Przy tym co w takim razie, zapytacie, jest w tej „Samotni” takiego ciekawego? Właśnie sama konstrukcja. Dickens prowadzi tu narrację w czasie teraźniejszym, stylizowaną na reporterską, z dużą dawką ironii śledząc poczynania bohaterów. Potem z kolei przechodzimy do części nazywanych „Opowiadaniem Estery”, gdzie dostajemy narrację pierwszoosobową, prowadzoną przez Esterę, którą możemy nazwać główną bohaterką (zamieszana jest ona w nieprawdopodobną aferę, uwierzcie, taką co to się czyta z niezdrowymi wypiekami na twarzy). Tu dostajemy długi proces dojrzewania dziewczynki, zastraszonej przez zaborczą ciotkę, emancypującą się dzięki Tajemniczemu Opiekunowi w szkole dla nauczycielek i w końcu osiadającą jako guwernantka jednej z podopiecznych w procesie Jarndyce przeciwko Jarndyce. Tu zresztą także przechodzi ona przemianę z ufnej, wierzącej we wszystkie dobre intencje złotej duszy do patrzącej już nieco bardziej podejrzliwie na rzeczywistość dojrzałej kobiety. Esterę śledzi się najprzyjemniej, bo chociaż czytelnik nieco szybciej niż ona może odkryć, co jest nie tak z innymi bohaterami, to faktycznie zachodzi tu ewolucja postaci, w dodatku napisana bardzo subtelnie. Przy okazji Estera może się wydawać miejscami zbyt ułożona, czy przesłodzona, ale wydaje mi się, że przy poskrobaniu to pozłotko z niej schodzi. A Dickens do takiego skrobania daje nam okazję – można by się w ogóle zastanawiać, czy w trzech czwartych powieści Estera i narrator wszechwiedzący nie zaczynają dzielić niektórych spostrzeżeń, czy przypadkiem Estera nie uczy się nie tylko jako bohaterka „Samotni”, ale jako postać literacka, przejmująca od narratora to, czego potrzebuje? Taka samoświadomość bohaterki to ciekawy metaproblem w „Samotni” (po części może wynikać z obszerności materiału, więc Dickens mógł się pogubić, co Estera wie, a czego nie, ale wolę wierzyć, że to działanie na poły chociażby świadome).

Przy okazji jest też „Samotnia” lekturą zabawną, bo autor ani na chwilę nie traci pazura ironisty. Nawet tam, gdzie opisuje rzeczy ścinające krew w żyłach, zachowuje pewien dystans, co zresztą pozwala doczytać powieść, nie rzucając jej w kąt, kiedy na scenę wkracza kolejna odrażająca postać. Bo dla postaci w ogóle Dickens nie ma wielkiej litości: wykańcza je, kiedy akcja tego potrzebuje, i nie bawi się w sentymenty. Cierpi na tym część zakończeń wątków, skrzętnie zamiecionych pod dywan, kiedy przestają być dla fabuły takimi vital points. A jak już przy tym jesteśmy: przeczytałam „Samotnię” w dość dziwny sposób, bo pierwsze i ostatnie trzysta stron w przekładzie, a środek w oryginale (znajdziecie go tutaj), zabierając ze sobą w podróż czytnik. I to zderzenie jest dosyć niesamowite, bo mam wrażenie, że „Samotnia” – z całym bogactwem odrębnych stylistyk językowych, naśladowania akcentów klas wyższych i niższych, z tą specyficzną manierą prowadzenia narracji w czasie teraźniejszym, z rozbudowanymi zdaniami – jest szalenie trudna do przełożenia. Dehnel wykonał szaleńczą pracę, ale nie mogę ukryć, że chociaż przekład jest dobry, to brakuje w nim pewnych iskier, jakie są w oryginale. Pierwszy raz miałam wrażenie takiego rozdźwięku przy czytaniu (przy czym, zaznaczam: to nie wina tłumaczenia, dobrego tłumaczenia, ale specyfiki powieści).

Z pisaniem o tak rozległej fabule jest ten problem, że chciałoby się napisać o wszystkim, ale tekst by na tym raczej ucierpiał. Ale od czego jest dyskusja? Jestem pewna, że poszczególne niteczki da się w niej powyciągać na wierzch i powiązać ze sobą. Przeczytajcie koniecznie wrażenia Tarniny, a dyskutujemy dzisiaj tutaj, więc zapraszam!

Weź dokładkę!

68 komentarze

  1. Odniosę się najpierw do ostatniego wątku, czyli do przekładu. To oczywiście była ogromna praca i wielki trud godny uznania. Jestem pełna podziwu dla tłumacza, ale nie ustrzegł się pewnych, powiedzmy, wpadek. Stylizacja tego tekstu na pewno była bardzo trudna, ale mam wrażenie, że w wypowiedziach postaci z dołów społecznych możemy dostrzec ślady takiego slangu młodzieżowego lat 70., zamiast języka, który byłby przez takie postaci używany w Polsce XIX w. (co zresztą jest na swój sposób urocze). Ale "moja stara" to coś, czego nie mogę Dehnelowi wybaczyć! W oryginale jest "old girl" i to brzmi czule, bo przecież jegomość, który tak swoją żonę tytułował darzył ją wielka czułością i ogromnym szacunkiem (chociaż "dyscyplina musiała być zachowana"). Tego w języku polskim "moja stara" nigdy nie wyrazi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, dokładnie to samo mnie raziło najbardziej w przekładzie! To znaczy pojawienie się Bagnetów przypadło już na czas, kiedy czytałam w oryginale, wyrobiłam sobie o nich pewne wrażenie -- oparte też na tym "old girl", pięknie pokazującym, że pan Bagnet widzi w żonie cały czas tę samą dziewczynę, która zgodziła się wyjść za żołnierza i dzielić z nim niełatwe, tułacze życie, w dodatku pełną wigoru, taką, w której George skrycie się chyba podkochuje, i zderzenie z Bagnetami w przekładzie było dla mnie potem... Zaskakujące. Tak, "stara" to jest zupełnie inny rejestr!

      Ano właśnie, poza tym widzę, że ten sam bohater napsuł nam krwi. Pan Skimpole jest koszmarny, a jedynym, który go w pełni przejrzał, jest detektyw Bucket. Aż żal, że nie zrobił z tego większego użytku! W dodatku pan Jarndyce chyba do końca nie przejrzał tej "dziecięcości" Skimpole'a, niestety, a aż się prosiło, żeby Skimpole z nich wszystkich oberwał rykoszetem swoich działań. Jasne, takie zakończenie, jakie dostajemy, jest bardziej "życiowe", ale mimo wszystko -- na tle innych motywów tu mogło się coś moralizatorskiego wykluć.

      Usuń
    2. (Pyzo, może wyłączysz tym razem moderację prewencyjną komentarzy? Taka luźna sugestia, oczywiście niczego nie narzucam).

      Skimpole. Jest taka scena, prawie na samym początku, kiedy Jarndyce właśnie przejrzał Skimpole'a - kiedy ten wyciągnął ostatnie grosze od Estery i Ryszarda. Ale ponieważ był człowiekiem, który o wszystkich chciał myśleć dobrze, wmówił sobie, że jest inaczej. Myślę, że w końcu musiał jednak przyjąć do wiadomości, że Skimpole to łotr (wiemy, że w końcu na szczęście przestał utrzymywać z nim kontakty). To prawda, że czytelnika aż skręca z oburzenia, że Skimpole właściwie do końca życia spokojnie żerował na innych. Ale co może zrobić szlachetność w zetknięciu z szubrawcem?

      Usuń
    3. (Nawet już o tym wcześniej pomyślałam :)).

