Traumy dorastania albo podwójnie o „Charliem” S. Chbosky'ego


Sięgnęłam ci ja po książkę kultową, co zawsze jest trochę jednak ustawia relację do danego dzieła kultury. Przeczytałam, że „Charlie” (w oryginale nieco bardziej poetycko „The Perks of Being a Wallflower”) jest szalenie popularny, jest wręcz lekturą pokolenia i generalnie jest to książka, którą znać warto. Potem odkryłam, że autor sam we własnej osobie napisał i wyreżyserował film na podstawie tejże książki – film ponownie doczekał się statusu kultowego – więc pomyślałam, że obejrzę. Przeczytałam, obejrzałam, chciałabym się podzielić przemyśleniami.


Przyznam się od razu, że o ile sama historia się broni, o tyle mam wrażenie, że sposób jej opowiedzenia, czy sama konstrukcja zarówno w książce, jak i w filmie, nie oddaje jej sprawiedliwości. W tym sensie, że konstrukcja powinna korespondować z tym, co opowiada, a mam wrażenie, że nie do końca tak się dzieje. Co więcej: nie dzieje się tak w żadnym przypadku, mimo że przecież mamy do czynienia z dwoma różnymi mediami. Pomyślałam, że porównanie będzie tutaj korzystne – i że właśnie na formie się skupię, bo to wydaje mi się najbardziej interesujące (więc nie jest to w żadnym razie pełen obraz wszystkiego) – jako że w obu przypadkach odpowiedzialna za efekt jest ta sama osoba, Stephen Chbosky. Film, przyznaję, obejrzałam też z ciekawości, jak Chbosky przetwarza własny pomysł, bo jak dotąd miałam wrażenie, że daje to dość interesujące efekty (nadal uważam, że najlepszą wersją „Pociągów pod specjalnym nadzorem” Hrabala jest scenariusz do filmu, pisany przez samego Hrabala właśnie, gdzie powyciągał on i popoprawiał różne sensy z kolejnych zapisywanych historii, tych samych przecież lub zbliżonych). 
 
 


Chbosky przedstawia nam zatem dwukrotnie dość zbliżoną historię. Charlie pisze listy do „Przyjaciela” (nie dowiadujemy się, kto nim jest, ale o tym później), ponieważ idzie do liceum i boi się, co go tam spotka. W książce chłopiec jest bardzo wycofany społecznie, odniosłam wręcz wrażenie, że porusza się w pewnym spektrum autyzmu. W filmie Charlie jest jednak po prostu dość nieśmiały i ma niewiele doświadczeń z ludźmi innymi niż jego rodzina. Pojawiający się w obu historiach wątek samobójstwa jego przyjaciela w filmie zostaje ledwie wspomniany i stanowi łącznik w scenie – co właściwie wydaje mi się dość dziwną decyzją, skoro niewiele z tego dla bohatera płynie. W książce to, co dzieje się z Charliem, rozpięte jest na kilku tłach: szkolnym, gdzie Charlie jest wyróżniającym się uczniem na literaturze angielskiej i wchodzi w dość bliską więź ze swoim anglistą, aspirującym dramaturgiem, który poleca mu kolejne książki (one zresztą mogą stanowić pewną nić interpretacji poczynań bohatera); rodzinnym, gdzie widzimy go w relacji ze starszym bratem, studiującym dzięki stypendium sportowemu i z siostrą, próbującą się odnaleźć w związku z chłopakiem oraz z dość wycofanymi rodzicami; przyjacielskim, bo Charlie znajduje w końcu swoją paczkę – przede wszystkim rodzeństwo Sam i Patricka, w Sam Charlie się trochę podkochuje, Patricka stara się zrozumieć, poza tym są jeszcze inni, razem tworzący środowisko, w jakim nasz bohater chce i próbuje się odnaleźć. 
 
