Problemy z czytaniem cegiełek albo o pokaźnych książkach raz jeszcze, ale od innej strony


Mam chyba taką tendencję do pisania wpisów rozpatrujących negatywne strony pewnego zagadnienia, więc dzisiaj dla odmiany będzie taki równoważący obie strony. Otóż myśl, która mnie od jakiegoś czasu nie opuszcza – z powodu nadchodzących „Pikników z Klasyką” w listopadzie – to: jak, u licha, radzić sobie z czytaniem niezłej cegły książkowej, podczas gdy najlepiej czyta mi się w autobusie? Postanowiłam zatem zebrać w jednym miejscu za i przeciw w problematycznej sprawie pokaźnych książek.

(A o technicznych aspektach czytania cegiełek pisałam tutaj)

+ Długa książka na długie popołudnia
- Przecież długa nie oznacza „jednotomowa”

Widzicie, mój największy problem z cegiełkami polega na tym, że mam wrażenie, że w przeszkadzającej i trudnej formie wydano treść, która potrafi szalenie wciągnąć. Zwłaszcza, że czasami ma się ochotę zanurzyć w rozbuchanych realiach świata przedstawionego, udać na epicką przygodę w głąb wyobraźni autora czy po prostu na czas dłuższy zatrzymać się na jednej książce i już. Tylko że nie wiem w sumie, co by przeszkadzało, gdyby to wszystko znalazło się w kilku tomach? Kiedy czytałam „Popioły” mogłam po prostu w pewnym momencie przerzucić się na inne wydanie, takie trzytomowe, i od razu usprawniło to sam proces czytania. W przypadku aktualnie czytanej „Samotni” takiego wyjścia nie mam, bo książka miała – z tego, co się orientuję – tylko to jedno wydanie. Na szczęście istnieją czytniki, więc radzę sobie, podróżując z "Samotnią" w wydaniu e-bookowym.

+ Cała akcja w jednym miejscu, nie trzeba w połowie lecieć po następny tom do biblioteki
- Waży to swoje

No właśnie – jestem fanką zabierania ze sobą książek wszędzie, gdzie się udaję, ale cegiełki mają to do siebie, że albo nie mieszczą mi się do plecaka/torby/torebki, albo mieszczą się, ale drugie śniadanie/portfel/parasol powinnam zostawić w domu. No i tu rodzi się problem: z jednej strony doskonale pamiętam, jak wypożyczywszy tylko jeden tom „Jonathana Strange'a i Pana Norrella” siedziałam przez cały weekend jak na szpilkach, tęsknym głosem wyrzekając, że istnieje wielka potrzeba jednotomowego wydania, z drugiej wyrzekałam i wyrzekam, że strasznie długo czytam daną książkę, bo trudno mi jest wyjść z nią z domu.


 A tu, podobno leciwy, proces wytwarzania cegieł. Źródło.


+ Wiadomo, komu pożyczyło się daną książkę
- Trudno namówić niektórych, żeby wzięli

Nie ma takiego problemu jak w wypadku różnego rodzaju serii („Hm, tom drugi chyba ma wujek Janek, a czwarty dwa lata temu pożyczyłam na zjeździe klasowym koleżance z ławki, ale co się stało z pierwszym tomem, gdzieś tu powinien być?”), po prostu zawsze stoi na półce, wyglądając dostojnie, tam, gdzie powinien stać. Ale jeśli usiłowaliście komuś pożyczyć książkę, która Was oczarowała, ale liczy sobie koło tysiąca stron, mogliście zaobserwować nawet wśród wytrawnych czytelników reakcję w rodzaju „a, to wezmę przy okazji”. I wcale nie dlatego, że ktoś ma wstręt do czytania cegiełek albo przeraża go objętość: te książki są zwyczajnie ciężkie, więc nie zawsze chce się je nosić.

+ Jak już się zabierzesz za czytanie, to czytasz
- Ale zaraz zaczynają cię boleć ręce

Niewątpliwie w dostojeństwie cegiełek tkwi również o to, że jak już się człowiek z nimi ulokuje wygodnie (o ile się ulokuje), to czyta – książka się nie kończy, a wstawać szkoda, skoro już nas przygniotła swoją objętością. Ale właśnie w tym czytaniu ich długo tkwi pewien problem, bo a to szyja nas boli, a to ręce omdlewają, a to książka ześlizguje się z podpórki... Chyba najczęstszy problem, na jaki uskarżają się wszyscy, czytający cegiełki (a przynajmniej takie skargi wyniosłam z domu rodzinnego).

+ Jadąc w podróż można zabrać jedną książkę, która szybko się nie skończy
- Jak trudno się czyta w podróży takie tomiszcze

No właśnie: nie trzeba brać zapasu książek (wersja dla osób nieczytnikowych), wystarczy jedna i nie musimy się bać, że w sunąc od Katowic do Gdańska w okolicach Torunia pozostaniemy bez lektury. Jest to niewątpliwie zaleta, nie trzeba się zastanawiać, co wziąć, planować ilości stron, czasu spędzonego w pociągu czy samochodzie, bo wiadomo, że na długi czas jeszcze pozostaniemy wciągnięci w akcję w naszej cegiełce. Ale z drugiej strony nie dość, że swoje ona waży, więc będziemy musieli ją ze sobą wozić, to jeszcze, jako się rzekło, ulokowanie się z nią wygodnie bywa dość skomplikowane. A jeśli z jakiegoś powodu (na przykład podróży samolotem tylko z bagażem podręcznym) mamy ograniczoną pojemność bagażu i musi ona ważyć określoną ilość kilogramów, nasza wierność wobec cegiełki może zostać nadszarpnięta.