      Mnie się wydaje, że Jarndyce doskonale zdaje sobie sprawę, że Skimpole jest łotrem, ale tłumaczy go tak, żeby samemu uwierzyć, że to taki słodki trzpiot. Żałowałam, że nikt nie najął na niego pana Bucketa! Ale co zrobić. Drugim przypadkiem takiego czegoś jest jeszcze pan Turveydrop, no ale on dostaje przynajmniej wątek przyjaźni z Pipem. Jasne, wykorzystuje i to, ale przynajmniej ma jakąś ludzką twarz. Podczas gdy Skimpole'a nie ratuje nawet rodzina, a wręcz, powiedziałabym, przeciwnie. Biedna pani Skimpole!

      Usuń
    4. Panie Skimpole nie zapamiętałam zbyt dobrze, ale córeczki chyba całkowicie wdały się w tatusia.

      Usuń
    5. Oj zdecydowanie. Natomiast pani Skimpole dostaje w udziale dość przykrą scenę, w trakcie której można zrozumieć, że ona doskonale wie, jaki jest jej mąż i że nad tym ubolewa, ale że jedyne, co może, to prosić pana Jardyce'a o pieniądze (których nie zobaczy jej mąż, a przynajmniej taka stoi za tym, mam wrażenie, nadzieja). Co dość płynnie prowadzi nas też do tematu, o którym pisałaś: kobiety u Dickensa. Mamy w końcu główną bohaterkę, mamy dużo aktywnych postaci kobiecych.

      Usuń
  2. Pardon, że nie o meritum, ale książki nie czytałam, chociaż od chwili, w której zobaczyłam wzmiankę o "Samotni" na Waszych blogach, nabrałam na nią przeogromnej ochoty. Teraz jest jeszcze większa, bo obie wspaniale zachęcacie. Niestety, czterdziestoletnie egzemplarze dostępne w okolicznych bibliotekach średnio do lektury zachęcają, a wręcz - mało się do niej nadają (pożółkłe strony to nic, te lubię, ale taka "cegiełka" w rozklejonej oprawie, z fruwającymi kartkami... to odbiera połowę przyjemności z lektury). Kupić, wiadomo, nie sposób, więc, Tarnino, popieram gorąco Twój apel o wznowienie "Samotni"! Czy nie robi się tego tylko dlatego, że - jak przypuszczam - 1000-stronicowe tomiszcze musiałoby swoje kosztować, no i "kto by taki staroć" czytał? Jeśli to ten powód - szkoda tym większa. Czytałabym, a najchętniej te popisy stylistyczne Dickensa - uwielbiam, gdy autor pisze i się rozpisuje!, "because he can" ;-)
    W książce "Pisane życia" Javiera Mariasa jest kilka ciekawych anegdot o Dickensie - jeśli uda mi się do niej ponownie dotrzeć (i jeśli chcecie), zacytuję :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chcemy, jak najbardziej :)

      Dlaczego się tego nie wydaje? Może to nie jest towar, który rozszedłby się jak świeże bułeczki, ale z drugiej strony, sporo klasyki się u nas ostatnio wydaje, a to oznacza, że się ją również czyta. Może to przeoczenie, które zostanie wkrótce naprawione ;)

      Tymczasem ci, którzy czytają po angielsku, mogą się poratować ebookiem.

      Usuń
    2. Chcemy, chcemy! O charakterze Dickensa trochę się już tu pojawiało w komentarzach, ale może anegdoty jakieś przyjemniejsze jego oblicze pokażą?

      Mnie się też wydaje, że to kwestia czasu -- klasyki wychodzi ostatnio sporo, na pewno ktoś się zorientuje, że brakuje wydania "Samotni" dla szerszej publiki :). Przy czym zachęcam do e-booka, który podlinkowałam, projekt Gutenberg zawsze pomoże, a czyta się to naprawdę przyjemnie.

      Usuń
    3. Dla czytajacych po angielsku polecam "Bleak House" w pieknym (i stosunkowo niedrogim jak na taka ksiazke) wydaniu Collector's Library, Complete&Unabridged, z oryginalnymi 40 ilustracjami H. K. Browne'a (Phiz).

      Usuń
  3. Zasygnalizowałam już ten temat w swoim wpisie: co sądzisz, Pyzo, (i Wy, pozostali czytelnicy) o wątku Jarndyce-Estera? To jest coś z naszego punktu widzenia dosyć niepokojącego, to przechodzenie od roli ojca do roli kochanka (mówiąc precyzyjnie, przyszłego męża). Ten motyw wychowywania sobie żony był wówczas czymś chyba dosyć zwyczajnym w kulturze angielskiej (bo na przykład za miesiąc możemy w tym samym temacie oplotkować Knightleya), ale w "Samotni" aż za bardzo rzuca się w oczy. Bo tak: bierze sobie nasz bohater pod opiekę sierotkę. Wysyła ją do szkoły, gdzie jest szczęśliwa i może zdobyć zawód, pozwalający jej w przyszłości wieść samodzielne życie. To wszystko pięknie i szlachetnie, ale już wtedy nasz bohater myśli sobie, że może, może ona jednak wcale nie będzie tą guwernantką, tylko kiedyś zostanie jego żoną. Jak panienka dorasta sprowadza ją do domu, oczywiście w szacownej roli towarzyszki swojej podopiecznej, on wciąż gra rolę ojca, ona uważa go za opiekuna. Aż tu nagle bęc! oświadczyny. Oczywiście wcale nie nagle, otoczenie nie widzi w tym nic dziwnego, ale współczesny czytelnik nic nie poradzi na to, że jest bardziej podejrzliwy. John Jarndyce rzecz jasna cały czas postępuje pięknie i szlachetnie, nie wywiera na Esterę żadnej presji, wciąż jest człowiekiem kryształowym i nie przypisuje mu żadnych niecnych intencji, tylko sytuacja wywołuje mój dyskomfort. Zaręczają się. I gdyby w tym miejscu ten wątek się zakończył, byłabym w stanie to przyjąć. Ale Estera ma innego adoratora (którego również kocha, ale zdecydowała się go wyrzec), więc John łaskawie, bez cienia żalu rzuca ją w ramiona tego innego i znów spokojnie przechodzi do roli tatusia. A na dodatek to wszystko jest załatwiane w tajemnicy przed Esterą, która właściwie w przeddzień ślubu dowiaduje się, że kto inny będzie panem młodym. No tu już Dickens stanowczo przesadził.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego zresztą nazwałam go we wpisie Tajemniczym Opiekunem ;). Bardzo mi się ta sytuacja kojarzy z tym, co znamy z tej książki właśnie. Ale oczywiście, miałam podobnie mieszane uczucia. Najbardziej chyba po wyznaniu Jarndyce'a, że on już od spotkania w powozie z młodziuchną Esterą myślał, że może zostanie jego żoną (czyli to nie była decyzja, z którą się nosił po przybyciu Estery do Samotni w roli guwernantki Ady, kiedy ją zaczął poznawać i tak dalej). Co w sumie cały ten wątek zmienia w dość dwuznaczną sytuację. Nie wspominając o tym, że Estera generalnie wyraża swoje uczucia wobec niego pocałunkami -- zatem formą bliskości dość intymną, zwłaszcza w epoce, kiedy wszystko się dzieje -- a Jarndyce do końca nie wyprowadza jej z błędu. Przy czym podejrzewałam, że ostatecznie odda ją Woodcourtowi (przy czym to chyba miało się okazać "romantyczne", niestety). I tu znowu pojawia się problem: bo on ją właśnie oddaje. Estera, wbrew wielu sygnałom, okazuje się być postacią przechodzącą z rok do rok, o bardzo ograniczonej mocy sprawczej. Już Ada, mimo błędnej decyzji, ma, jak się okazuje, więcej okazji do działania.