 
 

W filmie właściwie dwa pierwsze tła zupełnie znikają. Anglista zostaje inaczej ustawiony (jakąś jego sztukę już kiedyś wystawiono, więc nie tyle jest aspirującym do sławy literatem, ile kimś, kto jej zakosztował i zdecydował się, że woli uczyć), jego rola zaś zostaje zmarginalizowana. Co prawda nadal daje Charliemu książki, ale nie widzimy ani dokładnie jakie, ani w jakim celu – nie zostają one skomentowane. Można odnieść wrażenie, że cała postać zostaje sprowadzona do dwóch momentów, kiedy ktoś musi wygłosić Podniosłe Zdanie Mające Znaczenie. Podobnie jest z tłem rodzinnym i przyznam, że tutaj moje wątpliwości są największe. Bo widzicie, dla mnie to nie była wcale taka historia o życiu w liceum, ale przede wszystkim o mechanizmie traumy. Nie będę Wam spojlerowała, na czym ta trauma tu polega, niemniej w książce dobrze widać właśnie na tym tle rodzinnym, dzięki czemu była możliwa i – dodatkowo – postać, która traumę na Charliego sprowadziła, dostaje kilka innych postaci-luster, w których się odbija i w których możemy śledzić inne ustawienia takiego wariantu. W filmie, poprzez to wyrzucenie bądź zmarginalizowanie wątku rodzinnego – tego nie ma. Pojawia się za to, także głównie jako łącznik między scenami, motyw religijności rodziny Charliego, ale jeśli mam być szczera nie wiem, czy wiele wnoszący do całości. Tak jakby Chbosky postanowił zastąpić problem przemocy w bliskich związkach (romantycznych, przyjacielskich, rodzinnych) z książki przez ten wątek religijny w filmie (religia jako forma opresji?), tyle że średnio się to udało. 
 
 
 

Dziwi mnie też, że w obu przypadkach – książki i filmu – Chbosky zdecydował się na ten sam zabieg: bohater pisze listy. W książce oczywiście ma to swój odpowiednik „formalny” (całość napisana jest w formie listów Charliego), w filmie pojawia się okazjonalnie, przez co w ogóle postać „Przyjaciela” i rola, jaką pełni (dodatkowe zaangażowanie odbiorcy – bo możemy to my jesteśmy tym „Przyjacielem”?) traci na znaczeniu i pozostaje pytanie, czy w ogóle jest potrzebna. Jeśli o sam odbiór chodzi to oprócz tego, o czym wspomniałam, czyli że Charlie wydaje mi się jednak inną postacią na kartach książki – może dlatego, że sam się nam prezentuje, w filmie zaś widzimy go „w działaniu” – miałam wrażenie innej jednak rangi opisywanych wydarzeń. Prawdopodobnie dlatego właśnie, że poprzesuwane są tu akcenty. Ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że o ile w filmie widzimy trochę dynamiki tła (w znaczeniu: co się dzieje gdzieś w tyle kadru – jak wygląda klasa Charliego, pokój Sam, co robią ludzie na trybunach i tak dalej), o tyle w książce większy nacisk położony jest na przeżycia postaci, a to tło jest z kolei raczej puste i ludzie w nim się poruszający mocniej przezroczyści. 
 
 
 

Mam zatem dość mieszane uczucia zarówno co do książki, jak i co do filmu. Zasadniczo mogłabym powiedzieć, że „Charlie” pozostawił mnie bardziej obojętną, niż znudzoną, zaciekawioną czy jakąkolwiek inną (gdyby lokować go na jakiejś mojej skali emocjonalnej). Nie wiem, czy to kwestia tego, że skierowany jest do młodszego niż ja odbiorcy (czego nie da się wykluczyć), czy właśnie wszystkiego tego, co jest poza konstrukcją – szczególnie bohaterów, którzy choć ciekawie ustawieni (i inaczej w zależności od medium) to nie wywołują gwałtowniejszych uczuć. Bo jako opowieść o tym, jak może wyglądać mechanizm traumy – myślę, że „Charlie” się do pewnego stopnia broni. I gdybym miała polecać, poleciłabym książkę, a nie film (którą sobie wrzucam pod „książka dziejąca się w liceum”).

Czy Wam również zdarzyło się na „Charliego” natrafić? Gdybyście chcieli porozmawiać, to jak zwykle wiecie, że ja z chęcią!

Weź dokładkę!

17 komentarze

  1. Mnie jednak przekonałaś, żeby spróbować choćby przeczytać książkę. Coś nie coś o niej słyszałam już wcześniej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytać na pewno warto, żeby sobie wyrobić opinię. Poza tym nie jest to jakaś obszerna lektura i chociaż polskie wydanie nie zachęca jakoś szczególnie, to czyta się szybko. Gdybyś chciała się wymienić opiniami, to będę bardzo ciekawa :).