Sprawa jest skomplikowana i chyba nie ma z niej takiego wyjścia, które wyeliminuje wszystkie „-”, zostawiając „+”. Szczerze mówiąc radzę sobie tak, że jak już mnie taka cegiełka wymęczy, a nie ma szans dostania egzemplarza kilkutomowego, sięgam po czytnik (tak się ratuję z „Samotnią”). A Wy? Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Wolicie jednotomowo, a solidnie, czy raczej rozglądacie się za lżejszym kalibrem?

Weź dokładkę!

4 komentarze

  1. Mnie zazwyczaj ratuje właśnie czytnik. Jeżeli gdzieś wyjeżdżałam i miałam w planach czytanie cegiełki, to jeszcze do niedawna, jeśli takową cegłę miałam w domu, brałam ją ze sobą nadszarpując moje plecy, uchwyty torby lub walizki oraz limit bagażowy (jeżeli leciałam samolotem). Wydawało mi się wówczas, że cegłę muszę poczuć (w skrajnych przypadkach może ją poczuć złoczyńca, który chciałby mnie napaść). A teraz? Teraz bez skrupułów szukam cegieł w formie elektronicznej.

    Nie znaczy to oczywiście, że nie kupuję książek papierowych. Kupuję na potęgę. W ciągu ostatniego miesiąca trzy cegiełki wylądowały u mnie na półkach. I na szczęście nauczyłam się czytać dwie-trzy książki jednocześnie, co oznacza, że w tramwaju wymachuję próbując utrzymać równowagę czytnikiem, a nie ciężką książką, a gdy tylko wracam do domu zasiadam w fotelu na niespieszną lekturę mojej cegły...
    No dobra, ani razu jeszcze tak nie było - zazwyczaj w domu kończę książkę z czytnika, zwłaszcza jeśli mnie mega wciągnęła. Ale, ale mam plan na takie czytanie. Może w końcu się on spełni :)

    Cegiełki są dobre, gdy wybitnie nie chcemy nikomu pożyczać książek. Zazwyczaj grubsza lektura odstrasza, a skoro mamy tylko takie na półce to z pewnością nie będziemy musieli bawić się w małego bibliotekarza. Z drugiej strony, gdy koniecznie chcemy namówić kogoś do lektury to im grubsza książka tym będzie nam trudniej. Znam to z autopsji. Mój mąż przeczytał "Grę o tron" na czytniku bardzo szybko, był niezwykle zachwycony powieścią i chciał czytać dalej. Koleżanka zaoferowała T. pożyczkę drugiego tomu, który leży już dwa miesiące na półce, bo niestety widać już jego objętość i przez to ciężko mu się do niego zabrać. Chyba wrócimy więc do czytnika ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są jeszcze takie całkiem poręczne (jakkolwiek dziwnie to brzmi) wydania cegieł, których czytanie na przykład w autobusie aż tak nie nadszarpuje mięśni i kręgosłupa, ale to prawda, że przy czytniku nawet najporęczniej wydana cegła przegrywa. Chyba że -- co czasami mi się zdarza -- znajdę kilkutomowe wydanie takowej. Wtedy mogę bez problemu jeździć z papierowym wydaniem, byleby trzymać było to łatwiej :).

      Tak, wiem, o jaki plan chodzi i przeżywam podobne rozterki niekiedy :D.

      Właśnie, bo mam też wrażenie, że na czytniku książka tyle nie "waży". Stron tyle samo, ale złudne wrażenie, że przecież wcale nie była taką cegiełką, bo realnego ciężaru nie posiada, pozostaje. Bardzo trafne spostrzeżenie, coś w tym jest!

      Usuń
    2. A ja jakoś nie lubię wydań dwutomowych. Mam wrażenie, że mam dwa razy więcej książek ;) No i ta trauma, że pierwszy tom się skończy, a ja nie będę miała przy sobie drugiego, więc pewnie woziłabym dwa ze sobą :D Takie wydanie mam "Chłopów", "Lalki" oraz pożyczonych z biblioteki "Łaskawych". Skończyło się tak, że "Chłopów" i "Lalkę" wymęczyłam, ale potem na lekcje polskiego musiałam nosić zawsze po dwa tomy, co było nie tyle ciężkie, co nieporęczne. A "Łaskawych" kupiłam własne wydanie i to jednotomowe :)

      Waga książki na czytniku to ileś tam stron, ileś numerków o wdzięcznej nazwie "Location", ale zawsze w sumie wychodzi 100% :) Myślę, że właśnie na procentowe czytanie książki najczęściej patrzę, a zatem nie "czuję" wielkości, obszerności, grubości oraz oczywiście ciężaru (nie licząc tego gatunkowego).
      Co ciekawe, czytając książkę mającą 1000 stron, czy więcej, zauważam, że tak wolno mi te procenty uciekają, ale jakoś nie frustruję się, nie złoszczę - jednym słowem pełen luz :)

      Usuń
    3. Zdradzę się: myślałam nawet o trzytomowych ;). Jasne, w takiej sytuacji granicznej, że wiem, że może mi się tom zaraz skończyć czy takiej, jak kiedyś wspominałam przy "Jonathanie Strange'u..." to też bym się miała na baczności ;). Ale jeśli jestem w środku, to wtedy wolę takie wydanie kilkutomowe niż jedno (do wożenia, oczywiście).

      A mój czytnik pokazuje ilość stron, a nie procenty (to tylko jak się wejdzie w menu pokazujące czytane książki) i mimo wszystko działa ta sama zasada, bo nie czuć, że się czyta taką to a taką ilość -- czy raczej: wiadomo, jaka jest liczba, ale nie ma ona fizycznego wymiaru. Tak w każdym razie sobie to interpretuję. Ciekawa jestem mimo wszystko, jak to musi działać tylko z tymi procentami zamiast liczby stron ;).

      Usuń