      Usuń
    2. Tak, happy end wymaga, żeby młoda kobieta poślubiła młodego mężczyzynę, żeby była namiętność, pożądanie itd. (To oczywiście czytelnik musi sobie dopowiedzieć sam, bo pisarz na temat pożądania milczy), a nie tylko bezpieczna przystań u boku starszego i zasługującego na wdzięczność Tego się wiec spodziewałam, ale myślałam, że to się odbędzie w stylu: "Estero, wiem, że kochasz kogoś innego, zwalniam cię z danego mi słowa". Tymczasem stało się to zupełnie inaczej, w sposób, który, jak napisałam, lekko mnie zemdlił. Na dodatek oni obaj się co do tego umówili! I to jeszcze wciągając w to matkę Woodcourta! Że poddadzą Esterę próbie, która miała dowodzić niby czego. A gdyby powiedziała: "Tak, Alanie, chcę zostać twoją żoną, jeśli John zwolni mnie z obietnicy", to okazałaby się złą kobietą?

      I masz rację, Estera robi dokładnie to, czego się od niej oczekuje. No ideał kobiety po prostu.

      Usuń
    3. Hm, mnie się wydaje, że te wymagania happyendowe można ugryźć jeszcze inaczej: Woodcourt zasługuje na Esterę przez swoje cierpienia (wypadek), Estera na Woodcourta przez swoje (choroba), a na siebie nawzajem, bo jednemu nie przeszkadza to, co w drugim społecznie nieakceptowalne (kiepska posada / brak urody). Do tego dochodzi jeszcze i to, że Estera Alana kocha, a Johna tylko (?) szanuje. Więc wielka niespodzianka na koniec pozostawia z mieszanymi uczuciami, mimo że podejrzewam, że miała się okazać miła (a wyszło jak wyszło).

      I to nawet wtedy, kiedy nie mieści się w oczekiwaniach. To chyba dałoby się usprawiedliwić tym, jak została wychowana i traumą wyniesioną z domu ciotki (supermrocznej ciotki, muszę powiedzieć, wypełniającej swój "społeczny obowiązek").

      Usuń
    4. Bardzo, bardzo przepraszam, ze sie wtracam. Ale wlasnie przeczytalam te powiesc (w oryginale, bo wrecz panicznie nie znosze przekladow) i zaczelam ogladac serial BBC na DVD.
      A wiec co do zaproponowania Esterze malzenstwa przez Jarndice'a: przeciez dochodzi do tego wlasnie w momencie, w ktorym Esterze grozi publiczne znieslawienie z powodu "haniebnego" urodzenia! Wezcie do tego kontekst wiktorianskiego spoleczenstwa, w ktorym drzwi "porzadnych domow" zostalyby dla niej zamkniete raz na zawsze. Po raz kolejny Jarndice wystepuje w roli szlachetnego opiekuna, proponujac jej malzenstwo, poniewaz rozumie, ze w sytuacji krancowej, do ktorej moze dojsc w wyniku intrygi Tulkinghorna, tylko w pozycji kobiety zameznej za zamoznym i szanowanym arystokratem Estera bedzie w pelni bezpieczna przed okrutnoscia swiata. I nawet tu on pozostawia Esterze pelna swobode wyboru, zapewniajac, ze nic sie nie zmieni w JEGO stosunku do niej, niezaleznie od decyzji jaka podejmie.
      Woodcourt? W tym momencie Jarndice jeszcze nic nie wie o jego uczuciach do Estery. Przeciez nawet sama Estera zaprzecza sobie, ze jest zakochana w mlodym przystojnym lekarzu, choc jest to takie oczywiste dla Ady i Caddy Jellyby. Poza tym, jest on nieobecny w momencie, gdy dziewczynie grozi "hanba", zas na dodatek biedna zeszpecona Estera mysli, ze najpewniej nie bedzie on jej chcial takze z powodu zmienionej twarzy, i tak samo ma prawo myslic o Woodcourtcie Jarndice.
      Wydaje mi sie wiec, ze do samego konca Jarndice mysli wiecej o dobro Estery niz o sobie samym. Rzecz jasna, moge sie mylic :-)

      P.S. Na blog wpadlam przypadkiem, gdy wstukalam w Google'a "Samotnia", bo zaintrygowala mnie polska nazwa "Bleak House". Zaczelam czytac i nie moge sie oderwac, tak ciekawie o wszystkim piszecie! Dodam jeszcze tylko, ze polski nie jest moim jezykiem ojczystym i za wszelkie bledy w polszczyznie z gory przepraszam.

      Usuń
    5. Ale absolutnie nie ma za co przepraszać -- wręcz przeciwnie, istotą "Pikiników z klasyką" jest dyskusja :)!

      Podoba mi się ten kontekst, na który zwróciłaś uwagę -- że to małżeństwo miałoby jej tutaj uratować poniekąd honor (i byłoby, dodałabym, odbiciem losu jej matki: zamężnej z bogatym, choć niekochanym przez nią tak do końca mężczyzną z wyższych sfer). Ale czy Jarndyce naprawdę nie wie o jej uczuciach do Woodcourta? Być może moje wrażenia z lektury przyblakły, ale wydaje mi się, że on o nich jednak wie (ba, że niemal wszyscy wiedzą, mimo że sama Estera nie do końca umie się w swoich uczuciach zorientować). I jasne, zgadzam się, że jak na wiktoriańskie czasy, propozycja opiekuna Estery nie jest dziwna -- ale ona dość specyficznie zgrzyta w dzisiejszej lekturze "Samotni", kiedy widzimy, jak ta sytuacja mogła z boku wyglądać.

      Dziękuję ;). Nie ma za co przepraszać, piszesz świetnie :).

      Usuń
  4. No właśnie, odnosząc się do Twojego komentarza wyżej, Pyzo, zacznę jeszcze jeden wątek: jak Dickens przedstawił kobiety. Moje zdanie na ten temat zmieniało się w trakcie czytania. Z jednej strony są przykłady kobiet szlachetnych, mądrych itd. (jest cudowna pani Bagnet). Dickens lituje się nad prostą kobietą bitą przez męża, zauważa, że coś tu jest nie tak. Ale jest też satyra i choć pisarz rozdaje tu ciosy obu płciom, to zauważmy, za co krytykuje kobiety: za to, że nie siedzą w domu i nie zajmują się wyłącznie rodziną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy możesz rozwinąć ostatnie zdanie? Bo nie jestem pewna, czy odnosisz się do żon ceglarzy, czy do ogólnego obrazu?

      Usuń
    2. Do żon tych brutali odnoszę się, pisząc, że Dickens zauważa, że podległość kobiety wobec mężczyzny jest stanem, który nie zawsze należy popierać. Pisząc o satyrze, mam na myśli ogólny obraz.

      Usuń
    3. Ale chodzi Ci o to, że Dickens krytykuje kobiety niezajmujące się domem? Podejrzewam, że chodzi tu o panie "filantropki przez teleskop"? Ja odebrałam to nieco inaczej, bo w "Samotni" właściwie trudno o kobietę, która wyłącznie zajmuje się domem, nawet wśród postaci pozytywnych mamy głównie kobiety pracujące zawodowo (!), przykładem niech będzie Caddy. Pani Jellyby jest, moim zdaniem, krytykowana nie za to, że nie chce sprzątać czy gotować, ale że w ogóle uważa się za byt wyższy, bo ją to nie zaprząta; mnie się wydaje, że ona ucieka w sprawy Barioboula-Gha dlatego, że uważa prowadzenie domu za coś uwłaczającego -- przy czym równocześnie nie może pewnych kwestii zupełnie ominąć (posiadanie dzieci); to strasznie ambiwalentna postać, jeśli się jej uważniej przyjrzeć. Podobnie jej mąż: z wyuczonej bezradności (na ile wynikającej z płci?) nie jest w stanie nawet pomóc w porządkach, choć chciałby, bo pożąda zmiany -- ale nie idącej tak daleko, by samemu zająć się domem.