      Usuń
  2. Mnie też raczej zaintrygowałaś ;) Żałuję tylko, że jednak nie zdradziłaś więcej z fabuły. Na tytuł - angielski - natknęłam się oczywiście w Internecie, ale nie miałam pojęcia, że w Polsce to jest wydane jako trywialny "Charlie". Obawiam się jednak, że żeby odczuć "kultowość" tej książki, trzeba być w wieku jej adresatów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszłam z założenia, że tutaj właśnie dla rozstrzygnięcia stosunku do książki to, jak się odbierze kluczowy zwrot akcji (i te traumy właśnie) jest istotne, stąd powstrzymałam się od szczegółów (z drugiej strony korci mnie strasznie, żeby o tych szczegółach porozmawiać i czuję się rozdarta operując na ogólnikach ;)). Tak, ten tytuł polski nie jest jakiś specjalnie przyciągający (a część magii powieści leży, zdaje się, także w jej tytule). I właśnie nad tym wiekiem się zastanawiałam -- jasne, tego się nie da wykluczyć, ale z drugiej strony zdarza mi się nadal nieźle rozumieć książki dziejące się w liceum, a tutaj właśnie czułam jakiś dystans emocjonalny w stosunku do bohaterów, stąd ta kultowość mi, jak sądzę, właśnie umknęła.

      Usuń
  3. Obejrzę na pewno (Emma Watson!), a i przeczytać się postaram :) Bo i mnie zainteresowałaś. Poza tym wydaje mi się, że akurat ja mogę być trochę bardziej grupą docelową ;) Inna sprawa, że od lat lubię przynajmniej pobieżnie zapoznawać się z tym, co uchodzi akurat za "kultowe" - i mam zawsze jakieś poczucie obowiązku, że pewne tytuły trzeba poznać, nawet jeśli do żadnego z moich top ten nie wskoczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie akurat Emma Watson najmniej urzekła -- i nie wiem, czy to kwestia tego, że miałam wrażenie, że jest trochę niedobrze obsadzona, a trochę tego, że mnie się wydaje, że Watson bardzo mocno zawsze gra tak samo albo chociaż w zbliżony sposób? Nie wiem. Natomiast szalenie jestem ciekawa, co powiesz i czy wyczujesz kultowość ;).

      Usuń
  4. To ciekawe, co piszesz. Dla mnie co prawda książka i film również bardzo się różnią (i zgadzam się, że postać Charliego interpretuje się inaczej w książce niż w filmie), niemniej na mnie obie pozycje zrobiły spore wrażenie. Przy czym a) jeśli pamięć nie myli, najpierw obejrzałam film (od prawie 10 lat śledzę karierę Logana Lermana i bardzo mu kibicuję), a dopiero potem przeczytałam książkę, b) byłam niewiele młodsza niż teraz - miałam ok. 24 lata - i mimo to, dałam się wciągnąć i poruszyć historii.

    Nie wchodząc w szczegóły (coby nie spoilować innym) reveal traumy Charliego na koniec filmu mnie psychicznie rozwalił na kawałki. KOMPLETNIE się tego nie spodziewałam - interpretowałam Charliego jako po prostu wycofanego, introwertycznego, wrażliwego nastolatka jakich wielu się widuje wokoło (ba, sama kilkoro znałam i znam do dziś). Nie sądziłam, że kryje się za tym tak bolesne wydarzenie. Nawet nie wyobrażasz sobie, Pyzo, jak strasznie ryczałam gdy dowiedziałam się prawdy; wiem też, że na kilku innych osobach, którym ten "The Perks..." poleciłam, film (a zwłaszcza ten wątek oraz kwestia nastoletniej depresji, myśli samobójczych i szukania swojego miejsca w świecie) wywawrł równie silne wrażenie, poruszając je do głębi.

    Potem, czytając książkę, nie przeżywałam już tych emocji tak silnie - po pierwsze dlatego, że wiedziałam czego się spodziewać, po drugie dlatego, że skupiałam się właśnie na wypatrywaniu sygnałów od autora, wskazujących na taką a nie inną traumę. Co więcej, z książkowym Charliem trudniej mi było empatyzować - właśnie ze względu na jego większe wycofanie. Z drugiej strony. mam wrażenie, że jego listowo-pamiętnikowe zapisy wierniej odzwierciedlają umysł młodego człowieka... ze wszystkimi jego, czasem pretensjonalnymi wadami ;)

