Przyszłość można zmienić albo o "Orange" Ichigo Takano


Przeczytałam ci ja pierwszy tom "Orange" i chociaż w teorii trudno oceniać po jednym tomie, postanowiłam napisać. Głównie dlatego, że nie mam pewności, czy sięgać po kolejne tomy. Ale może po kolei.

 
Główna bohaterka, licealistka z paczką przyjaciół, pewnego razu dostaje list. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że list jest od niej samej i że pochodzi z przyszłości. Jak każdy, tak i nasza bohaterka na początku nie bardzo wierzy w to, co się stało i generalnie postanawia się nie przejmować, ale wydarzenia opisane w liście zaczynają się sprawdzać. Wszystko dotyczy zaś nowego klasowego kolegi bohaterki, w którym ta oczywiście powoli się zakochuje, a w wiadomości z odległej o dekadę przyszłości stoi jak nic, że nie wszystko rozwinęło się w ich historii optymistycznie.

Muszę powiedzieć, że sam pomysł jest naprawdę dobry. Prosty, ale chwytliwy, bo gra z naszym oczekiwaniem "ale co się stanie, co będzie dalej?", pokazując nam tak właściwie, co będzie dalej, tylko że chyba tym, co miałoby czytelnika zajmować bardziej to pytania w rodzaju "jak do tego doszło?" i "czy nie da się nic z tym zrobić?". Naho, bo tak nazywa się główna bohaterka, jest właściwie tak samo rozdarta między tymi ewentualnościami, nagle nabytą mocą sprawczą (wie, co się stanie) a swoją ogromną nieśmiałością. Ta ostatnia właśnie najczęściej będzie jej przeszkadzała w osiąganiu wyników, jakie sama sobie z przyszłości nakreśli w liście. No właśnie, bo Naho jest tutaj podwójna: mamy tę z "teraz" i tę z "przyszłości". Różni je przede wszystkim żal -- ta Naho z przyszłości żyje wyrzutami sumienia, że tak naprawdę nie wie, czy nie dałoby się w przeszłości zrobić więcej. Ta z "teraz" ma pretensje, że jej przyszłemu "ja" prościej jest mówić, co ma robić, kiedy sama nie musi tego robić -- a skoro nie zrobiła, to znaczy że musiała mieć podobny problem z przełamaniem się.


 Okładka stąd.


Najciekawszy zdecydowanie jest ten wątek przyszłej Naho. Widzimy, jak ułożyło jej się życie i widzimy też, że jest z niego zasadniczo zadowolona. Tyle tylko, że ta zadra z przeszłości wciąż w niej tkwi, więc chciałaby coś z tym zrobić. Szczerze mówiąc zastanawiam się nad tym wątkiem chyba najmocniej -- bo zmieniając przeszłość zmieni też chyba swoje obecne "ja" i swoją sytuację życiową? Zważywszy na to, kto jej w tej przyszłości towarzyszy, ta decyzja jest co najmniej dwuznaczna moralnie. Z tego względu trudno mi było przez tom pierwszy do końca sympatyzować z bohaterką (przy czym to w zasadzie zaleta, bo pogłębia ten jej na pierwszy rzut oka bardzo "słodki" charakter): czy bohaterka nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje mogą mieć jej działania? Czy właśnie doskonale wie, ale się z tym kryje?

To "krycie" to też zresztą robota formy i gatunku, w jakie "Orange" jest przybrane. To zresztą też sprawa, która najmocniej mnie zniechęca, by śledzić bohaterów dalej. Bo "Orange" jest jednak bardzo mocno melodramatyczne. Teoretycznie są tutaj oczywiście sceny z życia nastolatków chodzących do liceum, ale jest też bardzo dużo długich przemyśleń nad sensem miłości w ogóle, czy ktoś kogoś kocha, czy jednak nie (mamy nawet dość toksyczny związek, przyznam szczerze przedstawiony dość dziwnie, zwłaszcza z perspektywy Naho), kto się zarumienił, kto kogo potrącił i kto na kogo spojrzał. Oraz kto komu zrobił bądź nie zrobił drugiego śniadania, nie wspominając o scenach w rodzaju "odezwał się do mnie! uciekam!". Może zrobiłam się bardziej wyczulona na tego typu efekty, ale przyznam szczerze, że te fragmenty najbardziej mnie w "Orange" nużyły i zacierały dobre wrażenie.

Inna sprawa to kreska: stosunkowo realistyczna, bohaterowie rysowani są faktycznie każdy inaczej, więc trudno ich pomylić. Może ciut za dużo jest zbliżeń na szeroko otwarte oczy Naho (ze strachu, z zaskoczenia, z każdego właściwie innego powodu), ale rekompensuje to bardzo ciekawe kadrowanie niektórych scen. W praktyce to oznacza, że mamy całkiem sporo nieoczywistych spojrzeń na dane sceny, które wyróżniają się z całości. Reasumując: styl, w jakim "Orange" jest rysowane, jest na pewno sporym plusem. Faktycznie czuje się przestrzeń, w jakim manga się rozgrywa: mniejsze miasteczko i liceum z przyległościami (chociaż fakt, że teł, tak właściwie, nie ma dużo -- całość opiera się głównie na bohaterach robiących coś w danej przestrzeni, a nie na samej przestrzeni).

No, ale właśnie -- nie wiem, szczerze mówiąc, czy dalej inwestować w tę serię. Bo i jestem ciekawa, jak to właściwie z Naho w przyszłości jest, i nie chce mi się dalej śledzić dość powierzchownie prowadzonego dramatu "kocha -- nie kocha -- jednak kocha", skoro uczucia głównych bohaterów są właściwie jasne. Czy znajdzie się tu może jakiś fan serii i odpowie, czy warto czytać dalej?

Weź dokładkę!

2 komentarze

  1. Czytać kolejne tomy! Jestem na czwartym i w sumie dalej robi się ciekawiej. Oczywiście, elementy związane z licealnymi związkami czasem są denerwujące, ale generalnie jest dobrze. Co do tych spojrzeń, śniadań etc. to trzeba zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsze - to inna kultura, tam w zasadzie nie masz kontaktu cielesnego z innym człowiekiem. Okazywanie uczuć publicznie jest nie na miejscu, a zatem i oni - bohaterowie- mogą się nieco dziwnie czuć. Dwa - oboje są dość nieśmiali. Pamiętam moje pierwsze zakochanie się, to roztrząsanie wszystkich znaków, rozmyślanie czy ten uśmiech to był przyjacielski czy też drwiący, czy to że rozmawialiśmy to było spowodowane tym,że to konkretnie ode mnie chciał się czegoś dowiedzieć czy po prostu byłam najbliżej, etc.
    Jak się spojrzy na to z tej perspektywy to od razu i odbiór się zmienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może jednak się skuszę przy następnym zamawianiu na kolejne tomy :). Bo jasne, zgadzam się z jednej strony, że te związki się mogą inaczej realizować (ale też mam takie wrażenie, że ta relacja Naho-chłopcy jest ustawiona z mocnym naciskiem na to, że to Naho musi coś dla kogoś zrobić, co mnie jakoś tak dziwi mimo wszystko). I jasne, nieśmiałość rozumiem, ale po kolejnym zbliżeniu na twarz i okrzyku "o nie! odezwał się! uciekam!" trochę ziewnęłam (bo tu nie chodzi nawet o sam środek wyrazu, ale o jego nieustanne powtarzanie w kolejnych konfiguracjach ;)). Ale dobrze, dam szansę drugiemu tomowi, a potem zobaczymy :).

      Usuń