      Usuń
    4. Nie, żadne z nich nie musi sprzątać, wystarczyłoby, gdyby pani Jellyby przypilnowała służby. Oczywiście, kobiety pracują zawodowo - jeśli zmusza ich do tego życiowa konieczność. To są kobiety z niższych warstw. Caddy też będzie pracować z tego powodu, i będzie jej to przynosić satysfakcję, ale przecież nie satysfakcja zawodowa będzie powodem podjęcia przez nią pracy. Wszystkie kobiety (z klasy średniej), które zajmują się czymś, bo chcą, a nie dlatego, że muszą, zostają skrytykowane. I to jest wobec tych postaci krytyka jak najbardziej słuszna, ale sądzę, że Dickens tak to właśnie ustawia, żeby zganić ogólnie aspiracje pozarodzinne kobiet. Estera, ten ideał, jest od nich całkowicie wolna. W pewnym momencie Dickens nawet wprost żartuje z aktywistki-sufrażystki.

      Usuń
    5. Ja nie miałam takiego poczucia czytając o pani Jellyby. Gdyby rzeczywiście Dickens chciał krytykować "pozadomowe" ambicje kobiet to uczyniłby z pani Jellyby właśnie wojującą sufrażystkę. Ale ona zajmuje się typowo "kobiecymi" "emocjonalnymi" "przystojącymi kobiecie" aktywnościami kompletnie wypaczając ich ideę. Mnie się właśnie wydawało, że to jest bardzo udatna krytyka pewnego nastawienia psychicznego i pewnego typu "dobroczynności" a nie zamach na ambicje pozadomowe kobiet.

      Usuń
    6. Tu masz oczywiście rację, że satysfakcja zawodowa jest niejako "produktem ubocznym" podjęcia pracy zarobkowej. Ale nie można nie zauważyć, że Caddy się bardzo dzięki pracy rozwija -- ba, nawet w końcu staje się taką przedsiębiorczynią z własnym powozem. Zastanawiam się -- bo Estera jednak też pracuje, to znaczy jest nauczycielką, uczy Charley, uczy też Adę, przynajmniej teoretycznie. Nie jest tam w sumie zupełnie bezinteresownie. I teraz: czy to widać, czy tylko to moje dopowiedzenie? (Przytoczysz ten fragment o sufrażystkach, bo coś mi się kołacze, ale nie umiem się do niego bezpośrednio odwołać?)

      Usuń
    7. To, co pisze @Hannah wydaje mi się bliskie mojej lektury. Bo z kolei matka trzech ograbianych z kieszonkowego synów (jakże się ona nazywała?) to przecież matrona i zajmująca się domem i tą "kobiecą" wersją dobroczynności.

      Usuń
    8. Ha, żebym to ja mogla przytoczyć! Nie wklejałam sobie żadnych karteczek, a znalezienie czegoś w takim tomiszczu jest jak szukanie igły w stogu siana. Ale to było chyba przy okazji ślubu Caddy, kiedy różne dobroczynne persony zebrały się na weselnym śniadaniu. Wśród nich była właśnie kobieta zajmująca się prawem wyborczym kobiet.

      No tak, oczywiście można tak to interpretować. Oczywiście z jednej strony chodzi o tę fałszywą filantropię. I tak, jak już wspomniałam wcześniej, mężczyznom też się obrywa. Dlatego nie byłam pewna, czy tam się te tony niechęci wobec zmiany społecznego statusu kobiet pojawiają, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że jednak tak.

      Sytuacja Estery w Samotni w ogóle jest skomplikowana. Trudno powiedzieć, kim ona tam właściwie jest. Bo tak, oficjalnie jest guwernantką Ady. Potem okazuje się, że również zarządza domem. To jest praca, ale sądzicie, że ona otrzymuje za nią wynagrodzenie? Raczej nie, prawda? Bo jest członkiem rodziny, wobec której spełnia swoją kobiecą powinność.

      Usuń
    9. Dobre pytanie -- w ogóle ta scena wręczania kluczy była jakaś taka niepokojąca, bo nagle się okazuje, że Estera jest też rodzajem ochmistrzyni; w dodatku przez jakiś czas szykuje się dla niej przyszłość ochmistrzyni właśnie, tyle że w domu Ryszarda i Ady (zanim jeszcze dochodzi do pierwszego zerwania). Na ile Estera należy do rodziny, to jest dobre pytanie. Płacić na pewno jej nie płacą, przy czym mnie się wydawało, że inni rozumieją to jako taką "nagrodę" głównie za wikt i opierunek oraz za wykształcenie, więc nie dziwi ich taka funkcja Estery. Która -- co warto zauważyć -- jest chyba najbardziej zapracowaną postacią w książce.

      Usuń
    10. Napisałam, że Estera jest członkiem rodziny, ale przez chwilę korciło mnie, żeby napisać, że jest darmową siłą roboczą. To jest właśnie przykład tego, kiedy pisarzowi wychodzi coś zupełnie innego, niż zamierzał napisać. Bo gdybym ja była Esterą otrzymującą klucze, to pomyślałabym sobie, kurcze, z jakiej paki mam dodatkowo harować za darmo? Ale Estera jest wdzięczna za okazane jej zaufanie i rzeczywiście tę dodatkową pracę traktuje jako zaszczyt. Cały czas wychodzą nam te przekorne interpretacje, które robią te piękną historię trochę niepiękną, ale ja właściwie pisze o nich w pewnym sensie wbrew sobie. Bo z drugiej strony, ja naprawdę uważam, że John Jarndyce jest naprawdę absolutnie szlachetnym człowiekiem i ani mu w głowie wykorzystywanie sytuacji sieroty bez grosza przy duszy i nikogo, kto by się za nią ujął. I twierdzę, że ona jednak jest traktowana jako członek rodziny, ale jest szykowana na taka cioteczkę-starą pannę (przez Adę i Ryszarda, bo John jak wiemy ma inne plany). No ale tym przypadkiem Estery znów wracamy do roli kobiet: wynika z niego, że według Dickensa rolą kobiety jest bycie darmową siłą roboczą dla rodziny. Taką darmową siłą roboczą jest też Caddy, ale ona jednocześnie rzeczywiście na tym zyskuje.

      Usuń
    11. Och, Ada i Ryszard to jest w ogóle kolejna kwestia (przyznaję, los tej pary interesował mnie średnio, a Ryszard od początku działał mi na nerwy), tak jak i ich stosunek do Estery -- Ada dostaje bardzo mało scen w powieści, jest w sumie tylko, moim zdaniem, ogniwem łączącym poszczególne osoby. Przy czym Estera trochę siłą imperatywu uznaje Adę od razu za wspaniałą i -- co pokazuje epizod z chorobą -- wartą więcej niż ona sama. To, jak się zachowuje Estera we wszystkich tych sytuacjach (także z kluczami) moim zdaniem jednak bardzo przekonująco wynika z doświadczeń dzieciństwa. Ona jest wdzięczna, bo nie stoi nad nią ktoś, kto twierdzi, że jest chodzącą klątwą i nieszczęściem. To Dickensowi, według mnie, wyszło (z drobnymi może zastrzeżeniami).