    Ewentualnie istnieje opcja, że odebrałam film bardziej emocjonalnie ze względu na Lermana - bardzo mi się podoba jego interpretacja tej postaci i wierzyłam w każdą przeżywaną przez niego na ekranie emocję. Również Ezra Miller nadał postaci Patryka więcej... bo ja wiem, życia? Postaci w książce wydawały mi się, mimo wszystko, dość płaskie. I zastanawiam się, czy to kwestia stylu pisanie Charliego (świadomie przemyślanego przez autora), świadomej konstrukcji postaci w taki a nie inny sposób, czy jednak pewne warsztatowe niedociągnięcia ze strony Chobsky'ego (naprawione później w filmie). Bo weźmy pod uwagę, że możliwość nakręcenia filmu na podstawie własnej książki daje właśnie autorowi szansę na naprawienie błędów, które ew. wkradły się do książki.

    PS. W filmie epistolarnego "Przyjaciela" Charliego interpretowałam właśnie jako oglądającego film widza.
    PS. Czy marginalizowania wątku rodziny w filmie nie należy właśnie interpretować jako tego, że Chobsky w ten sposób podkreśla jak bardzo "brak rodziny" (czy zainteresowania rodziny) wpłynął negatywnie na życie - i psychikę - Charliego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, że kibicujesz Lermanowi, to zdecydowanie była cudowna rola :). Mam wrażenie, że właśnie dzięki niemu też Charlie jest w filmie mniej wycofany, bo Lerman gra nie szarżując i widać, że to jest taki szczery bohater, odczuwający pewien dyskomfort, ale równocześnie chcący się zaangażować w relacje z innymi. Bardzo mi się ta rola podobała (to znaczy Miller też mi się podobał, ale jakby mniej, a Emma Watson, przyznaję, wydawała mi się grać trochę "obok").

      Zgadzam się -- ta trauma wychodzi w taki zupełnie niespodziewany sposób i pod tym względem "Charlie" jest naprawdę wartą przeczytania książką, bo świetnie obrazuje te elementy wyparcia i przypominania, w ogóle: jak działa trauma. Zwłaszcza, że pewną postać i jej zachowanie się potem interpretuje zupełnie inaczej (a to jest trudne do osiągnięcia i pod tym względem w ogóle brawo dla autora), tak samo jak i wspomnienia Charliego dotyczące tej postaci. Chociaż film oglądałam z Domownikiem i wiesz, że on od razu odgadł, że tu musi być coś nie tak? I właściwie w filmie to faktycznie może widać bardziej, przez to, w jaki sposób są ustawione sceny z tą postacią (i jak wmontowane w całość)?

      Właśnie nie wiem -- książkowy Charlie przypomina mi trochę bohatera "Dziwnego przypadku psa nocną porą", przez ten sposób pisania właśnie. Trochę odległe skojarzenie, ale nie mogłam go powstrzymać -- coś mam wrażenie w tym właśnie spokojnym, ułożonym, wycofanym stylu, w jaki Chbosky każe Charliemu pisać, przywodzi mi na myśl właśnie ten "Dziwny przypadek...". Może niesłusznie, tak potem pod wpływem filmu pomyślałam, że to wrażenie jest złudne. Ale nie wiem. Co do odczucia płaskości postaci w książce -- zgadzam się, w filmie nabrały więcej życia, jeśli się ostały. W książce chyba lepiej pokazana jest siostra i brat, w filmie służą bardziej za tło.

      Właśnie tego nie wiem, ale mam wrażenie, że po prostu film większy nacisk kładzie na relację z przyjaciółmi (moim zdaniem niesłusznie, bo -- jak pisałam -- usuwa w cień wszystkie te "postaci-lustra"; zresztą do wyjawienia traumy dochodzi też w inny sposób).

      Usuń
    2. Lerman w ogóle jest fajnym młodym aktorem :3 Zgadzam się, że naturalność Lermana dodaje Charliemu uroku - nie nachalnego, ale takiego który pozwala poczuć większą więź z postacią. (a wiesz, że mnie Watson też się wydała taka strasznie... poprawna? Nie było w tej roli nic ciekawego ani oryginalnego; trochę zbyt wyrobniczo to wyszło)

      Domyślny Domownik :) Ja nie zauważyłam sygnałów, bo jakby... nie spodziewałam się, że film poruszony takie mroczne i bolesne tematy. Myślałam, "ot, nieprzystosowany do życia nastolatek odkryje jak to jest mieć dobrych przyjaciół". A tu takie odkrycie?... wstrząsnęło to mną. I chyba właśnie za to jak bardzo to zaskoczenie było niespodziewane tak bardzo cenię film. Dla innych mogły być bardziej oczywiste, ale dla mnie były. Natomiast w książce te elementy są jakby... ciekawiej zrobione? Mam wrażenie, że jeśli wróci się do książki ze świadomością na czym polega trauma Charliego, łatwiej jest zauważyć jak umiejętnie autor wprowadził -tę- postać, subtelnie sygnalizując czytelnikowi, że -coś- jest na rzeczy. W filmie, mam wrażenie, że subtelność gry aktorskiej, nie jest to tak oczywiste. Ale ostatni raz film widziałam jakieś 1,5 roku temu, więc może czas na powtórkę :)

      A wiesz, że coś w tym jest? W sensie w podobieństwach książkowego Charliego do Christophera. Nie jest może w tak oczywisty sposób na spektrum autyzmu, ale ma pewne zbieżne cechy. W film ta interpretacja niekoniecznie się wpasowuje (chociaż... są pewne sceny z Lermanem, coś w mimice, co każe się nad tym zastanawiać), ale biorąc pod uwagę styl pisarski Charliego w książce... rozumiem co masz na myśli.

      Hm, niby tak ale... kurczę, w emocjonalnej interpretacji ta nieobecność rodziny w filmie mi, niejako, pomogła. W sensie, tym mocniej mnie uderzyła samotność Charliego z jego problemami. No bo jednak cała trójka nastoletnich bohaterów w tym filmie jest olewana przez swoich rodziców - są sam na same ze swoimi problemami i mają tylko siebie, bo na sobie polegać. Nie jest to wesoła perspektywa (jest w gruncie rzeczy przejmująco smutna), ale w przewrotny sposób pokazuje, jak ważni dla nas są konkretni ludzie, poznawani na pewnych etapach naszego życia (nawet jeśli potem w naturalny sposób z niego odejdą lub odpłyną).

      Usuń
    3. Ha, sama byłam zaskoczona (nie, żebym w Domownika nie wierzyła, ale założyłam, że to nie jest proste do odgadnięcia -- ale może to kwestia wprawy ;)). Tak, to prawda, że puzzle Chbosky bardzo dobrze porozsiewał po fabule, powiem Ci nawet, że w pewnym momencie byłam taka dość zblazowana, że kurczę, dodał mu tę traumę związaną z odejściem tej postaci i że to w sumie tak średnio zakomponowany wątek, a tu się okazało, że to świetnie gra, jak już wiadomo, co ma grać. Pod tym względem jedna z najlepiej oddających kwestie odpominania trudnej przeszłości książek (do tego na takim "zwyczajowym" materiale). W filmie, jakby tak się zastanowić, to właśnie montaż może podpowiedzieć, że coś jest nie tak (mam wrażenie, że ta religijność tutaj może stanowić w pewnym sensie podpowiedź).

      No tak, ale z drugiej strony w książce tę samotność widać przez wykorzystanie innych zabiegów (nacisk na wątek samobójstwa Michaela, wyjazd brata na studia), w filmie to odsunięcie rodziny wydawało mi się za proste. W tym sensie, że nie tylko rodzice zostali zmarginalizowani -- ale przede wszystkim rodzeństwo. I nie wiem, na ile świadomie, bo jednak w ostatnich scenach wracają, żeby wesprzeć Charliego (może dlatego, że te relacje się rozluźniły, bo ciążyła wszystkim ta trauma, jakoś tak wyczuwana?). Natomiast co do Twojej konkluzji o perspektywie -- w tym sensie tak, to jest szalenie ciekawe i z tym się zgadzam.

      Usuń
    4. Jeszcze o jednej rzeczy zapomniałam: mogłabyś mi podpowiedzieć inne warte zobaczenia filmy z Lermanem? :)

      Usuń
    5. Wprawa to swoją drogą (np. morderców tygodnia w większości seriali kryminalnych przewiduję już bezbłędnie), ale myślę, że jak człowiek jest emocjonalnie zaangażowany w to, co przeżywa postać, to mniej skupia się próbach "rozgryzienia" scenariusza :D
      Rzeczywiście, to jak Chbosky wykorzystuje odejście tej postaci - i to jak to się wplata w emocjonalną podróż Charliego - jest świetne. Zwłaszcza gdy jednak weźmiemy pod uwagę, że zarówno książka jak i film są skierowane do młodego czytelnika/widza. Widać, dlaczego "Perks..." (i np. książki Johna Greena) są takie kultowe. A co do tego jak to jest w filmie ukazane w montażu...być może, ale mówię - dawno go nie oglądałam. Musiałabym zrobić powtórkę by stwierdzić, czy też to tak odbieram :)