      Ale zauważ, że Caddy jest przede wszystkim siłą roboczą dla matki. Z tego powodu cierpi, bo nie otrzymuje nic w zamian, nie okazuje się jej uczuć, matka się nią tak naprawdę nie interesuje. Caddy pracując razem z Księciem (właśnie, Dehnel zmienił mu imię na "Regent", co w sumie jest ciekawym zabiegiem) pracuje zaś równocześnie dla siebie. Ona się jednak -- mimo pana Turveydropa nad głową -- w tej pracy emancypuje.

      Usuń
    12. Masz rację, nie twierdzę, że reakcje Estery są nieprzekonujące, chodziło mi o to, że patrząc z boku można tę sytuację oceniać inaczej niż ona. Co do Caddy też się z Tobą zgodzę częściowo, ale jak się nad tym zastanowić, to po zamążpójściu jej sytuacja niewiele się zmieniła. Przedtem pracowała dla idiotycznej afrykańskiej obsesji matki, teraz pracuje dla zapewnienia komfortu - przede wszystkim - pana Turveydropa starszego, żeby ten mógł się pławić bezczynnie w "dobrym tonie". (Strasznie dużo jest w "Samotni" osób, które się samooszukują). Ale jednocześnie to prawda, że ona się dzięki temu emancypuje. Z kolei Estera jest dzięki swojej pracy szczęśliwa. W zasadzie wszyscy bohaterowie, którzy maja jakieś uczciwe porządne zajęcie są ludźmi szczęśliwymi.

      Usuń
    13. Oprócz George'a, on się generalnie umartwia, a szczęśliwy zostaje na sam koniec (i naprawdę liczyłam, że nagle się okaże, że sir Leicester jest jego ojcem z nieprawego łoża albo coś w tym stylu ;)). Właśnie się zastanawiam, czy niewiele się zmienia w sytuacji Caddy. Zobacz, że ona wreszcie ma cel i sens, wie po co coś robi (jasne, jest tu ten element samooszukiwania się co do intencji Turveydropa Seniora, zgadzam się, ale mimo to). To zasadnicza różnica wobec tego, co robiła z matką.

      Usuń
    14. Hmmm... i znow wtracam te swoje trzy groszy nieproszona (wybaczcie, ze tak sie zachowuje, ale az korzcy mnie, bo dyskusja Wasza jest dla mnie nader ciekawa!). Otoz Estera zostaje zaproszona do domu Jarndyce'a w roli osoby dotrzymujacej towarzystwa Adzie, zadnej jej guwernantki. A to roznica. Wiec nie ma mowy o wynagrodzeniu.
      A co do kluczy ) dla mnie to symbol zaufania okazanego jej przez Jarndyce'a. Ada jest jego kuzynka, zas Estera "tylko" postronnia sierota, do opieki nad ktorej absolutnie nic go nie obligowalo. A to takze roznica. A wiec, wreczajac Esterze kluczy John daje jej tym do zrozumienia, ze ma ona w jego domu wlasne miejsce, a nie jest tylko przyslowiowym piatym kolem u wozu...

      Usuń
    15. Ależ wtrącaj, zapraszamy :). No tak, dotrzymującej towarzystwa -- ale ostatecznie staje się taką uniwersalną ochmistrzynią, można by powiedzieć: tak czy inaczej sprawuje nadzór nad większością działań w domu, a wynagrodzenia nie otrzymuje. Natomiast ta symbolika kluczy -- podoba mi się, bardzo fajne spostrzeżenie :).

      Usuń
  5. Dickens w ogóle konstruuje kobiety na podstawie swoich pobożnych życzeń (to znaczy pozytywne bohaterki). Ten ideał, który ma w głowie, a nie realne osoby z krwi i kości. Estera trochę mu się wymyka. I Lady Dedlock. (Swoją drogą to nazwisko jest przerażające jako element charakterystyki postaci). Muszę w końcu obejrzeć tę adaptację z Gillian Anderson. Nic nie wspominasz czy czytałyście Nabokova i jego analizę Samotni (W Wykładach o literaturze). Bardzo pomaga uporządkować całą rzecz strukturalnie. A o pierwszym zdaniu napisał Władimir chyba pół strony jakie to ono jest zachwycające pod każdym względem :)
    Dla mnie ten cały wątek satyry na społeczeństwo (widoczny zwłaszcza w konstrukcji Lorda Dedlock) jest bardzo, bardzo wtórny. Szczerze mówiąc przy pierwszej lekturze w ogóle nie zwróciłam uwagi (na zasadzie, och, tak Dickens jest satyryczny, let's move on). Byłam zbyt poruszona cierpieniem Lady Dedlock. Samotnię się czyta dla tej całej galerii postaci jako indywidualności i tego opisu obłędu panny Flite. I dla dzieci. Bo Dickens nie zawsze zachowuje dystans. Na pewno nie wtedy kiedy pojawia się Jo.

    Nie wiem jak to będzie z wydaniem Samotni. Od dawna pojawiają się głosy, że trzeba wznowić Wielkie nadzieje i nic. Nie znoszę Wielkich nadziei - ale na Samotnię tym bardziej nie ma chyba szans i lepiej sobie nawet niewielkich nadziei nie robic. Może to kwestia praw do przekładu, albo coś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w planach tego Nabokova, rozmawiałyśmy kiedyś o tym z Naią, ale jeszcze nie sięgnęłam, właśnie żeby sobie nie dopowiadać jeszcze, jak on to widzi (ale ciekawa jestem okrutnie!).

      Mnie się baronet też wydał mało ciekawy, jeśli chodzi o politykę, natomiast ta postać się jednak pięknie rozwija, czy może inaczej: łamie i dostajemy po przemianie kogoś zupełnie innego, a w każdym razie dość dalekiego od tego, co jest na początku. Natomiast lady Dedlock -- tu się zastanawiam. Bo ona ma pełnić w "Samotni" taką rolę "kobiety upadłej" (jej wyznanie Esterze, kim jest!), z drugiej strony -- niechcącej przyczynić cierpień (społecznych) innym. A do tego wszystkiego jej wątek kończy się tym, że Estera nie chce więcej o tym mówić. To mnie, przyznam, zdziwiło.

      Usuń
    2. Ja też czytając "Wykłady" Nabokova ominęłam esej o "Samotni" żeby przystąpić do własnej lektury ze świeżym umysłem, ale teraz na pewno go nadrobię.

      Podobnie jak Pyzę baron Dedlock też mnie na końcu wzruszył, Dickens w końcu wyciągnął do z tego banalnego schematu głupiego arystokraty.
      Ale co masz na myśli, Pyzo, przez: "Estera nie chce o tym mówić"? Ona nie mówi o tym, żeby nie szargać dobrego imienia matki, jak sądzę.

      Usuń
    3. Jasne, ale chodzi mi o samą końcówkę: to znaczy lady Dedlock została znaleziona, potem musiał być pogrzeb, a potem Estera pisze, że nie chce do tego wracać. I to właściwie tyle, mam wrażenie, że potem ten wątek jakoś przestaje w ogóle wracać. Nawet w Chesney Wold się o tym specjalnie nie mówi.

      Usuń
  6. I jeszcze a propos próby ogarnięcia Samotni przez różne wspomagacze typu rysunki i schematy, tutaj pewna desperacka próba w wykonaniu Rohan Maitzen, wykładowczyni literatury dziewiętnastowiecznej w Halifax (dwa ostatnie zdjęcia):

    http://maitzenreads.blogspot.co.uk/2008/11/well-marked.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze i tak, moim zdaniem, wygląda oszczędnie (ale przy większej ilości karteczek chyba straciłoby mocno na czytelności ;)).

      Usuń
  7. Pani Jellyby - zetknęłam się z interpretacją, że za pomocą tej postaci Dickens krytykował emancypację kobiet. Coś w tym pewnie jest, ale dla mnie ona zawsze była symbolem tych ludzi, którzy wiecznie działają, maszerują i bojkotują w obronie wzniosłych wartości i wytwarzają we własnym domu atmosferę, w której nie sposób wspomnieć o jakichkolwiek problemach, które nie są tak "wzniosłe".
    Pamiętam też scenę, gdy pani Jellyby łaskawie odwiedziła ubogich podopiecznych i była kompletnie impregnowana na ich reakcje - zestawioną ze sceną odwiedzin chyba Ady?, która kierowała się empatią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam to jest rozbite na dwie postaci -- jest ta druga filantropka, która twierdzi, że nic jej nie rusza, ona tak może przychodzić bez końca, a zupełnie przy tym nie zważa na to, że mówi bzdury poza kontekstem i to absolutnie niczemu nie służy. Natomiast zastanawiam się cały czas nad tą panią Jellyby jako punktem do krytyki emancypacji kobiet -- coś podobnego przemknęło mi przez głowę, ale wyszłam ostatecznie z założenia, że to jest bardziej krytyka tego, o czym piszesz, to znaczy "wzniosłych wartości" bez pokrycia w czynach.

      Usuń
  8. Kupiłam książkę przez allegro zachęcona "Piknikami z klasyką". Z przykrością powiem, że niestety nie udało mi się przeczytać książki, jestem na 109 stronie, ale jak dotąd jestem usatysfakcjonowana lekturą. Praca po godzinach skutecznie zmęczyła moje oczy, które nie pozwoliły mi na codzienną lekturę. Zapoznam się z recenzjami i komentarzami ( nie przeczytałam ich ani tu ani na czytamtoiowo, by nie wiedzieć co będzie dalej) po zakończeniu książki. Książka jest dla mnie miłym oderwaniem od nietrafionych lektur z nowości wydawniczych i nie tylko.
    Lubię takie książki-cegły o ile są wciągające jak np. Kwinkunks, którego bardzo mile wspominam i które jeździł ze mną do pracy i z powrotem, bym mogła go czytać. "Samotnia" mimo wagi także 2 razy ze mną jeździła mpkiem. Ludzie się przypatrywali co za ciężką książkę czytam w autobusie, ale co mi tam:) Moje wydanie ma zszarzałą okładkę, ale jest w dobrym stanie, kartki z niego nie wypadają. Bardzo podobają mi się rysunki, w dzisiejszych wydaniach książek nie ma takich ilustracji.
    Jak dotąd polubiłam Esterę, ale ciężko mi się wypowiadać cokolwiek więcej, bo jeszcze ponad 800 stron przede mną.

    OdpowiedzUsuń
  9. I jeszcze jedno - przezornie notuję sobie imiona i nazwiska postaci z krótkimi notkami na kartce, bo widząc grubość obawiałam się, by nie pogubić się w gąszczu bohaterów. Tak samo robiłam czytając "Kwinkunksa"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrej lektury, jeszcze dużo fajnych wątków przed Tobą :)! Jeśli będziesz chciała się podzielić potem wrażeniami, to zapraszamy :). I tak, mnie się też bardzo podobały te ilustracje, jakkolwiek miałam czasami zdziwioną minę, że wszyscy wyglądają jakby za bardzo dostojnie i że widzę ich raczej w manierze realistycznej a la BBC, a tam nikt nie wygląda na takiego, co ma brudne paznokcie ;). I zdecydowanie zapisywanie sobie postaci to dobry sposób, zwłaszcza przy tej mnogości wątków!

      Usuń
    2. Ja jeszcze dodam, że to są te same ilustracje, które pojawiły się w pierwszym, tym broszurowym wydaniu "Bleak House" w odcinkach, ukazującym się w 1852-53. Tylko tam było ich wiece. W ogóle jestem wielbicielka książkowych ilustracji i bardzo żałuję, że obecnie książek dla dorosłych się w ten sposób nie wydaje.

      Usuń
    3. A to ciekawe -- myślicie, że to dlatego, że zmieniła się koncepcja "dorosłego czytelnika" i tego, jakie powinien on mieć oczekiwania wobec książki? Czy że zmieniło się spojrzenie na ilustracje w książkach i powiązano je właśnie ze sztuką w książkach do młodszych czytelników? (taka offtopiczna dyskusja, ale wydaje mi się to bardzo interesujące!)

      Usuń
    4. Trochę tak, jedno i drugie, ale myślę, że to głównie kwestia kasy.
      Chociaż np. Olga Tokarczuk lubi ilustracje w książkach. Są i w "Księgach Jakubowych" i w "Prowadź swój pług przez kości umarłych" - tym pierwszym wydaniu, bo we wznowieniu, które teraz wychodzi, to nie wiem.

      Usuń
    5. Tak, na pewno powody mają i naturę ekonomiczną, ale jednak podłoże chyba leży gdzie indziej? W tym sensie, że wiele rzeczy się nie opłaca, a jednak powstają, no a ilustracje w książkach dla dorosłych to raczej rzadkość dzisiaj (Tokarczuk wyjątkiem, chyba jeszcze kogoś byśmy znalazły).

      Usuń
  10. Bardzo wiele tematów pozostało jeszcze w ogóle nietkniętych w naszej dyskusji, więc zacznę nowy wątek.

    Pisałaś o realizmie (czy też o braku realizmu), nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności itd.
    Dzisiaj śmiejemy się z takich rozwiązań, bo one nam się kojarzą z czymś bardzo tanim, np. tasiemcowymi telenowelami, w których co chwilę okazuje się, że nasz bohater jest zaginionym w dzieciństwie przyrodnim bratem własnej ciotki, a pięćdziesiąt odcinków później, że również ojcem szwagra narzeczonej swojego bratanka.

    Pierwsza uwaga, która mi się nasuwa, to że takie rozwiązania są uświęcone wielką tradycją, począwszy od mitu o Edypie. Ale chciałam zwrócić uwagę na inną rzecz: u Dickensa wszystkie wątki się łączą, ale czy za pomocą nieprawdopodobieństwa? Otóż nie. Tutaj każdy zbieg okoliczności ma swoje logiczne i właśnie prawdopodobne uzasadnienie. Tylko ich nagromadzenie wzbudza naszą niewiarę, ale od czego jest pisarz, jeśli nie od tego, żeby tak kierować krokami swoich bohaterów, żeby mogli się spotkać w określonym miejscu i czasie. Więc pan George - nawiązuję do twojego komentarza wyżej - nie mógłby okazać się synem lorda Dedlocka, bo to byłoby wbrew logice opowieści ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, mnie się właśnie wydaje, że Dickens bardzo świadomie korzysta z tego nagromadzenia nieprawdopodobieństw. I tak, one się łączą w prawdopodobnych węzłach, ale czasami nie sposób nie odnieść wrażenia (mówię za siebie, w każdym razie), że niektóre są głównie dlatego tam, gdzie są, bo są "na rękę" fabule. Taka myśl tknęła mnie wtedy, kiedy okazało się, kim był Krook. Wcześniej nie dostajemy na ten temat żadnych sygnałów. Zresztą to jest ciekawy przykład -- przecież rozwiązanie jego wątku bulwersowało i współczesnych Dickensa, więc tłumaczył się on później, nieco mętnie, z takiego a nie innego rozwiązania ;).