      Szczerze? Wątek samobójstwa Michaela dla mnie w obu wersjach jest taki... nie wiem, pretekstowy, troszkę? Z kolei wyjazd brata na studia jest tak naturalną koleją rzeczy, że niemal zapomniałam odebrać to jako przemyślanego zabiegu Chbosky'ego - ot, ludzie wyjeżdżają do koledżu. Nie widziałam w tym sygnału ze strony autora, który miałby cokolwiek podkreślać (jeśli wiesz co mam na myśli). Niemniej pamiętam, że bardzo mi się podobało to, że mimo rozluźnienia relacji rodzinnych czułam, że rodzina Charliego go kocha - niekoniecznie go rozumie, niekoniecznie wie jak pomóc mu poradzić sobie z traumą (sami też chyba nie do końca wiedzą jak sobie z nią radzić), ale gdy trzeba mu pomóc, w kluczowym momencie, they're there for him :)

      A co do filmografii Lermana:
      - warto "The Butterfly Effect" bo choć Lerman jest tam młodziutki i ma niewielką rolę, błyszczy w niej aż miło; to właśnie tam chwycił moją uwagę po raz pierwszy;
      - ma trudną, ale dobrą rolę w "Fury" o czołgistach, z Bradem Pittem;
      - jeśli lubisz młodzieżowe fantasy to oba filmy o Percym Jacksonie to bardzo sympatyczna rozrywka;
      - "Number 23" Ci nie polecam, bo to nie dla strachliwych (choć gra tam też Jim Carrey w dobrej, nietypowej dla siebie roli )
      - najbardziej bym chyba polecała "Gamer" (w ogóle bardzo ciekawy film o technologii, wolnej woli i kontroli - ciężki, ale warto, chociażby dla finałowej sceny z Michaelem C. Hallem i bardzo nietypowego występu Milio Ventimigli), "My One and Only" (lata 50., komediodramat rodzinny z Renee Zellweger oparty na życiu aktora, George'a Hamiltona), coming-of-age movie "Meet Bill" z Aaronem Eckhartem, i bardzo przyjemne "Stuck in Love" (niezależny komediodramat).

      PS. Lerman grał też D'Artagnana w Muszkieterach z 2011, ale nie przepadam za tą wersją, więc nie mogę z czystym sercem polecić.

      Usuń
    6. (Ojej, musiałam wyedytować, bo wkleiło mi się razem z cytatami "robotniczymi" -- zawsze wiedziałam, że powinnam używać więcej niż jednej notatki do pisania wszystkiego;)).

      Jasne, coś w tym na pewno jest, że jak się człowiek wciągnie, to o konstrukcji myśli dopiero później, więc nie skupia się na tym "o co chodzi" ;). Właśnie muszę wypróbować, jak zareaguję na kultowość książek Greena, bo żadnej nie znam, chociaż wiele słyszałam!

      No właśnie mam wrażenie, że w książce jednak nie: to punkt wyjścia, solidny, bo bardzo mocno osadzony w tym, z czego Charlie startuje ku liceum. W dodatku większość jego kontaktów z rówieśnikami wiązała się z Michaelem, więc później jest mu trudno (natomiast prawda, że o potem wypada z fabuły, co uważam za niedopracowanie). Natomiast to ustawienie akcji tak, żeby brat akurat wyjeżdżał na studia, siostra angażowała się w związek i tak dalej -- uważam właśnie za takie podkreślenie (przy czym jasne, to jest nienachalne, ale takie chyba miało być :)). I właśnie tego, o czym piszesz, tego poczucia, że to jest taka wspierająca -- choć w żadnym wypadku nie idealna rodzina (dziadek!) -- mi w filmie brakowało.

      O, widziałam "EFekt motyla", a Lermana ni w ząb nie pamiętam! "Furię" mam na półce pożyczoną od przyjaciela w e... sierpniu? ;) Muszę w końcu obejrzeć ;). Percy'ego chcę najpierw przeczytać, żeby tak sobie zobaczyć, co i jak, "Gamera", "My One..." i "Stuck..." sprawdzę na pewno! A ci "Muszkieterowie" to ci szaleni tacy? :D Bo pamiętam, że bardzo mnie ujął trailer, ale swoim zwyczajem jak dotąd nie obejrzałam, bo czekam, aż się nadarzy okazja ;).

      Usuń
    7. (no, nie powiem - jak zobaczyłam powiadomienie na mailu z tamtymi wstawkami to zgłupiałam :D Ale dobrze wiedzieć, że nie tylko ja używam jednej notatki do wszystkiego :D)

      Na pierwszy rzut polecam "Looking For Alaska". Myślę, że najłatwiej wchodzi i robi największe wrażenie.

      Rzeczywiście, było tu nienachalne (i zgadzam się, że takie miało być) ale dla mnie po prostu fakt, że brat wyjeżdża na studia a siostra w chodzi w związek to... takie naturalne życiowe zdarzenia, że nie interpretowałam ich jako świadomego działania autora. Ale pewnie dlatego, że odbierałam całość emocjonalnie, a nie "na logikę" (wówczas pewnie bym rzeczywiście zauważyła zabiegi autora mające np. podkreślić osamotnienie i alienację Charliego). Ciekawe, że piszesz iż w filmie Ci tego brakowało - jak pisałam, film widziałam kawał czasu temu, ale jednak tam poczułam większą sympatię do rodziny Charliego niż w książce. To interesujące, że tak różnie odebrałyśmy oba "formaty" tej samej historii :)

      W "Efekcie motyla" Lerman grał jedno z młodych wcieleń głównego bohatera, granego przez Ashtona Kutchera. Występ z gatunku "blink and you'll miss it", ale ja widziałam ten film swego czasu wiele razy i Lerman po prostu chwycił moją uwagę (zresztą jak kilkoro innych młodych aktorów z tego filmu - kolejne, nieco starsze wcielenie Kutchera grał John Patrick Amedori, mało znany aktor który gra w filmach niezależnych - jego karierę też śledzę :D). Ja słuchałam pierwszego Percy'ego w angielskim audiobooku - historia ok (parę fajnych nawiązań do mitologii), ale głupota młodych bohaterów momentami wyjątkowo mnie wkurzała. Ale wiem, że w późniejszych częściach jest lepiej, bo bohaterowie dorastają. W ogóle Rick Riordan całkiem sympatyczne przygodowo-młodzieżowe rzeczy pisze. A co do Muszkieterów - tak, chodzi o tych szalonych. Film zapewnia rozrywkę, ale jest głupi jak but :D

      Usuń
    8. A widzisz, bo mnie się wydaje, że rodzice filmowi są trochę pretekstowi, a trochę jednak dziedziczą po swoich książkowych pierwowzorach. Tyle że dużo trudniej docenić tutaj ich kreację, bo nie ma całego tła rodzinnego (sytuacji z ich domów rodzinnych na przykład, która ma duże znaczenie w fabule przecież). I dlatego w książce wydają mi się jednak ciekawsi -- bo nie można ich po prostu bezpośrednio lubić, ale dużo lepiej się ich rozumie i taki skomplikowany układ wydaje mi się ciekawszy. Plus pokazuje, że niektóre zachowania się "dziedziczy" w pewien sposób i że to nie tak, że ktoś sam sobie życzy być nieszczęśliwy, ale wynika to z różnych uwarunkowań (a to w sumie nadal nie jest jakoś powszechne domniemanie).

      Oj, zabiorę się na pewno za tego Riordana, bo już kiedyś wspominałam, że muszę -- mimo że były i głosy, żeby jednak sobie darować, to przetestuję. Tych "Muszkieterów" też zdecydowanie! :D

      Usuń
    9. Cóż, nie ważne jakie mam zdanie na temat filmu - i tego jak różnie można obie formy (książkę vs film) interpretować - tu się z Tobą zgodzę: książka, ze względu na swoją formę, pozwala inaczej i znacznie bliżej poznać sytuację rodzinną Charliego (a także, jak słusznie zauważasz, przeszłość jego rodziców). Kurczę, im dłużej nad tym myślę tym bardziej stwierdzam, że naprawdę powinnam zrobić sobie "na zimno" powtórkę i z książki i z filmu :D

      Usuń
    10. Strasznie bym była ciekawa Mysiej notki potem albo chociaż zdania :)!

      Usuń