      Mówisz, że byłoby wbrew? Ale przecież gdyby baronet zyskał ukojenie przez kontakt z nieprawym synem, byłoby to ciekawym odbiciem sytuacji lady Dedlock, której on sam przebaczył. Wydaje mi się, że jednak do zastosowania w tak prowadzonej fabule :).

      Usuń
    2. Oczywiście, że one są w tych miejscach "na rękę" fabule. Dziś bardziej w modzie są rozwiązania typu: pan George i jego matka odwiedzają tego samego prawnika, ale nigdy się nie zetkną w jego poczekalni.
      Krook to rzeczywiście było zaskoczenie - dla bohaterów też. Ale z drugiej strony jakoś pasuje, prawda? I byłabym po jednokrotnym przeczytaniu ostrożna z twierdzeniami, że nie było sygnałów, bo może jakieś były, ale nie da się ich tak łatwo wychwycić?
      Co do samozapłonu - Dickens zadaje się był przekonany, że to możliwe :)

      No wbrew, bo to by było zupełnie niezgodne z konstrukcją postaci Lorda Dedlocka i pani Rouncewell. No i wypaczyłoby wymowę wątku: przebacza, bo sam ma to samo na sumieniu. A lord Dedlock - głupiec i bufon - który jest jednak zdolny do tak pięknego uczucia wobec żony, jest znacznie ciekawszą postacią.

      Usuń
    3. No, ale i w "Samotni" jest przecież ta scena u prawnika, gdzie oni się stykają, tylko pan George udaje, że nie widzi matki ;). W tym sensie wszystko chyba nawiązuje do rozwiązań zaproponowanych przez Dickensa (to w ogóle fascynujące zobaczyć, że on faktycznie wywarł taki niesamowity wpływ na twórców i twórczynie literatury, także jeśli chodzi o konstrukcję powieści).

      Och, był, był, a w każdym razie tak się bronił ;). Niemniej chyba akurat samozapłon wzbudził już zbyt duże powątpiewania wśród odbiorców, skoro w ogóle musiał się z tego tłumaczyć. Masz oczywiście rację, że może jednak dałoby się tego domyślić, ale z drugiej strony dość dobrze przejrzałam większość tych wątków, a ten mi zupełnie umknął!

      Jasne, zgadzam się jak najbardziej, że tak jak jest, jest ciekawiej i -- jak się zgodziłyśmy wyżej -- baronet staje się dużo ciekawszą postacią. Ale Dickens lubi w "Samotni" podstawiać nam bohaterów-lustra (panna Flite przykładem), więc gdyby tak było i tutaj, to mnie by to jednak częściowo przynajmniej "zagrało".

      Usuń
    4. Tak, właśnie o tej scenie mówię. Dzisiaj zapewne uznalibyśmy za bardziej "prawdziwe", gdyby pan George i jego matka się jednak tam nie zetknęli. Ale prawdopodobieństwo powieściowe niekoniecznie musi wynikać z rachunku prawdopodobieństwa, na pewno wtedy tak nie było, ale chyba i dzisiaj nie jest inaczej. Powieść zamiast być "zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu" jest raczej soczewką, która skupia pewne rzeczy. W tym konkretnym zdarzeniu nieco dziwne jest tylko jedno: dlaczego tak wyśmienity adwokat jak pan Tulkinghorn zajmowałby się sprawami nędznego lichwiarza Smallweeda. Ale i to moim zdaniem da się wytłumaczyć.
      A skoro już o nim mowa, co sądzisz o postaci Tulkinghorna? Jego czarna sylwetka budzi grozę w wielu postaciach, ale czy to jest czarny charakter?

      Usuń
    5. Przepraszam za przerwę w dyskusji, ale ogarniałam stan zdrowia ;).

      Bardzo się cieszę, że przywołałaś postać Tulkinghorna. Mnie to, że Dickens uwikłał go w relację z dziadkiem Smallweedem wydawało się nie tyle jakimś złamaniem prawdopodobieństwa, ile podkreśleniem, jak bardzo zajmowanie się prawem -- takim prawem, jak to przedstawione w "Samotni" -- wikła człowieka w czarne interesy. Zresztą Smallweed był nie tyle nędznym lichwiarzem, ile ważną personą w półświatku Londynu. Nic dziwnego, że Tulkinghorn, który lubił chyba mieć kontakty w różnych sferach, wybrał go na swojego klienta. Czerpiąc z tego zresztą spore korzyści. Natomiast -- czy to jest czarny charakter? Dobre pytanie! Powiem może na początku dość oględnie, że i tak, i nie. Na pewno jest częścią czarnocharakterowej palestry (mam wrażenie, że u Dickensa nie ma przyzwoitego prawnika), ale sam w sobie -- mam wątpliwości. A Ty jak myślisz?

      Usuń
    6. Otóż to. Lord Dedlock i Smallweed (swoją drogą podziwiam talent Dickensa do tworzenia charakteryzujących nazwisk; szkoda, że w polskim tekście nie zaznaczono tego choćby przypisem) należeli do zupełnie różnych sfer i w normalnych okolicznościach nigdy by się nie zetknęli. Ale jak się bliżej zastanowić, to nie dziwi, że Tulkinghorn miał kontakty w obu sferach, myślę, że Smallweedem zajmował się nie tyle w celu osiągnięcia jakichś wymiernych zysków, ile dostępu do informacji, które ten mógł mieć. (Bo czy Tulkinghorna w ogóle interesowały wymierne zyski? Żył jak asceta). Tulkinghorn jest z jednej strony strażnikiem tajemnic, ale z drugiej -- jego praca polega w dużej mierze na "gromadzeniu haków". Zgadzam się, że to jest postać niejednoznaczna. Nawet jego rola w sprawie lady Dedlock jest trudna do oceny. Z pewnością pośrednio spowodował jej śmierć. Ale co nim kierowało? Czy jednak nie bezwzględna lojalność wobec swojego klienta, sir Leicestera? Przy czym słowo "bezwzględna" ma tu podwójne znaczenie, bo ten klient byłby szczęśliwszy, nie znając prawdy, którą adwokat zamierzał mu ujawnić. Z drugiej strony jest możliwe, że zamierzał poinformować lorda Dedlocka o przeszłości żony, żeby z kolei mieć "haka" na niego, ale ta możliwość wydaje mi się mniej prawdopodobna.

      Zdrowiej, Pyzo!

      Usuń
    7. Dziękuję, dokładam sił :).

      To fakt, że te nazwiska same w sobie bardzo dużo tu znaczą (ale może tłumacz zrezygnował z przypisu świadomie -- jest w końcu taka szkoła tłumaczenia; a odchodząc na chwilę w ciemny londyński zaułek -- ta szkoła nazywania pewnych rodzajów bohaterów też jest widoczna u Pratchetta, kiedy pojawił się pan Wiaderko nie mogłam się powstrzymać przed tą myślą).

      No właśnie -- zyski tak, tyle że inaczej rozumiane. To taka postać, że gdyby ktoś nakręcił "Samotnię" w XXI wieku, miałaby pewnie komputer z plikami z informacjami kompromitującymi dla wszystkich.

      I tu leży pies pogrzebany: dla mnie ta motywacja Tulkinghorna, że niby chodzi o dobro baroneta, jest jakaś taka... niewiarygodna? W sensie, że mam wrażenie, że jemu jednak sprawiało przyjemność torturowanie lady Dedlock. Jakąś taką perwersyjną. Ale gdyby szukać bohatera, który jest od a do z charakteryzowany jako zły -- stawiałabym na Vholesa. Nawet to, że ciągle Dickens podsuwa nam różne wampiryczne skojarzenia -- i jeszcze to nazwisko! (Nie powiem, znowu kojarzy mi się ze specyficzną wymową pratchettowskich wampirów ;)).

      Usuń
    8. Jak to? Vholes miał przecież ojca w hrabstwie jakimśtam, na którego łożył i córki, o których przyszłości myślał ;)
      Wydaje mi się, że prawnicy w "Samotni" są przede wszystkim wytworem systemu, to znaczy Vholes nie jest jakoś osobiście zły, tylko posługuje się "etyką" sądu kanclerskiego.(Ale masz rację, że jest wampiryczny). Tulkinghorn wyrasta ponad tych wszystkich prawników, ale pozostaje niedookreślone, czy jest spośród nich najszlachetniejszy, czy najbardziej nikczemny. Tak czy owak, jest człowiekiem, który przegrał swoje życie. Wdać to w scenie pogrzebu - jak wypadało okazać szacunek zmarłemu, a nie był on na tyle wielki, żeby stawić się na pogrzebie osobiście, wysyłało się do konduktu swoją karetę; na pogrzebie Tulkinghorna były same puste karety.

      Usuń
    9. No właśnie się zastanawiam: bo o ile taki na przykład Kenge, czy też właśnie Tulkinghorn -- zgodziłabym się, o tyle już Vholes jest bardzo mocno mroczny (tam nawet bezpośrednio Dickensowi zdarza się użyć takiego porównania, że jest jak wampir). Pogrzeb Tulkinghorna pokazuje też, moim zdaniem, to że prawo i sądzenie się o prawa jest pewną abstrakcją w świecie "Samotni", co nie pozostawia widocznego śladu czy pozytywnego odbicia się na życiu bohaterów -- a jedynie negatywy, te puste karety właśnie. Dobrze to również widać w zakończeniu wątku Ryszarda i całego procesu Jarndyce przeciwko Jarndyce.

      Usuń
  11. Mój kontakt z Dickensem zatrzymał się na "Opowieści wigilijnej", a tu widzę, że czeka na mnie tomisko pełne tajemniczych powiązań kilkudziesięciu bohaterów! Jestem pełna podziwu i szacunku dla Twojego poświęcenia i rozrysowania powiązań między poszczególnymi postaciami. To może pomóc przyszłym czytelnikom, ja sobie zanotuję, żeby czytając "Samotnię" właśnie do tego posta powrócić. Bo to, że przeczytam tę pozycję, stało się dla mnie jasne, bardzo nie przekonałaś, szczególnie opisując charakter autora w pozycji, to, że utrzymuje pewien dystans, często ironizuje, jest dla mnie jasnym przesłaniem, żeby wreszcie kontynuować kontakt z twórczością pisarza. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zdecydowanie polecam "Samotnię"! Bardzo się cieszę, że postanowiłaś ją przeczytać, bo warto -- jak zaznaczyłam, na rysunku są drobne spojlery, więc najlepiej wrócić do niego po przeczytaniu, żeby nie zepsuć sobie samodzielnego odkrywania pewnych wątków (one nie są bardzo zaskakujące, można się ich domyślić, ale jeśli jesteś typem czytelnika, który woli odkrywać na własną rękę, to czuj się ostrzeżona :)!). Sama mam w planach dalej czytać Dickensa, bo nie dość, że powieść zachęcająca, to jeszcze bardzo dobrze widać, jaki wpływ miał ten autor na innych w całej właściwie Europie. Również pozdrawiam :)!

      Usuń
    2. Dobrze, zrobimy zatem tak, że powrócę do rysunku po lekturze, żeby nie zepsuć sobie całej czytelniczej "imprezy" :). A właściwie mam inny pomysł, wykonam własny rysunek z siecią powiązań i skonfrontujemy je, jestem ciekawa, czy będę tak samo spostrzegawcza, czy coś mi nie umknie :). W związku z tym, że jest to dość długa książka, zacznę dopiero w styczniu, lecz obiecuję, że wrócę z tym tematem.

      Usuń
    3. Super pomysł :). Bardzo jestem ciekawa, jak wyjdzie. I na zapas już życzę udanej lektury! :)

      Usuń
    4. Dziękuję! Jest szansa, że uda się jednak w grudniu, oczywiście zacząć :)

      Usuń
  12. Skończyłam dzisiaj "Samotnię" :) Cieszę się, że ją przeczytałam. BARDZO mi się podobała, choć wielowątkowość momentami przytłacza. Tutaj przydała mi się kartka z notatkami odnośnie bohaterów i ich powiązań. Na początku trochę się w tym gąszczu gubiłam. Podziwiam Dickensa za rozmach. Lektura była bardzo miłą odmianą od nowości.
    Nie sposób nie wspomnieć nawiązują do komentarzy, że nie podoba mi się zakończenie wątku ze Skimpolem - to był bohater jakiego najbardziej nie lubiłam i uważam, że powinien być jakoś ukarany za swoje, uważam, że jednak świadome dziecięce zachowanie. Przecież dobrze wychodził z tą swoją dziecięcością. Denerował mnie JArndyce, że za niego płacił - po co mówię, raz, drugi, trzeci i Skimplole by musiał się nauczyć szanować pieniądz.
    o Starszym Turveydropie też nie sposób milczeć - egoistyczny, dwulicowy drań. NAiwność Regenta Turveydropa i jego żony Caddy w kwestii jego ojca jest szokująca...
    Ciekawe to co pisałyście o roli Estery w Samotni, rzeczywiście miała być guwernantką, a nagle stała się kims w rodzaju zarządzającej domem, ochmistrzynią bez wynagrodzenia i jeszcze szczęśliwa, że może to robić...
    MUszę wspomnieć, że Dickens powiązał bardzo umiejętnie swoich bohaterów misterną pajęczyną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super :)! No właśnie to jest taka książka, którą się -- chcąc nie chcąc, przez wzgląd na objętość najbardziej -- czyta dość długo, ale za to bardzo przyjemnie. Nie licząc właśnie tych wszystkich postaci, które przeprawiają o szybsze bicie serca. Do dzisiaj jak sobie pomyślę o Skimpole'u, to mi gorąco ;). Swoją drogą, byłam w pewnym momencie przekonana, że pan Jardyce wie, że Skimpole go ogrywa, ale okazuje się, że jednak on chyba tkwił w tym przekonaniu, że to taki "niebieski ptak" i trzeba mu pomagać, bo nie jest z niego zły człowiek.

      Natomiast pan Turveydrop miał chociaż jakieś ludzkie odruchy, chociażby względem brata Cuddy.

      Usuń
  13. W sumie mnie też zdziwiła łatwość z jaką John Jarndyce przeszedł od bycia opiekunem/ala ojcem,wujem dla Estery, przez jej narzeczonego, by ponownie z własnej woli wrócić do szczęśliwego opiekuna tejże. To takie sztuczne i nienaturalne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak najbardziej to chyba kwestia konwencji i stąd wynika jego zachowanie. Konwencji literackiej nawet bardziej niż obyczajowej. Tak w każdym razie bym teraz powiedziała.

      Usuń
  14. Kwestia ilustracji to osobny temat - duży plus wydania. Nie wiedziałam, że to te same ilustracje jak z pierwszego oryginalnego wydania "Samotni". Nadają wiele uroku powieści. Szkoda że dzisiaj nie wydaję się tak powieści...
    Uważam, że "Samotnia" to książka warta wznowienia wydawniczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie, przydałoby się nowe wydanie -- chociażby przez wzgląd na dostępność, ale i gdyby takie z normalnym drukiem, zamiast tego podejrzanie wytłuszczonego, nie płakałabym ;).

      Usuń